3 książki za 34.99 oszczędź od 50%

Mechaniczny książę

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Mechaniczny książę
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

1  Pro­log. Zbłą­kane dusze

2  Roz­dział pierw­szy. Sala Rady

3  Roz­dział drugi. Dział odszko­do­wań

4  Roz­dział trzeci. Nie­uspra­wie­dli­wiona śmierć

5  Roz­dział czwarty. Podróż

6  Roz­dział piąty. Cie­nie prze­szło­ści

7  Roz­dział szó­sty. Zapie­czę­to­wane ciszą

8  Roz­dział siódmy. Klą­twa

9  Roz­dział ósmy. Cień na duszy

10  Roz­dział dzie­wiąty. Ogni­sta noc

11  Roz­dział dzie­siąty. Zaleta anio­łów

12  Roz­dział jede­na­sty. Dziki nie­po­kój

13  Roz­dział dwu­na­sty. Bal

14  Roz­dział trzy­na­sty. Miecz Anioła

15  Roz­dział czter­na­sty. Ciche Mia­sto

16  Roz­dział pięt­na­sty. Jesz­cze tysiące wię­cej

17  Roz­dział szes­na­sty. Śmier­telny gniew

18  Roz­dział sie­dem­na­sty. W snach

19  Roz­dział osiem­na­sty. Aż do śmierci

20  Roz­dział dzie­więt­na­sty. Jeśli zdrada przy­nosi korzyść

21  Roz­dział dwu­dzie­sty. Gorzki korzeń

22  Roz­dział dwu­dzie­sty pierw­szy. Żar w kominku

23  Podzię­ko­wa­nia

Tytuł ory­gi­nału: The Cloc­kwork Prince. The Infer­nal Devi­ces – Book Two

Copy­ri­ght © 2011 by Cas­san­dra Clare

Copy­ri­ght for the Polish trans­la­tion © 2012 by Wydaw­nic­two MAG

Redak­cja: Urszula Okrzeja

Korekta: Mag­da­lena Gór­nicka

Ilu­stra­cja na okładce: Cliff Nie­lsen Opra­co­wa­nie gra­ficzne okładki: Piotr Chy­liń­ski

ISBN 978-83-66712-60-7

Wyda­nie V

Wydawca:

Wydaw­nic­two MAG

ul. Kryp­ska 21 m. 63, 04-082 War­szawa

tel./fax 22 813 47 43

www.mag.com.pl

Wyłączny dys­try­bu­tor:

Dres­sler Dublin sp. z o. o.

ul. Poznań­ska 91, 05-850 Oża­rów Maz.

tel. 22 733 50 10

www.dres­sler.com.pl

Wer­sję elek­tro­niczną przy­go­to­wano w sys­te­mie Zecer firmy Eli­bri

Elce

Kha­lepa ta kala

„Pra­gnę, by się pani dowie­działa, że była ostat­nim marze­niem mojej duszy. Od chwili, kiedy panią pozna­łem, drę­czą mnie wyrzuty sumie­nia, któ­rych już wcale nie ocze­ki­wa­łem. Od chwili, kiedy panią pozna­łem, sły­szę dawne, wzy­wa­jące mnie ku górze głosy, które w moim mnie­ma­niu umil­kły na zawsze. Do głowy zaczęły mi przy­cho­dzić myśli, aby odro­dzić się, roz­po­cząć od nowa, zrzu­cić z ramion brze­mię namięt­no­ści i grze­chu. Natu­ral­nie to tylko marze­nia senne, co prze­mi­jają…”.

– Char­les Dic­kens, Opo­wieść o dwóch mia­stach (Prze­ło­żyła Zofia Popław­ska)

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Pro­log. Zbłą­kane dusze

Pro­log

Zbłą­kane dusze

Gęsta mgła tłu­miła wszyst­kie dźwięki, prze­sła­niała widok. W miej­scach, gdzie się roz­stę­po­wała, Will Heron­dale widział przed sobą ulicę, śli­ską, mokrą i czarną od desz­czu. Sły­szał głosy zmar­łych.

Nie wszy­scy Nocni Łowcy sły­szeli duchy, chyba że one same tego chciały, ale Will nale­żał do tych, któ­rzy to potra­fili. W miarę jak zbli­żał się do sta­rego cmen­ta­rza, nie­równy chór zawo­dzeń, bła­gań, krzy­ków i powar­ki­wań przy­bie­rał na sile. Nie było to spo­kojne miej­sce pochówku, ale Will wie­dział, czego się spo­dzie­wać; nie po raz pierw­szy odwie­dzał Cross Bones Gra­vey­ard przy Lon­don Bridge. Odci­na­jąc się od tych gło­sów, tak mocno się zgar­bił, że koł­nierz zasło­nił mu uszy. Opu­ścił głowę, a drobna mżawka osia­dała na jego czar­nych wło­sach.

Wej­ście na cmen­tarz znaj­do­wało się w poło­wie prze­cznicy: brama z kutego żelaza osa­dzona w wyso­kim kamien­nym murze, ale każdy Przy­ziemny, który tędy prze­cho­dził, widział tylko pustą par­celę zaro­śniętą trawą, nale­żącą zapewne do jakie­goś przed­się­biorcy budow­la­nego. Kiedy Will zbli­żył się do bramy, we mgle zma­te­ria­li­zo­wało się coś, czego żaden Przy­ziemny by nie zoba­czył: duża brą­zowa kołatka w kształ­cie dłoni o kości­stych, szkie­le­to­wych pal­cach. Krzy­wiąc się, Will się­gnął do kołatki i opu­ścił ją raz, dwa, trzy razy. W noc­nej ciszy roz­brzmiały głu­che ude­rze­nia.

