Rzym by nightTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Okładka


Strona tytułowa
Carol Marinelli
Rzym by night

Tłumaczenie:

Agnieszka Baranowska

PROLOG

Niemożliwe!

Gdy Raul Di Savo dziękował żałobnikom za przybycie na pogrzeb matki, kątem oka dostrzegł stojącą w oddali postać. Nie ważyłby się przyjść tu dzisiaj! Nie w takim dniu!

– Moje kondolencje.

Raul oderwał wzrok od młodego mężczyzny na obrzeżu niewielkiego sycylijskiego cmentarza i skupił się na starszym panu składającym mu właśnie kondolencje.

– Dziękuję. – Schylił uprzejmie głowę.

Większość mieszkańców miasteczka nie pojawiła się na pogrzebie, co nie dziwiło, jeśli wzięło się pod uwagę okoliczności śmierci Marii i strach przed gniewem jej męża. Chociaż Gino, ojciec Raula, także nie pojawił się na pogrzebie żony. „Była dziwką, gdy się z nią żeniłem, i umarła jako dziwka” – poinformował syna. Raul, gdy tylko dowiedział się o wypadku samochodowym, natychmiast wyruszył z Rzymu do rodzinnej Casty, ale nie zdążył. Matka zmarła, zanim dotarł na miejsce. Powoli, z bólem poskładał tragiczne wydarzenia w logiczną całość.

Teraz stał nad jej grobem, spełniając swój ostatni synowski obowiązek i przyjmując kondolencje od nielicznych żałobników, którzy ostrożnie i z trudem dobierali słowa. W świetle wydarzeń poprzedzających wypadek i późniejszego publicznego potępienia, najlepszym wyjściem wydawało się milczenie. Raul wiedział, że żadne słowa nie zdołają go pocieszyć. Nigdy. Za długo zwlekał i nie zdołał jej uratować.

W szkole ciężko pracował, dzięki czemu udało mu się uzyskać stypendium naukowe wystarczające do podjęcia studiów i wyrwania się z Casty, piekielnej doliny, jak nazywał ich rodzinne strony Bastian, najlepszy przyjaciel Raula. Cały czas obiecywał sobie, że wyrwie matkę ze szponów ojca. Maria Di Savo, przez niektórych nazywana postrzeloną, jemu wydawała się po prostu delikatna. Głęboko religijna, zanim spotkała jego ojca, marzyła o wstąpieniu do miejscowego klasztoru. Płakała rzewnymi łzami, gdy go zamykano z powodu coraz mniejszej liczby powołań, tak jakby jej nieobecność w murach imponującego kamiennego budynku przyczyniła się do upadku instytucji. Przez wiele lat klasztor stał pusty i zapomniany, a matka każdego dnia żałowała, że nie podążyła za potrzebą serca i nie została zakonnicą. Niestety, zaszła w ciążę i wpadła w pułapkę nieszczęśliwego małżeństwa. Raul stał nad grobem matki i zastanawiał się, czy żyłaby dłużej i bardziej szczęśliwie, gdyby on się nie urodził? Nienawidził doliny, ale nigdy bardziej niż w tej chwili. Zamierzał do niej nie wrócić. Miał pewność, że jego ojciec pijak sam się doprowadzi do upadku bez opieki żony. Musiał jeszcze tylko zająć się jedną osobą. Mężczyzną winnym całej tej tragedii. Rzucając garść ziemi na trumnę, Raul poprzysiągł sobie, że się na nim zemści.

– Będę za nią tęsknić.

Podniósł głowę. Stała przed nim Loretta, wieloletnia przyjaciółka Marii pracująca w rodzinnym barze.

– Nie dzisiaj, Raul, nie szukaj dziś kłopotów.

Jej słowa zaskoczyły go, zwłaszcza że pobrzmiewała w nich szczera troska. Zauważyła go, pomyślał i spojrzał na postać mężczyzny w oddali.

Bastiano Conti.

