Dziewczyna o chabrowych oczachTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Niepotrzebnie wstawałaś – powiedział spokojnie. – Pomogę ci, powinnaś się jeszcze położyć.

– Nie – wydyszała, cofając się pod ścianę. Zrobiło jej się ciemno przed oczami, ale gdy zdała sobie sprawę, że on nadal się zbliża, powiedziała z nutą ostrzeżenia w głosie: – Nie zbliżaj się!

Mężczyzna zatrzymał się, gdy zobaczył przerażenie i złość w jej cudownych, błękitnych oczach.

– Odejdź! Zostaw mnie! I przekaż mu, że prędzej umrę niż… – Zgięła się w pół, kiedy ból uderzył ze zdwojoną siłą. Osunęła się na podłogę i skuliła za szafką.

Max patrzył na nią, ale bał się podejść, by nie przestraszyć jej jeszcze bardziej. Nagle poczuł na ramieniu dłoń siostry. Nawet nie słyszał, kiedy weszła do pokoju.

– Max, zostaw ją – szepnęła. – Daj jej trochę czasu.

Iris siedziała skulona na parapecie. Twarzą zwrócona była w kierunku drzwi, aby widzieć, gdy ktoś będzie chciał wejść i być na to przygotowaną. Minęło kilka godzin, odkąd mężczyzna wyszedł z jej pokoju i jak na razie nie wrócił i dał jej spokój. Pewnie zastanawiają się, co z nią zrobić. Albo w jaki sposób wyciągnąć z niej informacje na temat miejsca pobytu Élise i Léi. Nigdy im tego nie zdradzi. Wolałaby umrzeć, niż oddać przysługę Albertowi i ułatwić mu poszukiwania. Zastanawiała się tylko, dlaczego nie odebrali jej wisiorka. Pamiętała, że człowiek, który strzelał do niej w lesie, zerwał łańcuszek. Sama widziała, że był uszkodzony. Teraz był cały i jakimś cudem znalazł się na jej szyi. Obracając ozdobę w palcach, starała się również ustalić, od jak dawna znajduje się w niewoli. Niestety, nie wiedziała jaki dziś jest dzień. Postanowiła, że spyta o to mężczyznę, gdy tylko znów do niej przyjdzie.

Prawie spadła z parapetu, gdy usłyszała ciche pukanie do drzwi. W pierwszej chwili chciała uciekać i się gdzieś ukryć, ale ostatecznie nie ruszyła się z miejsca. Po chwili do stukania dołączył cichy głos:

– Przepraszam, że zakłócam twój spokój… Przyniosłem ci kolację, pewnie jesteś głodna.

Iris, słysząc te słowa, poczuła jak jej żołądek skręca się z głodu. Zaraz jednak przypomniała sobie, że nie może brać nic od tego człowieka. Na pewno zechcą ją uśpić albo otruć.

Mężczyzna, nie słysząc odpowiedzi, powoli uchylił drzwi i zajrzał do środka. Ujrzawszy kobietę skuloną na parapecie, wszedł do pokoju i zamknął za sobą drzwi. Stał przez chwilę i patrzył na nią. Ona również mierzyła go obojętnym spojrzeniem. Już pogodziła się ze swoim losem. W końcu mężczyzna spuścił wzrok i pokazał jej przyniesioną przez siebie tacę.

– Omlet z konfiturą truskawkową. Moja babcia robiła – powiedział cicho. – To znaczy, konfiturę oczywiście. Zrobiłem też herbatę. Nie wiem, czy słodzisz, więc… – Wskazał dłonią cukiernicę, zaraz jednak zastanowił się. – A może wolisz kakao albo sok?

Kobieta nie spuszczała z niego wzroku, a kiedy podszedł, aby podać jej talerz, wyraźnie się spięła. Postawił więc kolację na stoliku przy łóżku i wycofał się pod drzwi. Nawet nie spojrzała na jedzenie. Gratulowała sobie w duchu, bo prawie mdlała z głodu.

– Jak się czujesz? – spytał. – Bardzo cię boli?

Pokręciła przecząco głową, ale wiedział, że to nie była prawda. Wcześniej widział, jak skrzywiła się z bólu, kiedy przesuwała się lekko na parapecie.

– Mogę usiąść? – spytał, wskazując fotel stojący tuż obok niego.

– To twój dom – odparła cicho, obserwując, jak podchodzi i siada w fotelu.

– Jak masz na imię?

Iris aż zatkało ze zdziwienia. Pilnuje jej na polecenie Alberta i nie wie, jak ona ma na imię?! Nie odezwała się jednak, wciąż myśląc tylko o tym, jak bardzo jest głodna. Omlet pachniał cudownie, ale nie mogła dać się skusić. On tylko na to czeka.

