Podróż do Dubaju

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Carol Marinelli
Podróż do Dubaju

Tłumaczenie:

Barbara Bryła

PROLOG

– Jesteś Angielką? – Zza ogromnego biurka Naomi obserwowała, jak Sevastian Derzhavin bez entuzjazmu prześlizguje się wzrokiem po jej CV. Uznała, że podjął już decyzję, by jej nie dawać tej pracy. Teraz to była tylko gra pozorów. Nie mogła jednak wiedzieć, że Sevastian nigdy nie silił się na pozory. Konwenanse go nie dotyczyły.

– Urodziłam się tutaj i mój ojciec mieszka w Nowym Jorku – odparła. – Więc oficjalnie…

– Nie o to pytam – potrząsnął głową. – Nie jestem biurokratą. Zaintrygował mnie twój akcent. Od dawna tu jesteś? – Nadal przeglądał jej życiorys.

– Dwanaście dni.

– Zatrzymałaś się w hostelu?

– Tylko dopóki nie znajdę dla siebie mieszkania, chociaż to trudniejsze, niż sądziłam.

Zerknął na nią. Rumieniła się od chwili, kiedy wywołał ją z poczekalni. A może miała tylko taką cerę?

– Czy nie mówiłaś, że mieszka tu twój ojciec…?

– Jego żona właśnie urodziła dziecko – przerwała mu.

– Więc ci się nie dziwię.

– Przepraszam?

Zesztywniał. Powiedziała to już po raz trzeci.

– Nie dziwię się, że nie chcesz mieszkać z płaczącym niemowlakiem.

Nie odpowiedziała. Przełknęła tylko ślinę, co kazało mu myśleć, że może to jej ojciec nie chciał, żeby z nimi mieszkała.

Właśnie miał jej powiedzieć, że tracą tylko czas. Nie kierował się emocjami. Interesowały go komputery. I książki. Ludzie nie. Nie było sensu tego ciągnąć, nie zostanie jego asystentką. A jeśli zapyta, powie jej dlaczego. Naomi Johnson nieustannie przepraszała, a to Seva irytowało. „Przepraszam” było ostatnim angielskim słowem, jakiego sam się nauczył i używał go nader rzadko. A ona wypowiedziała je dwukrotnie, zanim nawet usiadła.

Przeprosiła, kiedy wszedł do recepcji, by zaprosić ją na rozmowę, bo, wstając, potrąciła szklankę z wodą. Potem, już w jego oszałamiającym gabinecie z widokiem na Piątą Aleję zagadnął, jak minął jej ranek. Najwyraźniej nie zrozumiała pytania i znowu przeprosiła.

A teraz znowu to powiedziała.

– Nie sądzę, żeby to się udało – powiedział.

– Proszę pana…

– Sev – przerwał jej. – Nie jestem nauczycielem w szkole. – Spojrzał w jej poważne piwne oczy i widząc, jak gwałtownie zamrugała, postanowił złagodzić szorstki ton. Najwyraźniej włożyła wiele wysiłku w to dzisiejsze spotkanie. Hostel, w którym mieszkała, był norą, a jednak przyszła w eleganckim kostiumie. Odrobinę zbyt obcisłym, pomyślał, zauważając jej kształty. Ciemne włosy schludnie upięła z tyłu.

– Słuchaj, Naomi, bez wątpienia posiadasz kwalifikacje i jak na swoje dwadzieścia pięć lat duże doświadczenie i dobrze dzisiaj wypadłaś, ale… – widział, jak nerwowo przełykała ślinę i chciał być delikatny. – Lista twoich zamiłowań jest imponująca… Literatura, jazda konna, balet, teatr… Rzecz w tym, że po swojej asystentce oczekuję zainteresowania wyłącznie moją osobą.

– Felicity już mi to wyjaśniła. – Po wstępnej rozmowie z jego obecną asystentką nie miała wątpliwości, jak wymagająca była to funkcja. Umiejętności Sevastiana Derzhavina w dziedzinie cybernetycznego bezpieczeństwa przyniosły mu światową renomę. Był też znanym playboyem, a asystentka musiała żonglować nie tylko jego prywatnym terminarzem, ale także odrzutowcem i helikopterem. Powiedziano jej dokładnie, czego ta praca wymagała. Derzhavin był pozbawionym uczuć arogantem, każącym dla siebie harować, ale za dobrą służbę płacił krocie. Gorycz bijąca z głosu Felicity pozwalała sądzić, że za jej nagłym odejściem kryła się przyczyna bardziej osobista.

– Jeśli nawet – Sev już odłożył jej życiorys na biurko i właśnie miał zakończyć rozmowę.

– Czy to pomoże, jeśli powiem, że skłamałam w CV?