Gdy Raul skończył osiemnaście lat, Bastiano wkraczał w siedemnasty rok życia. Ich rodziny otwarcie ze sobą rywalizowały. Wuj Bastiana był właścicielem większości nieruchomości i wszystkich winnic w zachodniej części doliny. Ojciec Raula rządził niepodzielnie na wschodzie. Rywalizacja trwała od pokoleń, ale chłopcy zaprzyjaźnili się. Razem chodzili do szkoły, często spędzali wspólnie wolny czas w wakacje, nawet z wyglądu byli do siebie podobni: wysocy, o czarnych włosach, postawni i przystojni. Charakterami różnili się jednak zdecydowanie. Bastiano, dorastający jako sierota, wychowany przez dalszą rodzinę, szedł przez życie, używając swego wdzięku jak broni. Raul był poważny i nieufny. Łączyło ich ogromne powodzenie u kobiet. Bastiano uwodził. Raul dawał się uwodzić. Nie musieli ze sobą rywalizować, w dolinie nie brakowało przychylnych im dziewcząt. Niestety Bastiano użył swego wdzięku, by oczarować Marię. Kiedy romans się wydał a plotki dotarły do Gina, Loretta zadzwoniła do Marii, żeby ją ostrzec, że rozwścieczony mąż wraca do domu. Matka Raula, choć nie umiała prowadzić samochodu, wyjechała autem z garażu i zaczęła uciekać, co, zważywszy na kręte i strome drogi w dolinie, musiało się źle skończyć. Gdyby Bastiano nie uwiódł Marii, ta nadal by żyła, Raul nie miał cienia wątpliwości.

– Raul.

Usłyszał cichy, zatroskany głos Loretty. Złapała go za rękę, choć wiedziała, że nic nie zdoła go już zatrzymać.

– Jesteś Sycylijczykiem, masz całe życie na zemstę, daj dziś spokój.

Raul pokręcił głową, ale sam nie wiedział, czy na zgodę, czy w geście sprzeciwu. Czuł, że krew w jego żyłach wrze, zaschło mu w ustach, był gotowy do ataku. Odsunął dłoń Loretty i, nie zważając na nikogo, ruszył przed siebie.

– Raul! – zawołał za nim ksiądz. – Nie tutaj i nie teraz!

– Nie powinien był tu przychodzić! – odkrzyknął Raul i przyspieszył.

– Ty gnoju! – wrzasnął, zbliżając się do Bastiana, który zamiast wziąć nogi za pas, wyszedł byłemu przyjacielowi naprzeciw.

– Twoja matka chciała....

Raul nie pozwolił mu dokończyć. Bastiano wystarczająco już zelżył jego matkę, więc żeby go uciszyć, uderzył go z całej siły pięścią w twarz. Poczuł, jak zęby Bastiana wbijają mu się w knykcie. Polała się krew. Smutek, wściekłość i wstyd okazały się mieszanką wybuchową.

Raul chciał zabić Bastiana, ale ten nie zamierzał poddawać się bez walki. Podczas gdy młodzi mężczyźni walczyli na śmierć i życie, ludzie zaczęli krzyczeć, a w oddali rozległo się wycie syren. Raul nawet nie poczuł bólu, gdy uderzył plecami o granitowy nagrobek. Kamień rozorał jego ciało. Nie przejął się tym. Jego plecy i tak całe pokryte były siatką blizn po ciosach zadanych mu przez ojca. Adrenalina okazała się najskuteczniejszym znieczuleniem. Podniósł się, wymierzył kolejny cios i powalił rywala na ziemię. Mimo to Bastiano się nie poddawał, dlatego Raul wymierzył mu następny cios, potem jeszcze jeden i jeszcze jeden, jakby chciał zmasakrować bezczelną, piękną twarz przyjaciela.

– Powinieneś był się trzymać od niej z daleka – krzyczał Raul.

– Tak jak ty – wycharczał Bastiano.

