Dziewczyna o chabrowych oczachTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Cześć Max. Gdzie byłeś przez całą noc? – spytała wesoło Francine, wchodząc do kuchni i wycierając mokre włosy. – Och, mamy nowego lokatora?

– To Stéphan. – Kot w odpowiedzi oblizał się i głośno mrucząc, zaczął ocierać się o nogi dziewczyny. – Od wczoraj chyba uważa mnie za swojego nowego przyjaciela.

– Jest taki śliczny. – Francine wzięła zwierzę na ręce i przyjrzała mu się z bliska. – To miło, że go przygarnąłeś.

Max zaśmiał się pod nosem.

– Zupełnie, jakbym miał jakiś wybór.

Francine spojrzała na niego uważnie.

– Na pewno dobrze się czujesz? Wyglądasz na zmęczonego.

– Bo jestem. Chyba pójdę się położyć. Może ten sen się wreszcie skończy.

Gdy Max poszedł do sypialni, Francine wzruszyła ramionami i zwróciła się do nowego przyjaciela.

– Wiesz, Stéphan, Max nie zawsze jest taki dziwny. Musisz mu wybaczyć. – Podeszła do lodówki i wyjęła swoje kanapki. – Wolisz te z kozim serem czy z szynką?

Jednak kocur nie miał już ochoty na jedzenie. Spałaszował całą puszkę tuńczyka i teraz najwyraźniej postanowił poszukać odpowiedniego miejsca na drzemkę. Dziewczyna patrzyła, jak opuszcza pomieszczenie, powoli spaceruje korytarzem, a w końcu znika w jednym z pokoi. Samotnie zjadła więc swoje kanapki i wypiła herbatę. W końcu podniosła się, aby umyć naczynia. Już samo wstanie z krzesła kosztowało ją sporo wysiłku, ale zacisnęła zęby i podeszła do zlewu. Zastanawiała się nad tym, w jak szybkim tempie choroba sprawiła, że umycie jednego talerza i filiżanki stało się dla niej wyzwaniem niemal ponad siły.

Po wszystkim Francine usiadła z powrotem przy kuchennym stole, oddychając głęboko, pomimo tego że każdy wdech sprawiał jej trudność. Była zmęczona, ale nie chciała martwić brata swoim stanem zdrowia. Jej włosy, kiedyś długie i gęste, teraz wychodziły całymi pękami. Niedługo będę całkowicie łysa – pomyślała, przeciągając dłonią po głowie i patrząc na gruby kosmyk, który pozostał w jej ręce. Już teraz nosiła na głowie chustę, zakrywającą łyse miejsca na czaszce, których nie była w stanie przykryć resztką włosów, jaka jej została. Westchnęła. Wiedziała, że prędzej czy później będzie musiała podjąć tę trudną decyzję. Wstała i najciszej, jak tylko potrafiła, poruszając się na paluszkach, przeszła przez korytarz w stronę sypialni Maxa. Uchyliła drzwi, by upewnić się, że śpi. Potem udała się do swojego pokoju i wyciągnęła z głębi szafy ukrytą tam wcześniej paczuszkę. Zważyła ją w dłoni i ruszyła z nią do łazienki. Postawiła na umywalce świeżo zakupioną golarkę, którą po drodze wyjęła z kartonowego opakowania. Gdy już pobieżnie zapoznała się z instrukcją, wzięła się do dzieła. Zawsze kochała swoje włosy, ale one i tak już były martwe. I tak same by wypadły. Po chwili cienkie, brązowe kosmyki zaczęły upadać na kafelki razem z jej gorącymi, pełnymi rozpaczy łzami. Gdy skończyła, popatrzyła na swoje odbicie w lustrze. Wychudzona, blada twarz, ciemne sińce pod oczami, brak włosów. Wyglądała jak duch. W niczym nie przypominała siebie sprzed lat. Nie potrafiła powstrzymać łez, które płynęły nieubłaganie po policzkach. Usiadła na podłodze i rozpłakała się na dobre. Wcześniej nie pozwalała sobie na łzy, starała się być silna. Ale to było prawie półtora roku temu. Teraz już wiedziała, że nie ze wszystkim da się wygrać i że nie jest nieśmiertelna, jak jej się wydawało. Gdy dowiedziała się, że jest chora, rak zdążył już całkowicie wyniszczyć jej nerkę. Przeszła operację, w czasie której lekarze mieli wyciąć guza, ale okazało się, że jest już w tak zaawansowanym stadium, że byli zmuszeni usunąć cały organ. Potem przez pewien czas cieszyła się, że jest zdrowa. Aż kilka miesięcy temu przyszły wyniki jej ostatnich badań kontrolnych. Okazało się, że ma przerzuty w płucach. Niewielkie, dość wcześnie wykryte guzy, ale jednak tam były. Poddała się chemioterapii i radioterapii, które jeszcze bardziej osłabiły i wyniszczyły jej organizm. Lekarze jednak powiedzieli, że guzy zamiast się zmniejszyć, nieznacznie urosły. Teraz już nie miała złudzeń, mimo iż została poinformowana, że terapia czasem działa z opóźnieniem.

