Rosjanin w Londynie

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ DRUGI

O dziwo, Danil się uśmiechnął.

– To prawda.

Libby wstrzymała oddech. Jego napięta twarz na chwilę się rozluźniła i wyraz szarych oczu złagodniał, zaraz jednak Zwieriew znów przybrał rzeczowy ton.

– Proszę usiąść.

Usiadła, skrzyżowała nogi w kostkach i położyła dłonie na kolanach.

– Napije się pani czegoś?

– Nie, dziękuję.

– Na pewno?

– Na pewno. – Skinęła głową i w tej samej chwili uświadomiła sobie, że okropnie chce jej się pić.

Jej pragnienie jeszcze się zwiększyło na widok apetycznie oszronionej butelki z gazowaną wodą. Danil nalał wody do grubej szklanki i przesunął w jej stronę, a potem napełnił drugą szklankę. Miał piękne dłonie o długich, smukłych palcach i krótko przyciętych wypielęgnowanych paznokciach.

– A zatem? – odezwał się.

Libby przypomniała sobie, po co tu przyszła.

– Mój ojciec bardzo przeprasza, że nie mógł się pojawić osobiście, ale miał dzisiaj wypadek samochodowy.

– Przykro mi to słyszeć. Mam nadzieję, że nie stało się nic poważnego.

Zaskoczyła ją troska w jego głosie

– Och, nie – odrzekła szybko. – Tylko łagodny wstrząs mózgu.

Zmarszczyła czoło. Gdy wychodziła ze szpitala, lekarz powiedział, że Lindsey może jeszcze dzisiaj wrócić do domu. A skoro spotkanie z Danilem było tak ważne, to ojciec chyba mógł się zdobyć na ten wysiłek i przyjść osobiście?

– Przez następne czterdzieści osiem godzin powinien odpoczywać – powiedziała z wrażeniem, że próbuje przekonać siebie samą. – Jak pan wie, ojciec jest organizatorem przyjęć.

– I uroczystość, którą planuje, nie odbędzie się, jeśli ja się tam nie pojawię – dokończył za nią Danil.

– Tak. – Libby napiła się wody. – Sir Richard stanowczo twierdzi, że bez syna… – Spojrzała na Danila i dostrzegła lekko uniesione brwi. Miała wrażenie, że on się z niej śmieje. – No cóż, to jest ich czterdziesta rocznica ślubu. W tych czasach to spory sukces.

– Co jest sukcesem? – zapytał Danil.

– Czterdzieści lat w małżeństwie.

– Dlaczego?

Libby zamrugała.

– No cóż, jeśli małżeństwo było szczęśliwe, to chyba można mówić o sukcesie – zaśmiała się nerwowo.

Danil wzruszył ramionami.

– Chyba tak. Mnie nigdy nie udało się wytrwać w związku dłużej niż czterdzieści osiem godzin.

Patrzył jej prosto w oczy i Libby uświadomiła sobie ze zdziwieniem, że w tym spojrzeniu kryje się ostrzeżenie. Zastanawiała się, czy Danil próbuje z nią flirtować. Ale skoro on mógł się zachowywać tak bezpośrednio, to ona też.

– A ta niemiecka modelka? – Wycelowała palec wskazujący w jego pierś. – Zdaje się, że wytrzymał pan z nią dwa tygodnie.

– Widzę, że się pani przygotowała – stwierdził Danil z aprobatą. – No tak, Herta. Rzeczywiście pojechałem za nią na zdjęcia do Brazylii. Ale nie chodziło o to, że nie mogłem znieść rozstania. Po prostu musiałem coś sprawdzić.

– Nie rozumiem.

– Przez cały czas się zastanawiałem… Była taka wysoka i miała taki głęboki głos…

Libby poczuła się wstrząśnięta.

– I czy…? – wychrypiała.

– Czy była kobietą? – Danil skinął głową. – Z całą pewnością tak, Bogu dzięki. – Zaśmiał się i Libby zupełnie zapomniała, gdzie jest, dopiero następne słowa Zwieriewa sprowadziły ją na ziemię.

– Proszę mówić dalej.