Jego słowa zraniły Raula boleśniej i głębiej niż jakikolwiek cios silnych pięści Bastiana. Raul wiedział bowiem, że przyjaciel miał rację. Był daleko, za daleko, by uchronić matkę. Zawiódł ją.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Rzym. Miasto miłości. Lydia Hayward, owinięta w ręcznik kąpielowy, z włosami wilgotnymi po kąpieli, leżała na łóżku hotelowym i zastanawiała się nad ironią losu, który ponownie zawiódł ją do Rzymu. Co prawda zatrzymała się w romantycznym, pięciogwiazdkowym hotelu, a wieczorem miała się spotkać z przystojnym i bogatym mężczyzną, ale do pełni szczęścia brakowało jej najważniejszego: miłości. Na taki luksus Lydia nie mogła sobie w tej chwili pozwolić. Oczywiście nie powiedziano jej tego wprost. Matka nie przeprowadziła z nią poważnej rozmowy na temat dramatycznej sytuacji finansowej rodzinnej firmy, którą uratować mógł już tylko ogromny majątek Włocha, z którym ona i jej ojczym mieli się dziś spotkać. Valerie nigdy też nie powiedziała, że Lydia musi się z nim przespać, żeby ratować ich ukochany zamek. Oczywiście, że nie. Zapytała za to swą jedyną córkę, czy używa antykoncepcji.

– Nie chcesz chyba zepsuć sobie wakacji – dodała z troską.

Nigdy wcześniej matka nie interesowała się jej życiem intymnym. Gdy jako siedemnastolatka pierwszy raz jechała do Rzymu na wycieczkę szkolną, Valerie nie czuła się zobowiązana uświadomić córkę. Zresztą, po co mi antykoncepcja, pomyślała gorzko Lydia. Przecież matka kazała jej się „nie spieszyć”. I tak właśnie zrobiła. Nie z posłuszeństwa, ale dlatego, że nie potrafiła nikomu zaufać. Uważano ją za zimną i niedostępną. W głębi duszy marzyła o miłości. Może w następnym życiu, stwierdziła z rezygnacją.

Dzisiaj musiała stawić czoło kolacji z bogaczem, który oczekiwał, że zostaną sam na sam. Lydia poczuła zbliżający się atak paniki. Ostatni miała dawno temu... w Rzymie. A może w Wenecji? Tak w Wenecji, przypomniała sobie. I w Rzymie też. Na tej okropnej wycieczce szkolnej. Teraz miała okazję odczarować to miasto, spojrzeć na nie oczyma dorosłej kobiety, nie wystraszonej nastolatki. Weź się w garść, rozkazała sobie. Wstała i ubrała się. O ósmej miała się spotkać na śniadaniu z Maurice’em, swym ojczymem. Żeby się nie spóźnić, nie suszyła już włosów, przeczesała tylko palcami długie blond pasma i zarzuciła beżową lnianą sukienkę, zapinaną pod samą szyję na drobne guziczki, które teraz stawiały opór jej drżącym ze zdenerwowania palcom.

Przecież nie oczekują, że się z nim prześpię, pocieszała się w myślach. Co za idiotyczny pomysł, skąd mi to przyszło do głowy, beształa się. Wypiję z nim drinka, podziękuję za gościnność i wyjaśnię, że umówiłam się na wieczór z przyjaciółmi. Arabella mieszkała w Rzymie i Lydia zamierzała się z nią spotkać. Wzięła telefon i wysłała wiadomość: „Cześć, Arabello, nie wiem, czy dotarł do ciebie mój poprzedni esemes. Jestem w Rzymie. Może spotkamy się wieczorem? Lydia”.

A teraz śniadanie, pomyślała i ruszyła do drzwi.

Przechodząc przez foyer, kątem oka zerknęła na swoje odbicie w lustrze. Wyglądała na całkowicie opanowaną i spokojną, stwierdziła z zadowoleniem i uniosła wyżej głowę. Ale wewnątrz cała się trzęsła i marzyła, by odwrócić się na pięcie i uciec.