– Boisz się mnie? – spytał mężczyzna. – Przysięgam, że nic ci nie zrobię. Chcę tylko twojego dobra i…

Iris nagle ogarnęła wściekłość. Jak on śmie kłamać jej prosto w oczy? Czy uważa, że jest głupia i nie wie, kim jest i kto go tu przysłał?

– Już to kiedyś słyszałam – odparła bardzo cicho, ale lodowatym tonem. Patrzyła na niego, groźnie mrużąc oczy. – I wiesz co? Wtedy, podobnie jak teraz, było to kłamstwo. Zostaw mnie w spokoju, a Albertowi przekaż, że prędzej piekło zamarznie, niż ja cokolwiek mu powiem.

Zszokowany Max utkwił wzrok w kobiecie, która demonstracyjnie odwróciła się, nie spuszczając spojrzenia błękitnych oczu z panoramy letniego ogrodu rozciągającej się tuż za oknem. Chciał jeszcze coś powiedzieć, ale spojrzała na niego gniewnie, więc wstał i opuścił pokój, cicho zamykając za sobą drzwi. Miał nadzieję, że dziewczyna jednak zdecyduje się w końcu coś zjeść.

Max z rezygnacją przemierzył korytarz i wszedł do pokoju Francine, która właśnie z pasją czytała książkę, po którą kilka dni temu, specjalnie dla niej, pojechał do miasta.

– Jak się czujesz, Francine? – spytał zaniepokojony Max. Miał wrażenie, że siostra jest jeszcze bledsza i chudsza, a sińce pod oczami jeszcze bardziej widoczne.

– Świetnie – odparła i natychmiast złapał ją atak kaszlu. – No dobrze, bywało lepiej. Byłeś u niej?

– Tak, byłem – odparł zrezygnowany. – Nie powiedziała mi nawet, jak ma na imię. Nic nie zjadła ani nie wypiła. I jeszcze wyrzuciła mnie z pokoju.

Francine spojrzała na brata i uśmiechnęła się słabo.

– Tylko błagam cię, żadnego „a nie mówiłam”, dobrze? – Max ukrył twarz w dłoniach, wykończony całą sytuacją. – Ona się nas panicznie boi. Mówiła coś o jakimś Albercie. Co mam zrobić? Ona nawet nie chce mnie słuchać. Przecież musi coś jeść… a przynajmniej tak mi się wydaje.

Przez chwilę w pokoju panowała pełna zamyślenia cisza, którą przerwała Francine.

– Max, posłuchaj – zaczęła. – Wydaje mi się, że jej zachowanie tylko dowodzi temu, co pisali o niej w mediach. Jest chora i zachowuje się dziwnie. Może nawet ma jakieś urojenia?

– Nie wydaje mi się – stwierdził Max z powątpiewaniem. – Ona jest przerażona, a nie szalona.

– Skoro tak uważasz, to idź do niej i spróbuj jeszcze raz z nią porozmawiać. Tylko zrób to szybko, zanim ta kobieta nabierze pełni sił i stanie się naprawdę niebezpieczna.

Élise już od kilkunastu minut siedziała samotnie na leśnej polanie, gdzie miała się spotkać z Léą i Iris. Dziś nadeszła ta długo wyczekiwana noc, kiedy księżyc pokazuje się światu w fazie pełni. Kobieta nie mogła się doczekać, kiedy spotka przyjaciółki i dowie się, czy wszystko u nich w porządku. Pragnęła je uściskać, w końcu były dla niej bardzo ważne – niemal jak rodzone siostry. Élise z westchnieniem zdjęła z głowy kaptur, a potem perukę. Wyjęła z włosów kilka wsuwek i pozwoliła, aby rozsypały się na jej ramionach śnieżnobiałe pasma. Przesiedziała nieruchomo kilka następnych chwil, gdy w końcu usłyszała cichy szelest czyichś kroków na trawie. Odwróciła się i ujrzała zakapturzoną postać. Odetchnęła z ulgą i wstała, by powitać Léę, która od razu rzuciła się w ramiona Élise.

– Léa, całe szczęście, że jesteś – wyszeptała kobieta, szczęśliwa, że przyjaciółka jest bezpieczna. Zanim uwolniła się z objęć dziewczyny, ukradkiem otarła z policzka łzy radości.

– Gdzie jest Iris? – spytała Léa, rozglądając się po polanie.

– Jeszcze się nie pojawiła – oznajmiła jasnowłosa. – Z pewnością niebawem się pokaże, nie ma co się martwić na zapas.

Léa skinęła głową i usiadła na trawie. Gdy zdjęła kaptur, Élise popatrzyła na nią z niedowierzaniem.

