3 książki za 34.99 oszczędź od 50%

Łańcuch ze złota

Tekst
Z serii: Ostatnie godziny #1
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Łańcuch ze złota
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

1  Część pierw­sza Minione dni. 1897 1. Dobry duch Minione dni. Idris, 1899 2. Popioły róż 3. Żywa ręka Minione dni. Ciren­worth Hall, 1900 4. Zbrzy­dły cie­nie 5. Zapa­dła noc Minione dni. Idris, 1900 6. Nikt się nie raduje Minione dni. Idris, 1900 7. Dźwięcz­nie płyną słowa 8. Kraj nie-obcy 9. Wino – senny zgon Minione dni. Paryż, 1902 10. Lojal­ność wiąże 11. Zaklę­cia i tali­zmany 12. To koniec 13. Błę­kitna ruina 14. W jaskini lwa

2  Część druga 15. Pokój Szep­tów 16. Legion Minione dni. Ciren­worth Hall, 1900 17. Morza woła­nie Minione dni. Lon­dyn, Gro­sve­nor Squ­are, 1901 18. Ciem­ność się kłębi 19. Wszę­dzie będzie pie­kło 20. Dla tych, co nie są bogami Minione dni. Ciren­worth Hall, 1898 21. Jak świeca się spalę 22. Zasady narze­czeń­stwa 23. Nikt, kto kocha

3  Epi­log. Chi­swick House, Lon­dyn

4  Uwagi do tek­stu

5  Przy­pisy

Tytuł ory­gi­nału: Chain of Gold. The Last Hours – Book One

Copy­ri­ght © 2020 by Cas­san­dra Clare, LLC

Copy­ri­ght for the Polish trans­la­tion © 2021 by Wydaw­nic­two MAG

ISBN 978-83-66712-36-2

Wyda­nie III

Redak­cja: Urszula Okrzeja

Korekta: Mag­da­lena Gór­nicka

Ilu­stra­cja na okładce: Cliff Nie­lsen

Opra­co­wa­nie gra­ficzne okładki: Piotr Chy­liń­ski

Wydawca:

Wydaw­nic­two MAG

ul. Kryp­ska 21 m. 63

04-082 War­szawa

tel./fax 22 813 47 43

www.mag.com.pl

Wyłączny dys­try­bu­tor:

Dres­sler Dublin sp. z o. o.

ul. Poznań­ska 91

05-850 Oża­rów Maz.

tel. 22 733 50 10

www.dres­sler.com.pl

Wer­sję elek­tro­niczną przy­go­to­wano w sys­te­mie Zecer

Clary (tej praw­dzi­wej)

Część pierw­sza

„Był to pamiętny dla mnie dzień i wywo­łał we mnie wielką zmianę. Nie­jed­nemu się to w życiu przy­da­rza. Gdy­by­śmy mogli wyma­zać taki dzień ze swego życia — jak bar­dzo zmie­niłby się bieg jego! Zatrzy­maj się, czy­tel­niku, na chwilę i pomyśl o dłu­gim łań­cu­chu z żelaza i złota, z cierni i kwia­tów, który by cię ni­gdy nie oplą­tał, gdy­byś nie dał utwo­rzyć się jego pierw­szemu ogniwu w tym pamięt­nym dniu”.

Char­les Dic­kens, Wiel­kie nadzieje (przeł. Antoni Maza­now­ski)

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Minione dni. 1897

Minione dni 1897

Lucie Heron­dale miała dzie­sięć lat, gdy pierw­szy raz spo­tkała chłopca w lesie.

Wycho­wy­wała się w Lon­dy­nie i takie miej­sce jak Bro­ce­lind prze­ra­stało jej wyobra­że­nia. Las ota­czał rezy­den­cję Heron­dale’ów ze wszyst­kich stron, czubki drzew pochy­lały się ku sobie jak nie­ufni roz­mówcy szep­czący sobie do uszu. Latem były ciem­no­zie­lone, jesie­nią przy­po­mi­nały wypo­le­ro­wane złoto. Dywan mchów pod sto­pami był nie­sa­mo­wi­cie zie­lony i miękki – ojciec powie­dział jej, że na jego podusz­kach nocą śpią faerie, a z kwia­tów podob­nych do bia­łych gwiazd, które rosły tylko w ukry­tej kra­inie Idrisu, wyra­biano bran­so­letki i pier­ście­nie na ich deli­katne dło­nie.

James, rzecz jasna, powie­dział jej, że faerie nie mają żad­nych podu­szek, śpią pod zie­mią i pory­wają nocą nie­grzeczne małe dziew­czynki. Lucie nadep­nęła mu za to na stopę, dla­tego tata porwał ją na ręce i zaniósł do domu, zanim wynik­nęła z tego poważ­niej­sza walka. James wywo­dził się ze sta­ro­daw­nego i szla­chet­nego rodu Heron­dale’ów, ale to nie zna­czyło, że pocią­gnię­cie młod­szej sio­stry za war­ko­cze, kiedy wyma­gają tego oko­licz­no­ści, jest poni­żej jego god­no­ści.

Pew­nej nocy jasno świe­cący księ­życ obu­dził Lucie. Blask wle­wał się do jej pokoju niczym mleko, malu­jąc się bia­łymi prąż­kami na łóżku i wypo­le­ro­wa­nej drew­nia­nej pod­ło­dze.