Miała do wytoczenia jeszcze dwie wielkie armaty, a czuła, że zostało jej niewiele czasu.

– Jak pan wie, lady Katherine nie czuje się najlepiej.

– Czuje się na tyle dobrze, że jest w stanie wydać przyjęcie – zauważył Danil.

– Tak, ale…

– Ale co?

– No cóż, może nie doczekać czterdziestej pierwszej rocznicy.

Próbowała wzbudzić w nim poczucie winy, ale on tylko popatrzył na nią chłodno.

– Czy to już wszystko?

– Przepraszam?

– To wszystko, co może pani powiedzieć, żeby mnie przekonać?

Libby przełknęła. Miała w zanadrzu jeszcze jeden argument. Mogła mu powiedzieć, że jeśli pójdzie na to przyjęcie, dostanie list, który na niego czeka. List miał coś wspólnego ze spadkiem, który sir Richard w innym wypadku przekaże kuzynowi. Jednak ten argument nie podobał jej się i wolała go nie używać.

– To wszystko – westchnęła, poddając się. – Nie umiem ludzi do niczego przekonywać i, prawdę mówiąc, zwykle staram się tego nie robić.

– Tak dla porządku mogę pani powiedzieć, że obrała pani zupełnie niewłaściwą metodę. Po pierwsze, należało wyłożyć kawę na ławę i opowiedzieć mi te wszystkie bzdury.

– Jakie?

– Powinna mi pani powiedzieć, że jeśli pójdę na to przyjęcie, to będę musiał wystąpić pod swoim adopcyjnym nazwiskiem, jako Daniel Thomas, i że będę musiał wygłosić przemowę.

Libby otworzyła szeroko usta. Uświadomiła sobie, że on przez cały czas wyprzedzał ją o kilka ruchów.

– Potem, po usłyszeniu mojej dobitnej odmowy, powinna pani spróbować mnie przekonać, wspominając o pogarszającym się zdrowiu mojej matki i tym podobnych rzeczach.

– I czy to by coś dało?

– Absolutnie nic, daję pani tylko wskazówki na przyszłość. Zaczęła pani od niewłaściwego końca, bo gdybym nawet zgodził się pójść, to potem musiałaby mnie pani prosić o kolejne ustępstwa. Za wcześnie zaczęła się pani odwoływać do moich uczuć.

– Zwykle nie robię takich rzeczy – odrzekła Libby, zerkając na niego ostrożnie. Intrygował ją. Była w nim dziwna mieszanka arogancji i wrogości, a mimo to wydawał się przystępny.

– Proszę powiedzieć ojcu, że odmówiłem. Nie przyjdę na rocznicę ślubu moich rodziców.

– Dlaczego?

– Nie mam ochoty dzielić się z panią powodami mojej decyzji.

– Czy od początku zamierzał pan odmówić?

– Tak.

– W takim razie dlaczego się pan zgodził spotkać z moim ojcem?

– Upierał się, że ma do powiedzenia coś, co może mnie skłonić do zmiany decyzji. Nie wspomniała pani nic o tym, że spadek może trafić do mojego kuzyna George’a.

– Nie.

– Dlaczego?

– Nie mam ochoty dzielić się z panem powodami mojej decyzji.

Danil uśmiechnął się, gdy Libby powtórzyła jego słowa.

– Ale wiem, że chce mi pani o tym powiedzieć.

To była prawda. Libby poruszyła się na krześle.

– No cóż. Uważam, że to zwykły szantaż.

– To ulubiony sport moich rodziców – stwierdził. – Tak czy owak, nie potrzebuję kłopotów z tą starą ruderą. Nie cierpię tego miejsca i nie mam najmniejszej chęci zostać jego właścicielem.

Libby coraz bardziej żałowała, że dała się namówić na przyjście tutaj.

– Przepraszam, że panu przeszkodziłam, panie Zwieriew.

– I to już wszystko?

– Tak – uśmiechnęła się promiennie. – Przekażę pańską odpowiedź ojcu.

– Jeśli będzie zirytowany, że nie udało mu się postawić na swoim, to proszę mu powiedzieć, że jego wyrzuciłbym stąd już po minucie. Może się pani pocieszyć, że poradziła sobie pani lepiej niż on.

