Dziewczyna o chabrowych oczachTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Dziewczyna o chabrowych oczach

Każda historia ma gdzieś swój początek i koniec. Czasem zdarza się, że z pozoru błahe i niewinne wydarzenie, później okazuje się być kluczowym elementem przeszłości. Podobnie jak maleńka kostka domina, która przewraca się jako pierwsza i pociąga za sobą szereg dziesiątków, a nawet setek innych. Wszystkim rządzi jedynie ślepy los i żadna siła na świecie nie jest w stanie nic na to poradzić. Z tą historią nie jest inaczej – zwykły przypadek sprawił, że losy kilku istot splotły się ze sobą na nowo lub po raz pierwszy. Prawdopodobnie, gdyby potrafiły one przewidzieć konsekwencje niektórych wydarzeń, zrobiłyby wszystko, aby do nich nie dopuścić. A może wcale nie? Nikt tego nie wie. Tak czy inaczej, ta historia zaczęła się w chwili, gdy pewna sędziwa staruszka odebrała telefon. Znaczący telefon, konkretnego dnia i o konkretnej godzinie. A potem, pod wpływem chwili i silnych emocji, podjęła decyzję i postanowiła przemierzyć cały kraj, aby znaleźć się jak najszybciej w jego odległym krańcu. Pierwsza kostka domina właśnie się przewróciła, choć w tamtym momencie nikt jeszcze nie mógł o tym wiedzieć.

– Co za koszmarna pogoda – mruknęła starsza kobieta, siedząc za kierownicą swojego auta i poruszając się w ślimaczym tempie w kierunku wyjazdu z miasta.

Korek spowodowany był głównie intensywnymi opadami śniegu, który zalegał na jezdni i chodnikach, a pługi nie nadążały usuwać go z drogi. Kobieta zerknęła na zegarek i westchnęła z rezygnacją. Jej podróż z pewnością potrwa znacznie dłużej, niż się spodziewała. Nie powinna być tym zaskoczona – przecież był środek zimy. Wyjątkowo mroźnej i białej. Było bardzo ślisko, a widoczność mocno ograniczona. Kobieta nie zamierzała się spieszyć kosztem życia swojego i innych uczestników ruchu. Mogła jedynie mieć nadzieję, że kilkaset kilometrów na wschód sytuacja pogodowa wygląda choć odrobinę lepiej.

Kobieta dokonała szybkich obliczeń, korygując nieco swój pierwotny, niezwykle skrupulatny plan podróży. Od pierwszego przystanku dzieliło ją jakieś dwieście kilometrów. Liczyła na to, że uda jej się do niego dotrzeć najpóźniej za trzy godziny.

Staruszka z sentymentem wspominała czasy, kiedy była o kilkadziesiąt lat młodsza i mogła pokonać cały dystans, zatrzymując się tylko w celu zatankowania paliwa. Znała tę drogę bardzo dobrze, przemierzała ją podczas swojego długiego życia niezliczoną ilość razy. Teraz jednak bolały ją plecy i nogi, o wiele szybciej się męczyła i choć często żartowała, że nie czuje się tak staro, jak wygląda, doskonale zdawała sobie sprawę z ograniczeń swojego wieku. Jednocześnie odczuwała dumę z powodu swojej niezależności i samodzielności.

W mieście, które było ostatecznym celem jej podróży, zawitała prawie dwanaście godzin później. Była obolała i wyczerpana, ale nie zamierzała teraz odpoczywać. Przyjdzie na to czas później, kiedy załatwi wszystkie najważniejsze w tym momencie sprawy. Zerknęła ponownie na zegarek. Do umówionego spotkania zostało jej jeszcze kilka godzin. Uznała, że to wystarczy, aby zdążyć ze wszystkim… o ile się pospieszy.

Staruszka docisnęła pedał gazu i ruszyła na północ. Po drodze układała sobie w głowie to, co chciała powiedzieć. Jak mogłaby się wytłumaczyć z tego, co zrobiła? Bała się momentu, który czekał ją niebawem. Jak zostanie przyjęta? Dziesiątki pytań, a na żadne nie znała odpowiedzi.

*

– Jesteś na to zdecydowanie za stara – powiedziała do siebie starsza kobieta, opierając się z rezygnacją o pień wielkiego drzewa. – Co ci strzeliło do głowy, babciu?