Zsu­nęła się z łóżka i wyszła przez okno, lądu­jąc deli­kat­nie na kwiet­nej raba­cie. To była let­nia noc, więc nie mar­zła w koszuli noc­nej.

Skraj lasu, tuż za staj­niami, gdzie trzy­mano ich konie, wyglą­dał, jakby się jarzył. Pomknęła w jego stronę jak mały duch. Gdy sunęła mię­dzy drze­wami, jej stopy w ran­nych pan­to­flach pra­wie nie zosta­wiały śla­dów na mchu.

Począt­kowo zaba­wiała się robie­niem wian­ków z kwia­tów i wie­sza­niem ich na gałę­ziach. Potem uda­wała, że jest Śnieżką ucie­ka­jącą przed myśli­wym. Bie­gła przez plą­ta­ninę drzew, odwra­cała się nagle i nabie­rała gwał­tow­nie powie­trza, przy­kła­da­jąc teatral­nym gestem grzbiet dłoni do czoła. „Nie zabi­jesz mnie” – mówiła – „bo w moich żyłach pły­nie kró­lew­ska krew i pew­nego dnia zostanę dwa razy potęż­niej­szą kró­lową od mojej maco­chy. I każę ściąć jej głowę”.

Póź­niej pomy­ślała, że być może nie zapa­mię­tała zbyt dokład­nie opo­wie­ści o Śnieżce.

Mimo to świet­nie się bawiła i dopiero po czwar­tym albo pią­tym biegu przez las zdała sobie sprawę, że zabłą­dziła. Nie widziała już przez drzewa zna­jo­mego kształtu rezy­den­cji Heron­dale’ów.

Spa­ni­ko­wana zaczęła obra­cać się w miej­scu. Las nie wyda­wał się już magiczny. Zamiast tego drzewa pochy­lały się nad nią jak groźne duchy. Wydało jej się, że sły­szy dźwięk nie­ziem­skich gło­sów w sze­le­ście liści. Napły­nęły chmury i zakryły księ­życ. Zna­la­zła się sama w ciem­no­ści.

Lucie była dzielna, ale miała rap­tem dzie­sięć lat. Zaszlo­chała słabo i ruszyła bie­giem w kie­runku, który uznała za wła­ściwy. Jed­nakże las tylko pociem­niał, a cier­nie sta­wały się coraz bar­dziej splą­tane. Jeden zacze­pił o jej koszulę nocną i ją roz­darł. Lucie potknęła się…

I upa­dła. Miała wra­że­nie, że spada jak Ali­cja do Kra­iny Cza­rów, cho­ciaż trwało to dużo kró­cej. Prze­ko­zioł­ko­wała i ude­rzyła o mocno ubitą zie­mię.

Usia­dła z jękiem. Leżała na dnie okrą­głej wyko­pa­nej w ziemi dziury. Ściany jamy były gład­kie i wzno­siły się na kilka stóp – kra­wędź znaj­do­wała się daleko poza zasię­giem jej rąk.

Pró­bo­wała wbi­jać palce w ota­cza­jące ją ściany z ziemi i wspiąć się, jakby wcho­dziła po drze­wie, ale zie­mia była miękka i kru­szyła się pod jej rękami. Po pią­tym razie, kiedy spa­dła z powro­tem na dno jamy, spo­strze­gła coś bia­łego, co lśniło w pio­no­wej ścia­nie. Miała nadzieję, że to korzeń, który pomoże jej we wspi­naczce, więc rzu­ciła się do niego, wycią­gnęła rękę, żeby go zła­pać…

Zie­mia odpa­dła, odsła­nia­jąc biały przed­miot. Nie­stety to nie był korzeń, ale biała kość. W dodatku to nie była zwie­rzęca kość…

– Nie krzycz, bo je tu ścią­gniesz – roz­legł się głos nad nią.

Lucie odchy­liła głowę i popa­trzyła. Nad jamą pochy­lał się chło­piec. Był star­szy od jej brata Jamesa, miał może szes­na­ście lat. Miał cudną melan­cho­lijną twarz i pro­ste czarne włosy, które ani odro­binę się nie krę­ciły. Ich koniuszki pra­wie doty­kały koł­nie­rzyka koszuli.

 

– Kogo? – zapy­tała Lucie, opie­ra­jąc pię­ści na bio­drach.

– Faerie – odpo­wie­dział. – To jedna z ich puła­pek. Zwy­kle łapią w nie zwie­rzęta, ale bar­dzo by się ucie­szyły, gdyby zamiast tego zna­la­zły w pułapce dziew­czynkę.

Lucie aż zatkało.

– Chcesz powie­dzieć, że mnie zje­dzą?

Roze­śmiał się.

– Wąt­pię, ale mogła­byś skoń­czyć, usłu­gu­jąc ary­sto­kra­tom faerie przez resztę życia w kra­inie pod wzgó­rzem. Ni­gdy wię­cej nie zoba­czy­ła­byś swo­jej rodziny.

Poru­szył zna­cząco brwiami.

– Nie pró­buj mnie nastra­szyć.

– Zapew­niam cię, że mówię jedy­nie prawdę – odpo­wie­dział. – Nie zni­żył­bym się nawet do pół­prawdy.