– Prawdopodobnie nie. – Zamiast jednak wstać, rozparł się na krześle. – Mów dalej.

– Cóż, naprawdę lubię balet i teatr, ale nazywanie ich moim hobby jest naciągane, a na koniu nie siedziałam od czternastego roku życia…

– A książki?

– Czytałabym w łóżku.

Sev zawahał się i z trudem powstrzymał przed bardzo niestosowną ripostą. Najwyraźniej Miss Niezręczności zorientowała się, jaką popełniła gafę, bo jej policzki, już powoli blednące, zaczerwieniły się w tej samej sekundzie, kiedy to powiedziała.

– Cóż, nie mogę zarządzać twoim czasem w sypialni – powiedział i znowu się zawahał, ponieważ właściwie nie miałby nic przeciwko temu…

Sytuacja nagle odwróciła się o sto osiemdziesiąt stopni.

– Ostrzegam, że jeśli dam ci tę pracę, to większość twoich godzin na jawie będzie poświęcona mojej osobie i organizowaniu mi życia. Nie znajdziesz czasu, żeby przeczytać własny horoskop, bo najpierw będziesz czytać mój.

– I tak nie wierzę w horoskopy.

– Założę się, że jednak je czytasz.

– A to istotne? – Była twardsza, niż wyglądała na pierwszy rzut oka.

Spojrzał na nią uważniej, dostrzegając jej pełne wargi i zaokrąglone policzki i utonął w jej głębokich, piwnych oczach. Pod tym spojrzeniem Naomi zrewidowała konieczność zdobycia tej posady. Nie tyle niepokoił ją dwunasto- czy osiemnastogodzinny dzień pracy, co osoba, z którą miała ten czas spędzać.

– Jak widzę, jesteś zaręczona – Sev zerknął na jej pierścionek.

– Znowu: czy to istotne?

– Właściwie tak – odparł cierpko. – Bo musiałabyś mieć najbardziej wyrozumiałego narzeczonego pod słońcem, żeby się godził z wymogami czasowymi, jakie będę ci stawiał.

– Mój narzeczony nie przyjechał ze mną do Nowym Jorku, jednak… – Naomi zawahała się przez moment i zdecydowała, że jeśli nawet jakimś cudem zaoferowałby jej tę posadę, to i tak jej nie przyjmie.

Dwanaście minut temu jej życie, choć skomplikowane, było raczej uporządkowane. Właśnie wysłała ojcu esemesa, proponując wspólny lunch, kiedy jej rozmowa o pracę dobiegnie końca. Odłożyła telefon i sięgnęła po szklankę, żeby napić się wody, a wtedy Sevastian Derzhavin wyszedł z gabinetu i zawołał: „Naomi!”.

Był taki piękny. Ciemnowłosy, blady i długonogi. Pomimo nieskazitelnego garnituru wyglądał, jak gdyby właśnie wyszedł z klubu albo kasyna o piątej rano, taki był potargany i nieogolony. Miał poluzowany krawat i ciemnoszare oczy o nieco ciężkich powiekach. Nie uśmiechnął się, tylko kiwnął w stronę gabinetu. Straciła głowę tak dalece, że wstając, przewróciła szklankę. A kiedy głębokim głosem z silnym rosyjskim akcentem zapytał, jak się dzisiaj miewa, rozanielona nie usłyszała, co powiedział, i musiał powtórzyć pytanie.

Z każdym kolejnym pytaniem wydawał jej się bardziej seksowny. Z każdą wymawianą przez niego spółgłoską zastanawiała się, czy krzesło, na którym siedziała, nie było podłączone do prądu. Jakimś cudem nawet lista jej upodobań zaprowadziła ich do łóżka i teraz Naomi chciała już tylko wstać i wynieść się stąd. „Jestem zaręczona – chciała mu powiedzieć. – Jak śmiesz sprawiać, żebym tak się czuła?”. Nie, nie chciała tej posady.

– Nie mówisz w żadnym obcym języku? – upewniał się.

– Nie. – Potrząsnęła głową. – Nie mówię.

– Ani trochę?

– Non - powiedziała i roześmiała się z własnego dowcipu. On się nie roześmiał i tylko na nią patrzył.

– Wiesz – w końcu odrzekł – Anglicy są leniwi.

– Słucham?

– To znaczy, świat angielskojęzyczny.

– Och.

– Polegają na innych mówiących ich językiem.

– Iloma językami sam mówisz? – spytała.

– Pięcioma.

Dobrze, nie dostanę tej roboty, pomyślała.

– Ale zakładając, że niemal każdy mówi po angielsku, z pewnością możemy to jakoś obejść.

Ratunku!

– Zamierzam zostać w Nowym Jorku zaledwie rok… – podsunęła mu argument, ale on tylko wzruszył ramionami.