Od chwili, gdy dotarła do miejsca, gdzie była zmuszona zostawić samochód, minęła ponad godzina. Teraz, ubrana w ciepły kombinezon, wysokie buty, ciepłą czapkę i rękawiczki, z trudem przedzierała się przez zaspy śniegu. Wszystko ją bolało i była skrajnie wyczerpana. Kiedyś z łatwością pokonywała ten teren, ale tamte czasy już dawno minęły. Do tego wszystkiego jeszcze ten uciążliwy śnieg. Powoli zaczęła do niej docierać okrutna prawda – nie uda jej się przebrnąć przez resztę drogi, jaka jej pozostała. Nie w tych warunkach. Poczuła się bezsilna i zrozpaczona. Odetchnęła jednak kilka razy, próbując powstrzymać łzy, a potem zmusiła się do dalszego marszu. Zrobiła zaledwie kilka kroków, kiedy w oddali ujrzała jakąś postać. Zatrzymała się, starając się zachować ciszę, ale mężczyzna już zdążył się odwrócić i ją zobaczyć.

– Co on tu robi? – zastanawiała się gorączkowo, gdy zbliżał się do niej wielkimi krokami.

– Witam panią – powiedział, spoglądając na nią ze zdumieniem. Musiał się chyba zdziwić jej widokiem równie mocno jak ona jego. – To chyba nie jest odpowiednia pogoda na takie spacery?

Spojrzał jej w oczy i uśmiechnął się. Wtedy go poznała. Ostatni raz widziała go, gdy miał zaledwie siedem lat, ale podobieństwo było tak uderzające, że staruszka miała absolutną pewność, że wie, na kogo właśnie patrzy. Wiedziała też, że on jej nie poznał. Wcale mu się nie dziwiła, bo miał naprawdę znikome szanse na skojarzenie jej twarzy.

– Ma pan rację – przyznała, a w jej głowie myśli szalały niczym burza. – Chciałabym się stąd wydostać. Zostawiłam auto na południe stąd, ale nie mam już siły, żeby tam dojść. Pomoże mi pan?

Mężczyzna natychmiast podszedł do staruszki, aby odebrać od niej torbę.

– Oczywiście – odparł, biorąc ją pod rękę i prowadząc ostrożnie przez głębokie zaspy śniegu. – Zapuściła się pani dość daleko. Droga powrotna trochę potrwa.

Staruszka uśmiechnęła się pod nosem.

– Może więc wypełnimy jakoś ten czas i opowie mi pan, co pana tu sprowadza? – powiedziała, starając się, aby ton jej głosu nie zdradzał nadmiernej ciekawości.

Mężczyzna spojrzał na nią i zaśmiał się głośno. Jego oczy błyszczały z przejęcia, gdy układał w głowie odpowiedź:

– Poszukiwanie skarbu.

SZEŚĆ MIESIĘCY PÓŹNIEJ

Atak przyszedł pewnej letniej nocy. Dwie godziny po tym, jak ostatni promień słońca schował się za horyzontem, a świat otuliła ciemność, spokojne i duszne powietrze przeciął huk potężnego wybuchu. Deszcz szklanych odłamków posypał się na ziemię. Panika w ciągu kilku minut zawładnęła maleńkim miastem Paix, leżącym w samym sercu gęstego lasu. Kobiety mieszkające w pięknych, starych budynkach, z przerażeniem zaczęły wybiegać na zewnątrz, by zobaczyć, co się dzieje. Nie wiedziały, że oni już tam są. Uzbrojeni mężczyźni z niecierpliwością oczekiwali momentu, by móc skorzystać ze swojej broni. Gotowi, aby bezwzględnie wypełnić wydany im rozkaz: „zabić!”

*

– Iris! Miasto jest otoczone! Nie mamy już dokąd uciec! – Léa w panice biegała od jednego okna do drugiego, z niedowierzaniem i przerażeniem patrząc na makabryczne sceny rozgrywające się na dole. Zewsząd dobiegały histeryczne nawoływania o pomoc i huki wystrzałów. Kim są napastnicy? Dlaczego je atakują? Przecież one nigdy nie wyrządziły krzywdy żadnej żyjącej istocie.

– Léa, spokojnie. Lepiej mi pomóż. – Iris ostrożnie układała szklane fiolki i buteleczki w płóciennej torbie. – Muszę zabrać wszystkie, inaczej nigdzie się stąd nie ruszę.

Léa wzięła głęboki oddech i nerwowo przeczesała palcami swoje długie, ognistorude włosy, aby się uspokoić. Po chwili jednak podeszła do przyjaciółki i przytrzymała torbę, która była już niemal pełna. Szkło podzwaniało cicho, gdy Iris zabezpieczała swoje skarby pociętymi fragmentami materiału.

– Élise, czy mogłabyś zajrzeć do tamtej szuflady i spakować wszystko, co w niej znajdziesz?

