Cienie Nocnego Targu

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spis treści

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Naszym cudownym czytelnikom

Długie cienie

Wszystko co nadzwyczajne

Smak straty

Głębsza miłość

Nikczemni

Syn świtu

Utracona kraina

Przez krew i ogień

Utracony świat

Upadły na wieki

Podziękowania

O autorkach


Tytuł oryginału:

Ghosts of the Shadow Market: An Anthology of Tales

Copyright © 2018 by Cassandra Clare, LLC

Copyright for the Polish translation © 2019 by Wydawnictwo MAG

Redakcja:

Urszula Okrzeja

Korekta:

Magdalena Górnicka

Ilustracja na okładce:

Cliff Nielsen

Opracowanie graficzne okładki:

Piotr Chyliński

Ilustracje:

Davood Diba

Projekt typograficzny, skład i łamanie:

Tomek Laisar Fruń

ISBN 978-83-66409-95-8

Wydanie II

Wydawca:

Wydawnictwo MAG

ul. Krypska 21 m. 63, 04-082 Warszawa

tel./fax 22 813 47 43

www.mag.com.pl

Wyłączny dystrybutor:

Dressler Dublin sp. z o. o.

ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Maz.

tel. 22 733 50 10

www.dressler.com.pl

Skład wersji elektronicznej:

pan@drewnianyrower.com

Naszym cudownym czytelnikom

Bez względu na to, jacy jesteście pod względem fizycznym – czy jesteście mężczyznami, czy kobietami, czy jesteście chorzy, czy zdrowi – większe znaczenie od tego mają wasze serca. Jeśli macie duszę wojownika, to jesteście wojownikami. Bez względu na kolor, kształt i wzór abażuru, który go skrywa, płomień w lampie pozostaje zawsze taki sam. Wy jesteście tym płomieniem.

Długie cienie

Cassandra Clare i Sarah Rees Brennan


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Stare grzechy rzucają długie cienie.

przysłowie angielskie

Nocny Targ, Londyn, 1901

Wiadukt kolejowy przebiegał tuż-tuż obok kościoła Świętego Zbawiciela. Przyziemni rozważali nawet wyburzenie kościoła, żeby zrobić miejsce dla linii kolejowej, ale pomysł ten napotkał nieoczekiwanie silny opór. Dlatego linia kolejowa przebiegała odrobinę bardziej okrężną drogą, a iglica wieży kościelnej nadal wznosiła się niczym srebrny sztylet na tle nocnego nieba.

Pod łukami, krzyżującymi się belkami i pobrzękującymi torami za dnia handlowali Przyziemni na największym spożywczym targu w mieście. Nocą targowisko należało do Podziemnego Świata. Wampiry i wilkołaki, czarownicy i faerie spotkali się pod gwiazdami, chronieni czarem, którego ludzkie oczy nie były w stanie przeniknąć. Pod kładkami i w wąskich uliczkach ustawiano kramy w tych samych miejscach, w których za dnia ustawiali je ludzie, ale na straganach Nocnego Targu nie sprzedawano jabłek ani rzep. Pod ciemnymi łukami jarzyły się kramy obładowane dzwonkami i wstążkami w jarmarcznych kolorach: jadowitej zieleni, gorączkowej czerwieni i olśniewającego pomarańczu płomieni. Brat Zachariasz czuł zapach palonych kadzideł, słyszał pieśni wilkołaków o odległej urodzie księżyca i nawoływania faerie do dzieci: „pójdź do nas, pójdź”.

To był pierwszy Nocny Targ w nowym roku według rachuby angielskiej, chociaż w Chinach trwał jeszcze stary rok. Brat Zachariasz opuścił Szanghaj jako dziecko, a Londyn jako siedemnastolatek, kiedy udał się do Cichego Miasta, gdzie w żaden sposób nie odnotowywano upływu czasu, jeśli pominąć popioły kolejnych wojowników, jakie tam składano. Nadal pamiętał świętowanie Nowego Roku z ludzkiego życia, ajerkoniak i przepowiadanie przyszłości w Londynie oraz fajerwerki i poskubywanie noworocznych pierożków w Szanghaju.

Teraz w Londynie padał śnieg. Powietrze było chłodne, rześkie jak świeżutkie jabłko i jego dotyk na twarzy był przyjemny. Głosy jego Braci były jak cichy pomruk w głowie, co pozwalało mu się nieco od nich zdystansować.

Zachariasz zjawił się z misją, ale znalazł chwilę, żeby nacieszyć się faktem, że przebywa w Londynie, na Nocnym Targu, że oddycha powietrzem wolnym o prochów tych, którzy odeszli. To trochę przypominało wolność, ponowne bycie młodym.