– Obcięłaś włosy? – spytała zszokowana, patrząc na to, co pozostało z długich, ognistorudych niegdyś włosów. Teraz przylegały do głowy i miały brązowy kolor.

Dziewczyna skwitowała pytanie lekkim wzruszeniem ramion.

– Nie znosiłam tej peruki – oznajmiła spokojnie. – Postanowiłam więc je obciąć i zmienić nieco kolor. Ludzkie kobiety bezustannie to robią. Tobie też to polecam. Przynajmniej nie musisz cały czas pilnować, aby ta przeklęta peruka się nie przesuwała.

Élise wciąż patrzyła na przyjaciółkę z niedowierzaniem, ale i podziwem, że była zdolna do takiego poświęcenia. Léa zawsze była dumna ze swoich włosów. A teraz? Absolutnie nie przypominała siebie sprzed ponad dwóch tygodni. Była milcząca i smutna, a do tego schudła i wyglądała na zmęczoną.

– Jak sobie radzisz? – spytała Élise.

– Chyba dobrze – odparła dziewczyna. – Całe szczęście za kilka dni zaczynam pracę w innym miejscu. Ludzkie dzieci są nie do zniesienia. Cały czas krzyczą albo czegoś chcą. Są nieznośne, wciąż wpychają swój ciekawski nos w nie swoje sprawy i paplają bez opamiętania. Stanowczo, niczego ciekawego nie straciłyśmy, nie mając dzieci.

– Ale nie zdemaskowali cię? – dopytywała białowłosa kobieta.

– Nie… – Léa zawahała się. – No dobrze, ta mała twierdzi, że jestem wróżką, ale i tak nikt jej nie wierzy. Ostatnio wmawiała wszystkim, że potrafi latać, a jeszcze wcześniej, że widziała fioletowego słonia, więc nic w tym dziwnego, że nikt nie bierze jej słów na serio. A jak ty sobie radzisz?

Élise uśmiechnęła się słabo, patrząc daleko przed siebie.

– Dobrze – powiedziała cicho. – Nie pracuję już w tamtej szwalni. Wszystko poszło zgodnie z planem.

Strategia przyjaciółek miała na celu zapewnienie im maksymalnego poziomu bezpieczeństwa. Miały rozpocząć pracę w miejscach, gdzie nieco poznają środowisko i przeżyją kilka pierwszych dni, a zaraz potem, jak najszybciej zmienić miejsce pracy i wtopić się ostatecznie w ludzkie miasto. Plan zakładał również to, że nie powiedzą sobie nawzajem, gdzie i do jakiej pracy się przeniosły. Wszystko po to, aby w razie nagłego niebezpieczeństwa, na przykład, gdyby jedną z nich złapano, żadna z pozostałych przyjaciółek nie potrafiła podać miejsca pobytu pozostałej dwójki.

Kobiety aż podskoczyły ze strachu, gdy z lasu wybiegło jakieś stworzenie i zaczęło zmierzać w ich stronę. Przez chwilę żadna z nich nie była w stanie zidentyfikować czarnej smugi pędzącej w kierunku środka polany. Zaraz jednak usłyszały znajomy dźwięk dzwoneczka.

 

– To Stéphan! – zawołała Élise z radością, łapiąc kota i tuląc go do siebie mocno.

– Gdzie w takim razie jest Iris? – ponowiła pytanie Léa, wyraźnie zaniepokojona jej nieobecnością.

– Nie wiem – odparła Élise, próbując zamaskować własne przerażenie i odsunąć od siebie czarne myśli, jakie już zdążyły pojawić się w jej umyśle. – Poczekajmy jeszcze trochę, na pewno się zjawi.

Jednak Iris nie zjawiła się aż do świtu. Żadna z kobiet nie chciała powiedzieć głośno tego, o czym każda z nich myślała. Iris nie żyje albo została pojmana. Nie było innego wyjaśnienia dla jej nieobecności – nigdy nie zostawiłaby swoich sióstr. Nigdy też nie pozwoliłaby, aby się o nią martwiły bez powodu. Do tej pory nie ruszała się też nigdzie bez swojego ukochanego przyjaciela – Stéphana. Musiało jej się coś stać.

Élise i Léa w milczeniu przytuliły się do siebie i zaczęły płakać, głaszcząc kota, drzemiącego leniwie na ich kolanach. Nie potrafiły już dłużej hamować łez, które teraz spływały strugami po ich policzkach. Gdy nieco się uspokoiły i pogodziły z nieuchronną rzeczywistością, uzgodniły, że to Élise zabierze ze sobą Stéphana, bo Léa mieszkała w domu swoich pracodawców, a oni z pewnością nie wyraziliby zgody na to, aby po ich luksusowym pałacu biegało jakiekolwiek zwierzę. Poza tym kobiety nie chciały narażać go na spotkanie z Marie-Thérèse, które nie miało prawa skończyć się inaczej niż źle. Potem pożegnały się, wyznaczając po cichu miejsce i czas kolejnego spotkania.