Kobieta o włosach w kolorze płatków śniegu i zielonych oczach, która do tej pory siedziała sztywno na dywanie i wpatrywała się intensywnie w nocne niebo widoczne przez odrobinę rozchyloną zasłonę, wzdrygnęła się lekko na dźwięk swojego imienia. Wstała, wciąż próbując otrząsnąć się z odrętwienia, i posłusznie ruszyła w kierunku wskazanego przez przyjaciółkę, ręcznie wykonanego mebla. Odsunęła wymyślnie zdobioną szufladę i znalazła na jej dnie tylko jeden przedmiot. Zakryła dłońmi usta i zawahała się.

– Iris, jesteś pewna? – spytała Élise ściszonym głosem, podnosząc dwoma palcami pistolet, jakby był tykającą bombą, która w każdej chwili może eksplodować w jej dłoniach. – Skąd to masz?

Iris odwróciła się do przyjaciółki i spojrzała na nią ciemnymi jak nocne niebo oczami.

– Wyjrzyj przez okno, a zyskasz taką samą pewność jak ja. – Iris zamilkła na chwilę, a potem podeszła do Élise i wyjęła broń z jej dłoni. – Zdobyłam go, gdy tylko ten zdrajca z nami zamieszkał.

– Albert? – wtrąciła się zaskoczona Léa. – A cóż on ci takiego złego zrobił? Od samego początku jesteś do niego negatywnie nastawiona.

Iris prychnęła gniewnie i w milczeniu włożyła pistolet do swojej torby. Oczywiście, Léa jak zwykle nic nie zrozumie, dopóki boleśnie nie przekona się o czymś na własnej skórze. Dopiero wtedy wreszcie spojrzy na wszystko obiektywnie. Ale gdy to nastąpi, może być już o wiele za późno.

Gdy ostatnia fiolka spoczęła bezpiecznie ukryta w płóciennym worku, Iris podniosła głowę i spojrzała na przyjaciółki.

– W porządku, mam wszystko – powiedziała, podchodząc do szafy i podając Léi i Élise długie, ciemne płaszcze. – Załóżcie to i chodźcie za mną.

Kobiety, zarzuciwszy na głowy ogromne kaptury, w pośpiechu ruszyły wąskimi schodami w dół. Sekundę po tym jak zamknęły za sobą drzwi piwnicy, usłyszały jak do budynku z hukiem wdarli się napastnicy. Podczas gdy Élise i Léa wspólnymi siłami przestawiały starą skrzynię, aby zabarykadować drzwi, Iris zwinęła niewielki, beżowy dywan leżący na samym środku pomieszczenia. W podłodze znajdowała się drewniana, kwadratowa klapa zamykana na srebrną kłódkę. Kobieta drżącymi rękoma próbowała wcelować maleńkim kluczem w zamek.

 

– Daj mi to – powiedziała Léa, przyglądając się jej zmaganiom. Pospiesznie kucnęła obok Iris, a po kilku sekundach droga ucieczki stanęła przed nimi otworem.

Kobiety ostrożnie stąpały po starych, stromych schodkach, które groźnie skrzypiały pod ich stopami. Kiedy klapa, znajdująca się teraz na suficie, została zamknięta, przyjaciółki otoczyła gęsta, smolista ciemność. Nie widziały już nawet swoich własnych dłoni wyciągniętych tuż przed twarzami. Jedyne, co było widać, to trzy malutkie światełka iskrzące się bladym światłem: czerwone, białe i niebieskie. Iris ukryła swój połyskujący wisiorek pod płaszczem i dłonią wymacała ścianę korytarza, a potem oparła się o nią. Nie mogła pozwolić na to, by bezcenne fiolki ukryte w jej torbie zostały uszkodzone, gdyby się potknęła albo uderzyła w jakąś wystającą skałę.

– Léa, tu jest za ciemno! – szepnęła Élise, a w jej głosie wyraźnie pobrzmiewała nutka paniki. – Nic nie widzę.

– Dajcie mi sekundę… – Chwilę później korytarz rozświetlił blask trzech niewielkich płomyczków. Nie dawały one za wiele światła, ale wystarczająco dużo, by iść naprzód, nie potykając się o wystające kamienie i nie wpadając na siebie nawzajem. Rudowłosa kobieta pospiesznie wcisnęła przyjaciółkom do rąk płonące świece.

– W porządku – szepnęła Iris. – Musimy stąd znikać. Nie zatrzymujcie się ani na chwilę, bez względu na to, co się wydarzy. I starajcie się zachować ciszę.

Élise i Léa skinęły głowami na znak, że zrozumiały i po chwili trzy malutkie ogniki zaczęły oddalać się od drewnianych schodów i klapy w suficie. Po kilkunastu minutach wędrówki ciemnym korytarzem, który był coraz ciaśniejszy i coraz bardziej duszny, kobiety zaczęły opadać z sił, jednak żadna z nich nie zwolniła nawet na moment. Ściany i sufit zbliżały się nieubłaganie, tak że teraz musiały się schylać, by nie uderzyć głową w kamienny strop. Nagły powiew świeżego powietrza, które wydało im się zaskakująco rześkie i chłodne, sprawił, że choć bardzo zmęczone, poczuły przypływ nowej energii.