Za bramą, z ziemi unio­sła się mgła niczym para, prze­sło­niła kości bie­le­jące na nie­rów­nym grun­cie. Para zaczęła się skra­plać i jaśnieć nie­sa­mo­witą nie­bie­skawą poświatą. Will chwy­cił pręty bramy i zadrżał, kiedy chłód metalu prze­nik­nął przez ręka­wiczki. To nie było zwy­kłe zimno. Wsta­jąc, duchy przy­cią­gały ener­gię z oto­cze­nia, wysy­sały z powie­trza całe cie­pło. Wło­ski zje­żyły się na karku Willa, kiedy nie­bie­ska mgła powoli ufor­mo­wała się w postać sta­rej kobiety w złach­ma­nio­nej sukni i bia­łym far­tu­chu, z pochy­loną głową.

– Cześć, Mol – rzu­cił Will. – Wyglą­dasz dzi­siaj szcze­gól­nie ład­nie, jeśli mogę tak powie­dzieć.

Zjawa unio­sła głowę. Stara Molly była sil­nym duchem, jed­nym z naj­sil­niej­szych, jakie Will kie­dy­kol­wiek spo­tkał. Gdy padł na nią blask księ­życa, który wychy­nął spo­mię­dzy chmur, wcale nie wyglą­dała na prze­zro­czy­stą. Ciało miała solidne, żół­to­szare włosy sple­cione w war­kocz prze­rzu­cony przez ramię, szorst­kie, czer­wone ręce wsparła na bio­drach. Tylko oczy były puste, a w ich głębi migo­tały dwa nie­bie­skie pło­mie­nie.

– Wil­liam ‘Ron­dale – prze­mó­wiła. – Tak szybko wró­ci­łeś?

Zaczęła sunąć w stronę bramy ruchem cha­rak­te­ry­stycz­nym dla duchów. Jej stopy były bose i brudne, choć nie doty­kały ziemi.

Will oparł się o pręty.

– Stę­sk­ni­łem się za twoją ładną buzią.

Zjawa uśmiech­nęła się sze­roko, jej oczy się roz­ja­rzyły, a pod pół­prze­zro­czy­stą skórą Will dostrzegł zarys czaszki. W górze chmury znowu nasu­nęły się na sie­bie, zasła­nia­jąc księ­życ. Cie­kawe, co takiego zro­biła Stara Molly, że ją tu pogrze­bano, w nie­po­świę­co­nej ziemi, pomy­ślał Will. Więk­szość zawo­dzą­cych gło­sów nale­żała do pro­sty­tu­tek, samo­bój­ców, uro­dzo­nych mar­twych dzieci, wyrzut­ków, któ­rych nie można było pocho­wać na kościel­nym cmen­ta­rzu. Molly chyba ta sytu­acja nie prze­szka­dzała, bo potra­fiła wycią­gnąć z niej korzy­ści.

Zare­cho­tała.

– Czego chcesz, młody Nocny Łowco? Jadu Mal­pasa? Mam pazur demona Moraxa, ład­nie wypo­le­ro­wany, tru­ci­zna w jego czubku jest zupeł­nie nie­wi­doczna…

– Nie – prze­rwał jej Will. – Potrze­buję proszku demona Foraii, drobno zmie­lo­nego.

Molly odwró­ciła głowę w bok i splu­nęła stru­mie­niem nie­bie­skiego ognia.

– A na co on potrzebny takiemu pięk­nemu mło­dzień­cowi jak ty?

Will wes­tchnął w duchu. Pro­te­sty Molly były czę­ścią rytu­ału tar­go­wa­nia. Magnus już kilka razy wysy­łał go do niej po różne rze­czy: czarne cuch­nące świece, które kle­iły się do skóry jak smoła, kości nie­na­ro­dzo­nego dziecka, wore­czek z oczami faerie, po któ­rym zostały mu na koszuli plamy z krwi. W porów­na­niu z tymi spra­wun­kami pro­szek demona Foraii wyda­wał się miłą odmianą.

– Myślisz, że jestem głu­pia – zaskrze­czała Molly. – To pułapka, co? Wy, Nefi­lim, chce­cie mnie przy­ła­pać na han­dlo­wa­niu takim towa­rem, zna­leźć kij na Starą Mol, ot co!

– Prze­cież ty już nie żyjesz. – Will sta­rał się ukryć iry­ta­cję. – Nie wiem, co jesz­cze Clave mogłoby ci zro­bić.

– Ha! – Jej puste oczy zapło­nęły. – Pod­ziemne wię­zie­nia Cichych Braci mogą pomie­ścić i żywych, i mar­twych. Dobrze o tym wiesz, Nocny Łowco.

Will uniósł ręce.

– Żad­nych sztu­czek, sta­ruszko. Pew­nie sły­sza­łaś plotki krą­żące w Pod­ziem­nym Świe­cie. Clave ma inne rze­czy na gło­wie niż tro­pie­nie duchów, które han­dlują prosz­kiem z demo­nów i krwią faerie. – Pochy­lił się. – Dam ci dobrą cenę. – Wycią­gnął z kie­szeni baty­stowy wore­czek i poma­chał nim w powie­trzu. W środku coś zabrzę­czało. – Co ty na to, Mol?