– Dlaczego?

– Z przyjemnością patrzyłem na pani usta.

– Nie może pan mówić takich rzeczy!

– Dlaczego? Chciała się pani ze mną zobaczyć, przyszła pani do mojego gabinetu, nie będąc wcześniej umówiona, więc proszę mi teraz nie dyktować, jak mam się zachowywać.

Wstał, podszedł do drzwi, zdjął z wieszaka kurtkę i jednym zręcznym ruchem narzucił ją na ramiona.

– Na biurku jest woda, a tam stoi lodówka z dobrymi rzeczami. Tam dalej jest łazienka.

– Przepraszam, ale…

– Wychodzę, a pani wciąż siedzi, więc założyłem, że pani tu zostaje.

– Och! – Podniosła się na miękkich kolanach i sięgnęła po torbę, której oczywiście nie było przy krześle. – No tak, zostawiłam torbę w recepcji.

Wyszli razem z gabinetu. Libby zabrała swoją torbę, uśmiechnęła się do sztywnej recepcjonistki i poszła do windy. Drgnęła z zaskoczenia, gdy Zwieriew stanął tuż za nią.

– Myślałam, że ma pan osobną windę. Taką, która jeździ tylko do góry.

Weszli do windy. Zwieriew spojrzał na ekran telefonu, a potem na nią. Stała oparta o ścianę i patrzyła na bliznę na jego policzku.

– Masz ochotę na wczesną kolację?

– Na kolację?

– No tak. Jestem głodny, a ty pewnie też nie miałaś czasu nic zjeść, bo spieszyłaś się do ciężko rannego ojca.

Usta Libby drgnęły w uśmiechu.

– A potem poczułaś ulgę, gdy się okazało, że miał tylko łagodny wstrząs mózgu.

Roześmiała się.

– To prawda, nie jadłam lunchu.

– Więc masz ochotę na kolację? Ale pod jednym warunkiem.

Byli już w holu na dole. Libby miała ochotę pokazać język recepcjonistce, która wcześniej nie chciała jej wpuścić do budynku.

– Pod jakim warunkiem?

– Możesz być pewna, że nie zmienię zdania.

– Na jaki temat? – Zmarszczyła brwi i dopiero teraz przypomniała sobie, po co w ogóle tu przyszła. – Ach, rozumiem.

Przed wyjściem czekał już samochód z kierowcą.

– Skąd on wiedział, że schodzi pan na dół?

– Cindy do niego zadzwoniła.

Libby wsiadła do samochodu, zastanawiając się gorączkowo, ile ma przy sobie pieniędzy i jaki jest stan konta jej karty kredytowej. Matka zawsze ją ostrzegała, żeby miała przy sobie dość pieniędzy na taksówkę do domu i wystarczająco dużo na karcie, żeby zapłacić za kolację. Czytała, że Zwieriew potrafi wyjść w środku posiłku i wyjechać w środku wakacji. Gdy zaczynał się nudzić, nie zważał na uprzejmość.

W niewielkim samochodzie wydawał się jeszcze potężniejszy. Był wysoki i miał szerokie ramiona, ale brzuch zupełnie płaski. Przy nim czuła się jeszcze drobniejsza.

– Dokąd jedziemy?

 

– Do jakiegoś miłego miejsca.

To miłe miejsce okazało się klubem, który nawet w poniedziałkowy wieczór przyciągał tłumy. Na szczęście nie musieli czekać w kolejce.

– Miałeś rezerwację? – zapytała, gdy natychmiast wpuszczono ich do środka.

– Nie. Nigdy niczego nie rezerwuję. Skąd mogę wiedzieć rano, na co będę miał ochotę wieczorem?

W głowie Libby znów rozległ się dzwonek alarmowy. Położyła torbę na podłodze przy stoliku i rozejrzała się. Wszyscy się na nich gapili. Poczuła się tak jak kiedyś, gdy miała praktyki w bibliotece i prawdziwa bibliotekarka poszła na lunch. Ktoś zadał jakieś pytanie i Libby miała ochotę powiedzieć: ja tu nie pracuję. Teraz też miała ochotę powiedzieć tym wszystkim ludziom, którzy na nią patrzyli: ja tak naprawdę nie jestem z nim.