Francine była tak pochłonięta swoimi myślami, że nawet nie usłyszała, że w łazience jest z nią ktoś jeszcze. Stéphan zeskoczył z półki i podszedł do dziewczyny. Dotknął chłodnym nosem jej policzka.

– Stéphan, to ty – szepnęła, szlochając. – Wystraszyłeś mnie.

Czarny kocur wszedł jej na kolana i zaczął głośno mruczeć, wpatrując się w nią intensywnie swoimi zielonymi oczami. Zupełnie, jakby chciał wiedzieć, dlaczego płacze i o czym myśli.

– Ja umrę. Widzisz? – wyszeptała, pokazując mu swoją łysą głowę. – Max nie chce tego przyjąć do wiadomości, ale ja już się z tym pogodziłam. Chce, żebym się nie poddawała, ale ja już to po prostu wiem. Nie ma dla mnie ratunku. Widziałam to w oczach mojego lekarza, gdy robił mi badania w zeszłym miesiącu.

Stéphan przechylił głowę na bok i dalej patrzył na dziewczynę z zainteresowaniem. Francine pogładziła go po grzbiecie i przytuliła twarz do jego gęstego, ciepłego futra.

– Zajmiesz się Maxem, gdy odejdę, prawda? Nie chcę, żeby był samotny.

Kot głośno zamiauczał i przytulił pyszczek do jej twarzy.

– Wiedziałam, że mnie zrozumiesz.

– Musimy się rozdzielić – powiedziała Élise cicho, ale zdecydowanie.

– Jak to rozdzielić?! – spytała Léa, wciąż rozcierając nadgarstki obolałe po tym, jak Albert i jego ludzie skuli je kajdankami. – Przecież my zawsze trzymamy się razem. Jak sobie poradzimy?

– Léa, jesteś dzielna, poradzisz sobie. Nasze miasto już nie istnieje, nie mamy gdzie wrócić. Widzę więc tylko dwa wyjścia. Pierwsze z nich, to ukrywać się, a drugie wmieszać w ludzi i udawać zwykłe, ludzkie kobiety. Nie ma innych opcji. Albert będzie nas szukał i jeśli będziemy tu tkwić, to w końcu znajdzie.

– Iris go wkurzyła i tyle! – wykrzyknęła Léa. – On taki nie jest. Nie uwierzę, że chciałby zrobić nam krzywdę.

– Kochanie, przecież tam byłaś i sama widziałaś. – Élise pogładziła rudowłosą dziewczynę po policzku. – Wiem, że go polubiłaś, ale on nie ma dobrych zamiarów.

Léa wyrwała się ze złością i mocno tupnęła nogą.

– Nie! Nie zgadzam się!

Élise opuściła dłoń i odwróciła się w kierunku milczącej dotąd Iris. Spojrzała na nią pytająco.

– Ona ma rację – szepnęła cicho czarnowłosa kobieta.

– Co?! Ty też?! Chyba oszalałyście! Przecież Albert chce tylko, żebyś pokazała mu receptury na kilka swoich wywarów. Bez przesady, przecież nie musimy się przez to ukrywać w nieskończoność.

– Léa, uspokój się. Posłuchaj uważnie. – Iris zmusiła ją, aby spojrzała jej w oczy. – Albert na początek może zażąda tylko kilku receptur, ale na tym się nie skończy. Oni są żądni władzy. Nie odpuszczą. Widziałaś, co zrobili naszym siostrom. I po co to zrobili? Tylko po to, żeby nas wystraszyć i przekonać o tym, że nie zdołamy uciec. Przecież chodziło im tylko o nas. Po co zniszczyli całe miasto? Po co zabili tyle niewinnych istot?

– Nie możemy w nieskończoność ukrywać się w lesie – wtrąciła się Élise. – W końcu ktoś nas zauważy. Musimy zachować szczególną ostrożność. Jeśli o mnie chodzi, uważam, że powinnyśmy się jednak rozdzielić i spróbować wmieszać w ich świat. Tylko w ten sposób ujdziemy z życiem i zachowamy nasze sekrety z daleka od zachłannych, ludzkich rąk. Jest tylko jeden warunek – nie możemy pozwolić sobie na to, by nas zdemaskowali.

Iris spojrzała na ludzkie miasto widoczne z leśnego wzgórza, na którym obecnie się znajdowały.