 

Po mar­twej twa­rzy prze­mknął wyraz chci­wo­ści. Zjawa przy­brała na tyle solidną postać, że wyrwała Wil­lowi sakiewkę. Następ­nie wsa­dziła do niej rękę i wyjęła całą garść zło­tych pier­ścion­ków prze­wią­za­nych wstą­żecz­kami. Stara Mol, jak wiele duchów, szu­kała tali­zmanu, kawałka utra­co­nej prze­szło­ści, który w końcu pozwo­liłby jej umrzeć, kotwicy, która trzy­mała ją uwię­zioną w tym świe­cie. W wypadku Molly była to jej obrączka ślubna. Jak twier­dził Magnus, powszech­nie sądzono, że pier­ścio­nek od dawna leży zagrze­bany w muli­stym dnie Tamizy, ale zjawa nie tra­ciła nadziei, że kie­dyś go znaj­dzie.

Wrzu­ciła pier­ścionki z powro­tem do sakiewki i gdzieś ją przy sobie ukryła, a w zamian wrę­czyła mu saszetkę z prosz­kiem. Gdy Will scho­wał ją do kie­szeni, duch zaczął migo­tać i zni­kać.

– Zacze­kaj, Mol. Nie tylko po to dzi­siaj przy­sze­dłem.

Zjawa zami­go­tała z wysiłku, żeby pozo­stać widzialną. Chci­wość wal­czyła w niej ze znie­cier­pli­wie­niem.

– Dobrze – burk­nęła Molly. – Czego jesz­cze chcesz?

Will się zawa­hał. Tym razem nie cho­dziło o zle­ce­nie od Magnusa, tylko o sprawę oso­bi­stą…

– Napoje miło­sne…

Stara Molly zaśmiała się skrze­kli­wie.

– Napoje miło­sne? Dla Willa ‘Ron­dale’a? Nie mam zwy­czaju odrzu­cać zapłaty, ale prawda jest taka, że męż­czy­zna z twoim wyglą­dem nie potrze­buje żad­nych miło­snych wywa­rów.

– Nie… – zaczął Will z lekką despe­ra­cją w gło­sie. – Wła­ści­wie szu­kam cze­goś o prze­ciw­nym dzia­ła­niu. Cze­goś na odko­cha­nie.

– Wywar nie­na­wi­ści? – Molly była wyraź­nie roz­ba­wiona.

– Raczej obo­jęt­no­ści? Tole­ran­cji?

Molly prych­nęła, zadzi­wia­jąco po ludzku jak na ducha.

– Nie­chęt­nie to mówię, Nefi­lim, ale jeśli chcesz, żeby dziew­czyna cię znie­na­wi­dziła, są łatwiej­sze spo­soby. Nie potrze­bu­jesz mojej pomocy z tym bie­dac­twem.

I wiru­jąc, pomknęła w stronę mgieł snu­ją­cych się mię­dzy gro­bami. Will wes­tchnął, patrząc za nią.

– To nie dla niej – mruk­nął, choć nikt nie mógł go usły­szeć. – Tylko dla mnie. – Oparł głowę o zimną żela­zną bramę.

Roz­dział pierw­szy. Sala Rady

Roz­dział pierw­szy

Sala Rady

„Wysoko w górze skle­pie­nie sali

Na licz­nych kolum­nach solid­nie wsparte,

Gdzie spo­ty­kają się anioły

I wymie­niają dary”.

– Alfred, lord Ten­ny­son, Pałac sztuki

– Naprawdę wygląda tak, jak sobie wyobra­ża­łam – stwier­dziła Tessa, uśmie­cha­jąc się do chłopca, który stał obok niej.

Wła­śnie pomógł jej przejść nad kałużą i dło­nią na­dal doty­kał jej ramie­nia tuż nad zgię­ciem łok­cia.

James Car­sta­irs, ele­gancki, w ciem­nym gar­ni­tu­rze, ze srebr­nymi wło­sami zmierz­wio­nymi przez wiatr, odwza­jem­nił uśmiech. Jego druga ręka spo­czy­wała na lasce z jade­itową główką. I nawet jeśli ktoś z kłę­bią­cego się wokół nich tłumu uznał za dziwne, że tak młody czło­wiek potrze­buje laski, albo dostrzegł coś nie­zwy­kłego w kolo­rze jego wło­sów czy w rysach twa­rzy, nikt otwar­cie mu się nie przy­glą­dał.

– Co za ulga! – powie­dział Jem. – Już zaczy­na­łem się mar­twić, że wszystko w Lon­dy­nie będzie dla cie­bie roz­cza­ro­wa­niem.

Roz­cza­ro­wa­niem. Brat Tessy Nate tyle jej naobie­cy­wał, zanim przy­je­chała do Lon­dynu: nowy począ­tek, cudowne miej­sce do życia, impo­nu­jące budynki i piękne parki. Zamiast tych wspa­nia­ło­ści Tessę cze­kały okropne rze­czy, zdrada i nie­bez­pie­czeń­stwa prze­kra­cza­jące jej wyobraź­nię. Mimo to…

– Nie wszystko było takie straszne. – Uśmiech­nęła się do Jema.

