Powrót na wyspę Ksanos

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Postanowił nie mówić jej, że był to pierwszy dom, jaki nakazał zburzyć, i że wiadomość o rozwaleniu jego ścian przez spychacze powitał w swoim biurze w Australii z szampanem w ręku.

– Lubisz plażę? – spytał, odciągając rozmowę od tej, chcąc nie chcąc, kontrowersyjnej kwestii.

– Uwielbiam – przyznała Charlotte. – Nie samo pływanie czy cokolwiek związanego z wodą, ale po prostu chodzenie, spacerowanie po plaży – dodała, wpatrując się w horyzont. – Zawsze spędzałyśmy z mamą wakacje na plaży, kiedy byłam dzieckiem.

Dostrzegł jej zamyślenie i pozwolił jej w nim pozostać. Wiedział bardzo dobrze, jak radzić sobie z kobietami, jak postępować, by zdobyć ich zaufanie. Nie było chyba nikogo lepszego w tej sztuce niż on. Jego technika była na tyle genialna, że każda kobieta po krótszej czy dłuższej chwili rozmowy pozostawała całkowicie pod jego czarem, podczas gdy on nadal skrywał swoją prawdziwą naturę.

Był teraz całkowicie w swoim żywiole, panował nad sytuacją: tu jakieś małe pytanko, tam wnikliwa uwaga, a wszystko podczas pozornie beztroskiego spaceru. Nieświadoma tej gry Charlotte, mimo swego wcześniejszego postanowienia, mówiła coraz więcej i więcej. Śmiała się, patrząc na mewy walczące ze sobą o każdy kęs wygrzebanego skądś jedzenia.

– Biedne zwierzęta.

– Biedne zwierzęta? – Zander zaśmiał się wymuszonym śmiechem. – Jestem w stanie zapewnić moim gościom wiele, ale plaża bez mew byłaby rzeczywiście wisienką na torcie – zażartował.

– Ależ ja je uwielbiam! – powiedziała Charlotte. I postanowiła opowiedzieć mu o spacerach z matką nad morzem, jak karmiły razem mewy i jakie to było wspaniałe. To było bez wątpienia bezpieczniejsze niż rozmowa o Nikosie.

Szli tak przez jakieś pięć, może dziesięć minut. Kawiarnia przy plaży oferowała egzotyczne koktajle, ale minęli ją i przeszli w bardziej ustronne miejsce w skalistej zatoczce na końcu plaży. Teraz, gdy skończył się piasek, a zaczęły skały, Charlotte bardziej niż na własnych słowach musiała się skoncentrować na tym, po czym stąpa.

– Jak długo pracujesz dla Nikosa? – zapytał.

– Od prawie dwóch lat.

– A wcześniej?

Starał się odgadnąć jej wiek, oceniał ją na jakieś dwadzieścia pięć lat, co było wiekiem bardzo młodym jak na kogoś, kto był asystentem takiego człowieka jak Nikos Eliades, ale też był pewien, że jego brat nie zatrudnił jej wyłącznie ze względu na umiejętności biznesowe.

– Prowadziłaś badania rynku?

– No, nie… – Pokręciła głową. – Nie planowałam zostać asystentką. Byłam stewardesą na rejsach międzynarodowych. I wtedy go poznałam.

– Poznaliście się podczas lotu?

Charlotte przytaknęła.

– Rozpoznałam go potem w hotelu, gdzie oboje mieliśmy zarezerwowane pokoje. Byliśmy w Japonii i w recepcji nikt nie mówił dobrze po angielsku; zauważyłam, że Nikos ma problemy z porozumieniem się, więc postanowiłam mu pomóc.

– Mówisz po japońsku?

– Troszeczkę. Po matce znam też francuski. I parę słów po grecku. Mia glossa then ine pote arketi.

Zander uśmiechnął się, zrozumiawszy, co powiedziała w jego ojczystym języku: Jeden język nigdy nie wystarcza.

– To jak to było z poznaniem Nikosa? – spytał po chwili.

– Pomogłam mu zmienić lot i rezerwację hotelową. Powiedział mi wtedy, że potrzebuje kogoś w niepełnym wymiarze czasu. Odmówiłam, bo do niczego podobnego się nie kwalifikowałam. Znałam się w końcu tylko na podawaniu posiłków w samolocie. Ale utrzymaliśmy kontakt ze sobą i co jakiś czas załatwiałam mu bilet na samolot albo rezerwację w hotelu. No i kiedy jego poprzednia asystentka zrezygnowała, zastanowiłam się i porzuciłam pracę stewardessy… – powiedziała, w żaden sposób nie dając poznać w tonie głosu, jak bardzo żałuje dziś tej decyzji.

