Pocałunki w LondynieTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

1  Rozdział pierwszy

2  Rozdział drugi

3  Rozdział trzeci

4  Rozdział czwarty

5  Rozdział piąty

6  Rozdział szósty

7  Rozdział siódmy

8  Rozdział ósmy

9  Rozdział dziewiąty

10  Rozdział dziesiąty

11  Rozdział jedenasty

12  Rozdział dwunasty

13  Rozdział trzynasty

14  Rozdział czternasty

15  Rozdział piętnasty

16  Rozdział szesnasty

17  Rozdział siedemnasty

18  Rozdział osiemnasty

19  Rozdział dziewiętnasty

20  Rozdział dwudziesty

21  Rozdział dwudziesty pierwszy

22  Epilog

23  Podziękowania

24  O Autorach

Tytuł oryginału: Kiss Me in London

Przekład: Anna Dobrzańska

Opieka redakcyjna: Maria Zalasa

Redakcja: Marta Stęplewska-Przybyłowicz

Korekta: Justyna Techmańska

Projekt okładki i stron tytułowych: Joanna Wasilewska / KATAKANASTA

Zdjęcia na okładce: Shutterstock

Cytaty na s. 23, 24 i 25 za:

Arthur Miller, Śmierć komiwojażera, tłum. Anna Bańkowska,

Prószyński i S-ka, Warszawa 2009, s. 245, 247–249.

Text © 2018 Working Partners Ltd.

Copyright for the Polish edition and translation

© JK Wydawnictwo sp. z o.o. sp. k.

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część tej publikacji nie może być powielana ani rozpowszechniana za pomocą urządzeń elektronicznych, mechanicznych, kopiujących, nagrywających i innych bez uprzedniego wyrażenia zgody przez właściciela praw.

ISBN 978-83-8225-021-3

Wydanie I, Łódź 2020

JK Wydawnictwo Sp. z o.o. sp. k., ul. Krokusowa 3, 92-101 Łódź

tel. 42 676 49 69

www.wydawnictwofeeria.pl

Wersję elektroniczną wykonano w systemie Zecer firmy Elibri

Ursuli Calder, niezwykłej fance teatru!

Rozdział pierwszy

Rozdział pierwszy

Cassie

Poniedziałek, 17 grudnia

11.00

Za sześćdziesiąt siedem minut zerwę ze swoim chłopakiem.

Nie mogę zrobić tego teraz, chociaż siedzi obok mnie, bo jesteśmy w pociągu, który wlecze się przez ponury, przemysłowy krajobraz środkowej Anglii. Za godzinę dotrzemy do stacji Euston. Plus dwie minuty, żeby zabrać bagaże i wysiąść z pociągu na peron, i pewnie kolejne pięć, zanim zdobędę się na odwagę i w końcu to z siebie wyduszę.

W sumie sześćdziesiąt siedem minut. Mam nadzieję, że do tego czasu moje serce przestanie traktować klatkę piersiową jak trampolinę i znajdę w sobie siłę, żeby to zrobić.

Tak, wiem, to okrutne, że czekam, aż dojedziemy do Londynu, żeby powiedzieć Benowi coś, co postanowiłam prawie tydzień temu. Na swoją obronę mogę powiedzieć tyle, że to on zabukował dla nas niepodlegające zwrotowi bilety z uniwerku do domu. Nie mogłabym zerwać z nim, a potem tak po prostu siedzieć obok niego przez całą drogę.

Zapisał nas też na wolontariat w Ghanie, więc jestem dziewczyną, która nie tylko rzuca chłopaka przed Bożym Narodzeniem, ale i wypina się na Naprawdę Dobry Uczynek. Wkurza mnie to, że przez niego czuję się jak podła, i uświadamiam sobie, że przez ostatnie trzy miesiące naszego związku towarzyszył mi głównie żal.

Ben próbuje wziąć mnie za rękę, co jest trochę niezręczne, bo obie dłonie trzymam między kolanami – tylko w ten sposób mogę sprawić, że przestaną się trząść. Zostało jakieś sześćdziesiąt sześć minut, a ja czuję, że serce podchodzi mi do gardła. Dam radę. Dam radę. Ben ściska moją rękę, próbując wyciągnąć mi ją spomiędzy kolan, ale moje ramię robi się sztywne, jak gdyby było z kamienia, więc odpuszcza i wraca do lektury „The Economist”, przewracając kartki najgłośniej, jak się da. Próbuje poczuciem winy zmusić mnie, żebym wzięła go za rękę, a ja wściekam się na siebie za to, że wzdrygam się, jakbym naprawdę miała zamiar to zrobić.