– Myślę, że powinnyśmy się dyskretnie rozejrzeć w ich świecie – rzekła. – Musimy wiedzieć, jak wyglądają, czym się zajmują na co dzień. Mamy jakieś pojęcie o tym, jak wygląda ich życie, ale tylko w teorii. Pora przekonać się na własne oczy.

– Chcesz tam iść? – spytała przerażona Léa. – Przecież oni są niebezpieczni.

Élise wzięła Léę za rękę.

– To nasza jedyna szansa na przeżycie – powiedziała spokojnie. – Dopóki nie wiedzieli o naszym istnieniu, byłyśmy bezpieczne. Teraz też musimy zadbać o to, żeby nie wiedzieli, gdzie jesteśmy. Niech myślą, że się ukrywamy gdzieś w lesie, a my tymczasem będziemy udawać jedne z nich.

Léa z westchnieniem pokiwała głową. Wiedziała, że przyjaciółki mają rację. Wiedziała też, że one nigdy nie zrozumieją tego, że to ją najbardziej zabolała zdrada Alberta. Nie zaznają takiego bólu jak ona. Czuła się, jakby ktoś wyrwał jej serce. Ufała mu, a on to wykorzystał. To jej wina, że Paix zostało zniszczone. Oczywiście, to Albert miał krew jej sióstr na rękach, ale ona pośrednio była współwinna masakrze, jaka wydarzyła się w dolinie. Poczuła łzy pod powiekami, więc odwróciła się plecami do Élise i Iris. Spojrzała na miasto leżące u ich stóp. Musi naprawić zło, jakie wyrządziła, nawet jeśli nie zrobiła nic złego celowo.

– Pójdę z tobą, Iris – powiedziała, poddając się. – Przyda ci się dodatkowa para oczu i uszu.

Maxowi nadal trzęsły się ręce, gdy rozbijał trzy jajka do szklanej miseczki. Może jednak powinien zadzwonić po doktora Bédiera, żeby ją zbadał? Francine była coraz słabsza i coraz gorzej znosiła chemioterapię. Max teoretycznie był przygotowany na to, że kuracja wyniszcza organizm jego siostry, ale mimo wszystko, gdy nagle straciła przytomność, wpadł w panikę. Nie mógł znieść myśli, że może ją stracić. Prosiła go, by nie dzwonił po lekarza, bo nie chciała znów trafić do szpitala. Odpuścił jej, bo wiedział, że ona też ciężko znosi całą tę sytuację. Dlatego zabrał ją z miasta i przywiózł do swojego letniego domku położonego tuż przy ogromnym lesie. Nie było tu tyle hałasu i zanieczyszczeń powietrza, które tak negatywnie wpływały na jej chore płuca. Przełożył jajecznicę na talerz, położył obok dwie kromki ciemnego chleba i poszedł do pokoju siostry. Tuż przed drzwiami się zatrzymał, aby wytrzeć łzy, które same cisnęły mu się do oczu.

 

– Jak się czujesz? – spytał, wkraczając do sypialni.

– Już lepiej. – Francine usiadła, żeby odebrać od brata talerz z kolacją. – Dziękuję, Max.

Mężczyzna usiadł na łóżku i poprawił siostrze poduszkę.

– Może jednak powinienem zadzwonić do doktora Bédiera? – zaczął nieśmiało. – Może cię zbada i…

Francine spojrzała na niego mocno podkrążonymi, zmęczonymi oczami.

– I co zrobi? Poda mi nowe leki przeciwbólowe? – Zakasłała słabo. – A może nagle przypomni sobie o istnieniu nowego, cudownego leku?

Max nie potrafił już powstrzymać łez, które popłynęły po jego policzkach.

– Nie mów tak. Przecież jest jeszcze szansa…

– Max, ja chcę już tylko spokoju, a nie ciągłych zastrzyków, nowych leków i eksperymentalnych terapii. Nie oszukuj się, jeśli obecne leczenie nie zadziała, to już koniec walki. Przegrałam i pogodziłam się z tym. Chcę spędzić ostatnie tygodnie życia w domu, a nie w szpitalu. Z tobą i ze Stéphanem.

Czarny kot, usłyszawszy swoje imię, podniósł głowę z poduszki leżącej obok Francine i cicho zamiauczał. Dziewczyna pogłaskała go po głowie, by położył się z powrotem.

– Francine, obiecaj mi tylko, że pójdziesz na te następne badania u doktora Bédiera. Za dwa tygodnie.

Max patrzył na siostrę, gdy grzebała widelcem w jajecznicy.

– Obiecuję.

– Kocham cię, Francine i nie pozwolę ci odejść. – Max przytulił siostrę mocno. – Jeśli istnieje na świecie coś, co mógłbym zrobić, a co by cię wyleczyło, bądź pewna, że cokolwiek by to było, zrobię to.

