Kobieta ze szkłaTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Dedykacja

Prolog

CZĘŚĆ PIERWSZA

Rósa

CZĘŚĆ DRUGA

Rósa

CZĘŚĆ TRZECIA

Jón

Rósa

Jón

Rósa

Jón

CZĘŚĆ CZWARTA

Rósa

Jón

Rósa

Jón

CZĘŚĆ PIĄTA

Rósa

Jón

Rósa

Jón

Rósa

CZĘŚĆ SZÓSTA

Rósa

Jón

Rósa

Jón

CZĘŚĆ SIÓDMA

Rósa

Jón

Słownik słów pochodzenia islandzkiego

Przypisy

Tytuł oryginału: THE GLASS WOMAN

Opieka redakcyjna: JOLANTA KORKUĆ

Redakcja: ANNA RUDNICKA

Korekta: EWA KOCHANOWICZ, ANETA TKACZYK

Projekt okładki: © Penguin Random House

Opracowanie okładki na podstawie oryginału: MAREK PAWŁOWSKI

Redaktor techniczny: ROBERT GĘBUŚ

Oryginalne wydanie angielskie opublikowało jako pierwsze wydawnictwo Penguin Books Ltd w Londynie.

Text copyright © Caroline Lea 2019.

The author has asserted her moral rights.

All rights reserved.

© Copyright for the Polish translation by Wydawnictwo Literackie, 2020

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-08-07151-9

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

tel. (+48 12) 619 27 70

fax. (+48 12) 430 00 96

bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

Konwersja: eLitera s.c.

„Historia, którą opowiada jedna osoba, jest opowiadana tylko w połowie”

– islandzkie powiedzenie pochodzące z Sagi o Grettirze

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Prolog

Stykkishólmur, Islandia. Listopad 1686 roku

W dniu, w którym drży ziemia, z odmętów skutego lodem morza wyłania się ciało. Białe jak kreda palce zdają się zginać w geście zachęty niczym żywa dłoń.

Mężczyźni i kobiety Stykkishólmur wybiegają z zagród na zimne powietrze, przeklinając sypiący im się z dachów na głowy torf, lecz na widok ręki przywołującej ich z mroźnych wód zamierają w bezruchu. Urywają się niedopowiedziane słowa, usta rozchylają w zdumieniu.

W końcu mężczyźni ruszają naprzód, brnąc przez zmarszczone pagórki zaskorupiałego morza. On także jest wśród nich, przyciska dłoń do pulsującej rany w swoim boku. Przy każdym uderzeniu butów z foczej skóry o lód wyrywa mu się z płuc drżący oddech.

Za jego plecami, bezpieczni pośród śniegów i twardej ziemi, stoją i patrzą ludzie. Czuje, że ważą każdy jego krok i modlą się w duchu, by lodowa pokrywa puściła.

Wciąż pamięta, jak niósł ciało obleczone w całun i obciążone kamieniami; pamięta dotkliwy ból rany, kiedy kroczyli w znoju przez śnieg i rozbijali długim kijem lód, żeby zsunąć zwłoki w przerębel. Wygłodniałe morze natychmiast je pochłonęło, błysk bieli szybko zginął w ciemnościach. Ale świadomość nie znikła – została z nimi jak przesiąknięte krwią sceny z sag, tych starych i pełnych ciepła opowieści, których każde dziecko słucha od maleńkości i które uczą Islandczyków zrozumienia dla przemocy.

Zaledwie przed sześcioma dniami mamrotał modlitwy nad mroczną głębiną, a potem razem wrócili do domu. Nim zaszedł księżyc, kruchy lód przykrył przerębel, a zanim na niebo wspięło się blade zimowe słońce, zamaskował go śnieg. Aura potrafi zataić wiele grzechów.

Ale w Islandii ziemia nigdy nie jest spokojna. Groźne pomruki wstrząsów lub prądy wodne musiały naruszyć kamienie, dlatego truchło wypłynęło przez szczelinę w lodzie. I oto jest – widzi je tuż przed sobą, tę machającą rękę.

Jeden niepewny ruch i upada ciężko. Świdruje go w boku, ale to nic, musi iść dalej. Podnosi się, sapiąc z wysiłku, a lód trzeszczy zdradliwie. W dole, tylko trochę niżej, przelewa się czarna woda, łakoma i nieprzebrana.

Ostrożnie, ostrożnie...

Ziemia znów drży – nie mocniej niż pies otrzepujący się z wody, to jednak wystarczy, by po raz drugi stracił równowagę. Cały jego świat ogranicza się teraz do skrzypiących, ruchomych tafli lodu. Z twarzą w śniegu próbuje złapać oddech i tylko czeka na trzask, który zabrzmi jak pękanie kości. To będzie ostatni dźwięk, jaki usłyszy, nim pochłonie go morze.

