Powrót na wyspę Ksanos

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Carol Marinelli
Powrót na wyspę Ksanos

Tłumaczenie:

Stanisław Tekieli

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Charlotte zdawała sobie sprawę, że czeka na jego telefony zdecydowanie bardziej podekscytowana, niż powinna.

Powinna być uprzejma, ale zarazem w pełni profesjonalna i trzymać się na dystans – miała w końcu do czynienia z bardzo wpływowym człowiekiem. Ale dźwięk jego głosu, sposób, w jaki go zawieszał, mówiąc do niej, czy jak śmiał się w reakcji na coś, co powiedziała, powodowało, że jej palce zaciskały się na telefonie.

Podczas pierwszej rozmowy Zander był lakoniczny i oschły. Grecki akcent powodował, że Charlotte początkowo pomyślała, że to jej szef, Nikos. Gdy wpadał w zły nastrój, automatycznie włączał mu się akcent. Zadzwonił o szóstej rano i Charlotte zajęło chwilę zorientowanie się, że to dzwoni ów nieuchwytny właściciel posiadłości, którego z takim trudem próbowała odszukać w imieniu Nikosa. Tym razem nie był to żaden z adwokatów Zandera ani bardzo oficjalnie brzmiąca asystentka, z którą Charlotte kontaktowała się wcześniej.

– Tu Zander – rzucił, ale rozespana Charlotte nie była w stanie w jakikolwiek sposób zareagować. – Myślałem, że chce pani ze mną rozmawiać, ale najwyraźniej pomyliłem się.

Chciał przerwać połączenie. Był wyraźnie poirytowany faktem, że nie rozpoznano go od razu. Do Charlotte dotarło jednak w międzyczasie, kto dzwoni, a wiedząc, jak bardzo Nikosowi zależy na tym kontakcie, wymamrotała słowa przeprosin:

– Przepraszam, dopiero teraz zorientowałam się, że to pan. Bardzo się cieszę, że pan oddzwania.

Chciała jeszcze dodać sarkastycznie słówko „wreszcie”, ale powstrzymała się.

– Proszę mi wybaczyć, tu jest dopiero szósta rano – wyjaśniła.

Nastąpiła teraz chwila ciszy, którą Zander przerwał, mówiąc głosem już bardziej pojednawczym:

– Myślałem, że jest ósma. Nie jest pani w Atenach albo na Ksanos?

– Jestem w Londynie – odpowiedziała Charlotte, siadając w łóżku.

– Mówię z Charlotte Edwards? Asystentką Nikosa Eliadesa?

– Tak, ale jestem w Londynie.

I wtedy, niespodziewanie, to Zander zaczął przepraszać.

– Proszę mi wybaczyć. Jestem w Australii… Z góry założyłem, że jest pani w Grecji, jak Nikos. Zadzwonię ponownie po ósmej.

– Nie ma potrzeby – odparła pospiesznie, nie chcąc stracić kontaktu z człowiekiem, na którego Nikos polował tak długo. – Proszę się nie rozłączać. Już wstałam, to jest… mogę rozmawiać.

Nastąpiła dłuższa pauza, po obu stronach. Charlotte zdała sobie sprawę, że zachowała się nieprofesjonalnie, dając do zrozumienia, że wciąż leży w łóżku. Zander nie bardzo wiedział, jak się w tej sytuacji zachować i odpowiedział wreszcie z lekkim chrząknięciem, które jedynie wprawiło Charlotte w dalszą konfuzję:

– Może zadzwonię jeszcze raz, a pani zrobi sobie w międzyczasie kawę?

– Nie, nie, jestem już przytomna… – kłamała Charlotte, sięgając po długopis, gotowa do robienia notatek. Nawet gdyby bardzo chciała pójść teraz do toalety, nie dałaby tego po sobie poznać, a co dopiero takie głupstwo jak kawa. Ale ów nieuchwytny miliarder odezwał się ponownie i tym razem jego głos w ten chłodny londyński ranek wydawał się – mimo całej stanowczości, a może właśnie dzięki niej – wręcz pieszczotliwy:

– Charlotte, zadzwonię do pani za pięć minut. Proszę zrobić sobie kawę, przynieść ją do łóżka i wtedy porozmawiamy, dobrze?

Odruchowo chciała go poprawić. Po imieniu mógł do niej mówić tylko Nikos, a tu bardziej na miejscu byłoby „pani Edwards”, ale bała się, że mogłoby go to spłoszyć. Odpowiedziała zatem:

– To bardzo by mi odpowiadało, panie…?

– Zander – odpowiedział krótko i się rozłączył.

I właśnie tak to się zaczęło.