– Wiem, Max. Ja też cię kocham. Tylko dla ciebie zdecydowałam się na tę ostatnią chemioterapię. – Poklepała brata po plecach i odsunęła się. – No, ale dość już tego smutku. Może obejrzymy jakiś film? Tylko koniecznie jakąś głupią komedię. Żadnych melodramatów – zaśmiała się Francine i natychmiast złapał ją duszący atak kaszlu.

– Jasne. – Max sięgnął na półkę, podał siostrze laptopa i ruszył w stronę drzwi, zabierając ze sobą pusty talerz po jajecznicy. – Pójdę poszukać czegoś fajnego, zaraz wracam.

Francine w zamyśleniu czekała, aż komputer się włączy. W oczekiwaniu na brata, zaczęła przeglądać dostępną listę filmów, ale nie znalazła niczego, co by ją zainteresowało. Dziewczyna usiadła wygodniej na łóżku i bez większego zainteresowania uruchomiła portal informacyjny. Pobieżnie zerknęła na doniesienia o ataku terrorystycznym w Paryżu, o ważnym meczu piłki nożnej, mającym się rozegrać w najbliższy weekend, a w końcu o bezsensownych kłótniach polityków, o których nawet nie chciała wiedzieć. Już miała odłożyć urządzenie na bok, gdy jej wzrok padł na trzy niewielkie, kolorowe ilustracje. Powiększyła widok i przeczytała krótką notatkę, którą były opatrzone:

Kilka dni temu ze szpitala psychiatrycznego w Strasbourgu uciekły trzy kobiety. Uciekinierki są chore, dlatego mogą zachowywać się w dziwny i nieprzewidywalny sposób. Mogą również być niebezpieczne. Powyżej przedstawiamy ich rysopisy oraz portrety pamięciowe. Gdyby ktokolwiek z państwa rozpoznał którąś z tych kobiet, prosimy o natychmiastowy kontakt telefoniczny.

Dziewczyna uważnie i z ciekawością obejrzała kolorowe szkice przedstawiające uciekinierki. Pierwsza z nich miała ogniście rude włosy i była bardzo młoda. Francine pomyślała, że pewnie jest w jej wieku i ma jakieś osiemnaście lat. Druga była nieco starsza, ale mimo to przepiękna. Wyglądała na jakieś czterdzieści lat. Miała dziwne włosy w białym kolorze i niesamowite, zielone oczy. Ostatnia z kobiet musiała mieć około dwudziestu lub dwudziestu dwóch lat i gęste, długie włosy w czarnym kolorze. Niewiarygodnie niebieskie oczy wpatrywały się odważnie i wyzywająco prosto w Francine, która w końcu, z westchnieniem, wyłączyła przeglądarkę.

Pomyślała, że świat jest zwariowany. Zastanawiała się, dlaczego tak młode osoby chorują i są zamykane w szpitalach.

– Chyba mam! – Do pokoju nagle wpadł Max, machając przed sobą płytą z filmem i wyrywając siostrę z głębokiego zamyślenia. – To jest naprawdę dobre. Będziemy się śmiać do łez.

– Właśnie tego nam trzeba – odparła Francine, położyła się wygodnie na łóżku i wpuściła Stéphana na swoje kolana.

Iris, Élise i Léa siedziały na trawie, twarzami do siebie, w samym sercu ciemnego lasu. Nocne niebo usłane było gwiazdami, a księżyc srebrzył się wśród nich jak wielka latarnia, oświetlając twarze kobiet delikatną poświatą.

– Jesteście gotowe? – spytała Élise.

– Tak – odparły jednocześnie.

– Znalazłam pracę jako szwaczka. Myślę, że to będzie dobry kamuflaż. Nie będę rzucać się w oczy. – Élise wyciągnęła z torby perukę. – Teraz będę blondynką. I mam na imię Chantal.

– A ja mam brązową. Poznajcie Anastasie – odezwała się Léa, wyjmując swoje przebranie i zakładając na głowę perukę. – Będę zajmowała się córką jakichś bogatych ludzi. Mam nadzieję, że sobie poradzę. Nigdy wcześniej nie miałam do czynienia z ludzkim dzieckiem.

– Poradzisz sobie. One raczej nie są groźne. I podobno zanim dorosną, opowiadają różne niestworzone historie, więc nawet gdyby zaczęła coś podejrzewać, ludzie będą brać jej opowieści z przymrużeniem oka – rzekła pocieszająco Élise, zawijając swój pulsujący białym światłem wisiorek w skrawek aksamitnego materiału. Jej przyjaciółki zrobiły to samo. – Najważniejsze, to zachowywać się jak najbardziej ludzko.