– Nie, dziękuję. – Raul Di Savo podziękował kelnerowi po włosku za drugie espresso i wrócił do lektury raportu na temat hotelu Grande Lucia, w którym właśnie skończył jeść śniadanie.

 

Na jego prośbę prawnik zebrał wszystkie dostępne informacje na temat hotelu i teraz Raul musiał się z nimi zapoznać – do spotkania z sułtanem Alimem pozostało zaledwie parę godzin. Oderwał na chwilę wzrok od komputera i rozejrzał się wokół. Hotel Grande Lucia zasługiwał na miano luksusowego. W przestronnej jadalni panowała przyjemna atmosfera, szmer dyskretnych rozmów i delikatne brzękanie szlachetnej porcelany pieściły miło uszy Raula. Miał chętkę na ten hotel.

Ostatnią noc spędził jako gość właściciela, sułtana Alima. Prezydencki apartament, ale przede wszystkim dyskretna i nienaganna obsługa zrobiły na Raulu ogromne wrażenie. Z każdą chwilą spędzoną w hotelu nabierał pewności, że stanowiłby on idealne uzupełnienie jego bogatego portfolio nieruchomości.

Bastiano na pewno myślał dokładnie tak samo. Minęło piętnaście lat, a oni nadal zajadle ze sobą rywalizowali. Nienawiść motywowała ich do działania i łączyła mocno niczym nierozerwalna czarna nić.

Bastiano miał się pojawić w Rzymie po południu. Raul zdawał sobie sprawę, że jego śmiertelny rywal przyjaźni się z sułtanem, ale wiedział też, że Alim nie pozwoli, by osobiste sympatie wpłynęły na jego decyzje biznesowe. W głębi duszy miał nadzieję, że jego obecność w hotelu wytrąci Bastiana z równowagi. Mimo że obracali się w tym samym środowisku, rzadko na siebie wpadali. Bastiano jako swą bazę wybrał rodzinną Castę, Raul natomiast nigdy więcej się tam nie pojawił. Słyszał, że Bastiano kupił zrujnowany klasztor i przekształcił go w dyskretny ośrodek odwykowy dla bogaczy. Matka zapewne przewraca się w grobie, pomyślał gorzko. Czarne myśli Raula przerwał nieprzyjemny, podniesiony głos mężczyzny siedzącego nieopodal.

– Kogo tutaj trzeba przelecieć, żeby zostać obsłużonym? – rzucił głośno nieskazitelną angielszczyzną.

Raul uśmiechnął się w duchu, widząc, że kelner nadal ignoruje napuszonego Anglika. Miał już dość nieuprzejmego gościa, który nie przestawał się uskarżać na wszystko, odkąd pojawił się w sali jadalnej. A przecież naprawdę nie miał na co narzekać. Raul znał się na tym, jako właściciel wielu hoteli wyczulony był na jakość obsługi. Tu winien był zdecydowanie gość, który mimo swego nieskazitelnego akcentu nie przestrzegał pewnych niepisanych zasad. Żeby dać mu prztyczka w nos, Raul wykonał niewielki ruch dwoma palcami, wskazując stojącą na stole przed nim pustą filiżankę. Kelner natychmiast skinął głową i już po chwili wrócił ze świeżą kawą. Anglik, zgodnie z przewidywaniami Raula, spurpurowiał z wściekłości. Tak, zdecydowanie powinien kupić ten hotel, postanowił Raul. Musiał tylko wcześniej dowiedzieć się, dlaczego sułtan pozbywał się swego kultowego już hotelu. Jak na razie nie udało mu się ustalić prawdziwej przyczyny; mimo sporych kosztów utrzymania hotel Grande Lucia wypracowywał spory zysk.

Raul zamknął laptop i postanowił zakończyć poranne lenistwo. Wtedy ją zauważył. Wchodziła właśnie do jadalni. Raul widział w życiu mnóstwo pięknych kobiet, a jednak było w niej coś, co natychmiast przykuło jego uwagę. Wysoka, szczupła blondynka w beżowej sukience zapiętej na milion guzików aż pod samą szyję szła prosto do jego stolika!