– Cie­szę się, że to sły­szę. – Mówił tonem poważ­nym, nie kpią­cym.

Tessa odwró­ciła od niego wzrok i spoj­rzała na wielką budowlę, która przed nimi się wzno­siła: opac­two west­min­ster­skie z potęż­nymi gotyc­kimi wie­żami pra­wie doty­ka­ją­cymi nieba. W tym momen­cie słońce na chwilę wychy­nęło zza chmur i oblało świą­ty­nię bla­da­wym świa­tłem.

– To naprawdę tutaj? – zapy­tała Tessa, kiedy Jem skie­ro­wał ją w stronę wej­ścia. – Wydaje się takie…

– Przy­ziemne?

– Chcia­łam powie­dzieć zatło­czone.

Opac­two było tego dnia otwarte dla tury­stów. Ich grupy tło­czyły się w ogrom­nych drzwiach, więk­szość z prze­wod­ni­kami Beade­kera w rękach. Kiedy Tessa i Jem wcho­dzili po scho­dach, śpie­sząc za prze­wod­ni­kiem, który ofe­ro­wał opro­wa­dza­nie po świą­tyni, minęła ich gro­madka ame­ry­kań­skich tury­stek – kobiet w śred­nim wieku, w nie­mod­nych stro­jach, mówią­cych z akcen­tem, który na chwilę przy­pra­wił Tessę o nostal­gię. Oboje bez trudu wto­pili się w tłum. Wnę­trze kościoła pach­niało zim­nym kamie­niem i meta­lem. Tessa rozej­rzała się z podzi­wem po ogrom­nej budowli. Przy niej Insty­tut wyglą­dał jak wiej­ski kośció­łek.

– Pro­szę zwró­cić uwagę na trój­po­dział nawy – powie­dział prze­wod­nik i zaczął wyja­śniać, że wzdłuż wschod­nich i zachod­nich skrzy­deł opac­twa cią­gną się mniej­sze kaplice.

W środku pano­wała cisza, choć tego dnia nie odby­wały się żadne msze. Kiedy razem z Jemem dotarli do wschod­niej czę­ści kościoła, Tessa zauwa­żyła, że idzie po kamie­niach, na któ­rych wyryte są daty i nazwi­ska. Sły­szała o tych wszyst­kich sław­nych kró­lach, kró­lo­wych, żoł­nier­zach i poetach pocho­wa­nych w opac­twie west­min­ster­skim, ale nie spo­dzie­wała się, że będzie po nich cho­dzić.

W końcu oboje zatrzy­mali się w poprzecz­nej nawie kościoła. Przez roze­towe okna osa­dzone wysoko w górze sączyło się wod­ni­ste świa­tło dnia.

– Wiem, że śpie­szymy się na zebra­nie Rady, ale chcia­łem, żebyś to zoba­czyła – powie­dział Jem i zato­czył ręką wokół sie­bie. – Zaką­tek poetów.

Tessa oczy­wi­ście czy­tała o tym miej­scu, gdzie byli pocho­wani wielcy angiel­scy twórcy. Zoba­czyła szary kamienny nagro­bek Chau­cera i inne znane nazwi­ska:

– Edmund Spen­ser i… och, Samuel John­son – wyszep­tała. – Cole­ridge, Robert Burns i Szek­spir…

– On wła­ści­wie nie jest tutaj pocho­wany – wyja­śnił szybko Jem. – To tylko pomnik. Podob­nie jak Mil­tona.

– Och, wiem, ale… – Tessa poczuła, że się czer­wieni. – Nie potra­fię tego wyja­śnić. To jak zna­leźć się wśród przy­ja­ciół… wszyst­kie te nazwi­ska. To głu­pie, wiem…

– Wcale nie głu­pie.

Tessa uśmiech­nęła się do Jema.

– Skąd wie­dzia­łeś, co chcia­ła­bym zoba­czyć?

– Jak mógł­bym nie wie­dzieć? – zdzi­wił się Jem. – Kiedy myślę o tobie, zawsze widzę cię z książką w ręce. – Mówiąc to, odwró­cił wzrok, ale Tessa zdą­żyła dostrzec rumie­niec na jego policz­kach.

Na jego bla­dej cerze widać nawet naj­słab­szy kolor, pomy­ślała… i zasko­czyła ją czu­łość tej myśli.

Bar­dzo polu­biła Jema przez ostat­nie dwa tygo­dnie. Will sta­ran­nie jej uni­kał, Char­lotte i Henry zaj­mo­wali się spra­wami Clave i pro­wa­dze­niem Insty­tutu, nawet Jes­sa­mine wyda­wała się bar­dzo zajęta. A Jem zawsze był wolny i bar­dzo poważ­nie potrak­to­wał swoją rolę prze­wod­nika po Lon­dy­nie. Odwie­dzili Hyde Park i Kew Gar­dens, Natio­nal Gal­lery i Bri­tish Museum, Tower of Lon­don i Bramę Zdraj­ców. Wybrali się popa­trzeć na doje­nie krów w St. James’s Park, na sprze­daw­ców owo­ców i warzyw zachwa­la­ją­cych swoje towary w Covent Gar­den. Z nabrzeża obser­wo­wali łodzie sunące po roz­iskrzo­nej Tami­zie, jedli tutej­sze spe­cjały. W miarę jak mijały dni, Tessa powoli zapo­mi­nała o swoim cichym nie­szczę­ściu z powodu Nate’a, Willa i utraty daw­nego życia, budziła się do życia jak kwiat kieł­ku­jący ze zmar­z­nię­tej ziemi. Przy­ła­pała się nawet na tym, że się śmieje. A zawdzię­czała to wszystko Jemowi.