I tak jak wtedy nie mogła się oprzeć czarowi Nikosa, tak obecnie, chcąc nie chcąc, ulegała presji jego brata. Niby rozmowa była nadal rzeczowa i głównie o pracy, ale wyczuwała coś wręcz magicznego w jego obecności obok niej, w sposobie, w jaki szybko podał jej dłoń, gdy zachwiała się w pewnym momencie, stąpając boso po skale.

– Powinnam już wrócić – powiedziała, uwalniając dłoń z jego uścisku. – Muszę zadzwonić do matki – dodała.

– Możesz zadzwonić z mojej komórki – powiedział, wyciągając telefon z kieszeni. W pierwszym odruchu chciała odmówić i jak najszybciej znaleźć się w bezpiecznej przestrzeni swego apartamentu, ale zachodzące złociste słońce świeciło tak pięknie, a jej dłoń była nadal ciepła od ich krótkotrwałego uścisku, a także ze względów, których natury wolała na razie nie badać, zdecydowała, że nie chce tego spaceru jeszcze kończyć.

– To rozmowa międzynarodowa… – próbowała oponować, ale zamilkła, orientując się, że koszt połączenia nie odgrywa dla niego żadnej roli. – Dziękuję – powiedziała w końcu.

Zander poszedł kilkanaście kroków naprzód, tak by nie przeszkadzać jej w rozmowie, i usiadł na skale, mocząc stopy w wodzie. Charlotte wybrała numer i czekała na połączenie.

Rozmowa rozdarła jej serce. Matka błagała, by Charlotte przyszła i zabrała ją do domu. I kiedy Charlotte z trudem powstrzymywała łzy, telefon z ręki matki przejęła pielęgniarka.

– Może byłoby lepiej, gdyby pani nie dzwoniła tuż przed spaniem – delikatnie zasugerowała. – Rozmowa wytrąci pani mamę z rytmu na kilka godzin i nie będzie mogła zasnąć.

– To co mam zrobić? Nie dzwonić w ogóle, żeby pomyślała, że o niej zapomniałam? – odparowała Charlotte, a następnie przeprosiła. – Przepraszam, ja tylko…

– Rozumiem – odpowiedziała pielęgniarka. – To bardzo ciężkie dla pani. Gdyby pani Amanda była tu na stałe, to co innego, ale jest tu tylko na kilka dni i nie zdąży się zaaklimatyzować. Może lepiej, gdyby pani rozmawiała po prostu z pracownikami, dowiadując się od nich o jej stanie.

Przyjście do siebie po zakończeniu rozmowy zabrało Charlotte dobrą chwilę. Nie uszło to uwadze Zandera.

– Jesteś mocno związana z matką?

– Sama nie wiem – odpowiedziała. Nie chciała mówić za wiele o sobie, ale z drugiej strony to nadal był bezpieczniejszy temat niż rozmowa o Nikosie. Nie chciała też mówić Zanderowi o chorobie matki. Ciągle miała świeżo w pamięci przerażenie na twarzy swojego chłopaka w momencie, kiedy wszedł pierwszy i jedyny raz do jej mieszkania i zobaczył z bliska, jak wygląda wspólne życie z osobą tracącą pamięć.

– Urodziła mnie w dość późnym wieku – powiedziała Charlotte kilka chwil później, kiedy nieco uspokojona siedziała obok Zandera, pozwalając falom opłukiwać swoje stopy. – Mój ojciec był żonaty z inną kobietą, a mama miała chyba nadzieję, że on tamtą opuści – stwierdziła, konstatując ze zdziwieniem, że bez najmniejszego oporu ujawnia Zanderowi rzecz, której wcześniej nie mówiła nikomu. – Była jego kochanką. On mieszkał w Londynie i dla niego się tam przeniosła. Pewnie myślała, że jak zajdzie w ciążę, to on… Ale to tak nie działa: on chciał mieć kochankę, a nie matkę dziecka. Nie zostawił swojej żony, nie przyszedł nawet mnie zobaczyć – uśmiechnęła się w wymuszony sposób.

– Twoja mama też czekała na niego?

– Na początku chyba tak, ale potem już nie. Gdy byłam w wieku szkolnym, matka była już zupełnie pogodzona ze swoim losem. A ja wciąż czekałam. Matka powiedziała mi, że żyję z głową w chmurach.

– Prorocze słowa – odpowiedział Zander. – Zostałaś w końcu stewardessą.