– Co to znaczy? – dopytywała rudowłosa dziewczyna.

Starsza kobieta zastanowiła się chwilę.

– Nie możemy być zbyt miłe. Ludzie nie zawsze są dla siebie mili. Zwykle robią to wtedy, kiedy mają w tym jakiś interes.

– To obrzydliwe – stwierdziła Léa. – Nie chcę być taka.

– Nie musisz taka być, ale taką udawać. Poza tym, nie powinnyśmy przesadzać z kontaktami z ludźmi. Oni raczej zajęci są swoimi sprawami, a to, co dzieje się u ich braci i sióstr, na ogół mało ich interesuje.

– To chyba będzie łatwe.

– Na pewno działa na naszą korzyść, jeśli chodzi o ukrywanie się. Może nikt nie będzie się nami interesował.

Kobiety zamilkły na chwilę. Były bardzo zdenerwowane rolami, jakie przyszło im odegrać. Żadna z nich nigdy wcześniej nie próbowała żyć obok ludzi.

– Coś jeszcze?

– Tak. Najważniejsza rzecz. Absolutnie, pod żadnym pozorem nie wolno nam korzystać z naszych… umiejętności. – Élise spojrzała na przyjaciółki. – Zrozumiano?

Iris i Léa skinęły głowami.

– Ani o nich opowiadać, rzecz jasna.

Kolejne potakujące skinięcie.

– I oczywiście nie opowiadamy o tym, skąd jesteśmy. Ani słowa.

Kilka następnych minut upłynęło im w milczeniu. W końcu Élise zapytała:

– A ty, Iris? Co będzie z tobą? Pomogłaś nam znaleźć kryjówki i pracę, a dla siebie coś znalazłaś?

– Jeszcze nie, ale na pewno niedługo mi się uda. Jutro znów idę do miasta. Poradzę sobie.

Najstarsza z kobiet skinęła głową i próbowała zebrać myśli.

– W takim razie to jest ostatnia noc, kiedy jesteśmy tu razem. Jutro rano każda z nas pójdzie w swoją stronę. Możemy sobie jedynie życzyć powodzenia.

– Élise, a co będzie, jeśli któraś z nas będzie chciała się skontaktować z resztą?

– Dokładnie za siedemnaście dni księżyc osiągnie fazę pełni. Spotkamy się tu w nocy. Jeśli któraś z nas nie przyjdzie, zakładamy, że nie żyje albo została zdemaskowana i pojmana. Wówczas musimy radzić sobie same i uciekać.

Iris bezszelestnie poruszała się cichymi, bocznymi uliczkami. Wracała z miasta, gdzie wciąż próbowała znaleźć dla siebie jakieś zajęcie. Słońce już zaczynało chować się za horyzontem i powoli zapadał zmrok. Miała na sobie długi, czarny płaszcz, a na głowę narzuciła ogromny kaptur, tak by nie widać było jej twarzy. Miała wrażenie, że ktoś ją śledzi i próbowała zgubić ewentualnego prześladowcę, klucząc między budynkami i chowając się w ciemnych zaułkach. Zwinnie wbiegła do jakiegoś opuszczonego budynku na obrzeżach miasta i kucnęła w mrocznym przedsionku. Wstrzymała oddech, aby usłyszeć każdy, nawet najmniejszy szelest. Wiedziała aż za dobrze, że ludzie Alberta wciąż kręcą się po okolicy. Zapewne liczyli na to, że w końcu będą musiały opuścić las, choćby po to, aby zdobyć coś do jedzenia.

Iris siedziała na podłodze jeszcze przez kilkanaście minut, zanim zdecydowała się wyjść i ruszyć w stronę swojej tymczasowej kryjówki w głębi lasu. Cicho i z wahaniem uchyliła rozpadające się ze starości drzwi. Rozejrzała się, ale nie dostrzegła nikogo. Wypadła na ulicę i krok za krokiem, ostrożnie zmierzała w kierunku wylotu z miasta. W panice oglądała się za siebie. Strach sprawił, że wciąż wydawało jej się, że widzi podejrzane cienie w uliczkach, które mijała. Nagle potknęła się i wpadła na jakiegoś samotnego człowieka idącego z naprzeciwka. Szybko wyprostowała się, wymamrotała ciche przeprosiny i już chciała biec dalej, kiedy ten człowiek złapał ją za nadgarstek.

– Przepraszam, nie wie pani, którędy dojść do centrum?

Iris odwróciła się i już miała coś powiedzieć, gdy nieznajomy zerwał z jej głowy kaptur, uwalniając burzę czarnych włosów.

– To ty! – Zmrużył złowieszczo oczy, zacieśniając uchwyt na jej ręce.

