Pocałunki w ParyżuTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

1  Rozdział pierwszy

2  Rozdział drugi

3  Rozdział trzeci

4  Rozdział czwarty

5  Rozdział piąty

6  Rozdział szósty

7  Rozdział siódmy

8  Rozdział ósmy

9  Rozdział dziewiąty

10  Rozdział dziesiąty

11  Rozdział jedenasty

12  Rozdział dwunasty

13  Rozdział trzynasty

14  Rozdział czternasty

15  Rozdział piętnasty

16  Epilog

17  Podziękowania

18  O Autorach

Tytuł oryginału: Kiss Me in Paris

Przekład: Jarosław Irzykowski

Opieka redakcyjna: Maria Zalasa

Redakcja: Marta Stęplewska-Przybyłowicz

Korekta: Justyna Techmańska

Projekt okładki i stron tytułowych: Joanna Wasilewska / KATAKANASTA

Zdjęcia na okładce: Shutterstock

Text © 2018 Working Partners Ltd.

Copyright for the Polish edition and translation

© JK Wydawnictwo sp. z o.o. sp. k.

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część tej publikacji nie może być powielana ani rozpowszechniana za pomocą urządzeń elektronicznych, mechanicznych, kopiujących, nagrywających i innych bez uprzedniego wyrażenia zgody przez właściciela praw.

ISBN 978-83-8225-020-6

Wydanie I, Łódź 2020

JK Wydawnictwo Sp. z o.o. sp. k., ul. Krokusowa 3, 92-101 Łódź

tel. 42 676 49 69

www.wydawnictwofeeria.pl

Wersję elektroniczną wykonano w systemie Zecer firmy Elibri

Dla Lili, której dziękować nigdy nie przestanę

Rozdział pierwszy

Rozdział pierwszy

SERENA

PIĄTEK, 21 GRUDNIA

9:15

Tak się musi czuć ktoś, kto już nie żyje.

Chociaż podczas całonocnego lotu z Nowego Jorku udało mi się trochę zdrzemnąć, to przez zmianę czasu nadal mam wrażenie, jakbym odleciała daleko, i to bardzo, od swojego ciała. Ulica (a raczej rue) w siódmej arrondissement, gdzie mieszka moja starsza siostra, Lara, wydaje się swoją bladą odbitką. Ale może to przez grudniową mgłę, która jest tak gęsta, że nie mogłam dostrzec żadnych atrakcji, które według Google Maps mijała taksówka – nawet wieży Eiffla!

Gramolę się z taryfy, starając się nie wyłożyć na chodniku. Trudno byłoby o żałośniejszy początek tego wypadu – dwudniowej rodzinnej przygody, którą na swój użytek romantyczną podróżą. Też mi wycieczka! Mama musiała w ostatniej chwili zrezygnować, a Lara zignorowała wszystkie moje mejlowe apele o odebranie z lotniska, zanosi się więc na dokładne przeciwieństwo rodzinnego wyjazdu.

Patrzę w lewo i w prawo (pomimo protestu zesztywniałego karku, że za szybko nim kręcę), ogarniając wzrokiem zamgloną okolicę. Brukowana ulica ciągnie się w dal. Na kłębach mgły siedzi, jak czapa błota, czarna markiza jakiejś kafejki.

Może nie trzeba było w ramach rozgrzewki przed przyjazdem tutaj poświęcać aż tyle czas na podziwianie Paryża na grafikach Google. W domu, na ekranie mojego laptopa, miasto wyglądało tak idealnie – te wszystkie scenki uliczne skąpane w złotej poświacie i kawiarenki kipiące od kwiatów – że to prawdziwe zaczyna mnie irytować; zimne, mroczne i naburmuszone, takie jak każde inne.

Potem podnoszę wzrok na kamienicę. Przez wiekowe cegły i to, jak balkony o balustradach z kutego żelaza nikną we mgle, robi się tutaj tak… zagranicznie. Momentalnie odczuwam każdą z trzech tysięcy sześciuset dwudziestu czterech mil dzielących mnie według Google od domu. Trochę chciałabym być teraz na starym swojskim Brooklynie, a nie na obcej ulicy w obcym mieście, zdziwiona, czemu gapię się na czarne drzwi frontowe ze srebrnym wieńcem, skoro Lara powiedziała mi, że jej drzwi są czerwone, a wieniec z ostrokrzewu. Proszę, nie mówcie, że skierowałam taksówkę pod niewłaściwy adres. Nie mogę nawet sprawdzić tego na telefonie (tak, oczywiście, że wykupiłam roaming), bo mam go w lewej bocznej kieszeni zimowej kurtki, obecnie zablokowanej torbą, przewieszoną przez lewe ramię. Uwalniając rękę, musiałabym ją zdjąć – a autentycznie jestem zbyt skonana, by się na to zdobyć.