Uśmiechnęła się i ucieszyła, że ktoś jej słucha, naprawdę słucha. A potem uśmiech z jej twarzy zniknął, bo spojrzała na niego, a on na nią, i wiedziała już, że w tym byciu tu razem obok siebie było coś więcej niż zwykłe mówienie i słuchanie. Próbowała zmusić się, by temu zaprzeczyć. Zmieniła temat rozmowy, bo nie mogli przecież tak siedzieć, wpatrując się w siebie bez końca, a gdyby mimo wszystko to zrobili, gdyby zostali tak choćby chwilę dłużej, on – była tego dziwnie pewna – zacząłby ją całować. Całowałby usta, które czekały, by go przyjąć. Ale Zander się nie ruszał.

– A co z tobą? – spytała cicho, usiłując nie przerywać czaru.

– Chodzę nogami po ziemi – odpowiedział smutnym głosem.

– A rodzice? – zapytała. – Udało ci się odnaleźć matkę? – zapytała o to, co Nikos chciałby wiedzieć za każdą cenę. Ale Zander zignorował to pytanie.

– Mieszkam w Australii – odpowiedział, jak gdyby to coś wyjaśniało. I, patrząc na morze, dodał, zmieniając temat: – Zachody słońca są tu naprawdę niesamowite.

Cokolwiek sądził o Ksanos, to jedno było bez wątpienia prawdą.

– Tyle że słońce wcale nie zachodzi – powiedziała na to Charlotte. Spojrzał na nią, ale nie zareagowała, niezmiennie wpatrując się w horyzont. – To tylko złudzenie. To my jesteśmy w ruchu, nie słońce. Niemniej – zawiesiła głos – to rzeczywiście bardzo piękne złudzenie.

Siedzieli chwilę w ciszy, po czym Zander wstał, wyciągnął do niej rękę i poprowadził ją z powrotem w stronę hotelu; szli tak po kostki w wodzie i Charlotte cieszyła się po prostu, że jest tu obok niego.

Nie było księżyca na niebie i szybko robiło się ciemno, za ciemno nawet na spacer po plaży. Kiedy mijali kawiarnię, Zander niespodziewanie kupił dwie porcje frytek, którymi zaczęli karmić krążące mimo zmroku mewy, śmiejąc się na widok rywalizacji wygłodzonych ptaków o każdy kęs. Następnie ruszyli z powrotem do hotelu.

– Pozwól zaprosić się na kolację – zaproponował przed wejściem do holu.

– Nie mogę – powiedziała wbrew sobie, bo tak naprawdę chciała się zgodzić, ale wiedziała, że musi najpierw porozmawiać z Nikosem.

– Jestem naprawdę bardzo zmęczona, to był pracowity dzień. Zamówię kolację do pokoju.

Znał się na tyle na kobietach, by wiedzieć, że nie należy naciskać.

Dżentelmen do szpiku kości, odprowadził ją do holu hotelu, i nawet teraz, z włosami potarganymi wiatrem i w spodniach od dołu mokrych od wody morskiej i zabrudzonych piaskiem, był niewątpliwie najlepiej ubranym mężczyzną w zasięgu wzroku. Elegancja była jego wrodzoną cechą i niekoniecznie potrzebowała markowej koszuli, krawata czy czarnej karty kredytowej, by się przejawić.

 

– Nikos będzie zaskoczony, kiedy cię zobaczy – powiedziała, pewna swych słów.

– Zatem popracujmy jutro razem nad tym, jak go najlepiej zaskoczyć.

Widział, że Charlotte ponownie przełyka ślinę i pospieszył z wyjaśnieniami:

– Nie chciałem mówić mu tego przez telefon. Chcę zobaczyć jego twarz w momencie, kiedy się o tym dowie. Może przynajmniej jutro zgodzisz się pójść ze mną na kolację?

Życie w barze hotelowym kwitło – wszędzie rzucały się w oczy pięknie ubrane pary i nie mniej eleganccy single, w tle pobrzmiewała delikatna melodia grana przez pianistę. Widział, jak jej oczy podążają za przechodzącymi, wiedział, że pewnie zdołałby zatrzymać ją tu na jednego drinka, potem może zgodziłaby się mimo wszystko pójść z nim na kolację, a potem, kto wie? Ale wiedział też, że ta strategia może mu się nie opłacić: co nagle, to po diable, a Charlotte nadal zachowywała się ostrożnie jak wystraszona kotka.

Wziął ją za rękę. Charlotte w pierwszym odruchu aż podskoczyła, ale on tymczasem zrobił najbardziej staroświecką rzecz jaką mógł: pocałował ją w rękę.

Wyglądało to bardzo formalnie, nic ponadto. Ale dotknięcie jego miękkich ust spowodowało, że jej żołądek skurczył się do absolutnego minimum, a mózg przestał na chwilę funkcjonować – nigdy żaden mężczyzna nie pocałował jej dotąd w rękę!