Robienie tego, czego chcą ode mnie inni, to moja specjalność.

– Chodzi o croissanta? – wzdycha Ben.

Ach, tak, croissant ze szpinakiem, który kupił dla mnie. Leży nietknięty na moich udach.

– Prosiłam o szynkę i ser – odpowiadam, wyglądając przez okno. Szary, betonowy krajobraz jest dużo ciekawszy niż mój zamyślony, nadąsany chłopak, który specjalizuje się w podejmowaniu ważnych decyzji.

Jeszcze we wrześniu wydawało mi się to takie pociągające. Tyle że wtedy byłam onieśmielona uniwerkiem i tym, że po raz pierwszy zamieszkałam z dala od domu. Dobrze było być z kimś, kto zawsze wiedział, dokąd chce pójść i co zrobić, i kto potrafił mi powiedzieć, dokąd mam iść i co robić. Dzięki temu miałam mniej zmartwień.

Ale mniej więcej tydzień temu uświadomiłam sobie, że chcę mieć zmartwienia. I, co ważniejsze, po tym, jak przez długi, długi czas robiłam to, co kazali mi inni, może potrzebuję zmartwień.

A to znaczyło, że musiałam się wyrwać.

– Szpinak jest zdrowszy – mówi Ben.

Wiercę się na siedzeniu, żeby odsunąć się jak najdalej od niego.

– Nie o to prosiłam – mruczę.

Słyszę lekkie poruszenie w przedziale. Niektórzy pasażerowie zerkają ukradkiem, inni starają się udawać, że nie podsłuchują.

Ben ignoruje moje słowa i rozpakowuje własnego croissanta ze szpinakiem, co rusz szturchając mnie prawym ramieniem. Ma metr dziewięćdziesiąt pięć, więc to nie jego wina – jest jednym z tych gości, którzy przez cały czas wchodzą innym w paradę. Ale mimo wszystko.

– A poza tym jedzenie szpinaku jest lepsze dla środowiska… – ciągnie.

Wyłączam się, bo wielokrotnie słyszałam tę gadkę. O tym, jak to bez trudu uratowalibyśmy planetę, gdybyśmy wszyscy przeszli na wegetarianizm albo – jeszcze lepiej – na weganizm. Brzmi to tak, jak gdyby uniknięcie nieuchronnej globalnej katastrofy było naprawdę możliwe. Sęk w tym, że kiedy on o tym mówi, z czystej złośliwości już po paru zdaniach nabieram ochoty na stek, a koniec świata wydaje się niewielką ceną za to, że nie musiałabym więcej słuchać, jak rozprawia o tym, że gdybyśmy wszyscy byli wegetarianami, efekt cieplarniany do roku dwa tysiące pięćdziesiątego zmalałby o jakieś sześćdziesiąt trzy, siedemdziesiąt procent. Podaje też jakieś inne fakty i liczby – zapewne ważne, bo zawierają przecinki – tyle że ja kompletnie go nie słucham i główkuję nad tym, jak to możliwe, że jest w stanie zapamiętać wszystkie te dane i statystyki, a nie zauważył, że nigdy nie powiedziałam: „Tak, chciałabym zostać wegetarianką”? Że nigdy nie przyszło mi to do głowy i może właśnie dlatego nie możemy być razem.

Ponieważ to jest Ben, a Ben ma zawsze rację, założył, że pewnego dnia przestanę jeść mięso, żeby być taka jak on. Bo przecież wszyscy powinni być tacy jak on. Już po tym, jak pokłóciliśmy się o wegetarianizm pierwszy raz – na drugiej randce, kiedy powiedział, żebym zamówiła coś dla nas obojga, bo on musi odebrać telefon, a ja niewiele myśląc, wzięłam dla niego burrito z kurczakiem – powinniśmy byli się rozstać. Nie tylko zrobił mi wtedy wykład, ale wściekł się, kiedy powiedziałam, że zjem obie porcje i zastrzeliłam go pytaniem: „Czyli co, powinnam wyrzucić jedzenie? Czy to nie jest marnotrawstwo?”.