Radował się, ale to nie znaczyło, że ludzie z Nocnego Targu radowali się razem z nim. Zauważył wielu Podziemnych, a nawet paru Przyziemnych obdarzonych Widzeniem, którzy rzucali mu mniej niż życzliwe spojrzenia. Kiedy szedł, mroczny pomruk przycinał gwar rozmów wokół niego.

Mieszkańcy Podziemnego Świata uważali Targ za miejsce wykradzione aniołom. Ewidentnie nie cieszyli się z powodu jego obecności tutaj. Brat Zachariasz był jednym z Cichych Braci, członkiem niemego bractwa, które długo żyło pośród starych kości, w odosobnieniu, poświęcając serca prochom swego Miasta i jego umarłym. Nikt nie kwapiłby się, żeby objąć Cichego Brata, ale tutejszym ludziom nie sprawiała przyjemności obecność jakichkolwiek Nocnych Łowców.

I pośród tych wątpliwości ujrzał widok dziwniejszy od wszystkiego, czego mógł się spodziewać na Targu.

Młody Nocny Łowca tańczył kankana z trójką faerie. To był młodszy syn Charlotte i Henry’ego Fairchildów, Matthew Fairchild. Głowę odrzucił do tyłu, jasne włosy rozbłyskiwały mu w świetle ognia, śmiał się.

Brat Zachariasz miał tylko chwilę, żeby zadać sobie pytanie, czy na Matthew rzucono czar, kiedy chłopak dostrzegł go i rzucił się ku niemu, zostawiając za sobą wyraźnie skonsternowane faerie. Ten lud nie był przyzwyczajony do tego, żeby śmiertelnik porzucał ich tańce.

Matthew jakby tego nie zauważył. Podbiegł do brata Zachariasza, wylewnym gestem objął go za szyję i pochylił głowę, by pocałować Szarego Brata w policzek.

– Wuj Jem! – wykrzyknął radośnie. – Co tu porabiasz?

Akademia Nocnych Łowców, Idris, 1899

Matthew Fairchild rzadko tracił nad sobą panowanie. A kiedy już mu się to zdarzało, to starał się, by to była niezapomniana chwila.

Ostatni raz przydarzyło mu się to dwa lata temu, podczas krótkiego pobytu w Akademii Nocnych Łowców, szkole, która miała masowo produkować nudziarzy doskonale przygotowanych do walki z demonami. Zaczęło się od tego, że połowa szkoły stłoczyła się na szczycie wieży i wypatrywała rodziców, którzy przyjechali w związku z incydentem z demonem w lesie.

Dobry humor Matthew już został poddany bolesnej próbie. Jego najlepszy przyjaciel, James, został oskarżony o spowodowanie incydentu tylko dlatego, że miał w żyłach maleńką, nic nieznaczącą kropelkę demonicznej krwi i posiadał zdolność – co Matthew uważał za przejaw nadzwyczajnego szczęścia – zamieniania się w cień. Jamesa miano wydalić ze szkoły. Prawdziwych winowajców, skończonego hultaja, Alastaira Carstairsa i jego obmierzłych kumpli bynajmniej nie ukarano w ten sposób. Życie w ogólności, a już z pewnością życie w Akademii było niekończącą się paradą niesprawiedliwości.

Matthew nie miał nawet okazji, żeby zapytać Jamesa, czy chciałby zostać jego parabatai. Zamierzał zapytać go, czy zechce zostać jego zaprzysiężonym partnerem w walce w nadzwyczaj wyrafinowany i stylowy sposób, przez co Jamie byłby pod tak dużym wrażeniem, że nie mógłby odmówić.

Pan Herondale, ojciec Jamesa, był jednym z pierwszych rodziców, jacy przybyli. Widziano, jak wszedł do Akademii z czarną czupryną rozwianą wiatrem i gniewem. Pan Herondale zdecydowanie miał w sobie coś.

Nieliczne dziewczęta, którym pozwolono wstąpić do Akademii, rzucały Jamesowi zaciekawione spojrzenia. Chłopak wiecznie pętał się po szkole z głową w książce, miał fatalną fryzurę i był skromny w obejściu, ale był nadzwyczaj podobny do ojca.

James, niech Anioł błogosławi jego niczego nieświadomą duszę, nie zauważył tego, że ktokolwiek zwraca na niego uwagę. Oddalił się chyłkiem, ponieważ wkrótce zostanie relegowany, i pogrążył się w rozpaczy.

– Rety – powiedział Eustach Larkspear – to byłoby coś, mieć takiego ojca.