A teraz czekała na jego telefony znacznie bardziej podekscytowana, niż powinna. Ich poranne pogawędki stały się już rutyną: dzwonił o jakiejś nieludzko wczesnej godzinie, mówił przez chwilę, po czym rozłączał się, ona szła zrobić kawę, wracała z filiżanką do łóżka i czekała na jego telefon, a kiedy już zadzwonił, słuchała jego donośnego, głębokiego głosu. Zapisywała wiadomości dla Nikosa i sprawy do załatwienia, a potem chwilę rozmawiali o tym i o owym. Może odrobinę dłużej, niż by wypadało.

– Zatem tak naprawdę nie pracuje pani z Nikosem? – spytał Zander, dzwoniąc tym razem w niedzielny wieczór. Nietypowa pora zdziwiła nieco Charlotte, ale szybko zdała sobie sprawę, że w Australii był to już poniedziałkowy ranek. Leżała na łóżku zziębnięta, zawinięta w kołdrę; pogoda w Londynie była wstrętna, w okno walił deszcz i jedynym ciepłym akcentem tego wieczoru był jego głos.

– Pracuję dla Nikosa.

– Ale nie razem z nim?

– Pracuję z domu – wyjaśniła. – Nikos dużo podróżuje, a ja umawiam mu spotkania z domu.

– Podoba się pani taka praca?

Zawahała się chwilę z odpowiedzią.

– Uwielbiam ją.

I była to prawda. Charlotte uwielbiała tę pracę, ale też nie popadała w przesadę: była to dla niej praca, a nie pasja, sposób na zapewnienie środków do życia, a nie kariera, dla której by się zatracała bez reszty.

Od dziecka chciała zostać stewardessą. W tym celu uczyła się języków, a kiedy skończyła szkołę, przesłała CV do pierwszej linii lotniczej, jaka ogłaszała nabór, i ku swej radości została przyjęta do pracy. Niekiedy teraz, tonąc w papierach firmowych, tak bardzo chciałaby znów znaleźć się w powietrzu, obsługiwać pasażerów z business class lub przynosić śniadanie załodze. Albo też w wolnej chwili patrzeć z wysokości trzynastu tysięcy metrów na ziemię, nad którą wstaje właśnie świt.

– Nie brak pani towarzystwa? – spytał, trafiając w dziesiątkę, bo rzeczywiście potwornie brakowało jej w tej pracy ludzi. Tam, w samolocie, było się przynajmniej do kogo odezwać. A tu…?

– Oczywiście, to idealna praca, jeśli ktoś ma małe dzieci… – zauważył Zander, sondując sytuację rodzinną Charlotte.

– Nie mam dzieci – odpowiedziała bez zastanowienia, po czym zamilkła, domyśliwszy się stojącej za pytaniem prawdziwej intencji. Ale nie speszyło jej to. – A pan?

– Też nie mam. Jestem na coś takiego zbyt nieodpowiedzialny. – Zander powiedział to w tak zdecydowany sposób, że Charlotte aż przygryzła dolną wargę. Zdecydowała się nie mówić mu, że opiekuje się w domu chorą na Alzheimera matką. Że jedynie ciężko pracując dla Nikosa z domu, jest w stanie dotrzymać złożonej matce obietnicy, że nie wyśle jej do domu starców.

– Ach tak? Zatem nie tęskni pani za pracą z ludźmi?

– Zupełnie – kłamała, ponieważ tak było bezpieczniej. Wiedziała, że mówiąc mu prawdę, może się po prostu rozkleić. Zaczęła więc opowiadać o kolacjach z przyjaciółmi i koktajlach w piątek po pracy, nie dodając jedynie, że to było życie, które prowadziła dawno temu, kiedy w samolocie przemierzała świat z jednego jego końca w drugi.

– Nie chcę sprzedawać tej ziemi – Zander wrócił do oficjalnego tematu rozmowy. – Pani szef jest bardzo natarczywy. Chce przejąć molo, bo wtedy cały odcinek zatoki będzie jego.

Był to ekskluzywny, odcięty od świata azyl dla milionerów i celebrytów. Nikos kupił tam od Zandera, po bardzo zawyżonej cenie, stary dom, ale niedawno ożenił się i pragnął, z myślą o żonie i synu, rozszerzyć swoją posiadłość o sąsiedni grunt, na którego sprzedaż jednak Zander się nie zgadzał.

– Mówiła mu pani o mojej ofercie dzierżawy? – spytał Zander.

– Tak – odpowiedziała Charlotte – ale nie jest zainteresowany. Nalega na rozmowę bezpośrednio z panem.

– Ale ja wolę rozmawiać z panią.