– I nie wygłu­piaj się – zbesz­tała go. – Jestem Lucie Heron­dale. Mój ojciec to Will Heron­dale i jest bar­dzo ważną osobą. Jeśli mnie ura­tu­jesz, dosta­niesz nagrodę.

– Heron­dale? Ależ ja mam szczę­ście.

Chło­pak wes­tchnął i przy­su­nął się do brzegu jamy. Wycią­gnął rękę do Lucie. Spo­strze­gła bli­znę na grzbie­cie jego pra­wej dłoni. Paskudną, jakby się popa­trzył.

– Wyska­kuj.

Lucie zła­pała go za nad­gar­stek obiema rękami. Chło­pak wycią­gnął ją z jamy z zaska­ku­jącą siłą. Chwilę potem oboje stali obok dziury. Teraz Lucie lepiej go widziała. Był star­szy, niż myślała, i miał na sobie wie­czo­rowy strój. Księ­życ znowu wyszedł, więc widziała, że chło­pak ma zie­lone oczy w odcie­niu leśnego mchu.

– Dzię­kuję – oznaj­miła sztywno.

Otrze­pała koszulę nocną. Była cała uwa­lana zie­mią.

– Chodźmy – zapro­po­no­wał łagod­nie nie­zna­jomy. – Nie bój się. O czym poroz­ma­wiamy? Lubisz opo­wie­ści?

– Uwiel­biam – odpo­wie­działa Lucie. – Kiedy doro­snę, zostanę znaną pisarką.

– To brzmi cudow­nie – odparł chło­piec. W jego gło­sie poja­wiła się marzy­ciel­ska nuta.

Ruszyli ścieżką wśród drzew. Chło­pak robił wra­że­nie, jakby wie­dział, dokąd iść, jakby dobrze znał las. Pew­nie jest odmień­cem, domy­śliła się Lucie. Tak dużo wie­dział o faerie, cho­ciaż ewi­dent­nie nie był jed­nym z nich. Ostrzegł ją, by nie dała się porwać przez faerie, bo pew­nie wła­śnie to przy­da­rzyło się jemu. Nie zamie­rzała o tym wspo­mi­nać, żeby go nie zawsty­dzać – być odmień­cem, zostać zabra­nym od wła­snej rodziny, to musiało być straszne. Zamiast tego wcią­gnęła go w roz­mowę o księż­nicz­kach z bajek i o tym, która z nich jest naj­lep­sza. Miała wra­że­nie, że w oka­mgnie­niu zna­leźli się z powro­tem w ogro­dzie przy rezy­den­cji Heron­dale’ów.

– Myślę, że z tego miej­sca księż­niczka trafi już sama do zamku – powie­dział chło­piec, kła­nia­jąc się.

– O, tak – odpo­wie­działa Lucie, patrząc na okno swo­jej sypialni. – Myślisz, że się zorien­tują, że wyszłam?

Roze­śmiał się i odwró­cił, żeby odejść. Zawo­łała za nim, kiedy doszedł do bramy.

– Jak masz na imię? Ja się przed­sta­wi­łam. A jak ty się nazy­wasz?

Wahał się chwilę. Pośród nocy skła­dał się z samej czerni i bieli, jak ilu­stra­cja z jed­nej z jej ksią­żek. Ukło­nił się nisko i z wdzię­kiem, w spo­sób, w jaki kie­dyś kła­niali się ryce­rze.

– Nie zabi­jesz mnie, bo w moich żyłach pły­nie kró­lew­ska krew i pew­nego dnia będę dwa razy potęż­niej­szy od kró­lo­wej – powie­dział. – I każę ściąć jej głowę.

Lucie aż sap­nęła z obu­rze­nia. Pod­słu­chi­wał ją, gdy bawiła się w lesie? Jak śmiał sobie z niej żar­to­wać! Unio­sła pięść, zamie­rza­jąc mu pogro­zić, ale on już znik­nął pośród nocy, zosta­wia­jąc za sobą tylko śmiech.

Minie sześć lat, nim Lucie znowu go zoba­czy.

1. Dobry duch

1 Dobry duch

„Tak samo widma naszych wła­snych pra­gnień stają pomię­dzy nami a dobrym duchem naszych myśli i świa­tło jego zaćmie­wają”1.

Char­les Dic­kens, Bar­naba Rudge

James Heron­dale wła­śnie wal­czył z demo­nem, gdy nagle został wcią­gnięty do pie­kła.

To nie był pierw­szy raz i z pew­no­ścią nie będzie ostatni. Chwilę wcze­śniej klę­czał przy kra­wę­dzi spa­dzi­stego dachu w cen­tral­nym Lon­dy­nie, z wąskimi nożami do rzu­ca­nia w obu rękach, i myślał o tym, jak obrzy­dliwe śmieci zbie­rają się w mie­ście. Poza zie­mią, pustymi butel­kami po dżi­nie i zwie­rzę­cymi kośćmi w ryn­nie poni­żej jego lewego kolana nie­wąt­pli­wie utknął mar­twy ptak.