– Bardzo mi przykro, ale jestem zmuszona to zrobić – powiedziała dyrektorka szpitala, w którym Albert odbywał specjalizację z neurologii. Jednocześnie podała mu dokument, będący wypowiedzeniem umowy. Rzeczywiście, wyglądała na nieco zakłopotaną, ale widocznie nie na tyle, aby nie niszczyć mu marzeń i ciężkiej pracy kilku lat życia.

Albert przeczytał dokument i podniósł wzrok na szefową. Nie odezwał się ani słowem. Był wściekły na siebie i innych ludzi, przez których dzisiaj się tu znalazł.

– Nasza decyzja oznacza oczywiście, że nie otrzyma pan prawa do wykonywania zawodu – poinformowała go, pragnąc przerwać pełną napięcia ciszę. – Może pan jednak u nas zostać i objąć stanowisko pracownika administracyjno-socjalnego… Naprawdę bardzo mi przykro!

Ostatnie zdanie musiała niemal wykrzyczeć, bo Alberta już nie było w gabinecie. Odwrócił się na pięcie i wybiegł na korytarz. Wyładował swoją złość na koszu na śmieci, który miał nieszczęście znaleźć się na jego drodze do wyjścia. W tym momencie stracił wszystko, na co pracował i o czym marzył. Nie będzie lekarzem.

Albert pamiętał ten dzień tak dokładnie, jakby to zdarzyło się wczoraj. Pamiętał też to, co działo się wcześniej. O ile nauka szła mu z łatwością, to kontakt z pacjentami z dnia na dzień stawał się coraz większym problemem. Na praktykach, jeszcze podczas studiów, zwykle udawało mu się trzymać na uboczu. Zawsze wolał patrzeć, jak inni studenci męczą się z badaniem chorych, a kiedy już jego koledzy i koleżanki zebrali niezbędny wywiad, on szybko zestawiał ze sobą uzyskane informacje i objawy, by po chwili podać gotową diagnozę. Ewentualnie, jeśli dane były niepewne lub niewystarczające, wskazywał zestaw badań do wykonania, które doprowadzą do jej uzyskania. Ogólnie, przywykł do tego, że może się wykręcić od bezpośredniego kontaktu z pacjentami i trzymać się od nich z daleka.

Podczas specjalizacji okazało się jednak, że bierna postawa jest niemożliwa. Opiekun Alberta, inni lekarze oraz cała reszta personelu szpitala coraz częściej zaczęli zauważać, że nie ma on dobrego kontaktu z chorymi. Wręcz przeciwnie – pacjenci wielokrotnie skarżyli się na jego obojętność, bezduszność, brak delikatności i empatii. Brakowało mu również cierpliwości. Dopiero wtedy Albert zaczął rozumieć, że od lekarza wymaga się czegoś więcej, niż tylko wiedzy.

Z czasem doszło do sytuacji, kiedy pacjenci nie pozwalali mu się zbadać i żądali obecności innego lekarza. Nie ufali mu, a on nie potrafił tego naprawić, bo nie do końca to rozumiał. Zarzucano mu, że widzi w pacjentach tylko przypadki i zespoły objawów. Mówiono, że po postawieniu genialnej diagnozy, całkowicie przestawali go interesować. Albert musiał przyznać, że po części mieli rację – przecież poszedł na medycynę po to, aby zaspokoić swoją ciekawość, zajmować się tym, co go pasjonuje, być podziwianym i szanowanym, a w końcu, żeby zarabiać dużo pieniędzy i nie żyć w biedzie jak jego rodzice. Nigdy nie motywował swojej decyzji chęcią pomagania chorym. Nawet o tym nie myślał. To był dla niego skutek uboczny tego, co naprawdę pragnął robić – rozwiązywać problemy medyczne.

Ponieważ nie potrafił na dłuższą metę udawać zainteresowania pacjentami, cierpliwości ani empatii, pojawiały się kolejne skargi i upomnienia. Zarówno ze strony chorych, jak i reszty personelu szpitala. Albert zastanawiał się, dlaczego wszyscy mieli do niego jakieś pretensje, skoro przecież leczył ludzi – stawiał diagnozy najszybciej i najdokładniej ze wszystkich studentów. Starał się ze wszystkich sił. Czy rzeczywiście jego zachowanie ma aż takie znaczenie? Przecież badanie pacjentów można zlecić innemu lekarzowi, a on mógłby zająć się jedynie analizą wyników. Czy trzymanie wrzeszczącego dzieciaka za rączkę było konieczne? Albert wolał włożyć sobie zatyczki do uszu albo po prostu wyjść i wrócić, kiedy się uspokoi. Zawsze można było też podać niewielką ilość środka uspokajającego. Przecież zwykły zastrzyk go nie zabije. Czy jego praca miała polegać na pocieszaniu umierających pacjentów? Im nic już nie pomoże, choćby siedział z nimi przez całą noc. Dyrekcja jednak nie podzielała jego zdania na ten temat. Nie dano mu szansy na ukończenie specjalizacji i nigdy nie otrzymał prawa do wykonywania zawodu lekarza. Wystawiono mu negatywną opinię, która zdecydowanie nie pomogła w dostaniu się do innej placówki.