Jednakże lód zamiera, rzeczywistość odzyskuje stabilność. Zapada cisza.

Podnosi się na kolana, podobnie jak dwaj inni mężczyźni, którzy idą tuż obok.

Z uniesionymi brwiami wymieniają spojrzenia, a on kiwa głową. Lód jęczy przeraźliwie. Pod nimi mroczny prąd przesącza się jak skrywany sekret.

– Szybciej! – woła ktoś z brzegu. – Jeszcze jeden wstrząs i będzie po was! Ranny, ten, który im przewodzi, wzdycha i rozgarnia sobie włosy palcami. – Nie lepiej byłoby je zostawić? – burczy jeden z jego towarzyszy, wyższy i o ciemnych oczach, jakby były zrobione z tej samej niespokojnej wulkanicznej skały co ziemia, na której żyją.

Trzeci z mężczyzn, jasnoskóry i rudowłosy jak Celt, potakuje.

– Ano, przynajmniej do wiosny. Będzie więcej światła, to lody puszczą.

Nie, nie mogą tego zrobić. Daje im to wyraźnie do zrozumienia, kręcąc przecząco głową.

– Musimy wydostać je teraz... J a muszę.

Wyższy marszczy brwi, a jego czarne oczy ciemnieją jeszcze bardziej.

– Wy lepiej zawróćcie. Nie warto ryzykować.

Ale oni nie chcą się zgodzić i też kręcą głowami.

– Zostajemy – mówi wyższy cicho.

Zbiegowisko wciąż przygląda im się z brzegu, dziesięć osób, choć szmer podekscytowanych rozmów sprawia, że tłumek zdaje się większy. Mówią coś niewyraźnie, ściśnięci, zasłaniając usta dłońmi w rękawiczkach, a ich słowa tworzą w zimnym powietrzu białe obłoki dźwięków, które rozprzestrzeniają się jak wyziewy rozkładu.

Podchodzą bliżej wody, pod ich butami także trzeszczy lód. Wtedy on unosi rękę, a oni zatrzymują się posłusznie.

Kładzie się na brzuchu i powoli posuwa naprzód. Nie więcej niż na szerokość dłoni niżej przelewa się czarne morze, a kawałek dalej podskakuje w wodzie oszroniona postać. Zamarznięte palce nawołują go zapraszająco.

Szczęki lodu zgrzytają i chrzęszczą.

Bierze zamach kosą i ogarnia go prawie euforia, gdy czuje, że ostrze zaczepiło o tkaninę. Ciągnie i ciało podpływa nieco bliżej, blada dłoń sięga w stronę jego twarzy. Wzdryga się, a wówczas tkanina puszcza i truchło znów odpływa.

– Zostaw – napomina go burkliwym głosem ciemnowłosy mężczyzna.

Nie słucha i ponownie wyciąga przed siebie kosę. Zziębnięte mięśnie krzyczą w proteście, ramię drży z wysiłku. Dźga z całych sił i metal dziurawi ubranie. Krzywi się, jakby zimne ostrze przebiło jego własne ciało, po chwili zaciska powieki, bierze głęboki wdech i próbuje ponownie. Tym razem kosa wchodzi głębiej.

 

Dwaj pozostali mężczyźni przytrzymują go, gdy wywleka truchło z wody. Powoli wynurza się z niej ciemny kształt, który chwilę później pada na lodową taflę.

– Przepraszam – charczy.

Niosą to ciężkie brzemię przez zamarznięte morze z powrotem na ląd.

Stara się nie patrzeć w dół, na martwą dłoń zagarniającą morską breję i śnieg jak dziecko, które chce uformować śnieżkę. Niebo brudzi dym z palenisk w pobliskich zagrodach; ciemne, runiczne bazgroły kontrastują z podekscytowanymi, białymi oddechami mieszkańców.

Gdy trzej mężczyźni zbliżają się do brzegu, zbiegowisko rusza naprzód niczym zgraja wygłodniałych padlinożerców, jakby to był wyścig – zwycięzcą zostanie ten, kto pierwszy zakosztuje tej niespodziewanej uczty.

Część pierwsza

„Długie i znojne są próby człowieka”

– islandzkie powiedzenie pochodzące z Sagi o Grettirze

Rósa

Skálholt. Sierpień 1686 roku

Rósa siedzi w baðstofie[1] domu, który od niedawna należy do niej i do jej mamy. Podmuch przenikliwego wiatru przeciska się przez szpary między torfową ścianą i maciupeńkim oknem wykonanym z bladej owczej skóry, ostrzyżonej i naciągniętej tak mocno, że stała się cieńsza i bardziej przezroczysta od kosztownego papieru importowanego z Danii.