Raul nie odrywał od niej wzroku. Poruszała się z naturalną gracją, z wysoko uniesioną głową. Miała niezwykłą, bladą, świetlistą skórę. Nagle Raul zapragnął znaleźć się bliżej niej, żeby móc zobaczyć kolor jej oczu. Podniosła dłoń i zamachała. Ku swemu zdumieniu poczuł obezwładniające rozczarowanie. Przyszła na śniadanie z tym nieznośnym Anglikiem! Szkoda. Piękna blondynka przeszła koło jego stolika. Miał absurdalną ochotę rozpiąć kilka guzików w jej sukience. Zostawiła za sobą chmurkę delikatnego, świeżego zapachu. Raul postanowił jeszcze nie wychodzić. Otworzył laptop i udawał, że czyta.

– Dzień dobry – powiedziała, siadając. Miała miły, dźwięczny głos.

Jej towarzysz burknął tylko, nie zwracając na nią większej uwagi.

Niektórzy ludzie nie potrafili docenić piękna. A blondynka zdecydowanie zasługiwała na uwagę. Kelner najwyraźniej podzielał zdanie Raula. Natychmiast pojawił się przy jej boku i zamiast przewracać oczami, słuchając jej nieporadnych prób zamówienia śniadania w języku włoskim, uśmiechał się promiennie i kiwał głową z aprobatą.

– Ja wypiję jeszcze jedną kawę – odezwał się gburowaty Anglik, po czym odwrócił się do swej towarzyszki i dodał głośno:

– Okropna obsługa.

– Naprawdę? Ja jestem zachwycona. Może powinieneś spróbować magicznych słów, Maurice – zasugerowała z kamienną miną. – „Proszę” i „dziękuję” potrafią zdziałać cuda.

– Jakie masz plany na dzisiaj? – Gbur zignorował jej przytyk.

– Mam nadzieję, że uda mi się trochę pozwiedzać.

– Przede wszystkim zrób zakupy. – Zimnym wzrokiem zmierzył jej sukienkę. – I kup tym razem coś... mniej beżowego. Od konsjerża dostałem adres pobliskiego salonu piękności, umówiłem cię na czwartą.

– Słucham?

Raul zaczynał tracić zainteresowanie. Nigdy nie pozwalał sobie nawet pomyśleć o kobiecie będącej w związku z innym mężczyzną. Brzydził się zdradą. Już miał zamknąć komputer, ale wtedy Anglik znowu się odezwał.

– O szóstej spotykamy się z Bastianem, masz wyglądać najlepiej, jak się da.

Na dźwięk imienia swego największego wroga Raul zamarł.

– Ty się z nim spotykasz o szóstej – odpowiedziała piękna blondynka. – Nie rozumiem, dlaczego miałabym się przysłuchiwać, jak omawiacie interesy.

– Nie dyskutuj. Masz się stawić o szóstej.

Raul wypił do końca swoje espresso, ale nie zamierzał wychodzić. Każdy okruch wiedzy o Bastianie stanowił dla niego cenną zdobycz.

– Chyba nie dam rady, spotykam się z koleżanką.

– Daj spokój – parsknął okropny Anglik. – Obydwoje wiemy, że nie masz żadnych koleżanek.

Zaskoczony okrucieństwem tego stwierdzenia Raul zapomniał się i otwarcie spojrzał na mężczyznę i jego towarzyszkę. Większość kobiet skuliłaby się po takim komentarzu, ale blondynka uśmiechnęła się zdawkowo i wzruszyła ramionami.

– W takim razie ze znajomą, wszystko jedno. Jestem zajęta.

– Lydio, nie zapominaj o swoich obowiązkach wobec rodziny.