Ostatecznie Albert zdecydował się przyjąć propozycję pani dyrektor. Został w szpitalu, ale tylko dlatego, że nigdzie indziej nie mógłby mieć takiego kontaktu z medycyną. Na początku decyzja o usunięciu z grona studentów go załamała. Szybko się jednak pozbierał. Przysiągł sobie, że nigdy nie zrezygnuje ze swojego największego marzenia, a to oznaczało, że wciąż musi doskonalić umiejętności i poszerzać wiedzę. Potajemnie czytał akta pacjentów i zgadywał, co im jest. Był dumny z siebie, bo w większości przypadków diagnozy były trafne. Co więcej, niezmiernie bawiły go gorączkowe wysiłki lekarzy nad nieco bardziej skomplikowanymi problemami medycznymi. Często znał ich rozwiązanie przed nimi. Nie zamierzał jednak dzielić się swoją wiedzą. Owszem, czekał na okazję, aby móc oficjalnie pokazać światu swój niezaprzeczalny geniusz, ale zamierzał to zrobić w taki sposób, aby cała gloria spłynęła wyłącznie na niego.

W tamtym czasie nie miał jeszcze pomysłu, jak tego dokonać. Nie wiedział również, że niebawem czeka go rewolucja, która przewróci jego życie do góry nogami i sprawi, że potoczy się ono zupełnie innymi torami i w kompletnie nieoczekiwanym kierunku.

Max postawił na tacy zrobione przez siebie kanapki z sałatą, pomidorem, rzodkiewką i świeżym szczypiorkiem. Do tego dwa ugotowane na miękko jajka, mały dzbanek z herbatą, filiżankę, cukiernicę i trzy małe, czekoladowe ciasteczka, które upiekli wczoraj razem z Francine. Podniósł tacę i podszedł do drzwi sypialni, zajmowanej przez nieznajomą. Zapukał lekko i z całych sił wytężył słuch. Niestety, jak zawsze, odpowiedziało mu milczenie. Westchnął i powoli uchylił drzwi. Zajrzał do środka.

– Dzień dobry – uśmiechnął się, widząc kobietę z trudem podnoszącą się z łóżka i przecierającą oczy z resztek snu. Ucieszył się, że wreszcie postanowiła odpocząć, bo do tej pory wciąż czuwała na swoim miejscu na parapecie. – Przyniosłem ci śniadanie.

Kobieta skuliła się i cofnęła pod samą ścianę. Obserwowała w milczeniu, jak podchodzi do stolika i stawia na nim tacę pełną cudownych, pachnących kanapek.

– Jeśli masz ochotę na coś innego, powiedz. – Max patrzył na nią wyczekująco. – Śmiało, na co masz ochotę? Jajecznica? Naleśniki? Zupa mleczna?

– Nie jestem głodna – odparła słabo, a głośne burczenie w żołądku ostatecznie zaprzeczyło jej słowom.

Max zaśmiał się przyjaźnie.

– Jesteś tu od pięciu dni. Nic przez ten czas nie zjadłaś i twierdzisz, że nie jesteś głodna? Nie wierzę.

Dziewczyna przenosiła wzrok z mężczyzny na talerz pełen kanapek i z powrotem. Jeśli zaraz czegoś nie zje, to zemdleje, a jej żołądek skurczył się już chyba do wielkości orzecha laskowego. W końcu podjęła decyzję.

– Dziękuję, ale wolę umrzeć z głodu niż… – urwała, bo zakręciło jej się w głowie. Zaczerpnęła gwałtownie powietrza i oparła głowę o ścianę znajdującą się za jej plecami. Było jej duszno.

– Niż co? – dopytywał mężczyzna.

– Niż dać się otruć i zrobić Albertowi przysługę – wymamrotała słabo.

Max miał wielką ochotę podejść do kobiety, pomóc jej się podnieść i sprawdzić, czy na pewno wszystko z nią w porządku. Wiedział jednak, że jeśli zbliży się do niej choćby na krok, ona zareaguje gwałtownie, wystraszy się i znów zamknie w sobie.