– Jesteś dobrym przy­ja­cie­lem – powie­działa, a kiedy, ku jej zasko­cze­niu, Jem nie zare­ago­wał na te słowa, dodała: – Przy­naj­mniej mam nadzieję, że jeste­śmy dobrymi przy­ja­ciółmi. Ty też tak uwa­żasz, prawda, Jem?

Spoj­rzał na nią, ale zanim zdą­żył odpo­wie­dzieć, z mroku dobiegł gro­bowy głos:

Drżyj, śmier­tel­niku, serca trwogą,

Widząc tu zmianę ciała srogą.

Zważ, ile ich kró­lew­skich mości –

W tej kupie gruzu – drze­mie kości. 1

Spo­mię­dzy dwóch pomni­ków wyszła ciemna postać. Tessa wytrzesz­czyła oczy, a Jem rzu­cił roz­ba­wio­nym tonem, w któ­rym pobrzmie­wała nuta rezy­gna­cji:

– Will, jed­nak posta­no­wi­łeś zaszczy­cić nas swoją obec­no­ścią?

– Ni­gdy nie mówi­łem, że nie przyjdę.

Gdy Will wystą­pił do przodu, świa­tło wpa­da­jące przez roze­towe okna oświe­tliło jego twarz. Nawet teraz Tessa nie potra­fiła patrzeć na niego bez ści­ska­nia w piersi i bole­snego łomo­ta­nia serca. Czarne włosy, nie­bie­skie oczy, wydatne kości policz­kowe, gęste ciemne rzęsy, pełne usta – można by nazwać go ład­nym, gdyby nie był taki wysoki i musku­larny. Kie­dyś prze­su­nęła dłońmi po tych ramio­nach. Wie­działa, jakie są w dotyku: żela­zne, powle­czone twar­dymi mię­śniami. Jego dło­nie, kiedy obej­mo­wały tył jej głowy, były smu­kłe i ela­styczne, ale o stward­nia­łych opusz­kach…

Odpę­dziła wspo­mnie­nia. Nic dobrego z nich nie wyni­kało, kiedy znało się prawdę. Will był piękny, ale nie nale­żał do niej; nie nale­żał do nikogo. Coś w nim pękło i przez to pęk­nię­cie wyle­wało się ślepe okru­cień­stwo, potrzeba ranie­nia i odtrą­ca­nia.

– Spóź­niasz się na zebra­nie Rady – stwier­dził Jem dobro­dusz­nie. Był jedy­nym czło­wie­kiem, któ­rego nie doty­kały szel­mow­skie zło­śli­wo­ści przy­ja­ciela.

– Mia­łem coś do zała­twie­nia – odparł Will.

Z bli­ska Tessa widziała, że jest zmę­czony. Jego oczy były zaczer­wie­nione, cie­nie pod nimi pra­wie fio­le­towe. Ubra­nie miał pognie­cione, jakby w nim spał, wło­som przy­da­łoby się strzy­że­nie.

To nie twoja sprawa, upo­mniała się surowo, odwra­ca­jąc wzrok od jego mięk­kich, ciem­nych loków krę­cą­cych się za uszami i na karku. Nie ma zna­cze­nia, jak twoim zda­niem wygląda ani jak spę­dza czas. Wyraź­nie dał ci to do zro­zu­mie­nia.

– Zresztą, wy też nie jeste­ście zbyt punk­tu­alni.

– Chcia­łem poka­zać Tes­sie Zaką­tek poetów – wyja­śnił Jem. – Pomy­śla­łem, że się jej spodoba.

Mówił pro­sto i zwy­czaj­nie, tak że nikt nie mógłby wąt­pić w jego praw­do­mów­ność. Naj­nor­mal­niej w świe­cie chciał spra­wić komuś przy­jem­ność i nawet Wil­lowi chyba nie przy­szła do głowy żadna cięta uwaga, bo tylko wzru­szył ramio­nami i poma­sze­ro­wał szyb­kim kro­kiem w stronę wschod­niego kruż­ganka.

Po kwa­dra­to­wym ogro­dzie oto­czo­nym klasz­tor­nymi murami spa­ce­ro­wali ludzie, szep­cząc cicho, jakby na­dal byli w kościele. Nikt nie zwró­cił uwagi na Tessę i jej towa­rzy­szy, kiedy cała trójka zbli­żyła się do podwój­nych dębo­wych drzwi osa­dzo­nych w murze. Rozej­rzaw­szy się szybko, Will wyjął z kie­szeni stelę i dotknął jej czub­kiem drewna. Drzwi roz­ja­rzyły się na chwilę nie­bie­skim bla­skiem i otwo­rzyły. Will wszedł do środka, Jem i Tessa tuż za nim. Cięż­kie podwoje zamknęły się za Tessą z dono­śnym hukiem, omal nie przy­ci­na­jąc jej spód­nicy. Wyszarp­nęła ją w samą porę i szep­nęła w nie­mal cał­ko­wi­tej ciem­no­ści:

– Jem?