– Słyszałem, że jest szalony – wtrącił Alastair i parsknął śmiechem. – Trzeba być szalonym, żeby ożenić się ze stworzeniem o piekielnej krwi i mieć dzieci, które...

 

– Zamilcz – odezwał się cicho mały Thomas.

Ku zdumieniu wszystkich Alastair przewrócił oczami i ucichł.

Matthew żałował, że to nie on uciszył Alastaira. No cóż, Thomasowi już się to udało, a Matthew nie przychodził do głowy żaden pomysł, jak uciszyć Alaistara raz i na zawsze poza wyzwaniem go na pojedynek. I nawet nie miał pewności, że to by zadziałało. Alastair nie był tchórzem i pewnie przyjąłby wyzwanie, a potem gadałby dwa razy więcej niż dotąd. Poza tym pakowanie się w bójki było zupełnie nie w stylu Matthew. Potrafił walczyć, ale nie uważał, że przemoc rozwiązuje problemy.

Poza tym problemem, jakim były demony szerzące zniszczenie na świecie, rzecz jasna.

Matthew natychmiast zszedł z wieży i krążył po korytarzach Akademii w kwaśnym humorze. Mimo zaangażowania, z jakim pogrążył się w czarnych myślach, wiedział, że ciążą na nim obowiązki i nie może stracić na dłużej z oczu Christophera i Thomasa Lightwoodów.

Kiedy miał sześć lat, jego starszy brat, Charles Buford i ich matka wyszli z domu na zebranie w Instytucie Londyńskim. Charlotte Fairchild była Konsulem, najważniejszą osobą wśród Nocnych Łowców, a Charles zawsze interesował się jej pracą, zamiast pogardzać uciążliwymi Nefilim za to, że zabierają jej czas. Kiedy przygotowywali się do wyjazdu, Matthew stał w korytarzu i płakał, nie zamierzając wypuścić z rąk sukni matki.

Mama przyklęknęła i poprosiła Matthew, żeby zajął się papą podczas ich nieobecności.

Matthew wziął sobie do serca ten obowiązek. Papa był geniuszem i zdaniem większości ludzi inwalidą, ponieważ nie mógł chodzić. O ile ktoś nad nim nie czuwał, zapominał jeść podekscytowany kolejnym wynalazkiem. Tata nie radził sobie bez Matthew, dlatego pomysł wysłania Matthew do Akademii był od początku absurdalny.

Matthew lubił zajmować się ludźmi i był w tym dobry. Kiedy mieli po osiem lat, odkryto Christophera Lightwooda w laboratorium papy podczas czegoś, co papa opisał jako nadzwyczaj intrygujący eksperyment. Matthew zauważył, że zniknęła część ściany w laboratorium i wziął Christophera pod swoje skrzydła.

Christopher i Thomas byli prawdziwym kuzynami, ich ojcowie byli braćmi. Matthew nie był prawdziwym kuzynem – jedynie z grzeczności nazywał rodziców Christophera i rodziców Thomasa ciotką Cecily i wujem Gabrielem oraz ciotką Sophie i wujem Gideonem. Ich rodzice byli jedynie przyjaciółmi. Mama nie miała bliskiej rodziny, a rodzina papy nie pochwalała faktu, że mama jest Konsulem.

James był spokrewniony z Christopherem. Ciotka Cecily była siostrą pana Herondale’a. Pan Herondale kierował Londyńskim Instytutem, a Herondale’owie jako tacy lubili trzymać się na uboczu. Niemili ludzie uważali to za przejaw snobizmu i tego, że uważają się za lepszych, ale Charlotte twierdziła, że tak mówią ignoranci. Wyjaśniła Matthew, że Herondale’owie trzymają się na uboczu, ponieważ doświadczyli wielu nieprzyjemności w związku z faktem, że pani Herondale jest czarownicą.

Mimo wszystko, kiedy kierujesz Instytutem, nie możesz pozostać całkiem niewidzialnym. Matthew widywał już wcześniej Jamesa na różnych przyjęciach i próbował się z nim zaprzyjaźnić, ale miał z tym trudności, ponieważ sam czuł, że powinien walnie się przyczynić do tego, że przyjęcia okażą się sukcesem, a James zwykle zaszywał się w kącie i czytał.

Zdobywanie przyjaciół było dla Matthew w zasadzie rzeczą prostą, ale dopiero kiedy okazywało się to wyzwaniem, widział w tym prawdziwy sens. Przyjaciół, których łatwo zdobyć, łatwo też stracić, a Matthew chciał zatrzymywać ludzi przy sobie.