Drży, kiedy wiatr szarpie jej tuniką, a mimo to przysuwa się bliżej okna, narzucając na ramiona szal. Chce wykorzystać resztki gasnącego światła.

Zamacza pióro w garnuszku z cennym atramentem.

Najdroższy Jónie Eiríkssonie,

piszę do Ciebie, aby błagać o litość i zrozumienie. Twój uczeń, Pétur, dotarł do nas wczorajszego dnia i przekazał mi zarówno te trzy piękne wełniane suknie, jak i Twoją prośbę, abym udała się do Stykkishólmur. Mężu, chociaż z całego serca pragnę dobrze się wywiązywać z tych nowych małżeńskich obowiązków, z żalem przekazuję, że nie mogę do Ciebie dołączyć...

Rósa przerywa pisanie, przygryza wargę i jeszcze szczelniej opatula się szalem. Następnie wykreśla fragment: „że nie mogę do Ciebie dołączyć” i pisze: „że do Ciebie nie dołączę”. Drży jej dłoń, a pióro przyciska tak mocno, że to w końcu pęka, plamiąc jej słowa atramentem.

Pieką ją oczy. Z grymasem niezadowolenia zgniata papier w kulkę i ciska na podłogę.

– Podnieś to, dziewczyno – napomina ją świszczącym głosem matka z łóżka naprzeciwko. – Od kiedy to jesteśmy bogatsze od Njorda, żeby marnować atrament i całkiem dobry papier? – Z jej płuc wyrywa się mokry kaszel.

– Wybacz, mamo. – Rósa uśmiecha się, choć zęby ma zaciśnięte, podnosi papier i wygładza go na kolanie. – Nie mogę się skupić... – Bezwiednie opadają jej usta, więc przygryza wnętrze policzka.

– Denerwujesz się, to jasne. Nieważne, co napiszesz, twój mąż i tak się zorientuje. Wciąż dobrze pamiętam, jak ja wychodziłam za twojego ojca.

Rósa kiwa w milczeniu głową, w gardle wciąż czując wielką gulę.

Z twarzy Sigridúr znika uśmiech. Matka dziewczyny poklepuje miejsce na łóżku obok siebie.

– Mimo wszystko to do ciebie niepodobne. No, usiądź. A teraz mów, co cię niepokoi.

Rósa otwiera usta, ale nie znajduje słów na opisanie przygniatającej ją paniki. To uczucie ogarnia ją na samą myśl o opuszczeniu osady, żeby żyć z obcym człowiekiem, którego ma odtąd tytułować mężem. Kiedy go sobie wyobraża, nie widzi twarzy, a jedynie ręce, silne i ogorzałe. Widzi, jak wiosłują sprawnie. I jak skręcają kurze kark.

Aż nagle Sigridúr łapie ją za dłonie.

– Dość tego!

Przez chwilę Rósa zastanawia się, czy jej myśli są aż tak oczywiste. Dopiero gdy spogląda w dół, dociera do niej, że odruchowo zaczęła kreślić symbol vegvísir.

– Żadnych run – syczy kobieta.

Rósa kiwa głową i zaciska pięści.

– Wiem.

– Nie wystarczy wiedzieć, trzeba jeszcze pamiętać! Twój mąż to nie twój tatko. On nie przymknie oczu i nie będzie udawać, że nie widzi, co się dzieje pod jego nosem. Masz mu recytować wyłącznie hymny i wersy z Biblii. Żadnych run i żadnych sag. Zrozumiano?

– Och, nie jestem głupia, mamo – szepcze Rósa.

Twarz Sigridúr łagodnieje i kobieta głaszcze córkę po policzku.

– Nie martw się na zapas. Jeśli jego modlitwy cię znudzą, poczekaj, aż zaśnie, a wtedy obij go porządnie Biblią i wypędź na śnieg.

Rósa uśmiecha się wbrew sobie, a Sigridúr parska radośnie i dodaje:

– Żeby huldufólk poucztowali sobie na jego ciele.

Dziewczyna przewraca oczami.

– Mamo, błagam... Nie wolno mi nawet w żartach, sama tak mówiłaś.

– E tam, teraz nikt nas nie słyszy. – Sigridúr nagle cichnie, a w jej oczach pojawia się błysk. – Zresztą huldufólk zdecydowanie wolą dzieci.

– Mamo!

Kobieta łapie córkę za ręce.

– Muszę się śmiać, póki jeszcze mogę, kochanie. Małżeństwo... – Krzywi się lekko. – I to jeszcze z mężczyzną z tak daleka...