Było dla niej wielką ulgą, że jej szef, mimo swego uwodzicielskiego wyglądu, nigdy nie zaczepiał jej w sposób, w jaki szefowie często zaczepiają swoje asystentki. Nigdy nic, nawet cienia flirtu, jeszcze zanim poznał swoją obecną żonę. Nie życzyła sobie tego, a on, czując to, albo z innych, sobie tylko wiadomych powodów, nigdy nie parł w tym kierunku. Ale teraz oto stał przed nią mężczyzna będący lustrzanym odbiciem Nikosa, w którego ramionach chciała się po prostu zatopić – tak bardzo chciała, żeby przytulił ją teraz, słabą i zagubioną! Podniósł głowę i patrzył czarnymi jak węgiel oczami na jej płonącą od wewnętrznego żaru twarz; jego usta nie dotykały już jej dłoni, ale na skórze czuła cały czas ich ciepło. I gdyby teraz ponowił zaproszenie na kolację, odpowiedziałaby: tak.

– Życzę ci przyjemnej reszty wieczoru.

Powiedział jej „dobranoc”, dostrzegł w jej oczach walkę pomiędzy ulgą a rozczarowaniem i pomyślał, pocieszając się, jak słodką zdobyczą będzie Charlotte następnego dnia – oczekiwanie wzmoże jedynie apetyt po obu stronach.

Wygada się Nikosowi? – zastanowił się Zander.

Pewności nie miał, ale zrobił w każdym razie wszystko, by temu zapobiec.

Przez moment zastanawiał się jeszcze, czy nie rzucić się za nią. Koniuszkiem języka dotknął ust, na których czuł w dalszym ciągu smak całowanej przed chwilą jej dłoni. Ale oparł się tej pokusie i pozostał wierny swojej zasadzie: Zander nigdy nie prosi dwa razy.

Przeszła przez hol, zmuszając się, by się nie odwracać, ale pragnienie to okazało się tak silne, że kiedy dotarła do windy, pozwoliła sobie na mały skręt głowy, trochę w nadziei, że Zander ruszy za nią i spróbuje zatrzymać lub że przynajmniej wsiądzie do tej samej windy w drodze do swojego pokoju. Ale nie, Zander szedł najwyraźniej w stronę baru, odprowadzany tęsknym wzrokiem kobiet siedzących samotnie w holu. Siadł na stołku przy barze, powiedział coś do kelnera i nagle obrócił się, przyłapując ją na podglądaniu go.

Boże, jak bardzo chciała w tej chwili podbiec do niego! Podejść do baru i odebrać swoją nagrodę…

Jednak bezpieczniej było pozostać z dala.

Weszła do pokoju i zamknęła za sobą drzwi, a odruchowo nawet zasunęła łańcuch bezpieczeństwa, choć przecież nie byłaby aż tak bardzo nieszczęśliwa, gdyby próbował tu wtargnąć. Po chwili jednak ochłonęła trochę i mogła teraz spróbować się nad wszystkim zastanowić. Wzięła prysznic, założyła szlafrok, zamówiła kolację do pokoju i zaczęła myśleć, jak ma tę sprawę przedstawić swojemu szefowi.

Lojalność wobec Nikosa była bardzo ważna dla Charlotte, a utrzymanie pracy w jego firmie było teraz dla niej sprawą życia i śmierci. Musiała zatem zadzwonić do szefa i opowiedzieć mu wszystko, czego się dowiedziała..

– Nikos… – odezwał się głos nagranej sekretarki w komórce.

– Tu Charlotte. Jestem na Ksanos i… zdarzyło mi się coś raczej nieoczekiwanego. Oddzwoń, proszę!

Nie zrobił tego.

Późnym wieczorem próbowała dodzwonić się do szefa ponownie. Siedząc na balkonie, skulona, w szlafroku, nieco zziębnięta, ale szczęśliwa, patrzyła na rozciągającą się przed nią, połyskującą gdzieniegdzie mimo spowijającego świat mroku toń morza. Znowu odezwała się poczta głosowa Nikosa, wprawiając ją w zadziwienie – dlaczego tak długo nie odpowiadał? Pozwoliła sobie na mały kieliszek raki, z którym usiadła ponownie na balkonie. Pociągnęła łyk, krzywiąc się na mętny, anyżkowy smak. Miała jednak nadzieję, że alkohol szybko wywoła u niej senność. Nadzieja ta nie trwała jednak długo, ponieważ podnosząc wzrok, dojrzała naprzeciw siebie… Zandera. Stał, również z kieliszkiem w ręku, na szerokim balkonie w sąsiednim, nachylonym do pokoju Charlotte ukośnie skrzydle budynku. Jego wzrok skupiał się na niej, a ona po prostu siedziała nieruchomo jak zahipnotyzowana, jak bezradna mysz wpatrująca się w pikującego jastrzębia.