To było druzgocące, kiedy okazało się, że James szczerze go nie lubi, jednak ostatecznie Matthew podbił jego serce. Nadal nie do końca wiedział, w jaki sposób to mu się udało, co go nieco niepokoiło, ale James mówił ostatnio o sobie, Matthew, Christopherze i Thomasie jako Trzech Muszkieterach i D’Artagnanie, nawiązując do książki, którą lubił. Wszystko układało się doskonale, poza faktem, że Matthew tęsknił za papą. Teraz jednak James miał zostać wyrzucony ze szkoły i wszystko się waliło. Mimo to Matthew nie zapomniał o swoich obowiązkach.

Christophera łączył burzliwy związek z naukami ścisłymi, a po ostatnim incydencie profesor Fell przykazał Matthew pilnować, by chłopak nie wchodził w kontakt z żadnymi łatwopalnymi materiałami. Thomas był tak cichy i mały, że ciągle go gubili, jakby to była szklana kulka, a pozostawiony sam sobie w sposób nieunikniony turlał się w kierunku Alastaira Carstairsa.

To była potworna sytuacja i miała tylko jedną jasną stronę. Zagubionego Thomasa można było łatwo znaleźć. Matthew musiał jedynie namierzyć dźwięk irytującego głosu Alastaira.

To niestety oznaczało także konieczność ujrzenia irytującej twarzy Alastaira.

Znalazł go wkrótce wyglądającego przez okno. Thomas nieśmiało stał u jego boku.

To, w jaki sposób Thomas dobierał sobie bohaterów, było rzeczą niepojętą. Jedynym, co Matthew potrafił znaleźć w Alastairze i co dało się polubić, były jego nadzwyczaj wymowne brwi. Jednak nawet brwi nie czynią człowieka.

– Bardzo ci smutno, Alastair? – Matthew usłyszał pytanie Thomasa, kiedy podchodził, zamierzając odbić kuzyna.

– Przestań zawracać mi głowę, pętaku – żachnął się Alastair, ale łagodnym tonem. Nawet on nie mógł zdecydowanie oprzeć się takiemu uwielbieniu.

– Słyszałeś tę nędzną żmiję – powiedział Matthew. – Odejdź od niego, Thomasie.

– O, przyszła kwoka Fairchild – zaszydził Alastair. – Pewnego pięknego dnia będzie z ciebie cudowna żonka.

Matthew był oburzony drobnym uśmieszkiem na twarzy Thomasa, chociaż chłopak szybko go ukrył z szacunku dla uczuć kuzyna. Thomas był potulnym chłopcem uciemiężonym przez siostry. Najwyraźniej uważał, że nieuprzejmość, z jaką Alastair zwracał się do wszystkich, to przejaw śmiałości.

– Szkoda, że nie mogę tego samego powiedzieć o tobie – odpowiedział Matthew. – Nie ma jednej życzliwej duszy, która powiedziałaby ci, że twoja fryzura jest, używając najłagodniejszych słów, jakie mogę znaleźć, nierozważna? Żadnych przyjaciół? Może chociaż ojciec? Czy komukolwiek zależy na tobie na tyle, żeby powstrzymać cię przed robieniem z siebie widowiska? Czy też jesteś zwyczajnie zbyt zajęty dopuszczeniem się nikczemnych czynów na niewinnych, żeby zająć się swoim nieszczęsnym wyglądem?

– Matthew! – wykrzyknął Thomas. – Jego przyjaciel dopiero co zginął.

Matthew ogromnie kusiło zauważyć, że to Alastair i jego kamraci wypuścili demona na Jamesa w lesie i że zasłużyli sobie na to, żeby ten paskudny psikus obrócił się przeciwko nim. Wiedział jednak, że to ogromnie wstrząsnęłoby Thomasem.

– Och, niech ci będzie. Chodźmy – powiedział tylko. – Chociaż nie mogę przestać się zastanawiać, kto wpadł na pomysł tego paskudnego psikusa.

– Poczekaj chwilę, Fairchild – warknął Alastair. – Ty możesz odejść, Lightwood.

Thomas sprawiał wrażenie głęboko zaniepokojonego, gdy odchodził, ale Matthew widział, że nie potrafił sprzeciwić się idolowi. Kiedy Thomas rzucił Matthew zaniepokojone spojrzenie, ten tylko skinął głową i chłopak mimo oporów odszedł.

Kiedy już go nie było, Matthew i Alastair stanęli naprzeciwko siebie jak do walki. Matthew wiedział, że Alastair nie bez powodu odesłał Thomasa. Zagryzł usta, szykując się na przepychankę.

Alastair jednak powiedział tylko:

– Kim jesteś, żeby się bawić w moralizatora, mówić o ojcach i psikusach, zważywszy na swoje pochodzenie?