Facet ostro gra, pomyślała Charlotte, rumieniąc się po słowach Zandera.

– Muszę chyba powoli wstawać – powiedział, wprawiając ją tym samym w osłupienie. Była przecież pewna, że rozmawia z kimś siedzącym za biurkiem w biurze, ubranym zapewne w garnitur, a tu się okazuje, że on również leży podczas tej rozmowy w łóżku!

– Myślałam, że jest pan w pracy!

– Zgadza się – odpowiedział, a Charlotte mogła sobie wyraźnie wyobrazić jego uwodzicielski uśmiech, nawet jeśli nie mogła go zobaczyć. – Całkiem nieźle pracuje mi się, leżąc.

Tak naprawdę na dobre uśmiechnął się dopiero teraz, kiedy usłyszał jej głęboki wdech, sięgający samej krtani. Słyszał już ten odgłos kilkakrotnie, wzdychała tak zawsze w chwilach zdziwienia, a Zander lubił zadziwiać swoich rozmówców, a zwłaszcza kobiety.

– Ma pani nieco zmęczony głos. Jednak obudziłem?

– Faktycznie jestem trochę zmęczona.

Powiedziała mu, że była poprzedniego wieczora na weselu. Zmyśliła tę historyjkę, bo nie chciała mu opowiadać, że o drugiej w nocy musiała wybiec i szukać błądzącej po sąsiednich ulicach matki, która cichcem wymknęła się z domu, gdy Charlotte spała. A gdy ją wreszcie znalazła, dłuższą chwilę zajęło przekonanie jej, by zdecydowała się wrócić do domu.

– Udało się wesele?

– O tak, było wspaniałe – odpowiedziała Charlotte, myśląc o weselu swojego szefa kilka tygodni temu, które pomogła zorganizować, ale na nie nie przybyła.

– Tak… – Zander bezskutecznie szukał jakiegoś pretekstu do kontynuowania rozmowy. – Proszę powiedzieć swojemu szefowi, że wciąż się nad tym zastanawiam.

I tu nagle przyszedł mu do głowy pomysł na komplement:

– Ma facet szczęście, że znalazł kogoś takiego jak pani.

– Szczęście? – Charlotte udawała, że nie rozumie.

– Gdyby nie jego asystentka, już dawno bym mu odmówił.

Rozłączył się, a Charlotte leżała, w myślach odtwarzając całą rozmowę i starając się przekonać samą siebie, że to był po prostu wybryk ze strony Zandera; flirtował tak zapewne z wieloma kobietami. Po raz kolejny sięgnęła po laptop, żeby w internecie poszukać czegoś na jego temat. Ale, tak jak poprzednio, nie zrobiła tego. Nie chciała się przekonać, że ten miły głos to w istocie żonaty mężczyzna z nadwagą, uwielbiający flirtować przez telefon.

 

Wstając, spojrzała w lustro. Jej długie blond włosy od dłuższego już czasu domagały się wizyty u fryzjera, a twarz z wyraźnymi oznakami zmęczenia wynurzająca się z workowatej piżamy w niczym nie przypominała seksownej kobiety, jaką zapewne widział w swych marzeniach flirtujący z nią Zander.

Weszła do sypialni matki.

– Dzień dobry, mamo – powiedziała, jak zwykle nie słysząc żadnej odpowiedzi. Spróbowała więc w ojczystym języku matki, do którego ta w coraz większym stopniu powracała w swej chorobie:

Bonjour, maman.

Nadal nie było odpowiedzi.

– Pójdziemy wziąć prysznic.

O wiele łatwiej było to powiedzieć, niż zrobić. Opierając się przed myciem, matka Charlotte uderzyła ją w skroń i podrapała paznokciami jej rękę, krzycząc przy tym przeraźliwie: Casse-toi! Krzyki te, towarzyszące każdej kąpieli, powodowały kiedyś telefony na policję sąsiadów przekonanych, że ktoś napadł na starszą panią. Ale potem wszyscy do choroby pani Amandy się przyzwyczaili.

W końcu jednak udało się przeprowadzić operację mycia pod prysznicem i choć Charlotte była nadal w piżamie, to przynajmniej matka wykąpana, pachnąca i ubrana siedziała teraz wygodnie na fotelu w salonie.

– Poszłabym na spacer po plaży… – przemówiła w końcu matka, kiedy Charlotte karmiła ją jajkiem na miękko, w nadziei, że kilka kalorii wzmocni jej chude ciało, przedstawiające sobą niewiele lepszy stan od pogrążonej w chorobie duszy.

– Dobrze, pójdziemy – odparła. – Będziemy karmić mewy.