Rósa znów czuje narastający strach, lecz tym razem postanawia zdusić go w zarodku.

– Pamiętaj, mamo: o nowym dachu i o dużym piecu. Pal w nim torfem, bo jest dużo lepszy niż gnój. Jón wytarguje z Kopenhagą drewno, gdy przypłyną okręty. Tylko sobie wyobraź, prawdziwe drewno do wyłożenia ścian! I futra zamiast ręcznych tkanin. Będziesz tu miała ciepło przez całą zimę i w końcu zwalczysz tę chorobę.

– Masz po ojcu gadane, nie sposób ci tego odmówić – stwierdza Sigridúr. – A zostaniesz żoną rybaka... Co za strata.

– On nie jest zwyczajnym rybakiem.

– Owszem, tytuł bonðiego to nie byle co. Wiem też, że uprawia w swoim gospodarstwie jęczmień i handluje z Duńczykami. Słyszałam jego mowę nie gorzej niż ty. Cóż za obraz w niej odmalował! Ale ludzie gadają...

– To tylko plotki, mamo. Nie należy się nimi przejmować.

– Mówią, że pierwsza żona Jóna...

– Głupie bajanie – ucina Rósa.

Jej głos brzmi zbyt ostro, nawet ona to słyszy, ale przynajmniej zapomina na chwilę o mrowieniu w dłoniach i stopach. Odczuwa je za każdym razem, gdy wyobraża sobie, że zostaje z tym mężczyzną sam na sam. Trzy noce temu śniła, że jej nowy mąż leży na niej, a zamiast ludzkiej głowy i ramion ma ciało niedźwiedzia arktycznego. Pochyla się, jakby chciał ją pocałować, lecz on rozwiera wtedy szeroko pysk i ryczy. Zgniły smród z jego paszczy sprawił, że zerwała się z łóżka z odruchem wymiotnym. Martwi się, że ten koszmar to zły omen, i właśnie dlatego próbuje napisać list odwlekający jej podróż do Stykkishólmur. Ale też gdy słyszy świszczący oddech matki, wie, że podjęła właściwą decyzję. Czasem gdy zamyka oczy, zamiast Jóna widzi innego mężczyznę, o twarzy bardziej znajomej od jej własnej. I rękę, która odgarnia jej włosy z czoła.

– Nie rozmawiajmy o pierwszej żonie Jóna – mówi. – To tylko zawistne plotki, które mają mnie przestraszyć. Sama tak twierdziłaś.

Sigridúr kiwa powoli głową, wpatrując się w swoje sine dłonie.

– W każdym razie Stykkishólmur leży w odległości czerech dni wyczerpującej jazdy. Ziemia jest zaś okrutna, szczególnie po zeszłorocznej srogiej zimie. Podobno na morzu unoszą się kry, które nie stopniały od dwunastu miesięcy. No i dlaczego on pragnie akurat ciebie?

– Czy powinnam podziękować za kolejny uroczy komplement, mamo? Musisz przestać mi je prawić, bo tak od nich spuchnę, że przestanę mieścić się pod tym dachem.

– Sza! – Twarz Sigridúr znów ozdabia szeroki uśmiech. – Przecież wiesz, że świata poza tobą nie widzę, ale... dlaczego nie wziął dziewczyny z własnej osady?

Rósa od dawna zadręcza się tym samym pytaniem, teraz jednak sięga w stronę zmarzniętych palców matki.

– Cóż, najwyraźniej nie sposób mi się oprzeć.

W uśmiechu Sigridúr pojawia się smutek.

– Twój tatko wiedziałby, co robić.

– Też za nim tęsknię. – Rósa obejmuje matkę, zamyka oczy i wdycha kwaśny zapach wełny i potu, kojarzący się jej z dzieciństwem.

Ojciec Rósy, Magnús, biskup Skálholt, zmarł niespełna dwa miesiące wcześniej. Zaczęło się od zwykłych bólów żołądka, lecz w ciągu zaledwie kilku tygodni brzuch napuchł mu tak, jakby nosił w nim dziecko.

Oczywiście w wiosce szeptano, że to robota wiedźmy, z którą wszedł w zatarg, bo zakazał run i rzucania zaklęć, mimo że poprzedni biskup równie chętnie czytał Biblię, co stare sagi. Magnús gardził tymi plotkami – tych, którzy je rozsiewali, potępił z ambony, a nawet zagroził, że usunie ich z kościoła. I ludzie zamilkli, ale w żaden sposób nie spowolniło to choroby szalejącej w jego ciele. Odszedł jeszcze przed przesileniem, zostawiając żonie i córce niewiele pieniędzy czy dóbr. Znacznie wcześniej sprzedał bogatą zagrodę ze szklanymi oknami i ścianami wykładanymi drewnem, a pieniądze przeznaczył na utrzymanie kościoła. Z własnej woli przeniósł się do małego ciasnego budynku o torfowym dachu i ścianach, by nie mieszkać wystawniej niż jego trzódka.