Matthew zmarszczył brwi.

– Co ty za bzdury wygadujesz, Carstairs?

– Wszyscy mówią o twojej matce i jej niekobiecych ambicjach – powiedział ten obrzydliwy, niewyobrażalny padalec, Alastair Carstairs. Matthew parsknął kpiąco, ale Alastair obstawał przy swoim i mówił jeszcze głośniej: – Kobieta nie może być dobrym Konsulem. Niemniej twoja matka może kontynuować karierę, ponieważ ma tak wielkie wsparcie potężnych Lightwoodów.

– Niewątpliwie nasze rodziny się przyjaźnią – odpowiedział Matthew. – Koncepcja przyjaźni jest ci całkiem obca, Carstairs? Co za tragedia, chociaż dla wszystkich innych w tym wszechświecie całkowicie zrozumiała.

Alastair uniósł brwi.

– Och, są niewątpliwie wielkimi przyjaciółmi. Twoja mama potrzebuje przyjaciół, skoro twój ojciec nie może pełnić roli mężczyzny.

– Słucham?!

– To dziwne, że urodziłeś się tak późno po okropnym wypadku swojego ojca – powiedział Alastair, niemalże podwijając wyimaginowanego wąsa. – Zdumiewające, że rodzina twojego ojca nie chce mieć z tobą nic wspólnego do tego stopnia, że zmusiła twoją matkę, by wyrzekła się nazwiska po mężu. To zastanawiające, że nie przypominasz ojca, a za to tak bardzo jesteś podobny do Gideona Lightwooda.

Gideon Lightwood był ojcem Thomasa. Nic dziwnego, że Alastair go odesłał, nim zaczął wysuwać te idiotyczne oskarżenia.

To był absurd. To prawda, że Matthew miał jasne włosy, podczas gdy matka miała ciemne, a ojciec i Charles rude. Matka Matthew była drobna, ale kucharka powiedziała, że jej zdaniem Matthew będzie wyższy od Charlesa Buforda. Wuj Gideon często towarzyszył matce. Matthew wiedział, że ujmował się za nią, kiedy poróżniła się z Clave. Mama nazwała go kiedyś dobrym i wiernym przyjacielem. Do tej pory Matthew nie myślał o tym za wiele.

Mama mówiła, że jego ojciec ma taką kochaną, przyjazną, piegowatą twarz. Matthew zawsze żałował, że go nie przypomina.

Bo nie przypominał.

– Nie rozumiem, co mówisz – odpowiedział głosem, który zabrzmiał obco w jego własnych uszach.

– Henry Fairchild nie jest twoim ojcem – warknął Alastair. – Jesteś bękartem Gideona Lightwooda. Wszyscy o tym wiedzą poza tobą.

Rozgorzał w nim ślepy gniew i Matthew uderzył Alastaira w twarz. A potem poszukał Christophera, oczyścił teren i dał mu zapałki.

Po krótkim, ale obfitującym w wydarzenia czasie Matthew opuścił szkolę i nigdy do niej nie wrócił. W tym samym okresie zostało wysadzone jedno skrzydło Akademii.

Matthew zdawał sobie sprawę, że był to dość szokujący postępek, ale w okresie swojej niepoczytalności zażądał od Jamesa, by został jego parabatai, i jakimś cudem James się zgodził. Matthew i jego ojciec załatwili to tak, żeby częściej bywał w londyńskim domu Fairchildów, dzięki czemu mógł spędzić więcej czasu zarówno z własnym ojcem, jak i z parabatai. Ogólnie rzecz biorąc, zdaniem Matthew wszystko ułożyło się całkiem szczęśliwie.

Gdyby tylko mógł zapomnieć.

Nocny Targ, Londyn, 1901

Jem przystanął pośród tańczących płomieni i łuków z czarnego żelaza na Londyńskim Targu, zdumiony widokiem znajomej twarzy w tak nieoczekiwanym kontekście, a jeszcze bardziej serdecznym powitaniem Matthew.

Oczywiście znał syna Charlotte. Jej drugi syn, Charles, był zawsze bardzo chłodny i zdystansowany w oficjalnych kontaktach z bratem Zachariaszem. Brat Zachariasz wiedział, że Cisi Bracia powinni pozostać oderwani od świata. Syn jego wuja Eliasa, Alastair, bardzo jasno to wyraził, kiedy brat Zachariasz zwrócił się do niego.

Tak powinno być – odezwali się Bracia w jego umyśle. Nie zawsze potrafił rozróżnić ich głosy. Tworzyli cichy chór, wiecznie obecną pieśń.