Prawdopodobnie nie powinniśmy byli dotrwać do randki numer trzy, ale dotrwaliśmy. Myślę, że jestem tak przyzwyczajona do tego, że ludzie mają wobec mnie rozmaite oczekiwania, a ja dostosowuję się do ich potrzeb, że w tej materii mam większą tolerancję niż przeciętny człowiek. Niektórzy powiedzą, że to dobrze, i po części się z nimi zgodzę, ale powiem im też, że takie wieczne przystosowywanie się może doprowadzić do różnych koszmarnych sytuacji, jak choćby dwugodzinna podróż pociągiem w towarzystwie kogoś, kogo tak naprawdę nie lubisz i kto oskarża cię o to, że pomagasz niszczyć Ziemię tylko dlatego, że nie chcesz potrzymać go za rękę.

 

Ben nadal mówi, ale jego głos zlewa się z turkotem pociągu. Opieram głowę o szybę, żeby nie musieć go słuchać, i cieszę się myślą, że jestem coraz bliżej Londynu – domu – i że pierwszy semestr na uniwersytecie naprawdę dobiegł końca. Tłumaczę sobie, że wszystko przez to, że popełniłam błąd, wybierając psychologię. A może dlatego, że uczelnia w małym miasteczku nie była odpowiednia dla miastowej dziewczyny takiej jak ja.

Fakt, że zawaliłam wszystkie zajęcia i zostałam wyrzucona, też ma z tym pewnie coś wspólnego.

Zapada między nami cisza, która trwa tak długo, że moje myśli zapuszczają się do miejsc, w których wolałabym nimi nie błądzić. Myślę o spotkaniu z rodzicami i o tym, że będę musiała im wytłumaczyć, że wylano mnie z kierunku, który od początku się im nie podobał. To znaczy nie podobał się mamie. Wątpię, by ojciec pamiętał, co studiowałam. Mogłabym wrócić do domu i powiedzieć mu, że jako główną specjalizację wybrałam scjentologię, a jako przedmiot dodatkowy – taniec go-go, a on zapytałby, jak podobają mi się zajęcia. Następnie poszedłby z herbatą do gabinetu, zamknął drzwi i zniknął na tak długo, aż zaczęłabym się zastanawiać, czy w ogóle żyje.

Ale mama… Mama będzie miała coś do powiedzenia. Da jasno do zrozumienia, że latem miała rację, kiedy mówiła, że zawód psychologa nie jest dla mnie. I że to cudownie, że chcę robić coś „normalnego”, ale jej zdaniem nie powinnam ignorować faktu, że „urodziłam się z darem”. Miała trzy miesiące na udoskonalenie swojego monologu, dlatego tym bardziej nie czekam na jego premierę. Liczę, że gdy do tego dojdzie – a dojdzie na pewno – matka po prostu przejdzie do meritum. Powie mi, że „wystarczy jeden telefon!” i trafię na kolejne przesłuchanie do jakiegoś krótkometrażowego filmu, którego pewnie nikt nigdy nie zobaczy.

Znowu będę aktorką, jak „jest mi pisane”.

Próbuję skupić się na czymś za oknem, na czymkolwiek, co odwróci moją uwagę od czekającej mnie reprymendy. Ale wszystko jest tylko rozmazaną smugą, a gdy przejeżdżamy przez tunele, widzę własną twarz odbitą w szybie i nie mogę znieść swojej żałosnej miny. Mama na pewno to wykorzysta i wytknie mi, że nie jestem po prostu smutna, ale jestem smutna dlatego, że wybrałam zły kierunek. Zamykam więc oczy i wsłuchuję się w dźwięk kół pociągu sunącego po szynach…

Uświadamiam sobie, że zasnęłam, kiedy płynący z głośników automatyczny kobiecy głos informuje, że dojeżdżamy do stacji Euston. Przecieram oczy, sprawdzam telefon i widzę, że jest dokładnie 12.00. Zostało mi siedem minut – siedem minut! Serce zaczyna walić mi jak szalone i zmuszam się, żeby oddychać spokojnie. Dam radę…

Kiedy tylko pociąg zaczyna zwalniać, Ben wstaje i nie czekając, aż zatrzyma się na dobre, zdejmuje z półki na bagaż nasze identyczne, niebieskie plecaki.