Zobaczyła uśmiech na twarzy matki, dostrzegła ogniki radości w jej oczach. I chociaż oczywiście nie pojadą tego dnia na plażę karmić mewy, uśmiech ten był bezcenny.

Charlotte szykowała się do przeżycia kolejnego tygodnia, powtarzając sobie, że dla uśmiechu matki warto jest podejmować cały ten trud. Choć z drugiej strony czuła, że już długo nie da rady ciągnąć w ten sposób.

Gryzła się tak z myślami, kiedy jak koło ratunkowe rzucone w jej stronę zadzwonił telefon. Serce zabiło jej żywiej, gdy zobaczyła, że dzwoni Zander.

– Halo? – powiedziała z uśmiechem, spodziewając się potoku słodkich słów, tymczasem jego głos był tym razem rzeczowy i oficjalny.

– Mogłaby pani przekazać wiadomość Nikosowi?

– Oczywiście – odpowiedziała, patrząc jednocześnie na zegar. W Australii musiała być teraz czwarta rano.

– Zamierzam być na Ksanos w przyszłym tygodniu. Przylatuję w niedzielę wieczorem i mam bardzo napięty program, ale mógłbym się umówić z pani szefem w poniedziałek o ósmej rano. Przystępujemy w najbliższych tygodniach do kolejnego etapu rozbudowy. Chciałbym to z nim omówić od razu, żeby uniknąć późniejszego ciągania się po sądach.

– Dam mu znać – odpowiedziała, oczekując, aż Zander przejdzie do mniej formalnej konwersacji, jak miał w zwyczaju czynić przy poprzednich rozmowach, ale tym razem tak się nie stało. Zander rozłączył się, a Charlotte zadzwoniła do Nikosa. Przekazała mu wiadomość, rozłączyła się i… miała ochotę się rozpłakać. Wiedziała, że kiedy Zander spotka się z Nikosem, jej rola jako pośrednika będzie zakończona – ta piękna ucieczka od życia, jaką były rozmowy z Zanderem, dobiegnie końca. Kiedy Nikos zadzwonił kilka chwil później, musiała na siłę doprowadzić się do porządku na tyle, by móc w miarę składnie mówić.

– Znasz się trochę na prawie greckim dotyczącym zezwoleń na budowę?

– A jest coś takiego? – odpowiedziała żartem, ale niezwykle trzeźwy głos Nikosa spowodował, że natychmiast spoważniała.

– Owszem, jest. No nic, zajmie się tym Paulos, ale tak czy inaczej będę cię potrzebował na Ksanos w przyszłym tygodniu.

– Mnie? – zapytała Charlotte zdziwiona, ale właśnie wtedy kątem oka zobaczyła matkę cichutko przemierzającą przedpokój i wysuwającą już dłoń w stronę klamki drzwi wejściowych. Z telefonem przy uchu szybkim krokiem podeszła do matki, krzyżując jej plany podróżnicze w ostatniej niemalże chwili.

– Naprawdę będę ci tam potrzebna? – Nie chciała odmówić wprost, a jedynie dać do zrozumienia, na ile tylko mogła, że nie jest jej to na rękę.

– W przeciwnym razie nie prosiłbym cię. Chciałbym, żebyś obejrzała tam parę domów, a także pogrzebała trochę w papierach…

Odkąd Nikos dowiedział się, że jest adoptowanym dzieckiem, Charlotte pomagała mu odnaleźć biologiczną matkę, ale jak do tej pory robiła to przez telefon i internet. Nigdy nie mówiła mu o problemach ze swoją matką: asystentka ma się zajmować problemami szefa, a nie na odwrót. Parę miesięcy temu poprosił ją, by do niego dołączyła na Ksanos, ale wtedy chodziło o jeden dzień.

– Czy będzie z tym problem? – spytał.

– Nie, skąd… – Charlotte przełknęła ślinę. – Muszę tylko uporządkować parę spraw, ale zrobię co w mojej mocy, by być tam w poniedziałek.

– Właściwie… – Nikos był najwyraźniej nieco roztargniony. – Gdybyś mogła przylecieć wcześniej, w weekend, omówilibyśmy kilka istotnych spraw. No nic, jak tylko będziesz w Ravels, zadzwoń do mnie.

– Oczywiście – odpowiedziała Charlotte, ale Nikos już się zdążył rozłączyć. Musiała zdobyć się na odwagę i jakoś mu powiedzieć, że podróże w jej przypadku nie wchodzą raczej w grę, ale co zrobić, jeśli będzie nalegał? Charlotte zamknęła oczy na samą myśl o czekającej ich rozmowie. Potrzebowała tej pracy z jej całkiem sporym wynagrodzeniem i elastycznością pozwalającą na pracę z domu. Może zdoła mu to powiedzieć na Ksanos?