Rozpoznała go w ułamku sekundy. To człowiek, który na wzgórzu na polecenie Alberta skuł jej ręce kajdankami. Próbowała się wyrwać, szarpała się wściekle, ale mężczyzna trzymał ją w stalowym uścisku. Wtedy zobaczyła broń. Trzymał ją ukrytą pod płaszczem i celował prosto w jej pierś. Zamarła na chwilę, a potem przymknęła oczy, a przez ciało napastnika przeszła silna fala prądu. Zawył z bólu i puścił ją. Natychmiast rzuciła się do ucieczki. Biegła najszybciej jak tylko mogła, ale przez cały czas słyszała za sobą kroki mężczyzny. Bała się, że do niej strzeli, więc gdy już wybiegła z miasta, zaczęła kluczyć między krzewami i pojedynczymi drzewami, jakie mijała po drodze. Po chwili poczuła, że napastnik łapie ją za kaptur i próbuje zatrzymać, ciągnąc za jej płaszcz. Szybko go rozpięła, a materiał z łatwością zsunął się z jej ramion. Przyspieszyła jeszcze bardziej. Nie miała już siły, nie mogła złapać oddechu, ale rozpaczliwie biegła przed siebie. Nagle, w mroku, z impetem wpadła na powalony pień drzewa, którego wcześniej nie zauważyła. Upadła, a z jej gardła wydobył się zduszony okrzyk, gdy zabrakło jej tchu. Mężczyzna rzucił się na nią, przyciskając mocno do ziemi. Kopnęła go i złapała leżący tuż obok niej kawałek grubej gałęzi. Uderzyła z całej siły, celując w jego głowę. Mężczyzna krzyknął z bólu i upuścił broń, która upadła poza zasięg jej dłoni. Próbowała wstać i odnaleźć pistolet, ale złapał ją za kostkę u nogi. Gdy upadła, szybkim ruchem zerwał z jej szyi chabrowy wisiorek. Przerażona, próbowała mu go odebrać. Pociągnęła za łańcuszek, który po chwili został w jej dłoni. Spojrzała z zaskoczeniem na maleńkie, srebrne ogniwa. Jedno z nich było wygięte, przez co ozdoba zsunęła się i została w wielkiej dłoni mężczyzny. Podniosła wzrok na napastnika, który wciąż niemal wgniatał ją w leśny mech. Uśmiechnął się złowieszczo i z triumfem upuścił wisiorek w trawę, aby mieć wolne ręce. Teraz nie mogła nic zrobić. Bez niego jest bezsilna. Prześladowca złapał ją za szyję.

– Gdzie twoje koleżanki?! – wrzasnął jej w twarz.

Rozpaczliwie próbowała złapać oddech. Uderzył ją z całej siły w twarz. Zrobiło jej się ciemno przed oczami i poczuła krew w ustach.

– Pytam po raz ostatni! Gdzie?!

– Nie wiem – wydyszała.

Uderzył ją jeszcze raz, jednocześnie wykręcając mocno jej rękę. Krzyknęła z bólu i przycisnęła policzek do ziemi. Gdy uchyliła powieki, zobaczyła kilkanaście centymetrów od siebie broń leżącą w trawie. Szybko, z zaskoczenia, wyciągnęła po nią dłoń i natychmiast wycelowała w napastnika. Puścił jej szyję i zaczął wyrywać pistolet. Chciała strzelić, ale nie mogła wymacać spustu. Przez kilka sekund szarpali się, aż w końcu mężczyzna odebrał jej broń i ze złowieszczym uśmiechem skierował w jej stronę. Znieruchomiała, wiedząc, że zaraz zginie. Zamknęła oczy, czekając na śmierć. Wtedy mężczyzna wrzasnął:

– Nie próbuj swoich sztuczek! Otwieraj oczy!

Iris powoli uniosła powieki i spojrzała na nieznajomego. Nagle ze zdumieniem poczuła pod dłonią ciepło swojego wisiorka. Miała szczęście, że mężczyzna nie odrzucił go gdzieś daleko, ale upuścił tutaj, w trawę i mech. Zacisnęła palce na szkle i znów zamknęła oczy. Kiedy tylko mężczyzna jej dotknął, by znów zmusić ją do ich otwarcia, poczuł potworny ból w całym swoim ciele. Ostatkiem sił, zanim stracił przytomność, zdołał nacisnąć spust i zobaczył, jak kobieta krzyczy, zwijając się z bólu i trzymając za brzuch.

 

Stéphan był dziś bardzo niespokojny. Od samego rana biegał szaleńczo po całym domu i ogrodzie, wciąż szukając sposobu, aby zwrócić na siebie uwagę.

– Chyba nie jesteś już głodny, prawda? – dopytywał szczerze zaniepokojony Max. – A może coś cię boli? Twoje zachowanie jest dziś nie do zniesienia.