Nocny lot tutaj, świetny pomysł, Sereno”.

Przynajmniej jestem we właściwej arrondissement, by użyć fikuśnego francuskiego określenia, oznaczającego dzielnicę. Siódma może być nawet z tych najelegantszych, bo jak mówią przewodniki, znajduje się tu nie tylko wieża Eiffla, ale też Musée d’Orsay i kilka innych muzeów, a nawet miejsce spoczynku Napoleona. Normalnie zakwaterowanie tutaj znacznie przekraczałoby mój budżet na romantyczną podróż, gdyż ta dzielnica leży w samym środku lewobrzeżnej części Paryża, tuż nad Sekwaną, ale Lara pracuje jako au pair u jednej z tutejszych rodzin. Coś we mnie jej zazdrości, że wyhaczyła taką fuchę, dzięki której z łatwością opłaci studia, i to w Paryżu. Ale to także pierwszy raz w dziejach świata, gdy Lara rzeczywiście coś mi ułatwiła, więc… i ja nie narzekam.

Z chodnika do drzwi prowadzi sześć kamiennych stopni, a ja dźwigam nie tylko torbę, ale i walizkę, ważącą dokładnie pięćdziesiąt funtów (wiem, bo przed wyjazdem na lotnisko Kennedy’ego sprawdziłam to w domu, na wagach łazienkowych u mnie i u mamy, żeby na maksa wykorzystać przepisy dotyczące ciężaru bagażu rejestrowanego). Po ośmiu godzinach nocnego lotu te pięćdziesiąt funtów wydaje się dwiema setkami, a sześć stopni zmienia się w Mount Everest.

„Fuentes, bierz się w garść” – próbuję w myślach mowy mobilizującej. – „Biegałaś półmaratony! Dasz radę wnieść te pięćdziesiąt funtów na jeszcze kilka schodków.

Poza tym… nie zapominaj, po co tu jesteś”.

Potrząsam rękoma, usiłując przegnać skurcz. Potem przyciskam torbę do żeber, łapię za uchwyt walizki, zaciskam zęby i stękam, nie przejmując się tym bardziej ze zmęczenia niż dlatego, że na rue nie ma nikogo, kto mógłby to usłyszeć.

Na wierzchołku Mount Everestu wciskam dzwonek przypisany do mieszkania numer piętnaście. Domofon przerywa i strzela kanonadą francuskich słów, których w ogóle nie rozumiem, ale i tak ten głos poznałabym wszędzie.

– Lara, to ja – informuję moją siostrę.

– Serena? – Przychodzi mi do głowy, że ją obudziłam, bo wydaje się zaskoczona. Nie mogła przecież zapomnieć o romantycznej podróży?

Lara mówi, że mam wejść na czwarte piętro. Czysta rozkosz. Wlokę więc swoją dokładnie pięćdziesięciofuntową walizę po schodach, bo oczywiście windy tutaj nie ma, a Lara równie oczywiście nie wpadła na to, żeby zejść i mi pomóc – i przyglądam się numerom na drzwiach na czwartym piętrze: dziesięć, jedenaście, dwanaście… Na każdej kondygnacji znajdują się trzy mieszkania, a więc na tym nie będzie piętnastki. Pozostaje mi znowu gramolić się po schodach; nagle sobie przypominam, że tutaj najniższych, parterowych kondygnacji nie zalicza się do pięter.

Dlaczego? Po co to wam, Europejczycy?

– Ale dla… Ty tutaj? – Lara stoi w drzwiach mieszkania numer piętnaście, czekając na mnie. Jej widok sprawiłby mi ulgę, gdyby nie wyglądała na kompletnie zdezorientowaną. Ma na sobie dres, a włosy (układające się w połyskliwe fale, w odróżnieniu od moich niesfornych kędziorów) rozwiane są na wszystkie strony, co utwierdza mnie w przekonaniu o tym, że spała. Tyle tylko, że na ustach nadal ma jaskrawoczerwoną szminkę, swój znak rozpoznawczy. Nie wydaje mi się, bym choć raz widziała ją bez niej, nawet za czasów jej szkoły średniej.