Jakże wytworne jest życie Noc­nych Łow­ców, doprawdy. Cho­ciaż brzmi cał­kiem cie­ka­wie, pomy­ślał James, patrząc w pusty zaułek w dole – w wąską prze­strzeń zawa­loną śmie­ciami i słabo oświe­tloną księ­ży­co­wym świa­tłem. Spe­cjalna rasa wojow­ni­ków, potom­ków anioła, obda­rzo­nych mocami, które pozwa­lały im dzier­żyć broń wyko­naną z ada­masu i nosić czarne Znaki świę­tych runów na ciele, które czy­niły ich sil­niej­szymi, szyb­szymi i bar­dziej śmier­cio­no­śnymi od każ­dego Przy­ziem­nego. Runów, dzięki któ­rym pło­nęli jasno pośród nocy. Nikt ni­gdy nie wspo­mi­nał o tym, że można nie­chcący przy­klęk­nąć na mar­twym ptaku, gdy czeka się na poja­wie­nie się demona.

Krzyk poniósł się echem w zaułku. James znał ten dźwięk – głos Mat­thew Fair­childa. Sko­czył z dachu bez chwili waha­nia. Mat­thew Fair­child był jego para­ba­tai – jego towa­rzy­szem w walce, wią­zało ich bra­ter­stwo krwi. James przy­siągł, że będzie go bro­nił, cho­ciaż to nie miało zna­cze­nia – i bez przy­sięgi oddałby życie za Mat­thew.

Spo­strzegł roz­ma­zaną plamę ruchu w końcu zaułka, w miej­scu skrętu pro­wa­dzą­cego za wąski sze­reg domów. James obró­cił się, kiedy demon wynu­rzył się z rykiem z cieni. Stwór miał prąż­ko­wane, szare ciało, zakrzy­wiony ostry dziób z zębami jak haki i roz­cza­pie­rzone, podobne do zwie­rzę­cych łap stopy z nie­rów­nymi szpo­nami. Deu­mas, pomy­ślał ponuro James. Dosko­nale pamię­tał, że czy­tał o tych demo­nach w jed­nej ze sta­rych ksią­żek, jakie dał mu wuj Jem. Pod jakimś wzglę­dem się wyróż­niały. Były może wyjąt­kowo agre­sywne, a może nie­zwy­kle nie­bez­pieczne? Co za iro­nia losu, gdyby po wielu mie­sią­cach cał­ko­wi­tego braku demo­nicz­nej aktyw­no­ści musiał natknąć się razem z przy­ja­ciółmi aku­rat na jed­nego z naj­bar­dziej nie­bez­piecz­nych demo­nów.

A skoro już o przy­ja­cio­łach mowa – gdzie wła­ści­wie podzie­wali się jego przy­ja­ciele?

Deu­mas znowu ryk­nął i rzu­cił się na Jamesa. Ślina sączyła mu się z pyska dłu­gimi, zie­lon­ka­wymi pasmami śluzu.

James wziął zamach gotowy rzu­cić nożem. Demon na chwilę sku­pił na nim wzrok. Śle­pia skrzyły mu się zie­le­nią i czer­nią, były napeł­nione nie­na­wi­ścią, która nagle zamie­niła się w coś innego.

W coś, co przy­po­mi­nało roz­po­zna­nie. Tyle że demony, a przy­naj­mniej te pośled­nie, nie roz­po­zna­wały ludzi. To były agre­sywne zwie­rzęta, któ­rymi kie­ro­wały czy­sta chci­wość i nie­na­wiść. Kiedy zasko­czony James zawa­hał się, zie­mia pod nim się szarp­nęła. Zdą­żył tylko pomy­śleć „O nie, tylko nie teraz”, zanim świat posza­rzał i zapa­dła cisza. Budynki wokół niego zamie­niły się w nie­równe cie­nie, a niebo w czarną jaski­nię prze­szy­waną bia­łymi bły­ska­wi­cami.

Zaci­snął dłoń na nożu, ale nie na ręko­je­ści, tylko na ostrzu. Ból był jak poli­czek wymie­rzony w twarz, który wyrwał go ze stu­poru. Świat powró­cił gwał­tow­nie wraz ze wszyst­kimi kolo­rami i dźwię­kami. James led­wie zdą­żył zauwa­żyć, że deu­mas leci, wycią­ga­jąc ku niemu szpony, kiedy sznury prze­cięły powie­trze, oplo­tły nogi demona i szarp­nęły go do tyłu.

Tho­mas! – pomy­ślał James i rze­czy­wi­ście jego nie­zwy­kle wysoki przy­ja­ciel poja­wił się za deu­ma­sem uzbro­jony w bolę. Za nim stał Chri­sto­pher z łukiem i Mat­thew z sera­fic­kim nożem błysz­czą­cym w dłoni.

Deu­mas ude­rzył o zie­mię z kolej­nym rykiem i w tej samej chwili James rzu­cił nożami. Jeden wbił się w gar­dło demona, a drugi w czoło. Oczy ucie­kły potwo­rowi w głąb czaszki, jego cia­łem wstrzą­snęły spa­zmy i nagle James przy­po­mniał sobie, co czy­tał na temat deu­ma­sów.

– Mat­thew… – zaczął, ale w tej samej chwili demon eks­plo­do­wał, zale­wa­jąc Tho­masa, Chri­sto­phera i Mat­thew posoką i przy­pa­lo­nymi kawał­kami cze­goś, co można opi­sać tylko sło­wem „maź”.