„Bogactwo jest strawą dla ciała, ale pożera duszę. Lepiej żyć skromnie jak Chrystus”.

Za jego życia mieszkańcy osady okazywali mu szczodrość – poza tygodniową dziesięciną dostarczali mu wystarczająco dużo piwa i mięsa, żeby mógł wykarmić rodzinę i stworzyć iluzję umiarkowanego dobrobytu. Po jego śmierci Rósa nie potrzebowała jednak wiele czasu, by zrozumieć, jak rozpaczliwa jest ich sytuacja.

Wkrótce mama nabawiła się kaszlu, który bulgotał w jej piersi jak bagna siarkowe. Nocami, leżąc w baðstofie, Rósa wsłuchiwała się w ruchy płynu wypełniającego pierś Sigridúr. Wciąż pamiętała nauki ojca o czterech płynach wypełniających ludzki organizm: zbyt wiele wody w płucach mogło sprawić, że człowiek topił się we własnym ciele.

Patrzyła, jak matka zapada się w sobie i świszczy, skurczona niczym staruszka o papierowej skórze i oczodołach głębokich jak dwie jaskinie. Własne pragnienia Rósy odeszły w niebyt, teraz miała tylko jeden cel: pomóc mamie przetrwać.

W pierwszą niedzielę lipca, miesiąc po śmierci Magnúsa, Rósa udała się do kościoła, żeby modlić się o wskazówki i przewodnictwo. Tego ranka zjadły z mamą resztki skyru, a duma nie pozwalała im błagać o jałmużnę.

Rósa w drodze do świątyni minęła Margrét, która rysowała coś patykiem na ziemi. Kobieta odwróciła się na dźwięk kroków, po czym szybko zamazała linie butem.

– To tylko werset z Biblii – rzuciła skrzywiona, z buńczucznie uniesionym podbródkiem, i upchnęła pod wytartą czapkę luźne kosmyki siwych włosy.

– Który? – nie zdołała powstrzymać się Rósa.

Wszyscy wiedzieli, że Margrét nie potrafi czytać ani pisać i na dodatek zazdrości Rósie jej wiedzy. Nie ulegało wątpliwości, że rysowała runę.

– Z dziesięciu przykazań – odwarknęła Margrét. – Z ilustracjami. I czego się tak chichrasz pod nosem, dziewucho? Widziałam tego twojego młodzieńca.

– Młodzieńca? – Rósa poczuła, że oblał ją rumieniec.

– Masz mnie za głupią? Poszedł w niedzielę kopać torf i najwyraźniej zapomniał pokazać się w kościele. Będziesz musiała trzymać Pálla w karbach, jeśli zamierzasz wychować sobie dobrego męża.

– Powiedz to lepiej dziewczynie, która zechce go poślubić. Może poszukasz jej w kościele? Zamiast bazgrać na ziemi przed swoją zagrodą.

Nie czekając na reakcję Margrét, Rósa odeszła w pośpiechu. Rozglądała się po polach za Pállem, nigdzie go jednak nie widziała. Z pewnością nie było go też wśród kilkudziesięciu szepczących wiernych, którzy wpatrywali się w nią, ledwie przekroczyła próg kościoła. W zatłoczonym budynku panował zaduch – tego dnia przyszła prawie cała osada, by powitać nowego biskupa, Olafa Gunnarssona. Część osób wierciła się niespokojnie, kiedy duchowny przemawiał.

Aż nagle biskup Olaf wymówił imię Rósy, córki wspaniałego biskupa Magnúsa. Poprosił, żeby podeszła do drewnianej ambony. Rósa czuła na plecach ciężar spojrzeń. Wyobrażała sobie, jak ludzie oceniają jej sylwetkę, wyraźnie chudszą niż dawniej. Biskup pozwolił jej w końcu odejść, a ona podreptała do ławki i odetchnęła głęboko – choć dopiero w chwili, gdy nikt na nią nie patrzył.

A jednak nie, wciąż była obserwowana – poczuła to, gdy tylko uniosła głowę. Instynktownie obróciła się w lewo i wtedy go spostrzegła, obcego człowieka w wiosce, w której znała każdą twarz i każde imię.

Był to potężnie zbudowany mężczyzna, tkanina tuniki wyraźnie opinała mięśnie ramion. Miał ciemną skórę, jakby zbyt wiele czasu spędzał na zewnątrz, a gęsty zarost zasłaniał tak dużą część twarzy, że nie umiała niczego z niej wyczytać.