– Otruć? A więc o to chodzi? – spytał szczerze zdumiony. – Posłuchaj, nie znam żadnego Alberta. Słowo.

Dziewczyna obrzuciła go spojrzeniem, które w oczywisty sposób powiedziało mu, że nie uwierzyła w ani jedno jego słowo.

– Musisz coś zjeść. Bez tego nie nabierzesz sił. Przecież widzę, że jesteś coraz słabsza. Nie masz teraz nawet na tyle energii, żeby wstać z łóżka. – Max rozpaczliwie próbował znaleźć jakiś przekonujący argument. – Nie wiem, kim jest Albert i dlaczego się go boisz, ale w takim stanie nie będziesz mogła się przed nim bronić.

Jej ogromne, chabrowe oczy otworzyły się jeszcze szerzej, gdy patrzyła na niego bez najmniejszego mrugnięcia.

– Więc jak będzie? – spytał.

Nieznacznie pokręciła głową i nie ruszyła się z miejsca. Max przez chwilę przyglądał się jej w nadziei, że dziewczyna zmieni zdanie.

– W porządku – powiedział w końcu. – Poczekaj tutaj, zaraz wrócę.

Odwrócił się i zniknął za drzwiami. „Poczekaj tutaj”. Iris niemal parsknęła gorzkim śmiechem. Niby gdzie miałaby pójść? Jak? Jednak jeszcze zanim zdążyła odetchnąć z ulgą i nieco się rozluźnić, mężczyzna znów wpadł do pokoju. Trzymał w dłoniach filiżankę i talerz. Postawił naczynia na stoliku i przysunął sobie drugie krzesło. Usiadł, nalał sobie herbaty, posłodził i wymieszał. Podniósł filiżankę do ust i wypił łyk gorącego napoju. Kobieta wciąż wpatrywała się w niego jak zahipnotyzowana. Odstawił herbatę i przełożył na swój talerz dwie kanapki. Po chwili wybrał jedną z nich i ugryzł kawałek.

Szok i zaskoczenie wymalowane na twarzy nieznajomej sprawiło, że aż się roześmiał.

– Jak widzisz, nic tutaj nie jest zatrute. Masz ochotę się przyłączyć? – spytał z rozbawieniem, wskazując jej krzesło naprzeciwko siebie.

Kobieta zawahała się. Max natychmiast wykorzystał tę chwilę i wstał. Podszedł do niej, ale zatrzymał się w takiej odległości, aby czuła się bezpiecznie.

– Chodź, pomogę ci – powiedział, wyciągając do niej rękę.

W jednej chwili jej oczy zmieniły kolor. Nie miały już barwy głębokiego szafiru, ale stały się błękitne jak letnie, bezchmurne niebo. Max z całych sił starał się zachować spokój pomimo tego, co zobaczył. Wreszcie kobieta odsunęła się od ściany i usiadła na krawędzi łóżka. Podjęła próbę samodzielnego stanięcia na nogach, ale wirowanie w głowie, ból brzucha i miękkie z powodu osłabienia kolana nie pozwoliły jej na to. W końcu poddała się i ostrożnie podała dłoń Maxowi, który przez cały czas stał nieruchomo i czekał. Spodziewał się, że jej skóra będzie miała temperaturę lodu, ale gdy go dotknęła, zdziwił się po raz kolejny. Była ciepła. Zaprowadził ją do stolika, odsunął krzesło i pomógł jej usiąść. Sam zajął miejsce naprzeciwko. Nalał do jej filiżanki herbaty i podał talerz z kanapkami. Podziwiał ją, kiedy jadła. Długie pasma czarnych włosów, opadające na szczupłe ramiona, podkreślały bladość jej skóry. Czarne brwi i rzęsy okalały szeroko otwarte, niesamowicie niebieskie oczy, a długie palce drżały lekko na filiżance, którą trzymała. Gdy zjadła obie kanapki z talerza, w milczeniu podał jej swoją. Po zaspokojeniu największego głodu, również zaczęła mu się przyglądać. Wcześniej nie widziała, jakie ma piękne oczy. Wydawało jej się, że są brązowe, ale teraz widziała, że miały niesamowity kolor ciemnego bursztynu. Nad nimi rysował się wachlarz długich, podwiniętych rzęs. Wyglądał na zmęczonego, ale mimo to, kiedy się uśmiechał, w policzkach robiły mu się urocze dołeczki. Jego ciemnobrązowe włosy były starannie uczesane, a idealnie wyprasowana zielona koszula podkreślała delikatną opaleniznę.

 

– Może zaczniemy jeszcze raz? – spytał cicho mężczyzna. – Jestem Maximilien. Możesz mówić do mnie Max.