A więc na imię ma Lydia. Raul przyglądał jej się, a ona, jakby wyczuwając, że ktoś ją podsłuchuje, zerknęła w jego stronę. Ich spojrzenia spotkały się na kilka sekund. Zauważył, że miała niesamowite błękitne oczy. Szybko odwróciła wzrok. Raul nawet nie drgnął. Chciał wiedzieć więcej. Do jadalni weszło kilka osób, rodzina z małym dzieckiem. Siadając obok, narobili tyle rumoru, że słyszał jedynie pojedyncze słowa dobiegające od stolika blondynki.

– Jakiś stary klasztor...

Dłonie Raula zadrżały. Zdał sobie sprawę, że rozmawiają o dolinie.

– Zna się na starych budynkach... – głos Anglika z trudem przebijał się przez gwar. – Podobno odniósł wielki sukces...

Dziecko, wciskane przez matkę w siedzonko, zaczęło głośno protestować. Raul skrzywił się i ledwie widocznym ruchem dłoni przywołał kelnera. Wystarczyły dwa słowa i rodzina została przesadzona.

Interwencja niezadowolonego gościa nie umknęła uwadze Lydii. Zresztą zauważyła go, gdy tylko weszła do jadalni. Nawet z daleka nie dało się nie dostrzec jego urody. Miał w sobie coś magnetycznego. Jak on mógł wyglądać tak dobrze o ósmej rano? Jego czarne włosy połyskiwały i dopiero mijając go, zorientowała się, że były wilgotne, tak jak jej. Pewnie brali prysznic mniej więcej o tej samej porze. Sama się zdziwiła kierunkiem, w jakim pobiegły jej myśli.

Kiedy zauważyła, że obiekt jej nie do końca przyzwoitych rozmyślań przygląda jej się, szybko odwróciła głowę. Jej nogi zaczęły drżeć, tak jakby same jej dawały znać, że powinna usiąść. Najchętniej przy stoliku z pięknym nieznajomym. Kolejna dziwna myśl, zauważyła. A przecież nie był nawet miły, kazał przesadzić całą rodzinę tylko dlatego, że dziecko zaczęło płakać! Irytował ją. Znacznie bardziej, niż powinien irytować ją ktoś, kogo przecież wcale nie znała. Zła na niego, i na siebie, skrzywiła się, by dać mu do zrozumienia, co myśli o jego zachowaniu. Zrobiło jej się gorąco z emocji, ale on tylko zamknął komputer i wzruszył ramionami. Zdecydowanie był irytujący. To dlatego czuła, że krew w jej żyłach zawrzała, na pewno dlatego... Jak można kazać przesadzić kogoś w jadalni?! I to z powodu płaczącego dziecka?!

Drżącą dłonią nalała sobie herbaty, jednym uchem słuchając marudzenia Maurice’a. Cały czas czuła na sobie wzrok nieznajomego.

– To nie jest właściwy moment na nieposłuszeństwo.

Lydia czuła jednak, że właśnie na to miała ochotę – odrobinę nieposłuszeństwa. Słońce świeciło, była w Rzymie, nie miała zamiaru marnować ani chwili więcej w towarzystwie gbura.

– Miłego dnia. – Odłożyła serwetkę na stół, zbierając się do wyjścia. – Pozdrów ode mnie Bastiana.

– Nie żartuj sobie, masz się pojawić wieczorem w restauracji. Bastiano specjalnie przylatuje na to spotkanie. I nie zapominaj, że to on zafundował nam pobyt w tym hotelu. Możesz chyba zejść na drinka, żeby mu podziękować.

– W porządku. – Lydia nie miała siły dłużej się spierać. – Ale tylko na jednego.

– Masz spełnić swój obowiązek wobec rodziny – warknął Maurice, czerwieniejąc.

Lydia wstała.

– Przez całe życie nie robię nic innego. Najwyższy czas, żebym pomyślała o sobie – odparła i wyszła z restauracji z wysoko podniesioną głową.

Mimo że wyglądała na spokojną, wewnątrz aż się gotowała. Jej podejrzenia zaczynały się potwierdzać. Nie przyjechali do Rzymu na wakacje. I nie wystarczy, że wypije z Bastianem drinka. Oczekiwano od niej znacznie więcej...