Miała już przygotowaną listę domów opieki. Odwiedziła kilka, za każdym razem mając silne wyrzuty sumienia, ponieważ matka po tym, jak zdiagnozowano u niej Alzheimera, błagała, by nie umieszczać jej w takim domu. A teraz obdzwaniała je wszystkie z pytaniem, czy dałoby się w nich umieścić matkę na kilka dni. Jej niepokój wzrastał jednak, gdy za każdym razem słyszała odpowiedź, że nic się nie da załatwić w tak krótkim czasie.

W końcu znalazła dom opieki, który zgodził się przyjąć panią Amandę. Jeden z pensjonariuszy zmarł ostatniej nocy i jego miejsce było chwilowo dostępne. Z jednej strony poczuła ulgę, ale z drugiej czuła się fatalnie, pakując rzeczy matki, a ją samą na siłę wsadzając do samochodu z zapewnieniem: „To tylko na kilka dni, mamo”, podczas gdy ta, szlochając, mamrotała tylko: „Błagam, nie zostawiaj mnie. Błagam!”.

Czuła się jak jeden wielki wyrzut sumienia, kiedy usiadła w wygodnym fotelu w salonie kosmetycznym, czekając na depilację woskiem i manicure, a następnie rozjaśnianie pasemek jej gęstych blond włosów. Czuła się źle na myśl o tym, że jej matka płacze gdzieś skulona ze strachu, gdy ona tymczasem przekształca się z powrotem w ekscytującą stewardesę, którą niegdyś zatrudnił Nikos.

Ale odczuła też niemałe podekscytowanie, gdy sięgnęła do dawno nieotwieranej szafy i spakowała do walizki nieużywany od lat strój biurowy.

Odczuła również miły dreszcz w żołądku, jadąc dobrze jej znaną drogą na lotnisko Heathrow, widząc sylwetki podchodzących do lądowania odrzutowców i słysząc ryk tych, które startują.

I dopiero kiedy siedziała już w fotelu, a samolot odrywał się od ziemi, zdała sobie sprawę, wokół czego tak naprawdę koncentrowało się całe jej obecne napięcie.

Miała się spotkać z Zanderem.

ROZDZIAŁ DRUGI

Ateny były tak szare jak Londyn, ale już lot w kierunku Ksanos był jak przeniesienie się ze środka zimy z powrotem w świat jesieni. Nie było już tak ciepło jak latem, ale niebo było tak samo niebieskie, podobnie jak morze, a majacząca w oddali Ksanos jawiła się jako żywy dywan zieleni i brązów. Winnice oplatały wzgórza, a nad brzegiem morza piętrzyła się ogromna liczba hoteli i luksusowych willi postawionych na samym zboczu klifów. Obok nich pobłyskiwały w słońcu niebieskie baseny, barwą jakby specjalnie dobrane do błękitu pobliskiego morza.

Wodnosamolot usiadł na wodzie nie obok małego mola, które tak bardzo pragnął objąć w posiadanie Nikos, ale przy nowo wybudowanym, nieco bardziej zaawansowanym technicznie. Rampa pozwalała na dużo łatwiejsze wysiadanie, a pod samo nabrzeże mola podjeżdżało wytworne auto z hotelu Ravels; w końcu każdy, kto tam się zatrzymywał, z definicji musiał być kimś wartym takiego zachodu. Charlotte nie pozwolono zatem na przejście krótkiego odcinka plażą – odstawiono ją pod samo wejście do hotelu i zawiadomiono, że bagaż będzie na nią czekać w pokoju.

Zameldowanie poszło gładko. Była wiadomość od Paulosa, greckiego adwokata Nikosa, który prosił ją o kontakt. Recepcjonistka spytała również, czy zarezerwować stolik w restauracji, ale Charlotte wolała zjeść w swoim pokoju.

Zadzwoniła do Nikosa i zostawiła wiadomość na jego poczcie głosowej. Powiedziała mu, że przyjechała, a następnie zadzwoniła do Paulosa.

– Nie jestem w stanie skontaktować się z Nikosem – powiedział prawnik Nikosa. – A chciałbym z nim koniecznie porozmawiać przed tym spotkaniem w poniedziałek.

– Ja po prostu zostawiłam mu wiadomość.

– No cóż, jeśli uda ci się go złapać, zrób wszystko, żeby do mnie zadzwonił. Wiem, że ten deweloper z Australii ma dla niego złe wieści.

– Naprawdę? – zapytała.