Pasku­dzą, przy­po­mniał sobie ponie­wcza­sie James. Deu­masy sły­nęły z tego, że zosta­wiały po sobie wyjąt­kowy bała­gan. Więk­szość demo­nów zni­kała, umie­ra­jąc. Nie­stety nie deu­masy.

Deu­masy wybu­chały.

– Jak…? Co…? – wyją­kał Chri­sto­pher, któ­remu ewi­dent­nie zabra­kło słów. Śluz ście­kał mu ze szpi­cza­stego nosa i oku­la­rów w zło­tych opraw­kach. – Ale jak…?

– Chcesz zapy­tać, jak to moż­liwe, że wresz­cie wytro­pi­li­śmy ostat­niego demona w Lon­dy­nie i musiał się on oka­zać naj­bar­dziej obrzy­dli­wym spo­śród demo­nów? – James był zdzi­wiony, jak zwy­czaj­nie brzmi jego głos. Już otrzą­snął się z tego, że prze­lot­nie zoba­czył kró­le­stwo cieni. Przy­naj­mniej jego ubra­nie pozo­stało nie­tknięte, demon zapa­sku­dził głów­nie drugi koniec zaułka. – Nie naszą rze­czą pytać dla­czego, Chri­sto­phe­rze.

James miał wra­że­nie, że przy­ja­ciele patrzą na niego z pre­ten­sją. Tho­mas prze­wró­cił oczami. Ocie­rał się chu­s­teczką, która już była przy­pa­lona i uwa­lana w krwi demona, więc to nie­wiele pomo­gło.

Sera­fic­kie ostrze Mat­thew zaczęło trza­skać i przy­ga­sać. Nasą­czone aniel­ską ener­gią sera­fic­kie noże były bro­nią, któ­rej Nocni Łowcy czę­sto naj­bar­dziej ufali, ich naj­lep­szą obroną przed demo­nami, ale zda­rzało się, że gasły w nad­mia­rze demo­nicz­nej krwi.

– To obu­rza­jące – oznaj­mił Mat­thew, odrzu­ca­jąc zga­szone ostrze na bok. – Masz poję­cie, ile wyda­łem na tę kami­zelkę?

– Nikt nie kazał ci wybie­rać się na patrol w stroju sta­ty­sty do „Bądźmy poważni na serio” – odparł James, rzu­ca­jąc mu czy­stą chu­s­teczkę. W tej samej chwili poczuł pie­cze­nie w ręce. Miał krwawe roz­cię­cie na dłoni od ostrza noża. Zamknął pięść, żeby towa­rzy­sze tego nie zauwa­żyli.

– Moim zda­niem nie wygląda jak sta­ty­sta – odparł Tho­mas, który już sku­pił się na ocie­ra­niu Chri­sto­phera.

– Dzię­kuję – powie­dział Mat­thew i skło­nił się do niego lekko.

– Myślę, że jest ubrany jak główny boha­ter – uści­ślił z sze­ro­kim uśmie­chem Tho­mas.

James nie znał nikogo, kto by miał bar­dziej życz­liwą twarz i łagod­niej­sze piwne oczy. Co nie zna­czyło, że kpie­nie z przy­ja­ciół nie spra­wiało Tho­ma­sowi przy­jem­no­ści.

Mat­thew otarł chu­s­teczką od Jamesa przy­bru­dzone złote włosy.

– To pierw­szy raz od roku, kiedy spo­tka­li­śmy pod­czas patrolu praw­dzi­wego demona, dla­tego przy­pusz­cza­łem, że kami­zelka prze­trwa ten wie­czór. Zresztą żaden z was nie wło­żył stroju bojo­wego.

To prawda, że Nocni Łowcy zwy­kle polo­wali w odpo­wied­nich stro­jach bojo­wych – w swego rodzaju ela­stycz­nych zbro­jach z twar­dego, podob­nego do skóry czar­nego mate­riału odpor­nego na krew demo­nów, ostrza i temu podobne, ale wyraźny spa­dek demo­nicz­nej aktyw­no­ści w mie­ście spra­wił, że tro­chę mniej przej­mo­wali się regu­łami.

– Tho­mas, prze­stań mnie wycie­rać – zapro­te­sto­wał Chri­sto­pher, wyma­chu­jąc rękami. – Powin­ni­śmy iść do Tawerny i tam dopro­wa­dzić się do porządku.

Cała grupa mruk­nęła zgod­nie. Kiedy ruszyli w drogę powrotną, idąc w kie­runku głów­nej ulicy, James roz­my­ślał nad tym, że Mat­thew miał rację. Ojciec Jamesa, Will, czę­sto opo­wia­dał mu o patro­lach, na jakie cho­dził ze swoim para­ba­tai, Jemem Car­sta­ir­sem, teraz dla Jamesa po pro­stu wujem Jemem, pod­czas któ­rych musieli wal­czyć z demo­nami prak­tycz­nie każ­dej nocy.