Cofnęła się do pokoju, zasunęła szklane drzwi oddzielające ją od balkonu i ich blokadę, przerażona nie tyle Zanderem, ile samą sobą i tym, że będzie chciała za wszelką cenę wydostać się z pokoju.

– Nikos, proszę, odbierz! – zadzwoniła jeszcze raz, z tym samym skutkiem, po czym poszła do łóżka. Położyła telefon obok siebie i kiedy zadzwonił o siódmej rano, rzuciła się do niego w nadziei, że dzwoni jej szef. Ale nie – na wyświetlaczu pojawił się numer Zandera.

– Śniadanie we dwoje? – spytał.

Podeszła do okna i wyjrzała na zewnątrz. Zander stał oczywiście na balkonie, owinięty jedynie ręcznikiem wokół bioder.

– Sama nie wiem – odpowiedziała niezdecydowana, nie tylko z powodu tego, co na to powiedziałby Nikos, lecz także ponieważ Zander był mężczyzną, którego, przeczuwała to już, żadna kobieta nie zdoła kontrolować.

– Na plaży – dodał, na co Charlotte nie odpowiedziała. – Każę zapakować jedzenie do kosza. Jeżeli chcesz dołączyć, to przyjdź. Będę tam za pół godziny.

ROZDZIAŁ TRZECI

Zander szedł po złotej plaży Ksanos, ale malownicze widoki, jakie się przed nim rozciągały, nie były w stanie ukoić wściekłości, z jaką patrzył na wszystko, co wiązało się z tą wyspą, a szczególnie ze wspomnieniami spędzonego tu dzieciństwa.

Dlaczego zatem kupił praktycznie całą południową część wyspy? Dlaczego zainwestował tyle czasu i pieniędzy w miejsce, o którym wolałby zapomnieć?

Powinien był zostawić je w spokoju.

Odwrócił się od morza i spojrzał na ogromny kompleks hotelowo-mieszkalny, który zbudował, porównując go w myślach z miniaturowym modelem kompleksu, jaki stał w jego biurze w Australii. Zazwyczaj sam odwiedzał prowadzone inwestycje, ale w tym wypadku tak nie postąpił. Obiecał sobie kiedyś, że jego noga więcej tu nie postanie, ale oto teraz był na Ksanos i patrzył na swoje włości. Patrzył na ostatnie pozostałe tu stare domy, które wkrótce miały zostać zrównane z ziemią, aby zrobić miejsce dla klubu nocnego, sklepów i restauracji. Spojrzał na miejsce, gdzie mieszkał Nikos w domu ich dziadka, gdzie wcześniej wychowywała się ich matka. Jakże to było dla niego bolesne być tu znowu…

Tak, to była bez wątpienia wspaniała inwestycja. Może faktycznie tylko ktoś tu urodzony mógł dostrzec prawdziwy potencjał, jaki skrywała stara i cicha wioska rybacka na południu Ksanos, która wydawała się czekać na to, by przekształcić się w kurę znoszącą złote jajka? Ale przy ogromnych zyskach, jakie stąd czerpał, Zander szczerze nienawidził tego miejsca, które tak kiedyś, jak i teraz przynosiło mu przede wszystkim ból.

Głowa pulsowała mu z braku snu, próbował więc na siłę skoncentrować się na planach na kolejny dzień, przygotować się do długo oczekiwanej konfrontacji z bratem bliźniakiem. Zastanawiał się, czy nie zepsuł całej sprawy, mówiąc o tym wszystkim Charlotte. Powinien był pozostać w swoim apartamencie i spędzić ten weekend w izolacji. Jednak z drugiej strony odczuwał radość na wspomnienie tych krótkich chwil, jakie spędził poprzedniego wieczoru razem z Charlotte. Spojrzał w kierunku hotelu i zastanowił się, czy przyjdzie.

Nie było jego intencją dzwonić do niej rano, ale kiedy pomyślał o całym dniu, który musiał czymś zapełnić, bez żadnych atrakcji w zasięgu ręki…

Zapomnij o tym, powiedział do siebie i postanowił ruszyć z powrotem do swojego apartamentu. Skontaktuje się z nią wieczorem i spróbuje zabrać na kolację. Kobiety były dobre na noc jako nagroda po ciężkiej pracy i balsam na bezsenność, ale niekoniecznie jako atrakcja na zapełnienie dnia. Niemniej był ciekaw, czy powiedziała o ich spotkaniu Nikosowi i dlatego, jak sobie teraz tłumaczył, zadzwonił do niej rano.