Stéphan zwinnie wskoczył na półkę, zrzucając przy tym kilka stojących na niej książek i kubek z ołówkami.

– Uważaj! – Max pozbierał rozrzucone po podłodze przedmioty i ustawił je z powrotem na swoim miejscu.

Kot wydał z siebie przeraźliwy miauk i śmignął w stronę drzwi wyjściowych. Usiadł na progu i z wyczekiwaniem, intensywnie wpatrywał się w Maxa. Zdumiony mężczyzna spojrzał na niego. Zwierzę wyraźnie czekało, aż pójdzie za nim.

– Mam iść na spacer? Z tobą? Nie żartuj, nie jesteś przecież psem – rzekł Max, ale po chwili, z głębokim westchnieniem, posłusznie ruszył w kierunku kota. – Chyba powinniśmy wybrać się do weterynarza.

Wychodząc z domu, mężczyzna wziął z szafy swoją marynarkę i wyszedł za Stéphanem na zewnątrz. Gdy Max zamykał drzwi, kot czekał, niecierpliwie wymachując puszystym ogonem. Potem wystrzelił niczym strzała w stronę lasu, aż ciężko było za nim nadążyć. Mężczyzna myślał, że zwierzak biegnie nad jezioro, nad którym ostatnio przesiadywali we dwóch prawie każdej nocy. Okazało się jednak, że Stéphan minął znajome miejsce i nie zatrzymując się, podążył w głąb lasu. Max szybko stracił kota z oczu i szedł jedynie za śpiewem dzwoneczka zawieszonego u jego szyi. Zapalił małą latarkę, aby widzieć to, co znajdowało się pod jego stopami.

– Stéphan! Gdzie jesteś? – wołał cicho, by nie straszyć leśnych zwierząt.

Nagle ogarnęło go niesamowite uczucie déjà vu. Czuł się, jakby to się już kiedyś wydarzyło, jakby był w tym miejscu, choć tak naprawdę w ciemnościach nocy nie był w stanie już nawet powiedzieć, gdzie się znajduje. Las w tym miejscu był bardzo gęsty. Gałęzie znów smagały go po twarzy i ciągnęły za ubranie, ale wciąż brnął dalej, sam nie wiedząc, w jakim celu właściwie błąka się nocą po nieznanej części lasu. Wreszcie Max wyrwał się ze szponów ostatnich krzewów gęstwiny i niespodziewanie znalazł się na niewielkiej polanie. W tym samym momencie doznał nagłego olśnienia. Przecież to ta sama polana, która w jego snach porośnięta była chabrami. Teraz jednak była tu głównie trawa, a niebieskie kwiaty rosły tylko w kilku miejscach. Max śnił o tym miejscu od kilkunastu dni i właściwie był pewien, że jest jedynie wytworem jego wyobraźni. Jak mogłoby być inaczej, skoro nigdy przedtem go tu nie było? Nie znał tej części lasu, więc nie zapuszczał się w te rejony.

– Stéphan! – zawołał, obracając się wokół własnej osi, zszokowany tym, jak dokładne i realne były jego marzenia senne w porównaniu z rzeczywistością.

Rozejrzał się i dojrzał niesfornego uciekiniera nieco dalej, pośród wysokiej trawy. Podszedł do niego wolno, dysząc ciężko po męczącym przedzieraniu się przez gęstą roślinność. Oparł dłonie na swoich kolanach i pochylił, aby uspokoić oddech. Wówczas dostrzegł w trawie jakiś przedmiot. Wyciągnął dłoń i podniósł go, stwierdzając ze zdziwieniem, że to szklany wisiorek. Ale nie zwyczajny – migotał ledwo dostrzegalnym, niebieskim światłem. Max nie widział dokładnie, ale wydawało mu się, że w szkle jest coś zatopione. Nie był tylko pewien, co to jest. Skupił wzrok na srebrnym łańcuszku i stwierdził, że jest zerwany. Zawinął ozdobę z miękką chustkę i schował do kieszeni. Zerknął w stronę Stéphana, który znów zaczął przeraźliwie miauczeć. Wtedy ją dostrzegł.

Kilka metrów od Maxa, w wysokiej trawie, leżała skulona postać. Podbiegł do niej i dotknął jej ramienia. Nie poruszyła się.

– Przepraszam, nic ci nie jest? – spytał cicho.