Kobieta powoli opuściła filiżankę z ostatnimi kroplami herbaty, wpatrując się w nią intensywnie. Po chwili jednak, ku uldze Maxa, podniosła wzrok i wyszeptała:

– Iris.

– Bardzo mi miło, Iris. Jak się czujesz?

– Dużo lepiej niż pół godziny temu – rzekła cicho, a potem z wahaniem odważyła się odezwać ponownie. – Max… czy mógłbyś powiedzieć mi, gdzie jestem?

– Jesteśmy w moim domku letnim. W małej miejscowości na północ od Strasbourga, na obrzeżach lasu. Pięknie tu – wyjaśnił z uśmiechem – ale to już sama ocenisz, kiedy nabierzesz sił i zechcesz wyjść na spacer.

– Więc… nie jestem więźniem? Mogę stąd wyjść w każdej chwili?

Max był zszokowany jej pytaniem. Ona naprawdę myślała, że chce zrobić jej krzywdę.

– Więźniem? Absolutnie nie.

– Więc co tu robię?

Mężczyzna wzruszył ramionami. Nie wiedział, co dziewczyna pamięta, więc postanowił zacząć opowieść od samego początku.

– Chyba zdrowiejesz. Znalazłem cię ranną i nieprzytomną w lesie. Zabrałem cię do domu i chciałem zawieść do szpitala, ale Stéphan…

Iris westchnęła zaskoczona i aż otworzyła usta ze zdumienia.

– Stéphan? Czy on tu jest?

– To twój kot? – spytał Max. – Był tu jeszcze zanim się obudziłaś, ale gdzieś poszedł. Pewnie wróci za kilka dni. Zawsze wraca. W końcu konserwy rybne nie leżą na leśnym mchu.

Gdy wypowiedział te słowa, twarz Iris się rozpromieniła i po raz pierwszy zobaczył jej uśmiech. Była jeszcze piękniejsza, niż mu się wydawało na początku. Zaraz jednak przywołała się do porządku i na jej twarzy znów pojawiła się obojętność i nieufność.

– Czyli znalazłeś mnie i… – Nagle dotarło do niej, że skoro była tu od pięciu dni, to musiał widzieć, jak jej rany się goją. Nie było innego wyjścia, musiał zdawać sobie sprawę z tego, że nie jest człowiekiem. Przerażenie znów ją sparaliżowało. – Co zamierzasz teraz zrobić?

– Z czym?

– Ze mną – spojrzała mu w oczy i patrzyła, jak się zastanawia nad odpowiedzią.

– Nic. Chciałem ci tylko pomóc. Możesz tu zostać, ile zechcesz, aż poczujesz się lepiej, a potem… decyzja należy do ciebie. Powiedz mi tylko jedną rzecz. – Nachylił się do niej nad stołem. – Czy uciekłaś ze szpitala?

– Nie – odparła z odrazą w głosie. – Nigdy nie byłam w żadnym szpitalu.

– Wiedziałem – odetchnął z ulgą, aż Iris spojrzała na niego dziwnie.

– Nie zadzwonisz do nich, prawda?

– Nie chcesz, żebym zadzwonił?

Pokręciła przecząco głową, a w jej oczach znów pojawił się strach.

– Spokojnie, nie zadzwonię. Nikt nie wie, że tu jesteś. No, z wyjątkiem mojej siostry. Chwilowo mieszka tutaj ze mną, dopóki nie poczuje się lepiej.

Skinęła głową. Przez chwilę patrzyli na siebie w milczeniu, nie wiedząc, które z cisnących się na usta pytań zadać jako pierwsze.

– Max, czy mogłabym skorzystać z łazienki? – spytała nieśmiało.

– Jasne, zaprowadzę cię. – Pomógł jej wstać i wziął pod rękę. – Wiesz, nie miałaś nic przy sobie, kiedy cię znalazłem, więc pozwoliłem sobie kupić ci jakieś ubranie i parę innych drobiazgów, które chyba ci się przydadzą. W łazience znajdziesz czysty ręcznik i nową szczoteczkę do zębów.

Iris była tak oszołomiona, że nawet nie zauważyła bladej, wychudzonej kobiety, stojącej w korytarzu, opierającej się o framugę drzwi i uśmiechającej się szeroko, pomimo wyraźnych sinych śladów pod oczami i ciężkiego, świszczącego oddechu.

Zanim zamknęła drzwi łazienki, Iris odwróciła się i spojrzała mężczyźnie prosto w oczy.

– Max? – wyszeptała.

– Tak?

– Dziękuję. Jeszcze nie wiem jak, ale spłacę swój dług wdzięczności. Przysięgam. – Uśmiechnęła się do niego nieśmiało, a chwilę później z zachwytem zanurzyła się w gorącej wodzie i pachnącej cytrusami, gęstej pianie.