Charlotte wyszła mu naprzeciw mocno zdenerwowana, ubrana w szorty i koszulkę na ramiączkach, na którą narzuciła ten sam co poprzedniego dnia sweter. Jej oczy były podkrążone wskutek bezsenności, do czego bez wątpienia przyczynił się Zander. Kolejny telefon do Nikosa zakończył się tak jak poprzednie. Niepewność co do losów szefa kazała jej dodatkowo wzmóc czujność.

– Cześć, cześć! – odpowiedziała na wspaniały uśmiech białych zębów Zandera. – Bardzo proszę, nie mówmy teraz o Nikosie.

– Jak sobie życzysz – odparł Zander.

– Po prostu nie czuję się komfortowo – powiedziała zupełnie szczerze. – Nie udało mi się z nim skontaktować.

– Nie musisz się tłumaczyć. Cieszę się, że przyszłaś. Zobaczmy, co nam przygotowali.

Hotel zapewnił im całkiem obfite śniadanie. Siedzieli na bezludnej plaży, ona piła gorącą czekoladę, a on kawę. Oboje jedli jogurt z kawałkami owoców passiflory, a następnie ciastka, które Zanderowi wydawały się obecnie słodsze niż dzień wcześniej, mimo że były to te same ciastka hotelowe.

– Uwielbiam odwiedzać nieznane miejsca – powiedziała Charlotte, wbijając palce lewej nogi w piasek. Spojrzała w niebo, na smugę, jaką zostawiał po sobie przelatujący samolot. Pomyślała jednak, że woli być teraz tu z nim, żywym Zanderem, niż tam, w obłokach, bez niego.

– Co cię najbardziej kręci w podróżowaniu? – zapytał, podążając za jej wzrokiem.

– Wszystko – odparła z uśmiechem. – Z wyjątkiem może pakowania rzeczy. Nie wiem, uwielbiam lotniska, emocje. Uwielbiam odkrywać nowe lądy. Razem z Shirley, moją przyjaciółką… – zamilkła, uświadamiając sobie, że tamte czasy już nie wrócą.

– Zdążyłaś rozejrzeć się po Ksanos?

– Jeszcze nie. Może dziś to zrobię.

Teraz Charlotte zadała Zanderowi kilka pytań – o jego sieć hotelową, kasyna, o życie po drugiej stronie świata.

– Musi ci tam chyba tego brakować? – spytała, pokazując na skalisty brzeg oblewany przez morze.

– W Australii też nie brakuje plaż – odparł Zander. – Mam biuro i kilka nieruchomości w Sydney, z widokiem na niewątpliwie najpiękniejszy port na świecie.

Nie zamierzał się przechwalać, naprawdę tak myślał. A może też chciał siebie samego przekonać, że nie ma czego żałować z krainy dzieciństwa. W końcu jak mógłby tęsknić za miejscem, które przyniosło mu tyle bólu?

Trudno może było uwierzyć teraz, patrząc na tego silnego, niezależnego i bogatego mężczyznę, że ledwie dwadzieścia lat temu, tuż obok, kilkaset metrów od skał, na których teraz rozbijały sie fale, Zander często płakał, cały w siniakach po laniu, jakie regularnie spuszczał mu ojciec. Ból, głód i oszołomienie na myśl, jak jego własna matka mogła go zostawić w rękach tego potwora. To wspomnienie nie dawało mu spokoju nawet teraz.

Każda mijająca minuta zbliżała go do brata bliźniaka, którego ich matka wybrała.

Każda mijająca minuta zbliżała go do konfrontacji, o której marzył od dawna, do chwili, w której będzie mógł się zmierzyć z bratem, który opływał w luksusy, podczas gdy on jadł jedzenie wygrzebane ze śmietników, z którym los obszedł się w białych rękawiczkach, podczas gdy jemu dał poznać tylko pięść.

– Każda plaża jest inna, chociaż… – Głos Charlotte był z pewnością delikatniejszy niż jego myśli. – Ta naprawdę wydaje się rajem.

Albo piekłem.

– Nie wszystko było tu tak pięknie… – Zander usłyszał własny głos, słowa, które wypowiadał, mimo że tego nie planował, a już na pewno nie zamierzał rozczulać się przed asystentką swojego brata. Uśmiechnęła się do niego, a on, sam nie wiedząc, dlaczego to robi, postanowił kontynuować: – Mam stąd trochę złych wspomnień.

 

– Ale pewnie też i dobrych?