– Już prawie koniec – powiedziała cicho Élise.

– Mam bardzo niedobre przeczucia. Musimy uważać – szepnęła Iris, ostrożnie podchodząc do wylotu tunelu, zgasiwszy wcześniej swoją świecę. Uważnie przeczesywała wzrokiem pobliskie zarośla. Zastanawiała się, czy napastnicy sumiennie przygotowali się do ataku i czy wiedzą o ich sekretnej drodze ucieczki. Wydawało jej się, że dostrzegła jakiś ruch w zaroślach kilkanaście metrów od nich. Chciała szeptem poinformować o tym towarzyszki, ale nie zdążyła. Podskoczyła ze strachu, gdy usłyszała za sobą cichy okrzyk Léi. Rudowłosa kobieta pospiesznie przecisnęła się przez ogromne skały kryjące wąskie wejście do jaskini i wyszła z kamiennego korytarza.

– Ależ to Albert! – wykrzyknęła, biegnąc prosto w ciemny las.

– Léa, nie! – Iris była przerażona. Próbowała zatrzymać przyjaciółkę, ale było za późno. Albert już się odwrócił w ich stronę, słysząc rozpaczliwe wołanie Léi.

– Albert, to straszne! Miasto zostało zaatakowane! Jacyś mężczyźni… Oni przyszli, żeby zabić nasze siostry… Oni naprawdę przyszli zrobić nam krzywdę… Oni… Albert, błagam, pomóż nam!

– Léa, spokojnie, nic wam tu nie grozi. – Albert starał się zatrzymać bezładny potok słów Léi. Zacisnął dłonie na jej ramionach i potrząsnął nią mocno. – Patrz na mnie. Jesteś sama?

– Nie… Iris i Élise są tam – wskazała dłonią szczelinę pomiędzy dwiema skałami i zaczęła ciągnąć mężczyznę za rękę.

Albert podszedł do skalnej jaskini i zajrzał do środka. Zamrugał kilka razy. Przez chwilę ciemność nie pozwoliła mu nic dostrzec, ale zaraz ujrzał dwie drobne, skulone w mroku postacie. Wyciągnął do nich dłonie.

– Chodźcie, opowiecie mi co dokładnie się stało. To musiało być dla was straszne przeżycie.

Élise niechętnie i z wahaniem podała dłoń Albertowi, za to Iris zignorowała jego pomoc i, nie mając już innego wyjścia, sama wydostała się z kryjówki, nie spuszczając uważnego, lodowatego wzroku z mężczyzny. Trzymała też kurczowo swoją torbę. Nie wierzyła w jego dobre zamiary. Od samego początku sprzeciwiała się jego obecności w Paix. Nie mając jednak wpływu na to, aby opuścił miasto, sama trzymała się jak najdalej od tego człowieka. Jego zachowanie wydawało się nieprawdziwe i nienaturalne, a w jego oczach Iris nie dostrzegała szczerości i ciepła, tylko dziwną pustkę. Żadnych uczuć, które mogłyby wywołać w niej pozytywne emocje.

– Ta torba jest pewnie bardzo ciężka. Pomogę ci – powiedział z przyklejonym do twarzy uśmiechem, podchodząc do niej i wyciągając ręce w jej kierunku.

– Nie waż się mnie dotykać! – syknęła i odskoczyła od niego gwałtownie.

Léa i Élise spojrzały na nią ze zdumieniem, a Albert z czystą wściekłością, gdy dotknąwszy skóry Iris poczuł, jak przez jego ciało przechodzi fala bólu. Miał wrażenie, jakby iskra prądu przeskoczyła od kobiety na jego dłoń, a potem z prędkością błyskawicy przemieściła się na cały tułów i kończyny. Przez chwilę Iris i Albert mierzyli się nawzajem płonącym nienawiścią wzrokiem, a potem mężczyzna powoli podniósł prawą rękę. W głowie Iris natychmiast zapaliła się czerwona lampka. Coś w jego oczach ją zaniepokoiło i sprawiło, że zapragnęła uciekać i znaleźć się daleko stąd.

W ułamku sekundy z ciemnego lasu wyskoczyło sześć czarnych postaci. Dwie z nich podbiegły do Iris i w ciągu kilku chwil metalowymi kajdanami skuły jej dłonie za plecami. Potem czyjeś ręce odebrały jej cenną torbę i popchnęły na ziemię. Kobieta usłyszała krzyki przyjaciółek i wiedziała już, że spotkał je podobny los.