Chwilę jeszcze ją ignoruję, bo wciągam walizę w głąb mieszkania, prosto do jasnego i przestronnego salonu, i tam opieram o kanapę.

– Jeszcze chwileczkę – mówię. Wskazuję jedne z drzwi prowadzących poza salon. – Łazienka?

– Tak – potwierdza, sprawiając wrażenie, jakby uważała to wszystko za dziwaczny sen, z którego lada moment się obudzi.

Wracając z łazienki, mijam ją i opadam całym ciężarem na jasnobrązową kanapę. Okazuje się tak miękka i gąbczasta, że niemal wybija mnie w górę. Zauważam stojącą w kącie choineczkę. Zdobią ją czarno-złote bombki. Szykownie, Francja elegancja. Zbieram się w sobie i posyłam Larze najlepsze z moich gniewnych spojrzeń.

 

– Noo too… Jak to dzisiaj było? Zapomniałaś sprawdzić, czy masz na telefonie mejla od siostry? Zapomniałaś o naszym planie zaliczenia wszystkich widoków z miesiąca miodowego rodziców? Zapomniałaś o romantycznej podróży?

– Nie zapomniałam… – Przysiada na poręczy kanapy, patrząc na mnie jak na potłuczoną. – Ale wiesz… skoro mama musiała jechać na konferencję, tak jakoś założyłam, że odwołujemy całą tę paryską historię i obie osobno lecimy do Londynu na wigilię z mamą.

Nocka w samolocie nie tylko zrobiła coś dziwnego z moimi oczami, ale też zlasowała mi mózg. Inaczej nie wyobraziłabym sobie, że mojej siostrze wyleciały z głowy nasze pieczołowicie układane plany wędrówki po Paryżu szlakiem tych wszystkich miejsc, które podczas podróży poślubnej, dokładnie dwadzieścia pięć lat temu, odwiedzili mama i tata. Co weekend trawiłam całe godziny – czas, jaki mogłam przeznaczyć na naukę do egzaminów końcowych, które na Columbii, wierzcie, nie są łatwe – na dopinanie naszej marszruty. Przesłałam ją Larze i poprosiłam o jej przemyślenia. Nie żebym się od niej czegokolwiek doczekała.

O rany. Wszystko zaczyna nabierać straszliwego sensu.

Wpatruję się w nią w nadziei, że przekonają ją fakty.

– Nic z tych rzeczy. Mówiłam ci, że i tak lecę do Paryża.

– Mówiłaś? Kiedy?

Prostuję się, jak mogę, bo to niełatwe. Kanapa uparła się mnie połknąć, a ja ze zmęczenia prawie mogłabym jej ulec.

– W każdym mejlu, który wysłałam ci w tym tygodniu. Trzy razy napisałam: „Do zobaczyska w Paryżu, siostra!”. Podałam ci numer lotu, godzinę lądowania… Napisałam, ile odłożyć na jedzenie i bilety do metra. Tobie, dosłownie, zostało tylko przyjechać po mnie na lotnisko!

– Myślałam, że odwołałyście podróż – broni się słabo. – Ja… ja miałam mnóstwo zajęć. Rzadko sprawdzałam pocztę.

Czyli nie czytałaś moich mejli.

To, że mamie się nie uda, nie oznacza, że my nie możemy odbyć tej podróży i sporządzić z niej pamiątkowego albumu, który wręczymy jej w Nowy Rok – tłumaczę siostrze dokładnie to samo, co napisałam w korespondencji, do której nie zajrzała – gdy wszystkie spotkamy się w Londynie na ich dwudziestej piątej rocznicy. Wiesz, jak trudny dla mamy jest Nowy Rok, odkąd…

Tego zdania nie kończę. Nie mogę.

Moja siostra reaguje na to czymś, co nasza rodzina nazywa miną Lary: robi wielkie oczy, a twarz jej nieruchomieje, jakby zamiast mózgu miała komputer, ściągający równocześnie programy z osiemdziesięciu czterech otwartych zakładek, a parę z nich dodatkowo obciążone było oprogramowaniem reklamowym. Ta mina pojawia się zawsze, ilekroć Lara uświadamia sobie, że coś schrzaniła. Siostra mamrocze, że naprawdę jej przykro.