Zastanowił się. No tak, były i dobre. Spojrzał na morze, na skały, przypomniał sobie, jak jako nastolatek skakał z nich z kolegami do wody, rzędem, trzymając się za ręce. Przypomniał sobie, jak czekali na autobusy z turystami, żeby podrywać przyjeżdżające na wyspę dziewczyny. Ale kończyło się to najczęściej na nocach ze starszymi, pijanymi kobietami – te przynajmniej zapewniały im następnego dnia śniadanie. Przypomniał sobie też wydarzenie z północnej części wyspy, gdzie z kolegami był ścigany po kradzieży owoców na targu i jak śmiali się potem, kiedy, uszedłszy pogoni, jedli swoją zdobycz. Nie były to zabawy niewinnych dzieci, ale było w nich trochę radości.

– Chadzaliśmy na targ – zaczął, ponownie zdziwiony nagłą skłonnością do zwierzeń. – Było nas może dwunastu…

Opowiedział jej o metodach kradzieży; śmiała się, ale nie za bardzo, bo zrozumiała, że kradł z głodu. Mówił jej też o nocnej tawernie z turystami, przed wejściem do której zawsze starał się za wszelką cenę wyglądać na starszego, niż był. Nie wspomniał natomiast o spotykanych tam kobietach ani o grzebaniu w pojemnikach ze śmieciami. Po czym powiedział znowu coś, czego nie planował:

– Pokażę ci Ksanos, dobrze? Prawdziwą Ksanos.

Nie miała siły ani szczególnie chęci, by mu odmówić.

Myślała, że podjedzie po nich wielka limuzyna i że sekrety wyspy Ksanos będzie oglądać zza przyciemnionej szyby, on tymczasem zadzwonił do hotelu i zanim zdążyli tam dojść, przed wejściem czekały na nich dwa skutery.

– Nigdy wcześniej nie jeździłam na skuterze.

– Myślałem, że lubisz zwiedzanie.

– Owszem, ale pieszo – powiedziała Charlotte, po czym roześmiała się. – Albo na wielbłądzie.

Uśmiechnął się na tę myśl.

– Z wielbłądem mógłby być kłopot. Ale szybko się nauczysz na skuterze – zapewnił.

Chciała, żeby zmienił zamysł i pozwolił jej usiąść za sobą – wtedy, przytulona do jego pleców, z radością objechałaby całą wyspę. Ale nie ma lekko: pokazał jej skuter, na którym musiała usiąść; brak kasku nie był jedynym przepisem, który dzisiaj łamała.

Jazda była dzika i wydawała jej się nie do końca bezpieczna. Taka zabawa w kotka i myszkę: kiedy doganiała już Zandera, ten nagle przyspieszał i umykał jej ze śmiechem.

Jedyną plamą na jej szczęściu był fakt, że Nikos nadal nie dzwonił. Zander przyłapał ją na tym, jak sprawdzała komórkę, gdy zaparkowali skutery przy jakimś targu i mieli wejść do tawerny.

– To twoja sprawa, czy mu o mnie powiesz, czy nie, Charlotte – powiedział, kiedy usiedli przy stoliku. – Nie chcę wywierać na ciebie nacisku. Miałem tylko nadzieję, że go zaskoczę. Długo myślałem o dniu, w którym się wreszcie zobaczymy.

– On jest moim szefem – próbowała wyjaśnić.

– Tak, postawiłem cię w kłopotliwej sytuacji – zauważył. – Powinienem był zostać w pokoju hotelowym. Powinienem tam siedzieć do teraz… – dodał, patrząc jej w oczy. – Ale wtedy stracilibyśmy ten nasz dzień, więc w sumie nie mogę żałować.

Ani ona nie mogła.

Próbowała samą siebie przekonać, że to ostatnie kilka lat wyrzeczeń, a w konsekwencji zero życia towarzyskiego, spowodowało, że tak traci teraz głowę dla tego Zandera, że kiedyś, kiedy była młodą, atrakcyjną dziewczyną, regularnie chodzącą do barów i na imprezy, nie zdołałby może tak szybko jej zaimponować. Ale z drugiej strony coś jej mówiło, że się sama oszukuje, że Zander okazałby się świetnym mężczyzną w każdym czasie i każdych okolicznościach.

– Wkrótce będziesz z powrotem w Londynie – powiedział – a ja w Australii.

Jego słowa stanowiły brutalne przypomnienie, że wszystko, co mieli przed sobą, to jedynie kilka dni i że powinni po prostu cieszyć się chwilą.

– Za ten nasz dzień! – powiedział, wznosząc toast szklanką. O, jak wybornie smakowała woda gazowana spływająca do gardła! Jak dobrze było być tu teraz z nim i obok niego!

I wtedy właśnie zadzwonił telefon. Kątem oka Charlotte dojrzała wyświetlający się numer Nikosa oddzwaniającego po jej telefonach.