James i pozo­stali mło­dzi Nocni Łowcy na­dal obo­wiąz­kowo patro­lo­wali ulice Lon­dynu, szu­ka­jąc demo­nów, które mogłyby skrzyw­dzić popu­la­cję Przy­ziem­nych, ale w ciągu ostat­nich kilku lat demony poja­wiały się coraz rza­dziej. I bar­dzo dobrze, rzecz jasna, a jed­nak… To było nie­wąt­pli­wie dziwne. Jeśli idzie o resztę świata, demo­niczna aktyw­ność ani tro­chę się nie zmie­niła, więc co wyróż­niało Lon­dyn?

Mimo póź­niej pory na uli­cach było mnó­stwo Przy­ziem­nych. Żaden nawet nie zer­k­nął na uba­bra­nych Noc­nych Łow­ców, gdy szli Fleet Street. Chro­nił ich czar, dzięki któ­remu pozo­sta­wali nie­wi­doczni dla wszyst­kich, któ­rzy nie mieli Widze­nia.

To dziwne uczu­cie być oto­czo­nym przez ludzi, któ­rzy cię nie widzą, pomy­ślał James. Fleet Street była sie­dzibą gazet i sądów w Lon­dy­nie, na każ­dym kroku stały jasno oświe­tlone puby wypeł­nione dru­ka­rzami, adwo­ka­tami i urzęd­ni­kami sądo­wymi, któ­rzy pra­co­wali do późna i pili do świtu. Na pobli­ski Strand wysy­pała się zawar­tość teatrów i sal rewio­wych, hała­śliwe grupki ele­gancko ubra­nych mło­dych ludzi ze śmie­chem goniły za ostat­nimi omni­bu­sami.

 

Poli­cjanci też byli na patro­lach, a ci miesz­kańcy Lon­dynu, któ­rzy na swoje nie­szczę­ście nie mieli domów, kucali, pomru­ku­jąc, przy piw­nicz­nych odpo­wietrz­ni­kach, z któ­rych buchało cie­płe powie­trze – nawet w sierp­niu noce bywały wil­gotne i chłodne. Kiedy minęli grupkę takich przy­gar­bio­nych postaci, James spo­strzegł bladą skórę i błysz­czące oczy wam­pira.

Odwró­cił wzrok. Nie zaj­mo­wał się Pod­ziem­nymi, dopóki nie łamali Prawa. W dodatku był zmę­czony, mimo ener­gii jaką dawały mu Znaki. Prze­rzu­ce­nie do tego innego świata peł­nego sza­rego świa­tła i czar­nych, postrzę­pio­nych cieni zawsze go wyczer­py­wało. To mu się przy­da­rzało od lat; wie­dział, że miał na to wpływ krwi jego matki, cza­row­nicy.

Cza­row­nicy byli potom­kami ludzi i demo­nów, mogli posłu­gi­wać się magią, ale nie mogli nosić runów ani posłu­gi­wać się ada­ma­sem – czy­stym, kry­sta­licz­nym meta­lem, z jakiego wyko­nuje się stele i sera­fic­kie ostrza. Sta­no­wili jedną z czte­rech gałęzi Pod­ziem­nych obok wam­pi­rów, wil­ko­ła­ków i faerie. Matka Jamesa, Tessa Heron­dale, była wła­śnie kimś takim, tyle że jej matka nie była zwy­kłą kobietą, lecz Nocną Łow­czy­nią. Sama Tessa potra­fiła zmie­niać swój wygląd i przy­bie­rać postać dowol­nej osoby, żywej lub mar­twej. Takiej mocy nie miał żaden inny cza­row­nik. Była nie­zwy­kła jesz­cze pod jed­nym wzglę­dem – cza­row­nicy nie mogą mieć dzieci. Tessa sta­no­wiła wyją­tek. Wszy­scy zasta­na­wiali się, co to zna­czy dla Jamesa i jego sio­stry, Lucie, pierw­szych zna­nych wnu­ków demona i istoty ludz­kiej.

Przez wiele lat wyda­wało się, że to dla nich nie ma żad­nego zna­cze­nia. Zarówno James, jak i Lucie mogli nosić Znaki i wyglą­dało na to, że mają takie same zdol­no­ści jak inni Nocni Łowcy. Oboje widzieli duchy, na przy­kład na stałe zamiesz­ku­jące Insty­tut gada­tliwe widmo – Jes­sa­mine – ale to nie było nic nie­zwy­kłego w rodzi­nie Heron­dale’ów. Wyda­wało się, że oboje mogą oka­zać się cudow­nie nor­malni, a przy­naj­mniej tak nor­malni, jak to moż­liwe w przy­padku Noc­nych Łow­ców. Zapo­mniało o nich nawet Clave – orga­ni­za­cja spra­wu­jąca wła­dzę wśród Noc­nych Łow­ców.

A potem James skoń­czył trzy­na­ście lat i pierw­szy raz udał się do kró­le­stwa cieni. W jed­nej chwili stał na zie­lo­nej tra­wie, a w dru­giej na zwę­glo­nej ziemi. Podob­nie spa­lone niebo roz­cią­gało się nad nim. Poskrę­cane drzewa wyra­stały z ziemi jak nie­równe szpony szar­piące powie­trze. Widział takie miej­sca na drze­wo­ry­tach w sta­rych książ­kach. Wie­dział, na co patrzy – na świat demo­nów. Pie­kło.