W tym momen­cie zapło­nęło świa­tło. To Will uniósł swój magiczny kamień. Znaj­do­wali się w dużym kamien­nym pomiesz­cze­niu o skle­pio­nym sufi­cie. Pod­łoga była ceglana, w dru­gim końcu sali stał ołtarz.

– Jeste­śmy w Kaplicy Pyxu – powie­dział. – Kie­dyś to był skar­biec. Wzdłuż wszyst­kich ścian stały skrzy­nie ze zło­tem i sre­brem.

– Skar­biec Noc­nych Łow­ców? – Tessa była naprawdę zain­try­go­wana.

– Nie, bry­tyj­ski skar­biec kró­lew­ski, stąd grube mury i drzwi – odparł Jem. – Ale Nocni Łowcy zawsze mieli tu wstęp. – Uśmiech­nął się, widząc jej minę. – Monar­chie przez wieki w tajem­nicy pła­ciły Nefi­lim, żeby chro­nić swoje kró­le­stwa przed demo­nami.

– Nie w Ame­ryce – rzu­ciła z oży­wie­niem Tessa. – My nie mamy monar­chii…

– Ale macie w rzą­dzie komórkę, która utrzy­muje kon­takty z Nefi­lim, bez obawy – uspo­koił ją Will, pod­cho­dząc do ołta­rza. – Kie­dyś zaj­mo­wał się tym depar­ta­ment wojny, a teraz część depar­ta­mentu spra­wie­dli­wo­ści…

Urwał, kiedy ołtarz z jękiem prze­su­nął się w bok. W zie­ją­cej czar­nej dziu­rze, która się za nim odsło­niła, Tessa dostrze­gła słabe bły­ski świa­tła. Will zanur­ko­wał w otwór, oświe­tla­jąc sobie drogę magicz­nym kamie­niem.

 

Tessa ruszyła za nim i zna­la­zła się w dłu­gim kamien­nym kory­ta­rzu opa­da­ją­cym w dół. Kamień na ścia­nach, pod­ło­gach i sufi­cie wyglą­dał na jed­no­lity – jakby tunel wykuto w skale, choć wszę­dzie był gładki. Co kilka kro­ków paliły się magiczne pochod­nie osa­dzone w uchwy­tach w kształ­cie ludz­kiej dłoni wysta­ją­cej ze ściany.

Ołtarz zasu­nął się za nimi, cała trójka ruszyła tune­lem. W miarę jak szli, kory­tarz opa­dał coraz bar­dziej stromo w dół. Nie­bie­sko­zie­lony blask pochodni oświe­tlał pła­sko­rzeźby na ścia­nach, wszę­dzie ten sam motyw anioła powsta­ją­cego z jeziora w kolum­nie ognia, z mie­czem w jed­nej ręce i kie­li­chem w dru­giej.

W końcu dotarli do dwóch par wiel­kich srebr­nych drzwi. Na obu był wyryty wzór, który Tessa widziała już wcze­śniej: cztery prze­pla­ta­jące się litery Cs.

– Ozna­czają Clave, Radę, Przy­mie­rze i Kon­sula – wyja­śnił Jem, nim zdą­żyła spy­tać.

– Kon­sula? Czy to głowa Clave? Ktoś w rodzaju króla?

– Nie dzie­dzicz­nego jak wasz monar­cha – ode­zwał się Will. – Jest wybie­rany, jak pre­zy­dent albo pre­mier.

– A Rada?

– Wkrótce sama zoba­czysz. – Will pchnął drzwi.

Tessa roz­dzia­wiła usta. I szybko je zamknęła, gdy dostrze­gła roz­ba­wiony wzrok Jema sto­ją­cego u jej boku. Sala, która uka­zała się jej oczom, była naj­więk­szym pomiesz­cze­niem, jakie w życiu widziała. Miała kopu­la­ste skle­pie­nie ozdo­bione kon­ste­la­cjami gwiezd­nymi. Z naj­wyż­szego punktu kopuły zwi­sał ogromny żyran­dol w kształ­cie anioła z pło­ną­cymi pochod­niami w rękach. Reszta pomiesz­cze­nia była urzą­dzona w for­mie amfi­te­atru z dłu­gimi, pół­okrą­głymi ławami. Will, Jem i Tessa stali na szczy­cie scho­dów, roz­dzie­la­ją­cych rzędy sie­dzeń, zapeł­nio­nych w trzech czwar­tych. Na samym dole znaj­do­wało się pod­wyż­sze­nie z kil­koma nie­wy­god­nymi na pierw­szy rzut oka krze­słami o wyso­kich opar­ciach.

Jedno z nich zaj­mo­wała Char­lotte Bran­well, dru­gie, tuż obok niej, wyraź­nie zde­ner­wo­wany Henry. Char­lotte sie­działa spo­koj­nie, z rękami zło­żo­nymi na kola­nach. Tylko ktoś, kto ją dobrze znał, dostrzegłby napię­cie ramion i zaci­śnięte usta.