Spuściła wzrok, a kiedy chwilę później znów odchyliła głowę, wciąż się gapił.

 

Po nabożeństwie nieznajomy szybko wyszedł. Rósa nie musiała pytać, kto to taki, bo ludzie o niczym innym nie gadali. Nazywał się Jón Eiríksson i był zamożnym rybakiem, rolnikiem i handlarzem ze Stykkishólmur – wpływowym człowiekiem, który swoją pozycję i dobrobyt zawdzięczał wyłącznie ciężkiej pracy. Po śmierci tamtejszego przywódcy objął funkcję bonðiego, zajmując się z zacisza własnej zagrody kwestiami prawnymi i kościelnym (w jego niedużej osadzie nie było bowiem kościoła). Wybrał się na południe, by kupić krowę, i po drodze zawitał do osady Rósy. W Skálholt huczało od plotek.

Siwa broda Snorriego Skúmssona wprost trzęsła się z ekscytacji. Staruszek nachylił się do Rósy tak blisko, że widziała pajęczynę czerwonych żyłek na jego nosie.

– Twierdzi, że zjawił się tu dziś, żeby powitać biskupa Olafa i oddać mu cześć, ale myli się głęboko, jeśli sądzi, że kogokolwiek nabierze. – Snorri zarechotał. – Zmarła mu żona, a on przyjechał w poszukiwaniu nowej, wszyscy tak gadają. Co więcej, widzieliśmy, jak przyglądał się właśnie tobie, Róso. Po śmierci ojca nie zostaniesz w kościele, i zresztą całe szczęście. Żeby kobieta czytała z Pisma... phi!

Rósa cofnęła się o krok. Czy śmierdzący oddech był objawem wewnętrznej zgnilizny? Zdołała jednak zmusić się do uśmiechu.

– Twoje córki są starsze ode mnie. Może powinieneś skorzystać z okazji, by choć jedną wydać za mąż?

Snorri gapił się oniemiały, jak Rósa kłania się uprzejmie, a potem wybiega z kościoła. Mama z pewnością byłaby z niej dumna. Tatko... trochę mniej.

Ponownie rozejrzała się po wzgórzach i polach w poszukiwaniu znajomych ramion Pálla, ale i tym razem nigdzie go nie wypatrzyła. Mieszkańcy osady wracali gęsiego do swoich zagród – niektórzy wołali do niej i odwracali się do sąsiadów, żeby mamrotać. Rósa odpowiadała na powitania z zaciśniętymi zębami. Od śmierci ojca każdego dnia to samo, plotki i czcza paplanina. Czasami miała wrażenie, jakby stała nago pośrodku śnieżycy, a wszyscy ci ludzie wytykali ją palcami.

Podeszła do niej Hedí Loftursdóttír i wcisnęła w dłoń kępę mchu. Miała bladą twarz i jasnoniebieskie oczy, a jej wzrok uciekał nerwowo na boki.

– Dla twojej mamy. Pomoże na kaszel.

Rósa, uśmiechając się, kiwnęła głową. Być może znalazłoby się wśród mieszkańców kilka osób, które szczerze jej współczuły. Zanim jednak zdążyła nabrać tchu, by podziękować, dziewczyna odeszła szybko, jakby Rósa rozsiewała straszliwą zarazę.

Niebo nad jej głową było niczym olbrzymie, błękitne oko. Bledło dopiero około północy – słońce prześlizgiwało się wówczas tuż pod krawędzią horyzontu, żeby wyłonić się zaledwie kawałek dalej i oblać świat mlecznym półblaskiem.

W oddali rysował się odwrócony do góry nogami blat wulkanu Hekli. Wypluwał w niebo popiół i dym, a czasem także czarne kamienie i lawę, która potrafiła pogrzebać ląd i wszystkich jego mieszkańców w promieniu wielu kilometrów. Wierzono, że Hekla to otwarte bramy piekieł. Wszyscy Islandczycy się jej bali, a wielu wolałoby umrzeć, niż mieszkać z jej widokiem za oknem. Ale Rósa nie wyobrażała sobie, że mogłaby żyć gdziekolwiek indziej.

Oznaczałoby to bowiem konieczność porzucenia matki. Matki i Pálla.

Kucnęła i ścisnęła w palcach grudkę ziemi. Czarny popiół pachniał obietnicą, którą każdego dnia góry składały na nowo: „Przetrwamy”.

Było coś pocieszającego w tym nieustępliwym uporze. Ale dość już myśli o zmorach i duchach. Dość myśli o wyjeździe.

Dwa dni po nabożeństwie rozległo się pukanie do drzwi domu. Rósa bez trudu odgadła, kto to, w Skálholt nikt bowiem nigdy nie pukał.