– Czego się napijesz? – zapytał Danil, przeglądając kartę koktajli.

Potrząsnęła głową. Na nic więcej nie potrafiła się zdobyć.

– Szampana?

Skinęła, ale gdy usłyszała nazwę, którą Danil podał kelnerowi, pomyślała, że musi uważać, by czymś go do siebie nie zrazić, bo stan jej konta absolutnie nie wystarczyłby na pokrycie rachunku.

Jej telefon leżący na stoliku zadzwonił. Danil rzucił okiem na ekran i zauważył, że dzwoni jej ojciec.

– Odbierz.

Odebrała.

– Przykro mi, tato. Rozmawiałam z nim, ale się nie zgodził.

Danil przez cały czas na nią patrzył. Sam był zdziwiony, że zaprosił ją na kolację. Kobiety, z którymi zwykle się spotykał, były o trzydzieści centymetrów wyższe i z wielką przyjemnością siedziały w znudzonym milczeniu, zadowolone, że mogą się pokazać w jego towarzystwie. Libby Tennent nie siedziała, tylko wierciła się przez cały czas. Rozmawiając z ojcem, przegarniała włosy, przewracała oczami i rumieniła się.

– Nie. Uważam, że nie ma żadnych szans, by zmienił zdanie.

Danil wciąż na nią patrzył.

– Nie, tato, na twoim miejscu nie próbowałabym do niego dzwonić. – Mrugnęła do niego. – To bardzo zimny człowiek.

Danil uśmiechnął się i podniósł do ust kieliszek z szampanem.

– Nie. Chyba po prostu będziesz się musiał pogodzić z odmową. Jak się czujesz?

Ale ojciec już się rozłączył. Odłożyła telefon i podniosła głowę, gdy Danil zaczął odliczać na głos:

– Jeden. Dwa.

Chciała zapytać, o co mu chodzi, ale w tej chwili zadzwonił jego telefon.

– Nadal nie mam pojęcia, skąd on wziął mój prywatny numer – mruknął Danil, ale odebrał połączenie. Zamierzał powiedzieć kilka szorstkich słów i rozłączyć się, ale zachował się odrobinę uprzejmiej niż zwykle – może dlatego, że wiedział, że za kilka godzin będzie spał z córką Tennenta.

– Lindsey, przykro mi z powodu twojego wypadku. Blokuję teraz twój numer. Nie próbuj więcej do mnie dzwonić.

– Żal mi go – stwierdziła Libby. – Ale też jestem zła, że mnie tu przysłał. Mówiłam, że nie mam ochoty iść.

– Więc dlaczego przyszłaś?

Wzruszyła ramionami.

– Bo powiedział, że nic nie robię dla rodzinnej firmy. Nie tak jak June, moja siostra.

– A co robi June?

– Jest kucharką – westchnęła Libby. – I wyszła za kucharza.

– Taka córka bardzo się przydaje organizatorowi przyjęć.

Libby ponuro skinęła głową.

– Nie tak jak ja.

– A co robi twoja matka?

– Pracuje razem z ojcem.

– Dogadujecie się?

– Tak, ale… – Libby znów wzruszyła ramionami. – Dla nich wszystkich jestem… za bardzo okazuję uczucia. Czasami wydaje mi się, że zostałam adop… – Przełknęła. W ostatniej chwili udało jej się uniknąć okropnej gafy, ale Danil tylko się uśmiechnął.

– Ja w każdym razie wiem, że byłem adoptowany.

– Przykro mi – skrzywiła się Libby. – To było z mojej strony bezmyślne.

– Dlaczego wszyscy Anglicy bezustannie za coś przepraszają? Mnie to w ogóle nie przeszkadza i nie musisz też czuć się winna z powodu ojca. To nie twoja wina, że jego interes upada.

Libby podniosła wzrok i zapytała krótko:

– Skąd wiesz?

– Czy ugania się z taką energią za każdym potencjalnym gościem?

– Nie.