– Przepraszam...

Ktoś złapał ją za łokieć. Obróciła się gwałtownie i otworzyła szeroko oczy, gdy okazało się, że to mężczyzna, który przez ostatnie pół godziny rozpalał jej wyobraźnię.

– Słucham? – zapytała sucho.

– Wyszłaś tak nagle.

– Nie wiedziałam, że powinnam poprosić cię o pozwolenie.

– Oczywiście, że nie.

Miał głęboki, ciepły głos. Świetnie mówił po angielsku, ale z wyraźnym włoskim akcentem. Bardzo zmysłowym. Musiała zadrzeć głowę, żeby spojrzeć mu prosto w oczy.

– Chciałem tylko zapytać, czy wszystko w porządku.

– Dlaczego? – zdziwiła się.

– Słyszałem waszą rozmowę.

– Zawsze podsłuchujesz prywatne rozmowy?

– Oczywiście – odpowiedział bez zażenowania. – Rzadko się wtrącam, ale ty wyglądałaś na zdenerwowaną.

– Nieprawda.

Wiedziała, że świetnie opanowała sztukę ukrywania emocji. Powinna odejść, ale nie potrafiła.

– Zdenerwowani mogli być ludzie, których kazałeś przesadzić, ale tym się zdajesz nie przejmować.

– Nie przepadam za histerią przy śniadaniu, a to dziecko ewidentnie nie zamierzało przestać płakać. Pomyślałem, że zjem śniadanie gdzie indziej. Masz ochotę się do mnie przyłączyć?

Był bezczelny. I kłamał, przecież widziała, jak kelner zabierał jego pusty talerz po śniadaniu.

– Nie, dziękuję. – Potrząsnęła głową.

– Ale nic nie zjadłaś.

– Cóż, to chyba nie powinno cię obchodzić – odpowiedziała chłodno.

Obchodził go Bastiano. Od lat próbował się na nim zemścić, a jednak Bastiano miał się świetnie. Kiedyś to się musiało skończyć. Może właśnie dziś, dzięki delikatnej, angielskiej róży. Raul szybko zorientował się z rozmowy pomiędzy Lydią a okropnym Anglikiem, o co chodzi. Bastiano chciał Lydii, a ona jego nie. Znał się na kobietach, dlatego od razu zauważył jej zdenerwowanie. I podniecenie – kiedy ją złapał za łokieć, a może już wcześniej, gdy weszła do restauracji i ich spojrzenia się spotkały. Od razu nawiązała się pomiędzy nimi tajemnicza nić erotycznego napięcia.

– Chodź ze mną na śniadanie – powiedział i, pamiętając o jej słabości do dobrych manier, dodał szybko: – Proszę.

Lydia zdała sobie sprawę, że każde wypowiedziane przez nią podczas rozmowy z Maurice’em słowo zostało odnotowane. Powinno ją to zdenerwować. Czy dlatego zrobiło jej się gorąco i zabrakło jej tchu? Miała ochotę przyjąć jego zaproszenie, zaryzykować. Coś w pięknym nieznajomym niepokoiło ją, choć nie umiała tego zdefiniować. Pod nieskazitelną powierzchownością kryła się jakiś niebezpieczna rysa. Gładko ogolone policzki skrywały jednak cień zarostu, który pod wieczór na pewno doda mu drapieżnego uroku. Nawet jego zapachu, mimo że subtelny, nie można było zignorować. Lydia była bliska ataku paniki, ale innego niż te, których już wcześniej doświadczała. Nieznajomy miał w sobie magnetyczną siłę, tak wielką, że chciała się zgodzić. Raz w życiu pozbyć się obaw i zjeść śniadanie z pięknym mężczyzną. Zdała sobie sprawę, że nie zna nawet jego imienia.

 

– Zawsze zapraszasz na śniadanie zupełnie obce osoby? – zapytała.

– Nie. – Pochylił lekko głowę i obniżył głos. – Ale tobie nie mogłem się oprzeć.