– Nie cieszysz się, że wysłaliśmy nasze rzeczy do Ghany tydzień wcześniej? – mówi, wyraźnie zadowolony z siebie. Uśmiecha się do mnie, a w jego niebieskich oczach pojawia się błysk. Jest tak podekscytowany, że nie pamięta już, że ignorowałam go przez całą drogę, nie wzięłam go za rękę i narzekałam na croissanta ze szpinakiem (którego, gdy nie patrzy, wyrzucam do kosza). – Dzięki temu jedziemy na lotnisko z niewielkim bagażem. Nie musimy dźwigać ciężkich walizek. Dotrzemy na miejsce świeży, wypoczęci i gotowi do działania.

Jego głos zdaje się mówić: „Jakie to ekscytujące?”. Ale twarz zdradza, że tak naprawdę myśli sobie: „Ależ jestem mądry!”.

Nie mówię nic i wstaję. Zarzucam torbę na ramię i wychodzę za nim na peron. Jest poniedziałek, pora lunchu, więc na stacji Euston panuje tłok. Mnóstwo ludzi wsiada do pociągu, z którego właśnie wysiedliśmy. Zastanawiam się, czy oni również wracają do domu na Boże Narodzenie. Założę się, że niewiele osób obawia się tych świąt tak jak ja i pewnie nikt nie zbiera się na odwagę, żeby zakończyć związek z osobą, z którą podróżuje.

Dam radę. To jak czytanie scenariusza, prawda?

Ben nie jest rodowitym londyńczykiem. Nigdy wcześniej nie było to dla mnie tak oczywiste jak teraz, kiedy widzę, jak zniecierpliwiony skręca gwałtownie w prawo, żeby wyminąć pasażerów, którzy jego zdaniem idą zbyt wolno, a zaraz potem zatrzymuje się jak wryty pod naporem ludzi idących w przeciwną stronę.

Londyńczyk wiedziałby, że należy trzymać się lewej.

Znowu mam to irytujące uczucie, jak gdyby moja dłoń żyła własnym życiem – tym razem uważa, że powinnam wziąć go za rękę i poprowadzić. Powstrzymuję się. W końcu będziemy parą jeszcze przez jakieś cztery minuty.

– Dobra… metro, gdzie jest metro?

Ben mówi do siebie, kiedy wychodzimy za bramki biletowe do hali głównej. W końcu dostrzega znak metra i rusza w tamtą stronę.

– Musimy dostać się do Paddington i wsiąść do Heathrow Express.

Robię za nim trzy kroki i zatrzymuję się. Mam wrażenie, że serce wyskoczy mi z piersi.

– Ben, zaczekaj.

Dam radę.

Odwraca się i albo nie zauważa, albo nie dba o to, że potrąca kogoś plecakiem i że ten ktoś rzuca pod jego adresem kilka niemiłych słów. Jestem tak spięta, że nawet mnie to nie irytuje. Patrzy na mnie tymi dużymi, niebieskimi oczami, tak zaaferowany dotarciem na lotnisko, że zdaje się nie zwracać uwagi, że stoimy w samym środku tłumu ludzi.

To już. To ten moment. Słowa, które wypowiem za chwilę, zakończą nasz związek.

– Stąd nie dostaniesz się na Paddington… – Boże, prawie stchórzyłam! Ale jednak powiedziałam „nie dostaniesz” zamiast „nie dostaniemy”… jak gdyby w ogóle zwrócił na to uwagę. – Musisz pojechać metrem z Euston Square.

Patrzy na znak metra, na schody, po których powinien wejść, a w końcu na mnie.

– Myślisz, że nie opracowałem drogi? Będzie szybciej pojechać metrem stąd do King’s Cross i drugim z King’s Cross do Paddington.

– Nie, zaufaj mi. Będzie szybciej, jeśli przejdziesz stąd na Euston Square i tam złapiesz Circle, Hammersmith and City albo Metropolitan Line do Paddington.

Przechyla głowę, jakby chciał powiedzieć: „Aleś ty słodka”. Co z tego, że Londyn to moje rodzinne miasto i że spędziłam tu całe swoje życie, skoro on wie lepiej?

– Naprawdę wolałbym jechać metrem.

Wiem, jak to brzmi, ale nawet gdybym od dwóch godzin (dni, tygodni) nie planowała, że z nim zerwę, pakowanie się do metra tylko po to, żeby przejechać jeden przystanek, byłoby przysłowiową kroplą, która przepełnia czarę goryczy.