– Albert, co się dzieje?! Powiedz im, żeby przestali… To boli! – panicznie wykrzykiwała Léa ze łzami w oczach.

Mężczyzna zaczął się śmiać. Był to okrutny, lodowaty śmiech, w którym nie było nawet jednej iskry wesołości.

– Trzeba było grzecznie pokazać mi wszystkie wasze sekrety. Trzeba było nie uciekać. – Podszedł do Léi leżącej na ziemi. – Née du Pavot1, ogień. – Przez chwilę patrzył na jej ognistorude włosy, ale zaraz podszedł do Élise. – Née du Lis2, woda. – Élise spoglądała z przerażeniem na Alberta spod kurtyny śnieżnobiałych włosów. – I wreszcie, Née de la Centaurée3, zagadka. – Podszedł do Iris, która wciąż śledziła wzrokiem każdy jego krok. – Jestem ciekaw, co potrafisz. Jesteś ziemią czy powietrzem?

Iris odpowiedziała mu milczeniem i nienawistnym spojrzeniem. Albert schylił się i zdarł kaptur z jej głowy. Długie, czarne jak węgiel włosy rozsypały się na boki.

– Od początku mnie nie tolerowałaś – rzekł przez zaciśnięte zęby. – Teraz wszystkie będziecie robić to, co powiem. Gdzie jest czwarta dziewczyna?

– Jaka czwarta? – odezwała się zaskoczona Léa. – O czym ty mówisz?

– Léa, nic nie mów – ostrzegła ją Iris zadziwiająco spokojnym głosem. – Zdrajca i morderca nie zasługuje na to, by z nim rozmawiać. Nie ma dla niego przebaczenia. Nie ma usprawiedliwienia. Nie będziemy ci pomagać. Ani teraz, ani w przyszłości.

Albert wzruszył ramionami od niechcenia.

– Jak sobie chcecie – powiedział. – W końcu i tak powiecie mi wszystko, czego chcę się dowiedzieć.

Mężczyzna odwrócił się i kucnął, by zajrzeć do torby odebranej wcześniej Iris. Aż się palił do tego, aby zobaczyć skarby, które tak bardzo pragnęły przed nim ukryć. Wreszcie pozna wszystkie sekrety tych dziwnych istot, bez względu na to, czy im się to podoba czy nie. Nagle znieruchomiał, przypominając sobie o czymś.

– Ach, chłopaki, zabierzcie im naszyjniki – wydał polecenie. – Tylko bądźcie ostrożni. Wyglądają niewinnie, ale to piekielne diablice.

Nagle ciche, nocne powietrze przeszył huk burzowego grzmotu. Piorun uderzył w drzewo rosnące kilka metrów od nich, a ono stanęło w płomieniach. Szalejący ogień bardzo szybko przeniósł się na wysuszoną trawę i liście. Mężczyzna, który próbował zabrać Léi naszyjnik, stał najbliżej, więc jego ubranie zajęło się ogniem. Jego przeraźliwy krzyk niósł się echem po całym lesie. Pozostali mężczyźni zostawili kobiety i w panice pospieszyli, by pomóc koledze, gasząc płomienie swoimi kurtkami. W tym samym momencie zerwał się tak silny wiatr, że wszyscy upadli na kolana, nie mogąc utrzymać się na nogach. Powietrze przeciął kolejny potężny huk grzmotu. Niebo nie było już gwieździste, ale ciężkie od burzowych chmur. Iris z trudem podniosła się na nogi. Wiatr plątał jej gęste włosy i chłostał twarz piaskiem oraz drobnymi kamykami. Próbowała otworzyć oczy, a gdy wreszcie jej się to udało, ujrzała Léę, mierzącą, wolnymi już dońmi, do Alberta z broni, którą Élise znalazła w jej szufladzie. Nagle zaczęło padać. Potężne strugi deszczu w ciągu kilku sekund przemoczyły wszystko, co znajdowało się wokół. Piorun za piorunem uderzał w pobliskie drzewa, łamiąc je, a wiatr bezlitośnie wyginał te, które jeszcze opierały się żywiołom.

– Léa! – krzyknęła Iris, próbując ostrzec przyjaciółkę przed jednym z mężczyzn, który skradał się za jej plecami. Jednak ulewa i grzmoty sprawiły, że nawet ona sama nie usłyszała własnego głosu.

Broń w dłoni Léi wciąż drżała w niepewności, kiedy rzucił się na nią od tyłu. Kobieta upadła, upuszczając pistolet i mocując się z napastnikiem.