Przed nimi, za czymś w rodzaju mów­nicy, ale szer­szej i dłuż­szej niż nor­malna, stał wysoki męż­czy­zna o dłu­gich, jasnych wło­sach, gęstej bro­dzie i sze­ro­kich bar­kach. Miał na sobie długą czarną szatę, jak sędzia, z błysz­czą­cymi runami wyha­fto­wa­nymi na ręka­wach. Obok niego, na niskim krze­śle, sie­dział star­szy męż­czy­zna o ciem­nych wło­sach prze­ty­ka­nych siwi­zną i gładko ogo­lo­nej twa­rzy o suro­wych rysach. Jego szata była gra­na­towa, na pal­cach zalśniły pier­ście­nie, kiedy poru­szył ręką. Tessa go roz­po­znała: Inkwi­zy­tor Whi­te­law o lodo­wa­tym gło­sie i lodo­wa­tych oczach, który prze­słu­chi­wał świad­ków w imie­niu Clave.

– Pan Heron­dale – ode­zwał się blon­dyn, patrząc na Willa. Jego usta wykrzy­wił lekki uśmiech. – Jakie to miłe, że pan do nas dołą­czył. I pan Car­sta­irs rów­nież. A wasza towa­rzyszka to zapewne…

– Panna Gray – przed­sta­wiła się Tessa. – Panna The­resa Gray z Nowego Jorku.

Przez salę prze­biegł cichy pomruk, niczym szum cofa­ją­cej się fali. Will napiął mię­śnie, a Jem zaczerp­nął tchu, jakby chciał coś powie­dzieć. „Prze­rwała Kon­su­lowi”, roz­brzmiał czyjś szept albo tak się Tes­sie wyda­wało. Zatem to był Kon­sul Way­land, naj­wyż­szy dostoj­nik Clave. Tessa rozej­rzała się po Sali i dostrze­gła kilka zna­jo­mych osób: Bene­dicta Ligh­two­oda o ostrych rysach, haczy­ko­wa­tym nosie i sztyw­nej posta­wie; jego syna Gabriela Ligh­two­oda o zmierz­wio­nych wło­sach, wpa­tru­ją­cego się przed sie­bie kamien­nym wzro­kiem. Ciem­no­włosą Lilian High­smith. Przy­ja­znego Geo­rge’a Pen­hal­lowa i onie­śmie­la­jącą ciotkę Char­lotte, Cal­lidę o gęstych siwych wło­sach upię­tych na czubku głowy. Oprócz nich zoba­czyła wiele innych twa­rzy, któ­rych nie znała. Miała wra­że­nie, że ogląda książkę z obraz­kami opo­wia­da­jącą o róż­nych ludziach żyją­cych na świe­cie. Byli tam jasno­włosi Nocni Łowcy o wyglą­dzie wikin­gów, śniady męż­czy­zna, który przy­po­mi­nał kalifa z ilu­stro­wa­nych Baśni z tysiąca i jed­nej nocy, i Hin­du­ska w pięk­nym sari wyszy­wa­nym w srebrne runy, sie­dząca obok kobiety, która odwró­ciła głowę i teraz patrzyła pro­sto na nich. Miała na sobie ele­gancką jedwabną suk­nię i była podobna do Jema: te same deli­katne, piękne rysy, iden­tyczne kości policz­kowe i oczy, tyle że ciemne, a nie srebrne, i czarne włosy, w prze­ci­wień­stwie do jego srebr­nych.

– Witamy, panno Tesso Gray z Nowego Jorku – rzekł Kon­sul z nutą roz­ba­wie­nia w gło­sie. – Cie­szymy się, że zaszczy­ciła nas pani dzi­siaj swoją obec­no­ścią. Rozu­miem, że już odpo­wie­działa pani na pyta­nia lon­dyń­skiej Enklawy. Mam nadzieję, że zechce pani odpo­wie­dzieć na jesz­cze kilka.

Tessa odszu­kała wzro­kiem Char­lotte. Powin­nam?

Pani Bran­well ledwo dostrze­gal­nie ski­nęła głową. Pro­szę.

Tessa wypro­sto­wała plecy.

– Jeśli takie jest pań­skie życze­nie, oczy­wi­ście.

– Podejdź zatem do stalle Rady – powie­dział Kon­sul, a Tessa domy­śliła się, że cho­dzi mu o długą, wąską drew­nianą ławkę sto­jącą przed mów­nicą. – Towa­rzy­sze mogą panią odpro­wa­dzić.

Will wymam­ro­tał coś pod nosem, ale Tessa nie zro­zu­miała co. Z Wil­lem po lewej stro­nie i Jemem po pra­wej ruszyła w dół po stop­niach i zbli­żyła się do ławy. Sta­nęła za nią nie­pew­nie. Z bli­ska zoba­czyła, że Kon­sul ma życz­liwe nie­bie­skie oczy, w prze­ci­wień­stwie do Inkwi­zy­tora, któ­rego oczy były ciem­no­szare jak morze w cza­sie desz­czu, a ich spoj­rze­nie ponure.

– Inkwi­zy­to­rze Whi­te­law, popro­szę o Miecz Anioła – zwró­cił się Kon­sul do chmur­nego męż­czy­zny.

Inkwi­zy­tor wstał i spod obszer­nej szaty wydo­był masywną broń. Tessa od razu roz­po­znała ją z Kodeksu. Miecz miał dłu­gie ostrze z mato­wego sre­bra i ręko­jeść w kształ­cie roz­po­star­tych skrzy­deł. Wła­śnie z nim powstał z jeziora Anioł Razjel i dał go pierw­szemu Noc­nemu Łowcy Jona­tha­nowi.

– Mael­lar­tach – wyrwało się Tes­sie.