Ben odwraca się i rusza w stronę stacji. Dopiero jakieś dwadzieścia stóp dalej orientuje się, że nie ma mnie przy nim. Ogląda się za siebie i stojąc na szczycie schodów (podróżni wokół niego są tym po prostu zachwyceni) i próbując przekrzyczeć zgiełk, woła:

– Co ty wyprawiasz? Chodź!

Oburącz trzymam pasek plecaka i zaciskam dłonie, jak gdybym próbowała w ten sposób wycisnąć dość odwagi, żeby to zrobić; zwłaszcza, że moje sześćdziesiąt siedem minut dobiega właśnie końca. Lecz trzy słowa, które muszę powiedzieć – „Ja nie idę” – nie chcą przejść mi przez usta i uświadamiam sobie, że tak bardzo skupiałam się na tym, żeby znaleźć w sobie śmiałość i wypowiedzieć je na głos, że nie wzięłam pod uwagę tego, że będziemy mieli publiczność. Wszędzie dookoła ludzie spieszą w różnych kierunkach, pokonują dzielący nas dystans i szybciej niż Ben orientują się, co się dzieje. Siłą woli próbuję zmusić go, żeby zrozumiał, żeby skinieniem głowy pokazał mi, że wie, co próbuję mu powiedzieć, i by oszczędził mi przykrej konieczności zrobienia tego publicznie.

Ale to Ben. Jest tak skupiony na swoich starannie przemyślanych planach – i tak przyzwyczajony, że zawsze na wszystko się godzę – że najwyraźniej niczego nie załapał. A zatem to mnie przypadła niewdzięczna rola, której wykonawcę mój dawny nauczyciel aktorstwa nazywał Generałem – rola kogoś, kto ratuje schrzanioną scenę, improwizuje i zbiera wszystko do kupy, dopóki drugi aktor nie przypomni sobie swojej kwestii. Na scenie zwykle ratowałam sytuację w ciągu minuty, choć minuta ta ciągnęła się w nieskończoność.

Tymczasem teraz nie wiem, co powiedzieć. Zamiast tego zdejmuję plecak, wyciągam paszport, podnoszę go tak, żeby go zobaczył i przeklinam się w duchu za to, że robię wszystko z teatralnym rozmachem.

Nic na to nie poradzisz, skarbie – więc przestań próbować. To głos mamy; wiedziałam, że go usłyszę.

Ben wygląda, jakbym poprosiła go, żeby w pamięci pomnożył trzydzieści jeden przez trzysta dwadzieścia dwa.

– Wyjęłaś paszporty z mojego plecaka? Czemu? Przecież to ja za nie odpowiadam. Ty jesteś… roztrzepana. Ciągle gubisz klucze. Ja mam dwie pary zapasowych, pamiętasz? Myślisz, że to dobry pomysł, żebyś pilnowała paszportów?

Tym razem słowa przychodzą mi z większą łatwością.

– Mam tylko swój, bo… nie lecę.

Ben przewraca oczami.

– Dowcip naprawdę nie jest twoją mocną stroną, Cass. No chodź, przecież nie chcemy się spóźnić.

Wszędzie wokół nas ludzie zwalniają. Są tak zaaferowani tym, co się dzieje, że nawet nie denerwuje ich to, że Ben zablokował połowę schodów na stację metra. Nie mogę pozwolić, żeby cała ta sytuacja zmieniła się w trzyaktową farsę.

– Nie lecę – powtarzam, żałując, że nie mam głosu, który niesie się tak, że słychać go nawet pośród zgiełku londyńskiej stacji. Kolejne słowa powinny brzmieć: „To koniec”. I tym razem mam nadzieję, że Ben potrafi czytać między wierszami, że zrozumie podtekst… albo będzie tak wściekły, że zrywam z nim publicznie, że sam mi to powie.

Ale nie. Nadal wygląda na zdezorientowanego i uświadamiam sobie, że wcale nie jestem Generałem, który próbuje naprowadzić aktora z powrotem na jego kwestię. Ponieważ człowiek, który stoi ze mną na scenie, myśli, że gra w zupełnie innej sztuce.

– Znowu się denerwujesz? – Ben podbiega, by zmniejszyć dzielącą nas odległość. Staje koło mnie i kładzie mi rękę na ramieniu; gest, który miał mnie pocieszyć, wydaje się protekcjonalny.