Iris doczołgała się do swojej torby i rozpaczliwie próbowała ustami odsunąć zamek. Była bliska osiągnięcia swojego celu, kiedy ktoś popchnął ją tak mocno, że upadła gwałtownie na bok. Skute z tyłu ręce sprawiły, że nie mogła zamortyzować upadku i uderzyła głową w kamień. Przez chwilę zrobiło jej się ciemno przed oczami. Przeturlała się na plecy i ujrzała nad sobą Alberta. Ze złowieszczym wyrazem twarzy rzucił się na kolana i próbował zerwać z jej szyi wisiorek. Kopała go wściekle, ale był silniejszy. Przestała więc walczyć i spokojnie spojrzała mu prosto w oczy.

– Będziesz tego żałował, zdrajco – powiedziała, choć i tak nie mógł jej usłyszeć. Zamknęła oczy i odetchnęła głęboko. Ziemia, na której leżała zaczęła lekko drżeć. Burza, zupełnie jakby ten fakt ją zaskoczył, odpuściła i ustała w ciągu kilku sekund. Teraz zamiast piorunów słychać było przeraźliwy hałas łamanych drzew i pękających skał. Iris poczuła, że Albert zwolnił uchwyt i gdzieś się oddalił. Nie otworzyła jednak oczu, by to sprawdzić. Później, nie wiedziała jak długo to trwało – minuty czy godziny, poczuła, że ktoś delikatnie przekręca ją na bok. Po jej nadgarstkach rozeszło się przyjemne ciepło i kilka sekund później miała wolne ręce. Dopiero wtedy otworzyła oczy, chwiejnie podniosła się z ziemi, zabrała swoją torbę i pospiesznie ruszyła w las za Élise i Léą.

Max siedział ze swoją ulubioną gitarą nad brzegiem leśnego jeziora. Bardzo lubił to miejsce, choć sam do końca nie wiedział dlaczego. Coś zawsze go tu ciągnęło. Może to ten uspokajający szum lasu? Zawsze mu akompaniował, gdy przesiadywał na miękkim mchu, grając rozmaite melodie. A może raczej to ten niesamowity widok księżyca i gwiazd odbijających się w spokojnej tafli wody? Albo świetliki unoszące się nad ciemną polaną? Nie. To wszystko jest cudowne, ale najbardziej cenił sobie samotność, jaką dawało mu to miejsce. Tutaj mógł całkowicie oddać się swoim myślom i uczuciom. I swojej muzyce. Jedynie w tym magicznym miejscu w pełni odpoczywał.

Westchnął, odłożył instrument na bok i położył się na mchu. Przez moment patrzył w gwiazdy. Dopiero po chwili uświadomił sobie, że do jego uszu dotarł nowy dźwięk – cichy szelest trawy. Coś… a może ktoś… zmierzał w jego kierunku. Usiadł powoli i uważnie rozejrzał się wokół. Po swojej lewej stronie zobaczył wielkiego, czarnego kota. Jego okrągłe, zielone oczy wpatrywały się prosto w niego. Zwierzę powoli przesuwało się w jego kierunku. Wtedy Max zauważył, że kot kuleje. Pochylił się i przyjrzał uważnie jego przedniej łapie – była zraniona do krwi. Max powoli i najciszej, jak tylko potrafił, podniósł się z ziemi i zaczął iść w jego stronę.

– Spokojnie, kotku… Chcę ci tylko pomóc – szeptał uspokajająco. – Widzę, że jesteś chory i cierpisz. Pomogę ci.

Max był już tak blisko zwierzęcia, że w mroku dojrzał obrożę, którą miało na szyi. Była niebieska, a do niej przyczepiony był mały dzwoneczek z wyrytym niewielkim napisem „Stéphan”.

– A więc masz na imię Stéphan – rzekł cicho Max. – A może to imię twojego właściciela?

 

Gdy Max wyciągnął ręce w stronę kota, ten zerwał się gwałtownie z miejsca i zaczął uciekać najszybciej, na ile pozwalała mu zraniona łapa.

– Nie! Nie uciekaj! – Max zaczął biec za zwierzęciem, ale był środek nocy, a kot był czarny, więc mężczyzna szybko stracił go z oczu. Słyszał jedynie cichy dźwięk dzwoneczka przyczepionego do obroży.

Wciąż nawołując biednego kota, Max po ciemku przemieszczał się w jego stronę wśród leśnych krzewów i gałęzi drzew. Nagle dźwięk dzwoneczka ucichł. Mężczyzna zatrzymał się i zaczął nasłuchiwać. Niestety, do jego uszu dotarł jedynie szum liści, pohukiwanie samotnej sowy i leśny koncert świerszczy.

Świetnie – pomyślał. – Jestem sam w lesie, w nocy, tylko dlatego, że uganiałem się za chorym kotem, który nawet nie chce mojej pomocy. W dodatku zostawiłem przy jeziorze gitarę. Ależ ze mnie idiota!