Ani słowem nie wspomniała mamie o tamtej mszy ani o obcym barczystym mężczyźnie, a gdy ciszę przerwał niespodziewany dźwięk, dziewczyna zamarła.

Sigridúr poderwała się z kaszlem i rzuciła w stronę drzwi gniewne spojrzenie, jakby to one tak bezceremonialnie wyrwały ją z drzemki.

– Do diaska! – burknęła. – Róso, może byś otworzyła?

Rósa udawała, że jest pochłonięta robótką. Ani drgnęła, mimo że pukanie się nasilało, więc mama ponagliła ją niecierpliwym ruchem ręki.

W końcu dziewczyna westchnęła, odłożyła druty i uchyliła drzwi. W powodzi światła dostrzegła tylko zarys potężnej sylwetki i gęstą brodę.

– Komdu sælar og blessaðar – odezwał się Jón głębokim głosem.

Rósa osłoniła oczy przed słońcem.

– Komdu sælar og blessaðar – odpowiedziała.

– Jeśli to handlarze, nie wpuszczaj! – rzuciła z łóżka Sigridúr nieprzyjaznym głosem. – Sprzedałyśmy obie krowy i tyle owiec, na ile mogłyśmy sobie pozwolić. Nie mam już nic, czego chciałabym się pozbyć.

– Mamo, to gość! – syknęła Rósa. – M ę ż c z y z n a. – Odwróciła się do nieznajomego i obdarzyła go uśmiechem. – Proszę wybaczyć. Mama nie ufa obcym, odkąd zmarł tatko. Ale pan to Jón Eiríksson, bonði ze Stykkishólmur, zgadza się?

Pochylił się niezręcznie, co, jak zgadywała Rósa, miało być ukłonem.

– Zgadza się. Czy mogę wejść? – Błysk białych zębów na tle ciemnej brody nadał jego twarzy łagodniejszy wyraz.

Odwzajemniła uśmiech, mimo że serce waliło jej jak oszalałe.

Sigridúr ściągnęła usta i uniosła się z wysiłkiem na łóżku.

– Przepraszam, że przyjmujemy pana w takich warunkach. Przed kilkoma tygodniami zmarł mi mąż i...

– Bardzo mi przykro.

Sigridúr skinęła oschle głową.

– Ludzie gadają, że pańska żona też odeszła.

Mężczyzna westchnął.

– Istotnie. Dwa miesiące temu.

– Zaledwie dwa miesiące? Słyszałam, że pochował ją pan w środku nocy, a następnego dnia wypłynął na połów. Jakby jej śmierć nie bolała pana bardziej niż strata psa.

Rósa wydała stłumiony okrzyk.

– Ależ mamo!

– Kiedy to prawda. Tylko na niego popatrz.

Jón złożył dłonie jak do modlitwy.

– Pochowałem ją w pojedynkę, temu nie przeczę. Ja... – Urwał i podrapał się po brodzie. Twarz miał ogorzałą i w kącikach ust pobrużdżoną zmarszczkami, a ponure, mroczne oczy przypominały zatrzaśnięte na głucho drzwi. – Żona zachorowała bardzo niespodziewanie. To było... przygnębiające. Pochodziła z okolic Thingvellir i nie miała w mojej osadzie wielu przyjaciół.

Rósa uniosła dłoń.

– Proszę nam wybaczyć. Mama opłakuje męża i... Po prostu bardzo odczułyśmy jego stratę. – Wskazała na uginający się torfowy dach i połamane dźwigary, których nie sposób było naprawić bez importowanego drewna. Jón z szacunku nie spojrzał na te jawne świadectwa biedy, ale pokiwał współczująco głową. – W każdym razie nie powinien się pan z niczego tłumaczyć – ciągnęła Rósa. – „Wszyscy bowiem zgrzeszyli i pozbawieni są chwały Bożej”[2].

– W istocie. – Twarz mu pojaśniała, a w głosie pojawiła się cieplejsza nuta.

Sigridúr parsknęła. Za życia Magnúsa wykazywała się większą powściągliwością, ale od dnia jego śmierci rzadko przejmowała się zdaniem innych.

Jón nie przejął się jej reakcją. Zamiast tego wydął policzki i wypuścił powietrze z płuc.

– Jak każdy człowiek, mam wrogów, którzy ochoczo rozsiewają na mój temat przeróżne kłamstwa. Proszę mi jednak wierzyć, należycie opłakiwałem żonę. – Nagle spochmurniał. – Najbardziej mnie boli, że nie mogłem jej w żaden sposób pomóc.

Nawet Sigridúr miała dość manier, by ugryźć się w język.