Zaniepokojony brakiem odpowiedzi, delikatnie przekręcił ją na plecy. Odgarnął długie, czarne włosy z twarzy i lekko poklepał kobietę po policzku. Przeraził się, bo jej skóra była blada i zimna jak lód. Szybko przeniósł palce na jej szyję, by zbadać puls. Przez kilka przerażających chwil myślał, że dziewczyna nie żyje, ale nagle to poczuł – delikatne uderzenie serca, a potem następne i kolejne… Tylko dlaczego jej skóra jest tak lodowata? Pochylił się nad nią, by sprawdzić, czy oddycha. Dopiero wtedy zobaczył, że jej sukienka jest podarta na brzuchu, brudna i mokra. Było tak ciemno, że nie widział prawie nic, poza bladą twarzą kobiety, ale i tak był pewien, że to, co właśnie widzi, jest krwią. Szybko wyszarpał z kieszeni telefon. Oczywiście, brak zasięgu. Pospiesznie znów skierował słabe światło latarki na nieznajomą i ujrzał krwawą ranę ziejącą z jej brzucha. Oprócz tego miała rozciętą wargę, spuchniętą powiekę i ranę na skroni. Szybko zdjął z jej ramion długi szal i porwał go na kilka pasków materiału, którymi przewiązał jej poraniony brzuch. Zdjął też swoją marynarkę i szczelnie otulił nią dziewczynę. Potem wziął nieprzytomną kobietę na ręce. Wtedy uzmysłowił sobie coś, przez co ogarnęła go potężna fala paniki. Nie znał drogi do domu. Nie orientował się nawet odrobinę, skąd przyszedł, nie mówiąc już o szybkim dotarciu do cywilizacji i szpitala. Z zamyślenia i rozpaczy wyrwał go Stéphan, który niespodziewanie otarł się o nogi Maxa, zamiauczał i pognał w stronę lasu. Zatrzymał się tuż przed ścianą drzew i usiadł na pniu powalonego dębu. Odwrócił się i wyczekująco wpatrywał się w oczy Maxa, bijącego się z własnymi myślami. W końcu doszedł do wniosku, że sam i tak nie dojdzie do domu, a skoro nie może zadzwonić po pomoc, to nie może też znaleźć się w gorszej sytuacji, niż jest obecnie. Ostatecznie ruszył więc za kotem.

– W porządku, Stéphan, prowadź do domu.

Max, z ranną kobietą na rękach, poruszał o się o wiele wolniej niż wcześniej i o wiele wolniej, niż by tego pragnął. Rozpaczliwie lawirował między gęstymi krzewami i gałęziami, które wciąż wplątywały się w ubranie jego lub dziewczyny. Zupełnie, jakby natura za wszelką cenę starała się ich zatrzymać w samym sercu buszu. Już jakiś czas temu stracił z oczu Stéphana, ale wiedział, że jest tuż przed nimi. Do jego uszu dochodziło ciche podzwanianie dzwoneczka i szelest suchych liści leżących na mchu.

Po kilku minutach przedzierania się po omacku przez gęstwinę, Max nagle stracił nadzieję na to, że uda mu się stąd wydostać. Wciąż nie poznawał miejsca, w którym się znajdowali. Przeraził się, że nie uda mu się uratować rannej kobiety i zdecydowanie przyspieszył kroku, uważając, aby się o nic nie potknąć w kompletnych ciemnościach.

W końcu spomiędzy drzew wyłonił się dobrze znany Maxowi widok. W innych okolicznościach z pewnością zatrzymałby się, aby podziwiać widok księżyca odbijającego się w idealnie gładkiej tafli jeziora. Jednak tym razem mężczyzna, chyba po raz pierwszy w życiu, nie zwrócił uwagi na tę wspaniałą scenerię. Nieco pewniejszym krokiem ruszył drogą, którą przemierzał ostatnio codziennie i przebyłby ją nawet z zamkniętymi oczami. Znał tu każde drzewo, kamień czy kępkę trawy. Poczuł tak ogromną ulgę, że dopiero teraz zdał sobie sprawę z tego, jak mocno przygryzał wargi ze zdenerwowania.

– Francine! Otwórz drzwi! Potrzebuję pomocy! Francine! – wołał rozpaczliwie Max, zbliżając się do swojego letniego domku. Stéphan wskoczył do sypialni przez otwarte okno, wylądował na łóżku i zaczął lekko wbijać pazurki w ramię śpiącej dziewczyny. Kilka chwil później wyskoczyła z pościeli i otworzyła drzwi, by Max mógł wejść. Zdziwiła się i przestraszyła, gdy ujrzała, że niósł w ramionach małą, skuloną, bezwładną postać. Gdy weszła do pokoju, właśnie układał ją delikatnie na łóżku. Z początku widziała tylko czarne włosy i marynarkę Maxa, którą była otulona. Podeszła więc, by się przyjrzeć. To była kobieta. Jej twarz umazana była czymś niebieskim, powieka lewego oka już zaczynała sinieć i była mocno spuchnięta. Francine podeszła jeszcze bliżej.