Zaraz po tym, jak Iris zniknęła w łazience, Max odwrócił się w stronę siostry.

– Francine, po co wstawałaś? – spytał karcąco, prowadząc ją z powrotem do łóżka. – Naprawdę, czuję się tutaj jak jakaś niańka. Wciąż muszę was pilnować. Połóż się, zjedz coś, odpocznij, weź lekarstwo…

Dziewczyna zachichotała, co wywołało gwałtowny atak kaszlu i duszności.

– Widzisz? Właśnie o tym mówię – ciągnął niezrażony Max, starając się utrzymać pełną oburzenia minę. – Skrajnie nieodpowiedzialne zachowanie. Mogło ci się zakręcić w głowie albo zrobić słabo jak ostatnio…

– Max… ja po prostu musiałam to zobaczyć.

– Co takiego? – spytał, nie rozumiejąc, o co dokładnie jej chodzi.

– Twoją strategię – odparła z rozbawieniem, pozwalając bratu posadzić się na materacu. – Nawet z istotami pozaludzkimi radzisz sobie całkiem nieźle. I jesteś… niańką idealną.

– Dzięki. Marzyłem o tym tytule przez całe życie – stwierdził, śmiejąc się pod nosem i przykrywając siostrę kołdrą.

– Kiedyś z całą pewnością dostaniesz order – powiedziała Francine, przymykając powieki. – A zadanie specjalne idealnej niańki możesz dostać już teraz.

– Jakie zadanie?

– Poczytaj mi – poprosiła, wskazując książkę leżącą na szafce obok łóżka.

Max wziął do ręki grubą książkę i otworzył ją w miejscu zaznaczonym przez Francine. Zaczął czytać, co jakiś czas zerkając na siostrę, aby sprawdzić czy zasnęła. Ona jednak słuchała uważnie i wpatrywała się w skrawek nieba widocznego za oknem.

Max przerwał czytanie i zerwał się ze swojego miejsca przy łóżku Francine, gdy tylko usłyszał dźwięk otwieranych drzwi od łazienki.

– Zaproszę ją tutaj do nas, dobrze? Zaraz wracam. – Wyszedł pospiesznie z sypialni siostry i dotarł do drzwi łazienki w chwili, gdy Iris właśnie z niej wychodziła. Miała na sobie niebieską sukienkę, podobną do tej, w której ją znalazł. Niestety, tamta uległa całkowitemu zniszczeniu, więc Max starał się znaleźć taką samą. Długie, mokre włosy upięła z tyłu tak, aby nie opadały na twarz.

– Iris? – Odwróciła się w jego stronę i czekała. – Wyglądasz pięknie.

Kobieta odwróciła wzrok, a jej policzki zarumieniły się.

– Pomyślałem, że jeśli nie jesteś bardzo zmęczona, to może chciałabyś poznać moją siostrę. Będzie nam bardzo miło, jeśli przyłączysz się do nas.

– Chętnie – odparła po chwili wahania.

Max poprowadził ją korytarzem i wskazał jedne z drzwi, które były już lekko uchylone. Popchnął je, aby się otworzyły i przepuścił Iris przodem. Nieśmiało przestąpiła próg i rozejrzała się po pomieszczeniu. Piękne zasłony, miękki, puszysty dywan, eleganckie meble, a tuż przy oknie ogromne łóżko, na którym leżała jakaś kobieta. Patrzyła na nią i próbowała usiąść, jednak wysiłek sprawił tylko, że złapał ją atak straszliwego kaszlu.

Max wyminął Iris, podszedł do dziewczyny i pomógł jej usiąść. Sprawnie poprawił jej poduszkę, aby mogła się o nią oprzeć.

– Dziękuję, Max – powiedziała słabo, zanim zwróciła się do Iris. – Jestem Francine. Wybacz, że poznajemy się w takich okolicznościach, ale ostatnio nie czuję się najlepiej.

Iris podeszła do łóżka i usiadła na krześle, które podsunął jej Max.

– Jestem Iris – Patrzyła na dziewczynę i zastanawiała się, co jej jest. Wyglądała jak duch, jak cień samej siebie. Skórę miała niemal przezroczystą, oczy zapadnięte i podkrążone. Sprawiała wrażenie, jakby walczyła o każdy oddech i każdy jeden sprawiał jej trudność. Iris wiedziała, że ona umiera. Z pewnością nie zostało jej już zbyt wiele czasu. Spojrzała na Maxa, który troskliwie poprawiał siostrze kołdrę. Widziała, jak cierpi i próbuje jakoś to zamaskować przed nimi obiema.

– Opowiedz nam coś o sobie, Iris – odezwała się Francine.