– Myślałam, że piszesz, żeby mi przypomnieć o kupnie świątecznego prezentu dla mamy.

– A chociaż go kupiłaś? – Te słowa wyrywają mi się z ust, nie dają się powstrzymać. Znam Larę wystarczająco dobrze, żeby wiedzieć, że tej minie zawsze towarzyszą wyrzuty sumienia. Nie powinnam jej dobijać, ale tego ranka nic na to nie poradzę. Przebyłam trzy tysiące sześćset dwadzieścia cztery mile z walizką, która waży jedną trzecią mnie!

– Zamierzałam coś znaleźć w Madrycie.

Ściskam nasadę nosa, czując narastający ból głowy, wywołany stresem.

– W Madrycie? O czym ty gadasz? Nie mamy Madrytu w planie podróży!

Przez jej twarz przemyka uśmiech zawstydzenia.

– Ale ja… nie mówiłam o nas.

Dopiero teraz zauważam, że jej czerwona szminka jest lekko rozmazana, do tego te rozczochrane włosy, a do mojego nosa dociera zapach wody kolońskiej, który wyczuwalny był cały czas.

Lara ma towarzystwo.

Rozglądam się na wypadek, gdyby ten ktoś stał idealnie nieruchomo w jakimś kącie, on jednak musi się ukrywać w innym pokoju. Gdybym wiedziała, jak jest po francusku „Pokaż no się, gdziekolwiek jesteś!”.

Mój wzrok przyciągają… inne walizki. Nie tak duże jak moja, za to trzy, otaczające wdzięczny stolik kawowy stojący na środku pokoju.

– Co jest grane?

Lara wpycha włosy za uszy, potem krzyżuje ręce na piersi. Wbija wzrok w podłogę.

– Kurczę, totalna wtopa.

– Poważnie jedziesz do Madrytu? Po co?

Wtedy przez jedne z drzwi wmaszerowuje powód tego, że Larze zabrakło czasu na czytanie moich mejli. Koleś jest wysoki, o urodzie modela (jakżeby inaczej), chociaż w koszulce jakiejś francuskiej drużyny, zdaje się, że piłkarskiej. Wysokie kości policzkowe, skóra muśnięta słońcem, ciemne falujące włosy, ciut za długie, ale perfekcyjnie zaczesane do tyłu. Uśmiecha się do mnie i mruczy coś po francusku do Lary. Ona parokrotnie odmrukuje:

Tout va bien.

Potem koleś przenosi wzrok na mnie i robi krok w przód, wyciągając rękę i kiwając głową.

Bonjour.

Odwzajemniam uścisk dłoni z nadzieją, że gość mnie do siebie przyciągnie na dubeltowego całusa, czego nie znoszę nawet wypoczęta („Najpierw prawy policzek? A może lewy? Sorki, za dokładnie odwzorowaliśmy swoje ruchy i teraz masz w ustach mój nos”). Taka jestem zła na Larę, że zamiast rewanżować się takim samym bonjour… mówię z natrętnie ostentacyjnym, najbardziej amerykańskim akcentem, na jaki mnie w tej chwili stać:

– Cześć, co tam?

Udało mi się nawet nadać głosowi nieco południowe brzmienie, chociaż w tamte strony (dalej niż do Filadelfii, a więc osiemdziesiąt mil) nigdy w życiu nie zajechałam.

Kącik ust tamtego podjeżdża do góry w półuśmiechu, równie dobrze mogącym być grymasem samozachwytu.

– Nieporozumienie, oui?

Lara wciąż wpatruje się w dywan.

– Sereno, to jest Henri. Henri, to moja młodsza siostra, Serena. Właśnie przyleciała z Nowego Jorku.

Henri uzupełnia uśmiech o drugą połowę – jednak nie samozachwyt – i kiwa głową, znów patrząc na Larę. Mówi coś po francusku, a ona mu po francusku odpowiada. Henri dodaje coś w tym samym języku, a ja się zastanawiam, czy nie powinnam pójść do kuchni i zrobić sobie kawę, ale nie wcielam tego w czyn, bo znowu z wolna wtapiam się w kanapę. Taka jestem zmęczona. Henri gładzi Larę po ramieniu, jak się zdaje, dodając jej otuchy. Po jego ciepłym, czułym spojrzeniu poznaję, że ten koleś mega się zabujał w mojej siostrze, i zastanawiam się, nie po raz pierwszy, jak ona godzi studia i pracę z tym, że co tydzień zakochuje się w innym chłopaku.