– Przepraszam na chwilę – powiedziała, wstając. – Odbiorę to na zewnątrz.

Zander chciał wiedzieć, o czym mówili. Musiał to wiedzieć, więc zamienił słówko z kelnerem, który po tym, jak otrzymał sowity napiwek i ostrzeżenie, by był dyskretny, wyszedł przetrzeć stoliki przed tawerną. Przy jednym z nich siedziała Charlotte.

– Charlotte? Tu Konstantyna. – Głos żony Nikosa zaskoczył ją całkowicie. – Nikos wie, że dzwoniłaś i prosił mnie, żebym oddzwoniła. Co słychać?

– Koniecznie muszę z nim porozmawiać.

– Jego ojca wzięli do szpitala – wyjaśniała Konstantyna. – Jego… przybranego ojca. Wiesz, nie było między nimi najlepiej.

Charlotte nic nie mówiła i słyszała, jak Konstantyna bierze głęboki oddech. Jako asystentka nieco wtajemniczona w sprawy rodzinne Nikosa domyślała się, że między nim a jego przybranymi rodzicami panuje napięcie. Nie pojawili się nawet na jego ślubie.

– Jest w małym szpitalu na Lathirze, ale jego stan się pogorszył i Nikos chce go przetransportować na kontynent. Powiedział, że będzie na spotkaniu jutro rano, ale chce, żebyś teraz prowadziła za niego wszystkie sprawy. Prosił też, żebyś mu zarezerwowała lot o siódmej rano z Aten, ale po spotkaniu chce tam natychmiast wrócić.

– Chodzi o to, że… – Charlotte próbowała jakoś uczynić Konstantynę świadomą wagi tego, co się stało, ale po namyśle zrezygnowała. Słyszała w telefonie odgłosy szpitala, płacz ich dziecka, i uznała, że to nie jest właściwy moment. Jak mogła przekazać coś tak osobistego, nie rozmawiając wprost z Nikosem? A może zresztą Zander ma rację? Może zaskoczenie jest tu jak najbardziej sensowne, a już na pewno oszczędzi teraz Nikosowi dodatkowego stresu?

– Powiedz Nikosowi, że wszystko jest w porządku. Powiedz mu, że czekają na niego na Ksanos dobre wiadomości.

– Tak zrobię. Muszę już iść, Charlotte.

Rozłączyła się i siedziała przez chwilę w milczeniu. Przemiły kelner, który sprzątał obok stoliki, zapytał, czy nie wynieść jej szklanki na zewnątrz.

– Nie, dzięki. Zaraz wrócę do środka.

Miała więc zostać sama z tą tajemnicą.

Spojrzała w głąb baru, w którym siedział Zander; trzeba przyznać, że trzymał fason – nie patrzył w jej stronę, próbując choćby zgadnąć, czy po rozmowie była wesoła czy smutna ani czy wygadała się ze wszystkim bratu, psując mu całą misternie przygotowaną niespodziankę. Zamiast tego rozmawiał beztrosko z kelnerem, który przeszedł teraz do sprzątania stołów wewnątrz.

– Chciałabyś może zjeść tu lunch? – spytał, kiedy wróciła do tawerny.

Była mu bardzo wdzięczna, że nie wypytuje, nie drąży, nie chce wiedzieć, o czym rozmawiała z Nikosem, bo przecież nie wiedział, że z nim samym nie rozmawiała.

– Świetny pomysł – odparła.

Ufała temu pięknemu mężczyźnie i sądziła, że chce on dobra dla swojego brata. A także dla niej. W końcu dlaczego miałoby być inaczej?

Usiadła, a Zander wziął w swą dłoń jej rękę.

Zamówił kalmary z papryczkami. Pierwszy raz od przyjazdu poczuł się swobodnie, jak gdyby duchy przeszłości dały mu na chwilę spokój. Czuł się teraz świetnie, siedząc z grubo wypchanym portfelem w towarzystwie interesującej, pięknej kobiety. Uśmiechnął się nawet, gdy podchodzący do nich właściciel powiedział do niego coś po grecku.

– Co on powiedział? – spytała Charlotte, której grecki nie sięgał aż tak głęboko.

– Aleksandros, zostałeś kiedyś stąd wyrzucony – przetłumaczył Zander. – A potem dodał: Witaj z powrotem!

– Aleksandros?

– Tak miałem na imię. Po ojcu.

– Ojcu… – powtórzyła Charlotte w zamyśleniu. – A on… nie żyje?

– Nie żyje.

– A twoja matka?

Pytanie, które jeszcze wczoraj byłoby nie na miejscu, teraz wydało się całkiem naturalne. Ale mimo to Zander nie za bardzo chciał na ten temat rozmawiać.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?