– A zatem to przyjęcie jest dla niego bardzo ważne. Poczucie winy i manipulacja to okropna kombinacja. Moi rodzice pewnie się dowiedzieli, że twój ojciec jest zdesperowany, i skorzystali z okazji, żeby przez niego dotrzeć do mnie. On z kolei zauważył, że sam nic nie wskóra, więc zmanipulował ciebie, żebyś do mnie przyszła, z nadzieją, że gdy zobaczę twoje niebieskie oczy, nie będę w stanie odmówić. – Pomachał palcem przed jej twarzą i uśmiechnął się krzywo. – Jesteś blisko z rodzicami?

– Chyba w każdej rodzinie ludzie czasem doprowadzają się do szału, ale jeśli się kochają… – Zawahała się, gdy sobie przypomniała, że Danil nie utrzymuje kontaktu z rodzicami. – Czy twoi rodzice w ogóle cię obchodzą?

– Nie. – Potrząsnął głową, ale nie powiedział nic więcej.

– A czy kiedyś byliście ze sobą blisko?

– Nigdy nikomu nie pozwoliłem się do siebie zbliżyć.

Zmarszczyła brwi, ale nic nie powiedziała. Nie miała prawa oceniać jego postępowania. Weszła do jego świata bez zaproszenia i nie mogła mu dyktować zasad.

– Dlaczego? – zapytała tylko, rumieniąc się mocno.

– Bo wtedy ludzie zaczynają oczekiwać, że taki stan rzeczy potrwa dłużej, a moim zdaniem nic nie trwa długo. – Danil był niewiarygodnie bezpośredni. – Rozumiesz chyba, że bez względu na to, co się dzisiaj wydarzy, nie zmienię zdania w sprawie obecności na przyjęciu rodziców.

– Tak.

– Jesteś pewna?

Skinęła głową.

– Bo to byłoby bardzo głupie z twojej strony – ostrzegł ją.

– Wiem – odrzekła. – A ty chyba rozumiesz, że ten drogi szampan nie kupi ci nocy ze mną.

– Tak.

– Na pewno?

– Tak. – Danil skinął głową. – Ale mój urok może tego dokonać.

Roześmiała się.

– A jak było z tobą? – zapytał. – Wiesz już, że mój rekord wynosi dwa tygodnie. Ile wynosi twój rekord w związku?

Zastanawiała się przez chwilę.

– Osiemnaście miesięcy – powiedziała w końcu. – Chociaż ostatnich sześć właściwie się nie liczy.

– Dlaczego?

– Bo wszystko się już rozlatywało. – Przypomniała sobie ten okres. Przez cały czas czuła wtedy ucisk w żołądku, jakby próbowała żonglować zbyt wieloma piłeczkami naraz. Poczuła ulgę, gdy związek w końcu się rozpadł i mogła bez reszty poświęcić się tańcowi. – Podobno byłam za bardzo skupiona na swojej karierze.

– Zamiast na nim? – upewnił się Danil. Libby skinęła głową. – To był jego problem.

– Możliwe – westchnęła. – Przez cały czas sobie to powtarzam.

– W takim razie zacznij w to wreszcie wierzyć.

Podszedł do nich kelner. Libby zamówiła francuską zupę cebulową, a Danil dwa steki i sałatę.

– Dwa? – zdziwiła się, gdy kelner odszedł.

– Mam dobry apetyt. Ale dziwię się, że ty nie kazałaś sobie podać zupy bez sera i chleba. Większość tancerek z baletu chyba tak jada.

– Ha! – Libby uśmiechnęła się krzywo. – Niestety, kiedy żyję w stresie albo o coś się martwię, zupełnie nie jestem głodna. A gdy jestem szczęśliwa, mogłabym jeść przez cały czas. Skąd wiedziałeś, że jestem tancerką?

– Przez cały czas bardzo się starasz układać nogi równolegle, a wchodząc do mojego gabinetu, starałaś się nie iść jak kaczka.

Rzeczywiście trzymała nogi równolegle, choć nieco na ukos, by nie ocierały się o jego kolana.

– Tańczysz zawodowo?