Zaraz jednak upominam się, żeby nie patrzeć krzywo na zakochanych tylko dlatego, że mnie jeszcze nie przytrafiło się nic tak poważnego.

– Hej – przerywam tę francuską konwersację. Siadam prosto. – To leci na żywo… Bez napisów z tłumaczeniem. O co biega?

Lara patrzy na mnie, unosi ręce w górę i znów przeczesuje nimi włosy.

– Gdy zaczną się zajęcia, nie będziemy się z Henrim widzieć prawie miesiąc, więc kupił dla nas bilety do Madrytu, żebyśmy spędzili tam parę dni, zanim polecę do ciebie i mamy do Londynu.

Niesamowite. Lara robi sobie wypad z chłopakiem? Tego jeszcze nie grali. Dużo za dużo zaangażowania.

Henri wykonuje popisowe wzruszenie ramionami, bardziej z wdziękiem galanta niż Gala.

– To twoja sjostraa. Madrit może być w styszniuu. Przecież nie zniknie, oui? Jest okeej, tout va bien.

Na twarzy Lary maluje się ból, widzę też, że to nakładanie się terminów nie wynikło przypadkowo. Ona zawsze chciała odwiedzić Madryt, zaś do romantycznej podróży, jak mi się teraz zdaje, nie pałała zbytnim entuzjazmem. Może dlatego, że wiązałaby się ona z mówieniem o tacie, a tego tematu moja siostra unika.

Lara bywa roztrzepana, mnie jednak zastanawia coś innego: czy tak mało we mnie wrażliwości?

– Nie! Wiecie co? – Podejmuję nagłą decyzję. Cała ta podróż była moim pomysłem. Album będzie miłym prezentem dla mamy, ale ta wyprawa ma jeszcze inny cel. I możliwe, że osiągnąć go mogę tylko, gdy odbędę ją sama. – Powinniście jechać.

– Na pewno? – Lara nadal wygląda na zbolałą, a mnie w jakimś sensie cieszy to, że choć oczywiście woli spędzić ten czas w Madrycie, gryzie ją sumienie, że tam pojedzie.

– Na pewno. Tylko dopilnuj, żeby prezent dla mamy był wspaniały!

Lara obejmuje mnie – czuję jej wdzięczność i ulgę.

– Dziękuję ci, Sereno. Jesteś niesamowita!

Wiem to i bez niej.

– Daj spokój, nie jestem. Ale przynajmniej będę mogła się trochę przespać… Kimnę się w twoim pokoju.

Powraca mina Lary.

– Hm. Rzecz w tym, że małżeństwo, u którego pracuję, wyjechało na święta do Zurychu, a to mieszkanie pod ich nieobecność czekają gruntowne porządki. Obiecałam, że opuszczę je przed przyjazdem ekipy sprzątającej. Czyli dzisiaj.

Gdy wzdycham, przez moment zerkając na sufit, wyciąga do mnie rękę.

– To tylko jedna noc, może skorzystałabyś z hotelu?

Usiłując wpasować pokój hotelowy w Paryżu w swój budżet, a tym bardziej w swoje plany, głowę mam pełną liczb. Godzinę – co najmniej – zajmie mi wyszukanie hotelu, zapewne pół godziny do czterdziestu pięciu minut dotarcie do rzeczonego miejsca zakwaterowania i uwolnienie się od bagażu, a zapłacić za to wszystko trzeba będzie co najmniej dziewięćdziesiąt euro (prawdopodobnie więcej, jeśli zamarzy mi się czysta pościel i brak pluskiew)…

– Nie jestem pewna, czy mnie na to stać.

Lara odwraca się do Henriego z przepraszającą miną.

– Może powinnam zostać… Nie mogę zostawić młodszej siostry samej w obcym mieście.

Ale Henri tylko się uśmiecha i wyciąga z tylnej kieszeni komórkę.

– Żadę problę. Mam pomiisł. – Wybiera numer i odbywa z kimś superszybką, bardzo francuską rozmowę. A niespełna dwie minuty później, voilà (on tak powiedział, nie ja): – Jest okeej. Śpij z naszym przyjacielę. Nazywa sję Jean-Luc.