Jem nie miałby Matthew za złe, gdyby zachował się tak jak wielu innych Nocnych Łowców, ale on najwyraźniej nie zamierzał. Jego promienna, delikatna twarz aż zbyt wyraźnie ukazywała konsternację.

– Pozwoliłem sobie na zbytnią poufałość? – zapytał. – Uznałem tylko, że jako parabatai Jamesa, mogę zwracać się do ciebie tak samo, jak on.

Oczywiście, że możesz – odpowiedział brat Zachariasz.

James zwracał się tak do niego, podobnie jak jego siostra Lucie i jak zwykła zwracać się do niego siostra Alastaira, Cordelia. Zachariasz uważał, że to trójka najsłodszych dzieci na świecie. Możliwe, że był nie do końca obiektywny, ale wiara tworzy prawdę.

Matthew się rozpromienił. Zachariasz przypomniał sobie jego matkę, dobroć, jaką okazała, przygarniając trójkę sierot, kiedy sama jeszcze była jeszcze prawie dzieckiem.

– W Londyńskim Instytucie ciągle się o tobie mówi – zwierzył mu się Matthew. – James, Lucie, wuj Will i ciotka Tessa też. Mam wrażenie, że znam cię znacznie lepiej niż naprawdę, proszę więc o wybaczenie, jeśli nadużyłem twojej dobroci.

Nie ma mowy o nadużyciu tam, gdzie jesteś zawsze mile widziany – odpowiedział Jem.

Matthew uśmiechnął się szerzej. To było nadzwyczaj ujmujący widok. Jem pomyślał, że w tym uśmiechu ciepło jest lepiej widoczne, bliższe powierzchni, niż w uśmiechu Charlotte. Chłopak nigdy nie nauczył się odgradzać od ludzi, okazywać światu czegoś innego niż czysty zachwyt i zaufanie.

 

– Chciałbym poznać wszystkie przygody twoje, wujka Willa i cioci Tessy z twojego punktu widzenia – poprosił Matthew. – To musiał być niezwykle ekscytujący czas! Nam nigdy nie przydarza się nic podniecającego. Ludzie tak o tym opowiadają, jakby ciebie i ciocię Tessę łączyła dramatyczna, nieszczęśliwa miłość, zanim zostałeś Cichym Bratem. – Matthew ugryzł się w język. – Przepraszam! Za bardzo się zapędziłem. Jestem zbyt podniecony i nieuważny, żeby zwracać się do ciebie właściwie. To na pewno dla ciebie dziwne, myśleć o swoim minionym życiu. Mam nadzieję, że cię nie uraziłem ani nie zdenerwowałem. Błagam o wybaczenie.

Wybaczam – odpowiedział z rozbawieniem brat Zachariasz.

– Jestem pewien, że mogłeś przeżyć namiętny romans z kimkolwiek byś zechciał, rzecz jasna. Każdy to widzi. Och, to dopiero nierozważne słowa, prawda?

To bardzo uprzejme, że tak mówisz – odpowiedział brat Zachariasz. – Prawda, że mamy dziś piękny wieczór?

– Widzę, że jesteś nadzwyczaj taktownym jegomościem – odrzekł Matthew i poklepał brata Zachariasza po plecach.

Szli pomiędzy straganami Nocnego Targu. Brat Zachariasz szukał konkretnego czarownika, który zgodziłby się mu pomóc.

– Wuj Will wie, że jesteś w Londynie? – zapytał Matthew. – Zobaczysz się z nim? Jeśli wuj Will się dowie, że byłeś w Londynie i go nie odwiedziłeś, a ja o tym wiedziałem, to będzie mój koniec. Młode życie przerwane w kwiecie wieku. Jasny kwiat męskości, który zwiądł przedwcześnie. Może ulitujesz się nade mną i moim losem, wuju Jemie?

Doprawdy? – zapytał brat Zachariasz.

To było oczywiste, do czego Matthew zmierza.

– To byłoby bardzo uprzejme z twojej strony, gdybyś nie wspominał o tym, że widziałeś mnie na Nocnym Targu – przekonywał go Matthew ze swoim ujmującym uśmiechem i nieskrywaną obawą.

Cisi Bracia z zasady są okropnymi plotkarzami – odpowiedział brat Zachariasz – ale dla ciebie zrobię wyjątek.

– Dziękuję, wujku Jemie! – Matthew złapał go pod rękę. – Widzę, że zostaniemy serdecznymi przyjaciółmi.

Musieli stanowić potworny kontrast dla wszystkich na Targu, pomyślał Jem. Promienne dziecko trzymające tak beztrosko pod rękę Cichego Brata w kapturze, w pelerynie i spowitego w cienie. Matthew sprawiał wrażenie błogo nieświadomego niedorzeczności tego widoku.