– Rozmawialiśmy o tym – przypomina mi. – Mówiłem ci, że za kilka dni przestaniesz tęsknić za wygodami. Można żyć bez suszarki do włosów i wysyłania snacków czy jak to się tam nazywa, co pół godziny. Bo teraz naprawdę będziesz robiła coś ważnego.

Patrzę mu w oczy, chociaż nie jest to łatwe. Wiem, że jeśli wbiję wzrok w podłogę, ręka, która spoczywa na moim ramieniu, wyprowadzi mnie z dworca i zanim się zorientuję, będę na lotnisku. A wówczas Ben odkryje ze zgrozą, że nie zabukowałam biletu.

Wiem, to było trochę chamskie. Gdybyśmy byli innymi ludźmi, powiedziałabym mu wcześniej. Ale nie chciałam dać mu szansy na nakłonienie mnie do zmiany zdania… a sobie na ulegnięcie namowom. Jak już wspomniałam, robienie tego, czego chcą ode mnie inni, to moja specjalność. W głębi duszy wiedziałam, że ta rozmowa będzie możliwa tylko na moim własnym podwórku.

– Posłuchaj, to, co robisz, jest świetne – mówię. – Ale ja chyba się do tego nie nadaję.

Znowu przechyla głowę w ten cholerny, irytujący sposób.

– Teraz mi to mówisz…

– Nie… nie teraz. Mówiłam ci chyba ze sto razy, że nie jestem przekonana i że to nic pewnego. Albo że po tym wszystkim, co wydarzyło się w tym semestrze, najchętniej wróciłabym do domu. Potrzebuję czasu, żeby przemyśleć pewne rzeczy, poukładać sobie wszystko… Ale ty nigdy nie słuchałeś.

Mówiłem ci, że to najlepszy sposób na to, żeby wszystko sobie poukładać.

Poczciwy Ben, nawet teraz próbuje ułatwić mi wszystko.

– Ale nie wiedziałeś, czego potrzebowałam, albo miałeś to gdzieś. Ty miałeś plany, a ja miałam się do nich dostosować. Tak jak z udawaniem, że twoja dziewczyna jest wegetarianką. Jak gdybyś myślał, że jeśli będziesz udawał wystarczająco długo, w końcu rzeczywiście nią zostanie.

– Aha, czyli jestem dupkiem, bo próbowałem zmienić swoją dziewczynę w dobrego człowieka?

Jeden z gapiów – nie wiem nawet który – wydaje stłumiony okrzyk, zanim ja to zrobię. Jestem tak zdumiona tym, co właśnie usłyszałam, że nawet nie próbuję odwrócić wzroku, żeby nie zobaczył, jak łzy napływają mi do oczu. Bycie z kimś, kto cię irytuje i kogo ty irytujesz, to jedno, ale co, jeśli twój chłopak uważa, że nie jesteś dobrym człowiekiem?

Wystarczy mi pięć sekund, żeby uświadomić sobie, że powiedział to, bo coś poszło nie po jego myśli. Przez trzy miesiące z nim zrozumiałam, że wcale mnie nie zna, co właśnie udowodnił. Nagle mam ochotę pocałować go za to, że wszystko mi ułatwił.

 

– Wracam do domu. – Odwracam się i idę w stronę wyjścia. Mam do pokonania jakieś sto stóp i gęsty tłum, nie wszyscy ludzie to nasza publiczność, ale gdy zostawiam Bena za sobą, czuję się lżejsza, jak gdybym pozbyła się ciężaru, który ciążył mi na sercu przez ostatnie tygodnie.

Nie spowalnia mnie nawet jego głos, który dolatuje do moich uszu.

– To niedorzeczne! Cassie! Naprawdę sobie idziesz? Co takiego ważnego będziesz robiła w domu? Spędzała cały wolny czas na stoisku z kosmetykami w Selfridges? Do późna w nocy wykłócała się w internecie z obcymi ludźmi o Wyspę miłości?

Śmieję się, zaskoczona, że poświęcił mi dość uwagi, żeby zapamiętać, że w wakacje przed wyjazdem do Keele namiętnie oglądałam ten program, co było moim wstydliwym sekretem.

– A może masz przymiarkę fioletowego kostiumu małpki?