– Tu, na Ksanos, mówi się o takich ludziach, że sprzedaliby własną matkę za najwyższą zaoferowaną cenę. Nikos będzie musiał bardzo uważać, więc zrób wszystko, żeby do mnie zadzwonił.

Paulos był zawsze bardzo ostrożny, pomyślała Charlotte, odkładając słuchawkę. To w końcu było jego zadaniem – być ostrożnym, pocieszała się. Tak czy inaczej, zdecydowanie zbyt dużo czasu spędzała na myśleniu o człowieku, którego nigdy nawet nie spotkała, z którym rozmawiała tylko przez telefon, ale zdecydowanie nie chciała, by był on takim człowiekiem, jakim opisywał go Paulos. Chciała, żeby był tak wspaniały jak ten, którego sobie w świecie swoich fantazji wyobraziła.

Wyszła na balkon. Patrzyła na lazur wody i złocące się w zachodzącym słońcu piaski plaży. Wiedziała, że musi się poważnie zastanowić nad swoją przyszłością. Postanowiła pójść nad morze – w końcu najlepsze myśli przychodzą człowiekowi do głowy podczas spaceru po plaży. Wyciągnęła z walizki pierwszą z brzegu sukienkę, sweter i sandały, po czym ruszyła nad morze łowić ostatnie promienie zachodzącego słońca.

Kiedy już szła po piasku złocistego wybrzeża Ksanos, jej myśli odruchowo skierowały się ku matce. Bez wątpienia podobałoby jej się tutaj, pomyślała Charlotte, przypominając sobie ich coroczne wakacje w czasach, kiedy była jeszcze dzieckiem, a które były zapewne najdroższym wspomnieniem z całego jej życia, bo tylko wtedy widziała swoją matkę szczęśliwą. Tylko tam udawało się pani Amandzie zapomnieć o karierze, którą musiała pogrzebać, i ukochanym, który rzucił ją, gdy dowiedział się, że jest w ciąży.

Jak Charlotte mogłaby zrobić jej coś takiego – umieścić ją w domu starców, by jej życie stało się przez to lżejsze? Przez te wszystkie lata Charlotte czuła się winna za swój dziecinny egoizm, za idealizowanie nieobecnego ojca, przy jednoczesnym braku czci dla pełnego wyrzeczeń życia matki. Do dziś czuła ukłucie wstydu na każde wspomnienie kłótni i przelanych łez. Ale raz w roku obie odkładały wszelkie smutki na bok i wyjeżdżały nad morze, by iść po sam horyzont po piaskach Camber Sands czy Beachy Head. Tam matka kupowała co wieczór porcję frytek dla niej i drugą dla mew, po czym przez dziesięć minut śmiały się, patrząc, jak ptaki szaleją w walce o rzucany im pokarm.

Nagle zobaczyła przed sobą Nikosa.

Jej szef puszczał kaczki, rzucając płaskimi kamieniami odbijającymi się od powierzchni wody. To było zupełne zaskoczenie, chociaż mogła się w końcu tego spodziewać – tuż obok plaży znajdowała się przecież jego prywatna rezydencja. Najwyraźniej coś go gryzło i zabawa w puszczanie kaczek nie była tylko zwykłym relaksem – w jego nerwowych ruchach czaiło się jakieś napięcie, a może nawet skrywany gniew. Szła dalej w jego stronę, choć przez głowę przemknęła jej myśl, czy nie zawrócić i udać, że go nie widzi; z jego ruchów biła tak wielka zła energia, że Charlotte zastanowiła się, czy przypadkiem on i jego żona, Konstantyna, nie pokłócili się właśnie na poważnie. Ale byłoby znacznie gorzej, gdyby zobaczył, jak na jego widok odwraca się i odchodzi, i pomyślał, że Charlotte ignoruje go. Poza tym musiała mu przekazać wiadomość od Paulosa, zatem, udając, że nie dostrzega jego ponurego nastroju, podeszła i uśmiechając się, zawołała go po imieniu:

 

– Nikos! Próbowałam się do ciebie dzwonić, ale…

Ale gdy ten się odwrócił, zamarła z przerażenia: patrzył na nią bowiem ktoś, kto wprawdzie wyglądał jak Nikos, ale nim nie był. Jedyne podobne przeżycie, jakie mogła sobie przypomnieć, pochodziło z dzieciństwa, kiedy to zgubiła się w wielkim domu towarowym i po kilkuminutowych poszukiwaniach spanikowana ruszyła w stronę znajomego beżowego płaszcza, ale po pociągnięciu go uświadomiła sobie, że osoba nim okryta i patrząca teraz na nią spod zmarszczonych brwi nie jest jej matką. Podobnie jak wtedy doznała teraz dziwnego ukłucia w piersiach, kiedy mężczyzna, do którego zawołała, spojrzał na nią zupełnie obcym, nieprzyjaznym wzrokiem.