Jón odwrócił się do Rósy.

– Doszło mych uszu, że biskup Magnús był cnotliwym mężem. Dobrym człowiekiem z dobrą rodziną.

Na twarz Sigridúr powrócił grymas.

– Możesz to ocenić na własne oczy, panie – stwierdziła.

Zapadła między nimi krępująca cisza. Sigridúr nie odrywała wzroku od twarzy gościa.

– Córko – rzuciła – przynieś jedzenie i napitek.

Rósa znikła w spiżarni skrytej za zasłoną z krowiej skóry, która kiepsko tłumiła dźwięki. Przenikliwy ton głosu matki sprawił, że się wzdrygnęła.

– Najrozsądniej byłoby panu odwiedzić Margrét. Ma zarówno córki, jak i owce. Jestem przekonana, że z radością przehandluje jedno bądź drugie za kilka łokci tkaniny czy za tyle suszonych ryb, ile same ważą.

Rósa nałożyła na talerz trochę skyru, nalała do dwóch kubków piwa i wróciła pośpiesznie do baðstofy.

Usta Sigridúr wciąż były surowo ściągnięte.

– Jestem zmęczona. – Wskazała na drzwi. – Dziękuję za wizytę. Bless.

Jón się skłonił.

– Bless. Przepraszam za kłopot. – Odwrócił się, żeby wyjść.

Rósa spiorunowała matkę wzrokiem.

– Panie, zostań choć na chwilę. Mamy skyr i piwo...

– Dziękuję, ale pora na mnie. Bless. – Zgarbił się w niskim przejściu i już go nie było.

Gdy tylko zatrzasnęły się za nim drzwi, Rósa spojrzała na matkę chmurnie.

– Co cię opętało, że traktujesz tego człowieka tak nieuprzejmie?

– Nie jesteś jakąś krową, żeby cię oferować na sprzedaż. – Starsza kobieta zmrużyła oczy. – Możesz uparcie puszczać mimo uszu, co inni mają ci do powiedzenia, Róso, ale kobieta powinna słuchać słów mądrości, jeżeli chce dożyć podeszłego wieku. Ludzie gadają, że odciął dłoń handlarzowi, który go oszukał. I kazał w swojej osadzie spalić człowieka oskarżonego o czary. A jego żona...

– Jego żona zmarła na gorączkę, mamo. Cała reszta to plotki.

– Tylko dziecko może być ślepe na ciemność, która mieszka w tym człowieku. – Sigridúr opadła na łóżko, kaszląc. – Widać ją na jego twarzy... Ledwie zmarła mu żona, a on już wyruszył na łowy, żeby przygruchać sobie nową.

Rozsądek podszeptywał Rósie podobne obawy, ale dziewczyna uklękła i chwyciła matkę za dłoń.

– To by była dobra partia.

– Bzdura, przy nim twój mózg zgnije. Pomyśl o swoim pisaniu... A zresztą, na żonę to ty jesteś stanowczo zbyt uparta, moja droga. – Na twarzy Sigridúr zagościł szeroki uśmiech.

– Spróbuję być bardziej... posłuszna. A ślub nie powstrzyma mnie przed czytaniem i pisaniem. – Rósie załamał się głos, gdy pomyślała o ukrytych pod materacem skrawkach pergaminu, na których notowała pomysły na całkiem nową opowieść. Podobną nieco do Sagi o rodzie z Laxdalu, z tą różnicą, że jej bohaterka nie zabijała ani nie ginęła z miłości. Z pewnością jej mąż nie miałby nic przeciwko, gdyby od czasu do czasu poświęciła chwilę na pisanie. Nawet Magnús, który gardził wszelkimi przejawami dawnego stylu życia, wyśmiewał obawy, że pisanie opowieści czy wierszy to forma czarów. Ponieważ nie miał syna, uważał, że jego córka powinna uczyć się czytania i pisania, i nic sobie nie robił z kąśliwych komentarzy mieszkańców osady, zdumionych widokiem Rósy zgarbionej nad pergaminem, z piórem w ręku.

Sigridúr pogłaskała ją teraz po włosach.

– Święta naiwności, taki mężczyzna przypaliłby ci pięty, gdybyś chociaż pomyślała o skreśleniu pojedynczego słowa. Dbając o zagrodę, nie znalazłabyś czasu na nic poza jedzeniem i snem. A ja nigdy bym cię więcej nie zobaczyła. Nie, nie chcę tego dłużej słuchać. Zostajesz ze mną.

– Jón jest zamożnym człowiekiem...

– Był nim także Odd z Sagi o sprzymierzonych – wymamrotała Sigridúr – i za nim też wszędzie podążały nieszczęścia.