Myślę, że masz rację – odrzekł Jem.

– Moja kuzynka Anna twierdzi, że Nocny Targ to pyszna zabawa – mówił radośnie Matthew. – Oczywiście znasz Annę. Ona sama to już gwarancja pysznej zabawy i ma najlepszy gust w Londynie, jeśli idzie o kamizelki. Spotkałem bardzo miłe faerie, które zgodziły się mnie zaprosić, więc pomyślałem, że zajrzę i zobaczę na własne oczy.

Faerie, z którymi Matthew wcześniej tańczył, przemknęły obok nich jak smugi światła w kwietnych koronach. Chłopiec faerie z ustami splamionymi sokiem dziwnego owocu przystanął i mrugnął do Matthew. Najwyraźniej nie miał żalu za porzucenie ich w tańcu, chociaż wyraz twarzy rzadko kiedy był wiarygodnym źródłem informacji w przypadku faerie. Matthew się zawahał, zerkając ostrożnie na brata Zachariasza, a potem odpowiedział mrugnięciem.

Brat Zachariasz poczuł, że powinien go przestrzec:

Twoi przyjaciele mogą szykować jakiś psikus. Faerie lubią psocić.

Matthew się uśmiechnął, a jego uroczy uśmiech stał się szelmowski.

– Sam lubię psocić.

Nie do końca to mam na myśli. I nie zamierzałem obrażać żadnych Podziemnych. Jest tak samo wiele godnych zaufania osób wśród Podziemnych, jak wśród Nocnych Łowców, co oznacza, że zdarzają się także niegodni zaufania. Rozsądek każe pamiętać, że nie wszyscy na Nocnym Targu patrzą życzliwie na Nefilim.

– I kto miałby im to za złe? – zapytał nonszalancko Matthew. – Nadęte towarzystwo. Z wyjątkiem tu obecnych, wuju Jemie! Mój papa ma przyjaciela czarownika, z którym często rozmawia. Razem wynaleźli Bramy, wiedziałeś o tym? Też chciałbym mieć bliskiego podziemnego przyjaciela.

Magnus Bane to ktoś, z kim warto się przyjaźnić – powiedział brat Zachariasz.

To byłoby niegrzeczne wobec Magnusa, który był tak dobrym przyjacielem dla parabatai Jema, naciskać bardziej na Matthew. Może był zbyt ostrożny. Wielu Podziemnych na pewno ulegnie czarowi Matthew.

Will dał jasno do zrozumienia, że tutejszy Instytut istnieje także po to, by pomagać Podziemnym, którzy tego potrzebują, tak samo jak Przyziemnym i Nocnym Łowcom. Może nowe pokolenie wyrośnie z większą życzliwością w sercach dla Podziemnych niż pokolenia przed nimi.

– Anny tu dzisiaj nie ma – dodał Matthew – ale ty jesteś, więc wszystko będzie dobrze. Co zrobimy? Szukasz czegoś konkretnego? Pomyślałem sobie, że może kupię Jamiemu i Lucie książkę. Jakąkolwiek. Oni uwielbiają wszystkie.

Jem poczuł do niego jeszcze większą sympatię, gdy usłyszał, z jakim uczuciem mówi o Jamesie i Lucie.

Jeśli zobaczymy stosowną książkę, to kupimy ją dla nich. Wolałbym nie kupić im tomiku z niebezpiecznymi czarami.

– Na Anioła, skądże – zapewnił go Matthew. – Lucie na pewno by ją przeczytała. To taka cicha woda, ta nasza Lu.

Jeśli o mnie chodzi, to zamówiłem coś u pewnej osoby, którą także darzę wielkim szacunkiem. Z szacunku dla tej osoby nie mogę dodać nic więcej.

– Rozumiem – powiedział Matthew zadowolony, że Jem powiedział mu aż tak dużo. – Nie będę więcej pytał, ale czy mogę jakoś pomóc? Możesz na mnie polegać. Kochamy tych samych ludzi, prawda?

Ogromnie dziękuję za tę propozycję ze szczerego serca.

To dziecko w żaden sposób nie mogło mu pomóc, nie w jego obecnych poszukiwaniach, ale obecność Matthew sprawiła, że Zachariasz czuł sie tak, jakby mógł pożyczyć nieco radosnego zdumienia Matthew, kiedy rozglądał się po Targu, gdy razem szli i patrzyli, i słuchali.