– Przepraszam – powiedziała, cofając się o kilka kroków. – Pomyliłam się…

W pierwszym odruchu chciała się odwrócić i uciekać, ale w końcu poprzestała na szybkim marszu z powrotem w stronę hotelu. Pragnęła jak najszybciej skontaktować się z Nikosem i dowiedzieć się, co, u diabła, się dzieje.

– Zwolnij! – krzyknął biegnący za nią mężczyzna, którego kroki usłyszała dopiero w ostatniej chwili, ponieważ skutecznie tłumił je piasek. Skoczyła jak oparzona, gdy chwycił ją za rękę i próbował obrócić ku sobie.

– Dlaczego uciekasz?

Odwróciła się i spojrzała w jego czarne oczy, jeszcze czarniejsze niż oczy Nikosa. Patrzyła w twarz, która najwyraźniej wyszła spod pędzla tego samego malarza co Nikos, tyle że w przypadku tego mężczyzny malarz użył nieco ciemniejszej farby. Jego włosy były dłuższe, kości policzkowe nieco bardziej wystające, ale najbardziej uwagę Charlotte przykuły jego usta – zmysłowe, z pięknymi białymi zębami, które same układały się w słodki uśmiech, tonujący grozę świdrującego spojrzenia.

– Pomyliłam się… – powiedziała, nie bardzo wiedząc, jakich użyć słów. – Myślałam, że jest pan kimś innym.

– Myślała pani, że jestem Nikosem? – zapytał Zander. Sprawy nie układały się po jego myśli. Wiedział, że wychodząc na plażę, podejmuje ryzyko, ale siedzenie długimi godzinami w hotelowym pokoju doprowadzało go do szaleństwa. W hotelu, który był wprawdzie, jak i cała okolica, jego własnością, ale obsługa nie znała go z widzenia, zameldował się pod innym nazwiskiem i chciał pozostać tu incognito do poniedziałku. Teraz jednak, rozpoznany przez asystentkę Nikosa, bo że to ona, domyślił się natychmiast, był już o krok od totalnej demistyfikacji; ostatnią szansą było przekonać tę kobietę, by nikomu nic nie powiedziała. Jakoś musiał więc zdobyć jej zaufanie i to bardzo szybko. Nie było to wcale zadanie niewykonalne, bowiem Zanderowi przekonywanie do siebie kobiet nie przychodziło z trudem.

Uśmiechnął się do niej. Nie był to uśmiech szczery, ale nikt poza nim tego nie wiedział – miał wieloletni trening w maskowaniu swych uczuć. Spojrzał jej głęboko w oczy, nie puszczając przy tym jej ręki, a jedynie zwalniając nieco uścisk dłoni. Łatwo wyczuwalny puls powiedział mu, że Charlotte była wciąż w szoku. Puls ten przyspieszył jeszcze bardziej po jego kolejnych słowach:

– Jestem bratem bliźniakiem Nikosa.

– Co? – zapytała, odruchowo chcąc się roześmiać, tyle że ten mężczyzna rzeczywiście był bliźniaczo podobny do Nikosa. Ale jej szef nigdy o żadnym bracie bliźniaku nie wspominał.

– Jestem Zander. Mówmy sobie po imieniu – zaproponował. A widząc oblewający jej twarz rumieniec i to, jak w szoku przełyka ślinę, pomyślał po raz pierwszy, że może pomysł przybycia tu wcześniej i pozostania na weekend nie był aż taki głupi.

– Ty jesteś oczywiście Charlotte… – uśmiechnął się diabolicznym uśmiechem, który spowodował, że włosy zjeżyły jej się na karku. Odruchowo zrobiła krok do tyłu i udało jej się wyrwać z jego uścisku rękę. – Spotkaliśmy się wreszcie.

– Zander… – powtórzyła, nie mogąc oderwać oczu od jego spojrzenia. W tym momencie zdała sobie sprawę, że jej relacja z Nikosem poważnie się skomplikowała: inna rzecz flirtować z klientem firmy, a inna z bratem bliźniakiem szefa. A przecież flirtowali!