Zatrzymuję się tak gwałtownie, że idąca za mną matka z dzieckiem prawie na mnie wpada. Uśmiecham się do niej przepraszająco i czekam, aż odejdzie wystarczająco daleko, żeby dziecko mnie nie słyszało.

Dopiero wtedy odwracam się i obrzucam Bena stekiem przekleństw.

Słysząc to, kilka osób wybucha śmiechem. Nie jestem pewna, ale jakiś koleś mówi chyba: „Wygarnij mu, laska”.

Odwracam się i ruszam przed siebie, a Ben za moimi plecami wykrzykuje, żebym nie oczekiwała od niego, że zajmie się walizkami, które wysłałam do Ghany, i że odda na cele charytatywne wszystkie moje rzeczy. Zaraz potem dodaje, że ma nadzieję, że nie będę miała nic przeciwko, a ton, jakim to mówi, sugeruje, że wcale, ale to wcale go to nie obchodzi.

Nawet nie zadaję sobie trudu, żeby poinformować go, że wysłałam wszystkie swoje rzeczy do Bloomsbury, do mieszkania ciotki Gemmy.

Kiedy wychodzę ze stacji Euston, czuję się taka lekka, że aż dziw bierze, że nie ulatuję w powietrze jak balon. Po trzech miesiącach na uniwersytecie, dwóch godzinach w pociągu i kilku koszmarnych minutach w hali, mam ochotę zobaczyć cokolwiek – nawet ciemne szkło i stal dworca Euston, który pod szarym grudniowym niebem wydaje się jeszcze bardziej przygnębiający. Nie wiem, dokąd pójść, więc idę przed siebie, aż docieram do dworca autobusowego przy Euston Road. Nawet niski warkot wlokących się drogą sznurów samochodów brzmi pocieszająco. Bo jestem w Londynie. W domu.

Zerkam za siebie i upewniwszy się, że stacja kolejowa została daleko w tyle, zdejmuję plecak i siadam na ławce na przystanku autobusowym. Euforia – Już po wszystkim! Zrobiłam to i zerwałam z Benem! – opada i zastępuje ją niepokój i dziwne uczucie podobne do mdłości. Bo teraz jedyne, co muszę zrobić, to…

Wrócić do domu. Kiedy powiedziałam rodzicom, że nie lecę do Ghany, uprzedziłam ich, że na kilka dni zatrzymam się u nieistniejącej przyjaciółki z Keele, która mieszka w Birmingham. (Chyba to było Birmingham). Zamierzałam pomieszkać przez kilka dni w pustym mieszkaniu ciotki Gemmy, zanim zbiorę się na odwagę i spotkam z mamą i tatą. Ale teraz równie dobrze mogę chwycić byka za rogi, wrócić do domu i mieć to już za sobą.

Sęk w tym, że moje ciało znowu jest sztywne, jak gdyby zmieniło się w kamień. Choćbym nie wiem jak się starała, nogi nie chcą się ruszyć. Zła na siebie kręcę głową. Nie po to załatwiłam sprawę z Benem, żeby teraz bać się powrotu do domu. To niedorzeczne!

Dźwięk klaksonu niemal przyprawia mnie o zawał. Kierowca autobusu mierzy mnie wściekłym spojrzeniem i gestem pyta, czy zamierzam wsiąść. Znowu robię przepraszającą minę i kręcę głową. Gość przewraca oczami i zamyka drzwi. Kiedy autobus rusza, moją uwagę przyciąga coś na jego boku: znajoma smuga czerwieni, bieli i błękitu… twarz dziewczyny… Kozeta! To plakat z informacją, że w okresie świątecznym, w poniedziałki, można oglądać dodatkowe, popołudniowe spektakle Nędzników.

Cóż, jeśli to nie jest znak, to nie wiem, co nim jest! Londyn zdecydował za mnie. W końcu nie ma lepszego sposobu, żeby przekonać się, czy jestem gotowa na rozmowę z mamą, niż pójście na Nędzników, popłakanie sobie solidnie i pozbycie się negatywnych emocji przed powrotem do domu. Sprawdzam godzinę w telefonie i uznaję, że jest na tyle wcześnie, że być może zdążę jeszcze na popołudniowy spektakl. Zbliżają się święta, więc szanse są nikłe, ale mam do wyboru – spróbować szczęścia przy kasie biletowej albo stawić czoła mamie.

Wybór jest oczywisty.