Kon­sul wziął miecz i popa­trzył na nią z roz­ba­wie­niem.

– Widzę, że pani nie próż­no­wała – stwier­dził. – Kto panią uczył? Wil­liam? James?

– Ona sama. – Will jak zwy­kle prze­cią­gał słowa i mówił lek­kim tonem sto­ją­cym w sprzecz­no­ści z posęp­nym nastro­jem, który pano­wał w sali. – Jest bar­dzo docie­kliwa.

– To kolejny powód, dla któ­rego nie powinno jej tu być. – Tessa nie musiała się odwra­cać, żeby wie­dzieć, kto zabrał głos. Bene­dict Ligh­twood. Prze­ma­wiał ostrym tonem. – To jest Rada Gard. Nie wpusz­czamy na nią Pod­ziem­nych. Nie można użyć Mie­cza Anioła, żeby zmu­sić ją do powie­dze­nia prawdy, bo ona nie jest Noc­nym Łowcą. Co nam tu po niej?

– Cier­pli­wo­ści, Bene­dik­cie. – Kon­sul bez wysiłku uniósł miecz, jakby ten nic nie ważył. Cięż­szy był jego wzrok spo­czy­wa­jący na Tes­sie. Way­land przy­glą­dał się jej, jakby chciał wyczy­tać strach w jej oczach. – Nie zamie­rzamy zro­bić ci krzywdy, mała cza­row­nico. Zabra­niają tego Poro­zu­mie­nia.

– Nie powi­nien pan nazy­wać mnie cza­row­nicą – obru­szyła się Tessa. – Nie mam na sobie znaku.

Dziwne, że musiała znowu to powta­rzać, ale wcze­śniej prze­słu­chi­wali ją inni człon­ko­wie Clave, a nie sam Kon­sul. Był wyso­kim męż­czy­zną o sze­ro­kich ramio­nach, ema­nu­ją­cym siłą i auto­ry­te­tem. Podob­nymi jak te cechy, za które Bene­dict Ligh­twood tak nie lubił Char­lotte Bran­well.

– Kim więc jesteś? – zapy­tał Way­land.

– Ona nie wie. – Ton Inkwi­zy­tora był suchy. – Podob­nie jak Cisi Bra­cia.

– Może usiąść i dać świa­dec­two, ale będzie ono warte połowę świa­dec­twa Noc­nego Łowcy – zade­cy­do­wał Kon­sul i skie­ro­wał wzrok na Bran­wel­lów. – Henry, jesteś na razie zwol­niony z prze­słu­cha­nia. Char­lotte, zostań, pro­szę.

Tessa prze­łknęła urazę i poszła do pierw­szego rzędu sie­dzeń. Tam dołą­czył do niej Henry o wymi­ze­ro­wa­nej twa­rzy i ster­czą­cych dziko rudych wło­sach. Tessa usia­dła obok znu­dzo­nej i ziry­to­wa­nej Jes­sa­mine w sukni z jasno­brą­zo­wej alpaki, a Will i Jem z jej dru­giej strony. Sie­dzi­ska były tak wąskie, że czuła cie­pło ramie­nia Jema tuż przy swoim.

Z początku Rada prze­bie­gała jak inne zebra­nia Clave. Char­lotte popro­szono o rela­cję z nocy, kiedy Enklawa zaata­ko­wała twier­dzę wam­pira de Quin­ceya i zabiła go wraz ze wszyst­kimi zwo­len­ni­kami, pod­czas gdy brat Tessy, Nate, zdra­dził pokła­dane w nim zaufa­nie i wpu­ścił do Insty­tutu Mistrza, Axela Mort­ma­ina, a ten zamor­do­wał dwoje słu­żą­cych i omal nie porwał Tessy. Kiedy z kolei Tessę wezwano do zło­że­nia zeznań, powtó­rzyła to, co już wcze­śniej mówiła: że nie wie, gdzie jest Nate, że o nic go nie podej­rze­wała, że nie miała poję­cia o swoim talen­cie, póki nie poka­zały go jej Mroczne Sio­stry, i zawsze sądziła, że jej rodzice byli ludźmi.

– Richard i Eli­za­beth Gray zostali dokład­nie spraw­dzeni – oświad­czył Inkwi­zy­tor. – Nie ma żad­nych dowo­dów wska­zu­ją­cych na to, że nie byli ludźmi. Jej brat też jest czło­wie­kiem. Może też być prawdą twier­dze­nie Mort­ma­ina, że ojcem dziew­czyny był demon, ale w takim razie rodzi się pyta­nie, dla­czego nie ma znaku cza­row­nicy.

– Bar­dzo to wszystko dziwne, łącz­nie z twoim talen­tem – stwier­dził Kon­sul, patrząc na Tessę. – Nie masz poję­cia, jakie są jego moż­li­wo­ści i ogra­ni­cze­nia? Nie pró­bo­wa­łaś posłu­żyć się jakąś rze­czą nale­żącą do Mort­ma­ina, żeby dotrzeć do jego wspo­mnień albo myśli?

– Pró­bo­wa­łam. Z jego guzi­kiem. Powinno się udać.

– Ale?

Tessa potrzą­snęła głową.

– Nie udało się. Nie zna­la­złam w nim żad­nej iskry, żad­nego… śladu życia. Niczego, co pozwo­li­łoby mi się z nim połą­czyć.