Gdy już porządnie zganił się w myślach za swoją głupotę, postanowił wycofać się, w nadziei na znalezienie drogi powrotnej. Odwrócił się w lewo i między drzewami dostrzegł niewielkie, niebieskie światełko. Zamrugał kilka razy, potarł powieki, ale światło nie zniknęło. Kierowany nagłym impulsem, ruszył w tamtą stronę. Przedzierał się przez gęste zarośla, które wplątywały mu się w ubranie i boleśnie chłostały po twarzy. Jego zaskoczenie było ogromne, gdy gęstwina nagle się skończyła, a on wyrwał się z niej wprost na niewielką polanę. Prawdziwy szok wywołał jednak widok tego, czym porośnięta była łąka. Chabry. Cudowne, niebieskie chabry. Było ich tak wiele, że prawie nie było widać spod nich trawy. Max podniósł wzrok i ujrzał siedzącą bokiem do niego kobietę. Kuliła się na ziemi ze spuszczoną głową. Jej długie, gęste, czarne włosy powiewały na wietrze, odsłaniając twarz o bladej cerze. Dziewczyna nie dostrzegła go. Zajęta była… No właśnie, czym? Max podszedł bliżej i zobaczył to, w co wpatrywała się nieznajoma. Na jej kolanach, z zamkniętymi oczami siedział Stéphan. Wyglądał, jakby głęboko spał. Kobieta głaskała go i tuliła do siebie. Na jej szyi Max dostrzegł źródło dziwnego, niebieskiego światła – był nim jej wisiorek. Chciał podejść i przyjrzeć się jeszcze lepiej, ale nagle zahaczył stopą o wystający z ziemi korzeń i potknął się, robiąc przy tym sporo hałasu. Kobieta w jednej chwili zerwała się na nogi, nadal trzymając w ramionach kota. Miała pełne, czerwone usta i wielkie oczy w kolorze ciemnego szafiru.

– Przepraszam – powiedział Max. – Nie chciałem cię wystraszyć.

Mężczyzna przeniósł teraz wzrok na zwierzę, które zgrabnie zeskoczyło na ziemię, przeciągnęło się leniwie i ruszyło w jego stronę. Kucnął, by dokładnie przyjrzeć się jego łapie. Była cała i zdrowa. Czy mógł się tak pomylić? Powiedział sobie w duchu, że zapewne światło w dziwny sposób oświetliło kocie futro i stąd to przywidzenie. Jednak sam siebie nie był w stanie tym przekonać. Po prostu nie mógł w to uwierzyć. Podobnie jak w to, co zobaczył, kiedy wstał i spojrzał nieznajomej kobiecie ponownie w oczy. Były szeroko otwarte z przerażenia i miały błękitną barwę morskiej wody na plaży Lazurowego Wybrzeża. Jak to możliwe? Przecież mógłby przysiąc, że wcześniej były ciemne. Wisiorek na jej szyi pulsował teraz niebieskim blaskiem szybko i gwałtownie. Była drobna i szczupła. Miała na sobie zwiewną sukienkę w chabrowym kolorze, a na ramiona narzuciła jedynie cienki szal. Rzęsy, podobnie jak włosy, miała czarne i długie. Stała bosa na miękkim mchu i wyraźnie trzęsła się ze strachu.

Max zrobił krok w jej stronę. Odskoczyła gwałtownie i cicho jęknęła z przerażenia. Odruchowo zasłoniła się też ramionami, jakby spodziewała się ataku.

– Przepraszam. – Cofnął się. – Szedłem za Stéphanem, bo wydawało mi się, że… Zresztą, nieważne. Jestem Maximilien. A właściwie Max. – Wyciągnął do niej rękę.

Przez kilka chwil patrzyła w milczeniu jak zahipnotyzowana w jego oczy, a potem powoli wyciągnęła do niego swoją dłoń. Max zauważył, że nadal trzęsą jej się ręce. Musiał ją nieźle wystraszyć. Poczuł ogromne wyrzuty sumienia, że o mały włos nie przyprawił tej ślicznej dziewczyny o zawał serca. Chciał ją jeszcze raz za to przeprosić, ale wtedy jej drobna, lodowata dłoń zamknęła się na jego dłoni.

– Zamknij oczy, Maximilien – usłyszał jej cichy głos. Świat nagle zawirował mu przed oczami. Bardzo zachciało mu się spać. Poczuł się śmiertelnie zmęczony. Kolana nie były w stanie już utrzymać jego ciężaru i ugięły się pod nim. Był tak nieprzytomny ze zmęczenia, że nawet nie poczuł upadku na ziemię, który przecież musiał nastąpić. Ostatkiem sił zmusił się, aby otworzyć oczy po raz ostatni. Zobaczył twarz kobiety na tle gwieździstego nieba, potem swoją gitarę leżącą obok niego i jezioro, przy którym wcześniej siedział. Nie pamiętał już, jak się tu znalazł i dlaczego. Liczył się tylko sen.