– Nie wiedziałam, że Nikos ma brata… – powiedziała bezwiednie to, co pomyślała wcześniej. Bała się patrzeć mu prosto w oczy, więc spuściła nieco wzrok i wpatrywała się w ubranie, którego każdy detal należał do haute couture: kaszmirowy czarny sweter falował na wietrze, podkreślając muskularny zarys klatki piersiowej, szare lniane spodnie opadały dość nisko, opinając przy tym wąskie biodra. Charlotte nie miała po prostu jak uciec przed pięknem bijącym z każdego cala ciała czy ubrania tego mężczyzny. Nawet spuściwszy wzrok najniżej, jak mogła, napotkała jego nagie stopy, których oliwkowy kolor tak cudownie kontrastował z bladą barwą piasku. Chciała za wszelką cenę uciec od niego, chciała być znowu sama na pustej plaży, wrócić do bezpiecznego azylu swoich myśli i beztroskiego spaceru bez celu.

– Tak jak nie wie tego Nikos – stwierdził Zander. – W poniedziałek chcę go tym zaskoczyć.

Musiał dojrzeć błysk niepokoju w jej oczach, bo przeszedł natychmiast do wyjaśnień:

– Mam oczywiście nadzieję, że niespodzianka będzie dla niego przyjemna. – Wyczuł jej niepewność i to, że chciała uciekać, a on za wszelką cenę nie mógł pozwolić jej odejść i donieść o wszystkim Nikosowi, ale też… Spojrzał na jej kremowoszarą sukienkę i wystające spod niej smukłe ramię, które jeszcze chwilę temu trzymał w swej dłoni, a następnie na twarz, równie piękną jak głos, który z taką czułością przemawiał do niego wcześniej przez telefon, na blond włosy, które wiatr rozwiewał po twarzy i… tak, zrozumiał, że chce spędzić z nią ten czas, jaki pozostał do poniedziałku. Ponieważ po tym, co powie w poniedziałek na spotkaniu z Nikosem, Charlotte na pewno nie będzie chciała mieć z nim nic wspólnego przez resztę życia.

– Nie mogę w to uwierzyć… – mówiła całkowicie oszołomiona. – Czy to znaczy, że Nikos odnalazł swoją…? – ugryzła się w język. To z pewnością nie była jej sprawa. Nikos wprawdzie nieco ją w swoje życie wtajemniczył, powiedział jej, trochę ponad rok temu, o swoich podejrzeniach, że jest dzieckiem z adopcji, ale tyle tylko, ile było niezbędne, by Charlotte mogła być pomocna w badaniu jego przeszłości. Wiedziała, że Nikos aktywnie szukał swojej rodzonej matki, ale nigdy nie wspomniał, że ma brata bliźniaka.

Chciała jak najszybciej uciec od Zandera i porozmawiać z Nikosem, ale było coś, o co musiała zapytać.

– Wiedziałeś o tym, kiedy ze mną rozmawiałeś, prawda? – W jej głosie pobrzmiewało oskarżenie, co może i było śmieszne, bo przecież Zander nie był do niczego wobec niej zobowiązany, ale w jakiś sposób czuła się mimo wszystko zdradzona. – Muszę już iść… – powiedziała, decydując, że na to i podobne pytania musi sobie odpowiedzieć sama. Nałożyła na twarz maskę uśmiechu, udała, że nie odczuwa wzburzenia i spróbowała nonszalancko się oddalić.

– Zostań – poprosił Zander.

– Mam mnóstwo rzeczy do zrobienia, materiały do przejrzenia… – próbowała się wytłumaczyć.

– Na pewno masz też pytania, na które chciałabyś usłyszeć odpowiedź.

Miała je, owszem, i to całą masę, ale z nimi powinna się przede wszystkim zwrócić do Nikosa. Zander wyczuł to jej niezwykle silne poczucie lojalności wobec szefa i nie mogąc póki co z nim walczyć, postanowił zmienić temat.

– Dlaczego nie mielibyśmy po prostu razem cieszyć się tym wieczorem? – zapytał. – Pospacerujmy trochę po plaży.

Skinęła głową, nie do końca przekonana. Ruszyła niepewnie obok niego, postanowiwszy nie mówić niczego, co mogłoby zagrozić Nikosowi, dopóki nie upewni się, o co w tym wszystkim chodzi.

– Uwielbiam to miejsce – powiedział, gdy przeszli w milczeniu kilkadziesiąt kroków. Kłamał, ponieważ nie było chyba miejsca na ziemi, którego nienawidziłby bardziej. Ale kiedy Charlotte spojrzała na niego, Zander przywdział już na twarz swój dyżurny uśmiech. – Marzyłem o tym, żeby tu wrócić…

– Gdzie był twój dom? – spytała, gdy wpatrywali się razem w skaliste brzegi Ksanos. – Dom twojego dzieciństwa?

– Tam, gdzie teraz jest hotel – powiedział, a dostrzegając w jej oczach zdziwienie, dodał: – Był nie do uratowania.