– Wypalisz się na długo przedtem. Nie wydaje mi się, żebym kiedykolwiek miał asystentkę dłużej niż sześć miesięcy. Myślę, że wytrwasz jakieś trzy miesiące.

– Słuchaj – Naomi błysnęła zębami w uśmiechu. – Nie będę ci dłużej zabierać czasu. Wprawdzie twoja asystentka wyraźnie powiedziała, że praca jest bardzo absorbująca, ale nie zdawałam sobie sprawy, że do tego stopnia. Lubię weekendy… – Posłała mu kolejny uśmiech, znowu nieodwzajemniony. – Właściwie jestem tu po to, żeby trochę bliżej poznać ojca i dlatego…

– Weekendy będziesz miała wolne – usunął i tę przeszkodę. – Chyba że będziemy za granicą.

– No i – była już zdesperowana – zupełnie nie mam doświadczenia na twoim polu.

– Na moim polu? – Doskonale wiedział, co miała na myśli, ale bawiło go jej zakłopotanie. – Nie jestem farmerem.

– To znaczy, niewiele wiem o bezpieczeństwie cybernetycznym.

– Gdyby tak było, stanowiłabyś dla mnie konkurencję.

Wstała i wyciągnęła rękę.

– Przepraszam, ja…

– W pakiecie jest mieszkanie z widokiem na Central Park. To znaczy, kiedy Felicity już się wyprowadzi. Jest przyjemne… – rozwodził się. – Przynajmniej ja lubię tam mieszkać.

– Mieszkalibyśmy w tym samym budynku? – Coraz gorzej.

– Jest ogromny. Nie bój się, nie będę pukać do twoich drzwi, żeby pożyczyć szklankę cukru. To wygoda, kiedy ma się spotkania wcześnie rano albo późno w nocy. Pozwala oszczędzić czas, dziesięć minut koniecznych na odebranie cię spod innego adresu, no i mają tam lądowisko dla helikopterów. – Mimochodem podał też kwotę, jaką otrzymywałaby jako dodatek reprezentacyjny.

– Nie, naprawdę…

Naomi chciała odzyskać swoje życie i wrócić do świata, w którym nie spotkała tego mężczyzny. Ale teraz to Sev chciał jej. Nęciła go niczym zakazany owoc, a on uwielbiał słowo „nie”. Uważał je za przeszkodę, którą należało obejść albo pokonać. Bardzo go motywowało.

 

– Dziękuję, że poświęciłeś mi czas. – Naomi nadal wyciągała do niego rękę. Nie podał jej swojej.

– Przepraszam – powiedziała znowu, ale tym razem mu to nie przeszkadzało. Siedział po prostu i patrzył, jak wychodziła. Wziął do ręki kolejne CV i przejrzał je.

Co za nuda, westchnął, nadal myśląc o dziewczynie o smutnych piwnych oczach. Jak u spaniela. Zabłąkanego, wystraszonego szczeniaczka, pełnego nadziei, że go ktoś pokocha.

Wyszedł do poczekalni, żeby poprosić Emmanuela. Ale nikogo tam nie było.

– Felicity… – zawołał do asystentki, ale jej krzesło było puste. Zniknęła też jej torebka. Na ekranie monitora widniała pożegnalna wiadomość dla niego: DAŁAM PLAMĘ!!!

– Wcale nie – Sev uśmiechnął się, ale ten uśmiech zbladł, kiedy winda otworzyła się i Emmanuel, przypuszczalnie, wypadł z niej z impetem. – Bardzo przepraszam za spóźnienie, proszę pana…

Sev skrzywił się. Rozpoznał go. Tak, kilka lat wcześniej przeprowadzał z nim rozmowę o pracę, a teraz tamten wrócił, po kolejną odmowę. W dodatku pięć minut spóźniony.

– Nie najlepsze pierwsze wrażenie.

– Wiem, ale…

– Szkoda naszego czasu.

– Ale…!

Sev nie czekał na jego wyjaśnienia. Wrócił do gabinetu i wyczuł delikatną nutę kwiatowych perfum Naomi Johnson. Podjął decyzję i chwycił za telefon.

Kiedy zadzwonił, Naomi właśnie sprawdzała wiadomości w komórce. Sądziła, że to ojciec odpowiada na jej esemesa, żeby spytać, jak jej poszło. Wydawał się pod wrażeniem, kiedy mu powiedziała, że idzie na rozmowę z Sevastianem Derzhavinem.

– Cześć, tato, właśnie skończyłam…

Jej głos pełen był entuzjazmu i nadziei. Zupełnie innym tonem rozmawiała wcześniej z Sevem.

– To nie twój ojciec. Mówi Sev.