Stał tam kram z owocami faerie. Co prawda przed nim przystanął także wilkołak, który wyrzekał, że został oszukany i że nie należy robić interesów z goblinami. Widzieli stragany z markizami w białe i czerwone pasy, gdzie sprzedawano kruchy karmel, chociaż brat Zachariasz miał pewne wątpliwości co do jego proweniencji. Matthew przystanął i roześmiał się z czystej radości na widok czarownicy o niebieskiej skórze, która żonglowała zabawkami w kształcie jednorożców, muszli i małych płonących kół, i flirtował z nią tak długo, aż zdradziła, że ma na imię Catarina. Dodała też, że w żadnym wypadku nie może jej odwiedzić, ale kiedy się uśmiechnął odpowiedziała mu tym samym. Brat Zachariasz podejrzewał, że ludzie zwykle tak reagowali.

Nocny Targ jako całość robił wrażenie raczej rozbawionego Matthew. Bywalcy przywykli, że Nocni Łowcy tu zaglądają, żeby zapolować na świadków albo winowajców, ale nie widzieli, żeby któryś okazywał tak ogromny entuzjazm.

Matthew zaczął klaskać, kiedy kolejny stragan przemknął się ku niemu na kurzych nóżkach. Faerie, kobieta o włosach jak puch dmuchawca, zerknęła na niego spomiędzy fiolek z wielobarwnych światłami i płynami.

– Witaj, przystojniaku – powiedziała głosem chropowatym jak kora.

– Do którego z nas mówisz? – zapytał Matthew, śmiejąc się i opierając łokieć na ramieniu brata Zachariasza.

Faerie przyjrzała się Zachariaszowi z podejrzliwością.

– No proszę, Cichy Brat na naszym skromnym targowisku. Nefilim uznaliby, że spotkał nas zaszczyt.

A czujesz, że to zaszczyt? – zapytał Zachariasz, przesuwając się nieco, żeby zasłonić sobą Matthew.

Na nic nie zważając, Matthew ominął nieśpiesznie Zachariasza i podszedł, by przyjrzeć się rozstawionym przed nim fiolkom.

– Szalenie ładne mikstury – powiedział, rzucając kobiecie uśmiech. – Sama je uwarzyłaś? Niezła robota. To sprawia, że na swój sposób jesteś wynalazcą, nieprawdaż? Mój papa jest wynalazcą.

– Cieszy mnie na Targu obecność każdego, kto interesuje się moimi towarami – odpowiedziała kobieta. – Widzę, że masz miód w ustach pod kolor swoich włosów. Ile masz lat?

– Piętnaście – odpowiedział szybko Matthew.

Zaczął grzebać w fiolkach, a jego pierścienie podzwaniały o szkło i drewniano-złote albo drewniano-srebrne zatyczki, opowiadając o swoim ojcu i miksturach faerie, o których czytał.

– Ach, piętnaście wiosen i jak na ciebie patrzę, to widzę, że to musiały być same wiosny. Niektórzy mogliby rzec, że tylko płytka rzeka potrafi się tak skrzyć – powiedziała faerie, a Matthew spojrzał na nią – nierozważne dziecko zaskoczone wszelką krzywdą, jaką mu wyrządzono. Jego uśmiech przygasł na moment.

Zanim Jem zdążył się wtrącić, uśmiech powrócił.

– Ach, cóż. „Nie ma niczego, a wygląda na wszystko. Czego więcej można pragnąć?” – zacytował Matthew. – To Oscar Wilde. Znasz jego dzieła? Słyszałem, że faerie lubią wykradać poetów. Zdecydowanie powinniście spróbować wykraść jego.

Kobieta się roześmiała.

– Być może to zrobiliśmy. A ty pragniesz, żeby cię ukraść, chłopcze słodki jak miód?

– Oj, myślę, że mojej mamie Konsul to by się nie spodobało.

Matthew nadal uśmiechał się do niej promiennie. Faerie przez chwilę sprawiała wrażenie skonsternowanej, ale potem odpowiedziała uśmiechem. Faerie potrafią kłuć jak ciernie, bo taką mają naturę, a nie dlatego, że chcą kogoś skrzywdzić.

– To napój miłosny – powiedziała, spoglądając na fiolkę z delikatnie skrzącą się różową substancją. – Tobie to na nic, najcudniejsze dziecię Nefilim. A to oślepiłoby twoich przeciwników w walce.

Podejrzewam, że owszem – powiedział brat Zachariasz, przyglądając się fiolce z piaskiem w kolorze grafitu.

Matthew nie skrywał przyjemności, z jaką słuchał wyjaśnień dotyczących mikstur. Zachariasz był pewien, że syn Henry’ego był wielokrotnie podejmowany opowieściami o żywiołach podczas kolacji.