Położę się tylko na chwilkę – pomyślał, a sekundę później spał już głęboko na miękkim mchu, okryty szafirowym szalem, a obok niego Stéphan zwinięty w kłębek i mruczący z zadowolenia.

Gdy Max wreszcie ponownie otworzył oczy, słońce już było wysoko na niebie i mocno prażyło, mimo że chroniły go przed nim gęste korony drzew. Mężczyzna usiadł, a wtedy chabrowy szal, którym był przykryty, zsunął się na ziemię.

Czyżbym naprawdę zasnął w samym środku lasu? – pomyślał, całkowicie oszołomiony. Pamiętał wczorajszy wieczór, gdy siedział nad jeziorem i grał smutne piosenki, by choć trochę ukoić swoje obawy i strach. Podziwiał leśną przyrodę. A potem? Ciemność. Ależ nie, moment… Chyba pamiętał swój sen. Łąka pełna chabrów, kot i ta nieznajoma kobieta. Jak miała na imię? Nie pamiętał.

Max wstał i podniósł z trawy niebieski, zwiewny materiał. Skąd on się wziął? To również było dla niego zagadką. Westchnął, podniósł cenną gitarę i ruszył w stronę swojego domu. Przemierzał las w głębokim zamyśleniu, wciąż nie mogąc uwierzyć, jak to się stało, że spędził noc nad jeziorem. Przecież ostatnio miał problemy z zaśnięciem i przespaniem całej nocy. Budził się co chwilę, by z niepokojem spacerować po domu, upewniając się, że wszystko jest w porządku.

Gdy dotarł do swojego domu, ujrzał czarnego kota bawiącego się w najlepsze w jego ogrodzie.

Stéphan.

Max zatrzymał się w pół kroku.

Chyba całkowicie tracę rozum – powiedział do siebie cicho. – Przecież nie każdy czarny kot musi mieć na imię Stéphan. Lecz gdy podszedł bliżej, zwierzę przybiegło do niego i z głośnym mruczeniem zaczęło ocierać się o jego nogi. Zauważył niebieską obrożę i wyraźnie słyszał podzwanianie dzwoneczka. Dostrzegł też litery widniejące na ozdobie, układające się w znajome mu słowo.

– A więc jednak Stéphan… – Max westchnął ciężko, teraz stwierdzając już z całą pewnością, że z jego głową jednak nie wszystko jest tak, jak powinno. – Chodź do domu, pewnie jesteś głodny. Stawiam konserwę rybną. Obaj mieliśmy ciężką noc.

Kot jednym susem wskoczył za próg letniego domku Maxa. Zanim mężczyzna włączył radio i ekspres do kawy, jego gość już zdążył znaleźć pozostawione same sobie kanapki, zrobione na śniadanie przez jego młodszą siostrę – Francine. Max jednym ruchem zgonił kota, schował kanapki w lodówce i wyjął obiecaną konserwę rybną. Gdy usatysfakcjonowany futrzak zaspokajał głód, Max wreszcie miał chwilę na poranną kawę i śniadanie.

– Właśnie wczoraj padł nowy rekord świata w najszybszym opłynięciu kuli ziemskiej. Rekordzistą został Francuz, który do swojej podróży przygotowywał się…

Max jednym uchem słuchał radia, a drugim nasłuchiwał, czy Francine krząta się po domu czy raczej choroba znów zagoniła ją do łóżka.

– Mecz pomiędzy dwiema najlepszymi drużynami odbędzie się w najbliższą niedzielę, na stadionie w stolicy kraju, gdzie tłumy kibiców będą mogły dopingować swoich faworytów…

Usłyszał odgłos wody płynącej pod prysznicem i odetchnął z ulgą. Francine nie lubiła, gdy był nadopiekuńczy i co chwila sprawdzał, jak się czuje, ale w końcu bycie starszym bratem do czegoś zobowiązuje.

– Wczoraj, około godziny dwudziestej trzeciej, kilkanaście kilometrów za obrzeżami miasta miał miejsce niezwykły epizod pogodowy. Najpierw zerwała się burza z piorunami, a następnie kilkuminutowa ulewa na niewielkim obszarze. Środkowa część lasu została doszczętnie zniszczona. Specjaliści zakładają, iż pożar powstały na tym obszarze spowodowany był uderzeniem pioruna. Silny wiatr natomiast rozprószył ogień. Ostatecznego dzieła zniszczenia dokonały jednak wstrząsy sejsmiczne, jakie zarejestrowano wczoraj na tym terenie…