Wytrzeszczam wzrok.

– Słucham?

Lara jednak już chowa twarz w dłoniach, a jej ramiona trzęsą się od śmiechu.

– Nie o to mu chodziło! Mówi, że możesz przenocować u Jean-Luca, w akademiku. Jego współlokator wyjechał na święta, więc będziesz miała całą sypialnię dla siebie. Świetnie się złożyło.

– No… ale będę mieszkać z jakimś obcym Francuzem! Bez obrazy, Henri.

Henri szczerzy się do nas obu, chociaż sprawia wrażenie równie bezradnego wobec naszego trajkotania po angielsku, jak ja w obliczu ich francuszczyzny.

– Jean-Luc jest trochę dziwny – mówi Lara. – Ale w sumie naprawdę fajny, jak się go już bliżej pozna. – To ostatnie mówi prawie bezgłośnie. Nie wiem, ile według niej miałabym spędzić z nim czasu. Przecież już zaplanowałam swoją marszrutę i prawdopodobnie zamienię z tym jakimś Jean-Lukiem najwyżej parę słów.

– Zresztą – kontynuuje Lara – to w połowie Amerykanin, więc całkiem dobrze mówi po angielsku. Świetnie się dogadacie. Proszę – pisze coś na mapce paryskiego transportu publicznego, a potem mi podaje – to pomoże ci się tutaj poruszać.

Biorę mapkę, starając się nie okazać zdumienia faktem, że własna siostra nie zna mnie na tyle, by wiedzieć, że przyjechałam uzbrojona w trzy plany tutejszego metra.

– U góry zapisałam telefon Jeana-Luca.

Wprowadzam ten numer do swojej komórki, uświadamiając sobie, że oto „zgodziłam się” przekimać u jakiegoś pół-Amerykanina, który jest naprawdę fajny, choć trochę dziwny. Idealnie nie jest, ale raczej nie mam wyboru.

– Wporzo – mówię, wzruszając ramionami. – I tak prawdopodobnie niewiele się będziemy widywać.

Lara znów mi się przygląda znowu zaskoczona, ale też trochę nieufnie i z troską.

– Naprawdę zamierzasz zwiedzać Paryż całkiem sama?

Na moment odwracam wzrok, gdyż mruży oczy dokładnie tak samo, jak robił to nasz tata, ilekroć go czymś zaniepokoiłam. Znów spoglądam na nią, licząc, że głos nie zdradzi mnie, nagle się łamiąc.

– Zamierzam. Muszę.

Siostra podchodzi i zamyka mnie w potężnym uścisku – dopiero drugim, odkąd tu weszłam, czyli od prawie pięciu minut, co stanowi wynik znacznie poniżej jej średniej. Odsuwa się, trzymając mnie za ręce, i wpatruje się we mnie. Ze łzami w oczach.

– Majonez? – pyta. Kiedy byłyśmy małe, obie nie znosiłyśmy majonezu i ślubowałyśmy sobie, że jeśli któraś z nas złamie obietnicę, zje cały jego słoik. Nawet teraz, gdy jesteśmy starsze i obie dość go lubimy, ten zwrot pozostał naszym siostrzanym kodem, oznaczającym „Zaufaj mi”.

Kiwam głową, bo wiem, że jeśli się odezwę, tym razem głos na pewno mnie zawiedzie.

Henri chrząka i mówi coś po francusku. Lara odpowiada po angielsku:

– Wiem, wiem. – Potem zwraca się do mnie: – Jeżeli mamy zdążyć na pociąg, musimy wkrótce wyjść.

 

Ponownie przytakuję i zdobywam się na słowo: „Rozumiem”. Kolejny uścisk, a potem łapię za swoją dokładnie pięćdziesięciofuntową walizkę i wyjeżdżam z nią z mieszkania.

Kiedy jestem u szczytu schodów, dolatuje do mnie głos Lary:

– Hej, siostra, może trzeba było pozwolić, by Henri ci ją zniósł.

Otwieram usta, by powiedzieć, że sobie poradzę, ale mięśnie odmawiają posłuszeństwa, chwyta mnie skurcz i tylko patrzę, jak pięćdziesiąt funtów bagażu koziołkuje w dół schodów.