Zaraz potem wró­cił gwał­tow­nie na zie­mię, ale jego życie już ni­gdy nie było takie samo. Przez lata żył w oba­wie, że w każ­dej chwili może znowu zostać wyrzu­cony do kró­le­stwa cieni. Zupeł­nie jakby nie­wi­dzialna lina łączyła go ze świa­tem demo­nów i w każ­dej chwili mogła się napiąć, wyry­wa­jąc go ze zna­jo­mego śro­do­wi­ska w miej­sce wypeł­nione ogniem i popio­łem.

Przez ostat­nie kilka lat dzięki pomocy wuja Jema zaczął myśleć, że nad tym panuje. I dzi­siej­szy wie­czór wstrzą­snął nim, cho­ciaż prze­skok trwał tylko kilka sekund. Ulżyło mu, gdy zoba­czył przed sobą Dia­bel­ską Tawernę.

Dia­bel­ska Tawerna roz­go­ściła się przy Fleet Street pod nume­rem dru­gim obok sza­cow­nie pre­zen­tu­ją­cej się dru­karni. W prze­ci­wień­stwie do dru­karni na Dia­bel­ską Tawernę rzu­cono czar ochrony, dzięki czemu Przy­ziemni nie widzieli jej ani nie sły­szeli hała­sów hula­nek wyle­wa­ją­cych się przez okna i otwarte drzwi. Była zbu­do­wana z muru pru­skiego w tudor­skim stylu, ale drewno próch­niało i roz­pa­dało się i całość trzy­mała się razem tylko dzięki zaklę­ciom cza­row­ni­ków. Za barem stał wła­ści­ciel, wil­ko­łak imie­niem Ernie, który nale­wał piwo do kufli, klien­telę sta­no­wiła mie­sza­nina pixie, wam­pi­rów, likan­tro­pów i cza­row­ni­ków.

Nor­mal­nie Noc­nych Łow­ców powi­tano by w takim miej­scu raczej chłodno, ale klienci Dia­bel­skiej Tawerny przy­wy­kli do chłop­ców. Przy­wi­tali Jamesa, Chri­sto­phera, Mat­thew i Tho­masa okrzy­kami i kpi­nami. James został w pubie, żeby wziąć drinki od bar­manki Polly, a reszta poszła na górę do swo­ich poko­jów, zosta­wia­jąc na scho­dach ślady z demo­nicz­nej krwi.

Polly była wil­ko­ła­kiem i zaopie­ko­wała się chłop­cami, kiedy James pierw­szy raz wyna­jął pokoje na pod­da­szu trzy lata temu. Chciał zapew­nić im kry­jówkę, do któ­rej mógłby wyco­fać się z przy­ja­ciółmi bez sto­ją­cych im nad kar­kiem rodzi­ców. To ona pierw­sza zaczęła ich nazy­wać Weso­łymi Zło­dzie­jasz­kami przez sko­ja­rze­nie z Robin Hoodem i jego dru­żyną. James podej­rze­wał, że on jest Robi­nem z Lock­sley, a Mat­thew – Wil­lem Scar­let. Tho­mas bez wąt­pie­nia był Małym Joh­nem.

Polly zachi­cho­tała.

– Pra­wie was nie pozna­łam, kiedy przy­wle­kli­ście się tutaj wysma­ro­wani tym czymś, jak­kol­wiek to nazy­wa­cie.

– To ichor – powie­dział James, bio­rąc od niej butelkę reń­skiego wina. – Posoka demo­nów.

Polly zmarsz­czyła nos, prze­rzu­ca­jąc mu przez ramię kilka mocno prze­cho­dzo­nych ście­re­czek kuchen­nych. Dała mu dodat­kową, którą przy­ło­żył do roz­cię­cia na dłoni. Prze­stało już krwa­wić, ale na­dal bolało.

– Niech to dia­bli.

– Minęły wieki, odkąd widzie­li­śmy demona w Lon­dy­nie – powie­dział James. – Moż­liwe, że zare­ago­wa­li­śmy nieco wol­niej, niż powin­ni­śmy.

– Pew­nie za bar­dzo się boją, żeby się tu poka­zać – odparła życz­li­wie Polly, odwra­ca­jąc się po kie­li­szek dżinu dla sta­łego bywalca Pic­klesa, który był kel­pie.

– Boją się? – powtó­rzył James, nie­ru­cho­mie­jąc. – Czego się boją?

Polly też zamarła.

– Och, niczego – odparła i ode­szła pośpiesz­nie na drugi koniec baru.

James poszedł na górę, marsz­cząc czoło. Pod­ziemni bywali cza­sem tajem­ni­czy.

Gdy już poko­nał dwa ciągi skrzy­pią­cych scho­dów, zna­lazł się przed drew­nia­nymi drzwiami, na któ­rych lata temu wycięto zda­nie: „Ważne jest, jak czło­wiek żyje, nie jak umiera2. S.J.”.

James pchnął drzwi ramie­niem i zastał Mat­thew i Tho­masa już sie­dzą­cych przy okrą­głym sto­liku pośrodku pokoju wyło­żo­nego boaze­rią. Kilka okien o wypa­czo­nych i znisz­czo­nych przez czas szy­bach wycho­dziło na oświe­tloną ulicz­nymi latar­niami Fleet Street; po dru­giej stro­nie znaj­do­wał się budy­nek sądu kró­lew­skiego, led­wie widoczny na tle pochmur­nego noc­nego nieba.