– Tańczyłam. – Jej uśmiech po raz pierwszy przygasł. – Chyba znowu będę tańczyła, ale w inny sposób. Jutro zamierzam obejrzeć dwa lokale. Chcę otworzyć własną szkołę tańca. Wiesz, jak to mówią: ci, którzy nie potrafią czegoś robić, uczą.

– Chyba nikomu innemu byś tego nie powiedziała – zauważył Danil.

– Nie – przyznała.

– Więc dlaczego mówisz tak o sobie?

– Bo nie osiągnęłam tego, na co miałam nadzieję.

– To znaczy?

Rozmowa po raz pierwszy zaczęła się rwać. Libby sięgnęła po kieliszek i wypiła duży łyk szampana.

– Nigdy nie zagrałam wielkiej roli. Raz byłam dublerką głównej solistki. Przed wyjściem na scenę mówi się „złam nogę” i ja rzeczywiście miałam taką nadzieję, ale ona oczywiście niczego sobie nie złamała.

– Tak naprawdę wcale tego nie chciałaś.

– Nie – przyznała. – Ale nie miałabym nic przeciwko temu, żeby chociaż raz dostała migreny.

Oboje znów się uśmiechnęli.

– Pogodziłam się w końcu z tym, że te wszystkie małe rólki, które dostaję, nie doprowadzą mnie do niczego większego. Kocham balet, ale to nie jest całe moje życie. No, prawie całe. A jeśli chce się zajść daleko, nie można widzieć niczego poza tańcem. Poza tym przytrafiło mi się kilka kontuzji, po których nie całkiem doszłam do siebie.

– Na przykład?

– Nie chciałbyś zobaczyć moich stóp.

– Ależ chcę.

Libby miała wielką ochotę zdjąć buty i położyć mu stopy na kolanach.

– Po ostatnim złamaniu miałam długą przerwę. Na coś takiego nie można sobie pozwolić. Uświadomiłam sobie, że już dłużej nie jestem w stanie wytrzymać tego tempa. Wiem, że nie dojdę do niczego wielkiego i nigdy nie będę zarabiać dużych pieniędzy, najwyżej tyle, że wystarczy na wynajęcie mieszkania, więc zaczęłam się przygotowywać do nauczania. Właściwie teraz już się na to cieszę. Depresję mam za sobą.

– Wydawało ci się, że twoje życie się skończyło?

– Oczywiście. – Przez wiele miesięcy nie potrafiła sobie wyobrazić, że mogłaby zrezygnować z marzeń hołubionych przez całe lata. Ale teraz – no cóż, cieszyła się tym, co udało jej się osiągnąć, i starała się patrzeć z entuzjazmem na to, co miało nadejść. Naprawdę się starała. Owszem, myśl, że już nigdy więcej nie wystąpi w wielkim spektaklu, była bolesna, ale wolała się nad tym nie zastanawiać.

– A więc jutro będziesz szukać lokalu na swoją szkołę?

– Tak.

– W takim razie powodzenia. – Stuknął kieliszkiem o jej kieliszek.

Zupa była doskonała. Libby przebiła serową skorupkę i zanurzyła łyżkę w pachnącej zawartości.

– Co to za miejsca, które będziesz oglądać?

– Jedno jest niedaleko od twojej firmy, co doskonale widać po czynszu. Drugie na East Endzie. Na to mnie stać. I są tam już lustra.

– To znaczy, że wcześniej też była tam szkoła tańca?

– Tak.

– I dlaczego została zamknięta?

Łyżka Libby zatrzymała się w drodze do ust.

– Nie psuj mi apetytu.

– To są pytania, które powinnaś zadać. Wierz mi, znam się na tym.

Uśmiechnęła się z napięciem.

– Nie wydaje mi się, żeby małe szkoły tańca leżały w obszarze twoich zainteresowań.

– Biznes to biznes.

– Możliwe, ale dla mnie to bardzo osobista sprawa.

– Nie ma w tym nic złego. – Jego kolana otarły się o jej kolana. Z całą pewnością próbował z nią flirtować, a skoro on zadawał wścibskie pytania, ona też mogła.

– Skąd masz tę bliznę?