Ten pokój był lubia­nym i zna­jo­mym miej­scem o pod­nisz­czo­nych ścia­nach, ze sfa­ty­go­wa­nymi meblami i małym ogniem pło­ną­cym na kominku. Na kominku stało popier­sie Apolla, któ­remu dawno temu utrą­cono nos. Pod ścia­nami usta­wiono regały z okul­ty­stycz­nymi książ­kami napi­sa­nymi przez przy­ziem­nych magów – biblio­teka Insty­tutu nie pozwa­lała na takie rze­czy, ale James je zbie­rał. Był zafa­scy­no­wany myślą o tych, któ­rzy nie naro­dzili się w świe­cie magii i cieni, a jed­nak tęsk­nili za nim tak mocno, że nauczyli się wywa­żać pro­wa­dzące do niego wrota.

Zarówno Tho­mas, jak i Mat­thew wytarli się już z krwi demona i mieli na sobie pognie­cione, ale czy­ste ubra­nia, a ich włosy – ciemny blond w przy­padku Tho­masa i ciem­no­złote w przy­padku Mat­thew – na­dal były wil­gotne.

– James! – wykrzyk­nął Mat­thew na widok przy­ja­ciela. Oczy miał podej­rza­nie błysz­czące; na stole już stała do połowy opróż­niona butelka brandy. – Czy widzę przed sobą butelkę taniego napitku?

James posta­wił wino na stole w chwili, gdy Chri­sto­pher wynu­rzył się z małej sypialni na dru­gim końcu pod­da­sza. Sypial­nia znaj­do­wała się już tam, zanim wyna­jęli pokoje; na­dal stało tam łóżko, ale żaden ze Zło­dzie­jasz­ków nie korzy­stał z niego poza tym, że cza­sem się tam myli, prze­cho­wy­wali broń i ubra­nia na zmianę.

– James, myśla­łem, że posze­dłeś do domu – powie­dział z uśmie­chem Chri­sto­pher.

– A czemu, do licha, miał­bym iść do domu? – James usiadł obok Mat­thew i rzu­cił ścierki od Polly na stół.

– Nie mam poję­cia, ale mogłeś – odparł Chri­sto­pher, wycią­ga­jąc krze­sło. – Ludzie cią­gle robią dziwne rze­czy. Mie­li­śmy raz kucharkę, która poszła na zakupy i zna­le­ziono ją dwa tygo­dnie póź­niej w Regent’s Park. Została dozor­czy­nią w zoo.

Tho­mas uniósł brwi. James i pozo­stali ni­gdy do końca nie wie­dzieli, czy wie­rzyć w opo­wie­ści Chri­sto­phera. Nie kła­mał, ale kiedy tylko rzecz nie wią­zała się ze zlew­kami i pró­bów­kami, to Chri­sto­pher poświę­cał jej zale­d­wie uła­mek uwagi.

Chri­sto­pher był synem ciotki Jamesa, Cecily i wuja Gabriela. Miał piękne rysy swo­ich rodzi­ców, ciem­no­brą­zowe włosy i oczy w kolo­rze, który można było porów­nać do koloru bzu. „U tego chło­paka tylko się mar­nują!” – czę­sto powta­rzała Cecily i wzdy­chała jak męczen­nica. Chri­sto­pher powi­nien mieć powo­dze­nie u dziew­cząt, ale grube szkła oku­la­rów zasła­niały więk­szość jego twa­rzy i wiecz­nie miał proch strzel­ni­czy za paznok­ciami. Więk­szość Noc­nych Łow­ców trak­to­wała broń Przy­ziem­nych z podejrz­li­wo­ścią albo w ogóle się nią nie inte­re­so­wała – zasto­so­wa­nie runów na metalu lub poci­skach spra­wiało, że proch się nie zaj­mo­wał, a broń bez runów do niczego się nie przy­da­wała w walce z demo­nami. Chri­sto­pher jed­nak miał obse­sję na jej punk­cie – uwa­żał, że można broń zapa­la­jącą przy­sto­so­wać do potrzeb Nefi­lim. James musiał przy­znać, że pomysł umiesz­cze­nia działa na dachu Insty­tutu brzmiał dość kusząco.

– Twoja dłoń – ode­zwał się nagle Mat­thew, pochy­la­jąc się i sku­pia­jąc spoj­rze­nie zie­lo­nych oczu na Jame­sie. – Co się stało?

– To tylko roz­cię­cie – odpo­wie­dział James.

Rana prze­bie­gała uko­śnie przez dłoń. Kiedy Mat­thew wziął go za rękę, srebrna bran­so­letka na pra­wym nad­garstku Jamesa zadzwo­niła o butelkę wina na stole.

– Powi­nie­neś był mi powie­dzieć – zbesz­tał go Mat­thew, się­ga­jąc do kami­zelki po stelę. – Zajął­bym się tym od razu w zaułku.

– Zapo­mnia­łem.

Tho­mas, który prze­su­wał pal­cem po kra­wę­dzi kie­liszka, ale nie pił, zapy­tał:

– Coś się stało?

Tho­mas był dener­wu­jąco spo­strze­gaw­czy.

– To była tylko kró­ciutka chwila – odparł nie­chęt­nie James.