Leciutko potrząsnął głową. To było wszystko. Nie próbował niczego tłumaczyć ani usprawiedliwiać, po prostu nie zamierzał o tym mówić. Libby jednak czuła się zaintrygowana. Blizna była wyraźna i nierówna, a Danil był milionerem. Zastanawiała się, dlaczego nie próbował jej wyrównać. Na zębach miał piękną porcelanę – w każdym razie zakładała, że to porcelana, bo tak piękne zęby nie mogły być całkiem naturalne. Fryzurę miał nienaganną, garnitur doskonały i było jasne, że bardzo dbał o swój wygląd, a jednak nie zrobił nic z tą blizną.

Danil bez trudu wydobywał z niej kolejne informacje. Dowiedział się, gdzie mieszka, gdzie chodziła do szkoły, gdzie tańczyła. Gdy szampan się skończył, Libby uświadomiła sobie, że przez cały czas rozmawiali o niej.

– Zamówię jeszcze – powiedział Danil, gotów wezwać kelnera, ale powstrzymała go.

– Ja już dziękuję.

– Masz ochotę na deser? – zapytał i dostrzegł na jej twarzy wewnętrzną walkę. Libby wiedziała, że czas już zakończyć tę kolację, ale nie potrafiła tak po prostu odejść.

– Dobrze – westchnęła. Miała ochotę zamówić suflet czekoladowy tylko po to, by jeszcze trochę tu posiedzieć.

– Crème brûlée – zdecydowała w końcu. – A ty?

– Tylko kawa.

Deser podano im dwadzieścia siedem minut po ósmej.

– Dobre? – zapytał Danil.

– Bardzo. – Skinęła głową, wyczuwając jego roztargnienie.

Wyjrzał na ulicę i po raz kolejny zerknął na zegarek. Podziękuj mu i wracaj do domu, powtarzała sobie, ale zamiast tego próbowała przeciągnąć wieczór jeszcze bardziej. Poszła do toalety, potem zamówiła kawę, z którą podano jej małe miętowe czekoladki. W końcu jednak trzeba było się ruszyć. Wsunęła do torebki serwetkę na pamiątkę tego wieczoru i wyszli na ulicę, gdzie czekał już kierowca.

 

– Wezmę taksówkę do domu – powiedziała Libby.

– Po co, skoro mam tu samochód?

Libby wiedziała, że w ten sposób trafi do jego mieszkania. Podniosła wzrok.

– Chyba oboje wiemy, dlaczego.

– No cóż, było bardzo miło panią poznać, pani Tennent.

– A ja wciąż czuję się oszołomiona – uśmiechnęła się. – W każdym razie czułam się tak na początku.

– A teraz? – zapytał, opierając dłonie na jej biodrach. Poczuła wielką ochotę, by rzucić mu się na szyję.

– Wciąż jestem oszołomiona – przyznała. – Ale wieczór był bardzo udany.

Po co zamawiałam zupę cebulową, pomyślała w popłochu, ale przypomniała sobie, że potem jadła miętowe czekoladki.

– O czym myślisz? – zapytał Danil, widząc jej rozbiegany wzrok.

– Nie powiem.

Beż żadnego ostrzeżenia pochylił głowę i pocałował ją tak, jak jeszcze nikt w życiu jej nie całował, przyciskając do siebie tak mocno, że musiała wspiąć się na palce. Gdy wsunęła dłonie pod jego marynarkę, cofnął głowę i powiedział krótko:

– Do łóżka.

– Ja nie… – zająknęła się Libby. Co właściwie chciała powiedzieć? Że nie ma ochoty? Przecież miała. Tańczyła, odkąd skończyła osiem lat, a to wymagało od niej wielkiej samodyscypliny w każdej dziedzinie życia. Bardzo miło byłoby podjąć decyzję opartą wyłącznie o jej pragnienia i potrzeby, a poza tym naprawdę tego chciała, postanowiła więc się zgodzić.

– Do łóżka. – Skinęła głową. – Chociaż wiem, że rano będę tego żałować.

– Tylko jeśli się spodziewasz, że do rana się w tobie zakocham.

To był trzeci dzwonek ostrzegawczy. Mogła jeszcze odwrócić się na pięcie i odejść.

– Ależ skąd – mruknęła.

– W takim razie nie będziesz żałować.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?