– Och! – Wyczuł w jej głosie rozczarowanie. Dla niego to była nowość, bo kobiety zwykle wyłaziły ze skóry, kiedy do nich dzwonił. – Twój szef.

– Przepraszam?

– Ha! Będziemy musieli nad tym popracować. Gratulacje, Naomi, dostałaś tę pracę.

Stała w hallu i wiedziała, że powinna zakończyć tę rozmowę. Po prostu rozłączyć się i wynieść stamtąd czym prędzej.

– Myślałam, że wyraziłam się jasno… – podjęła próbę, ale jej przerwał.

– Co powiesz na dodatkowy bonus w postaci wypadów co kwartał do domu w Anglii? Akurat wybieram się tam prywatnie w listopadzie. Możesz mieć dwa tygodnie wolnego. Narzeczony na pewno się ucieszy. Dlaczego nie przyjechał tu z tobą?

– Słucham?

– Do Nowego Jorku. Dlaczego przyjechałaś sama?

– Mamy do siebie zaufanie… – zabrzmiało to piskliwie, bo w tej chwili Naomi nie ufała sama sobie.

– Nie mówię o zaufaniu. Jestem ciekaw, dlaczego nie przyjechał.

To pytanie zadała sobie sama kilka razy.

– Ma bardzo odpowiedzialną pracę.

– To tak, jak ja – odparł Sev i zdecydował, że jej narzeczony, w dodatku nieobecny, jest całkowicie nieistotny. Wyrzucił go z pliku pod nazwą Naomi Johnson.

– Przyjdź pracować u mnie, Naomi. Umowa stoi? – zapytał.

Wiedziała, że igra z ogniem i będzie musiała trzymać w ryzach swoje uczucia. Ale w tym Naomi była świetna. W końcu robiła to przez większość swojego dwudziestoczteroletniego życia. Jeśli powie ojcu, że zdobyła tak prestiżową posadę, to może w końcu ujrzy błysk aprobaty w jego oczach. To mógł być ważny przełom w ich relacjach.

– Naomi – nalegał Sev. – Umowa stoi czy nie?

– Stoi – wychrypiała. – Kiedy mam zacząć?

Miała nadzieję, że za miesiąc, może za dwa tygodnie. Nie wcześniej niż w poniedziałek. Musiała ochłonąć, zanim znowu stanie z nim twarzą w twarz. Ale wtedy usłyszała jego głos.

– Odwróć się i wsiadaj z powrotem do windy. – Niczym prowadzący w jakimś telewizyjnym quizie nacisnął guzik w stoperze jej życia. – Właśnie zaczęłaś.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Naomi obudziła się w ciepłym, wygodnym łóżku. W oczekiwaniu na świt wpatrywała się w ciemność. Zeszłego wieczora zadzwoniła do Andrew i powiedziała mu, że to koniec. Tak jak oczekiwała, nie przyjął tego dobrze. Ale równie źle przyjął wiadomość o jej wyjeździe do Nowego Jorku, gdzie chciała spędzić trochę czasu z ojcem. Właściwie zerwali ze sobą w przeddzień jej wylotu. Nazajutrz jednak zjawił się na lotnisku Heathrow z pierścionkiem zaręczynowym, mówiąc, że będzie na nią czekał.

Nie wspominała tego czule. Później uświadomiła sobie, że powiedziała „tak” pod presją i wcale nie potrzebowała, aby wielkodusznie przyznawał jej prawo do rocznej nieobecności. W końcu stało się i powinna odczuwać ulgę, tylko że więcej już o Andrew nie myślała.

Zemdliło ją ze strachu na myśl o kolejnej trudnej rozmowie, jaką miała dzisiaj odbyć. Z Sevem. Andrew oczywiście zapytał, czy jest ktoś inny, i Naomi wahała się odrobinę za długo, zanim mu odpowiedziała. Nie, nikogo innego nie było i to była prawda. Poniekąd. Pracowała dla Seva już od trzech miesięcy i owszem, kilka razy próbował z nią szczęścia. Kiedyś utknęli w jego odrzutowcu na całe godziny na pasie startowym w Mali. Odłożył książkę, którą zawsze czytał podczas startu samolotu, i spytał, czy miałaby ochotę się położyć. Z nim na górze. Albo na górze mogłaby być ona. Taki był wspaniałomyślny.

Innym razem w Helsinkach przyszedł do jej apartamentu w hotelu, żeby poinformować ją o zmianie swego kodu bezpieczeństwa. Oświadczył też, że na stałe wyleczył się ze słabości do blondynek i zaproponował jej łóżko. Oczywiście odpowiedziała mu, że jakkolwiek jego propozycja jej pochlebia, to jest zaręczona, a poza tym nigdy nie związałaby się z własnym szefem. Był najmniej romantycznym człowiekiem, jakiego znała, i szalała za nim. Chociaż rzuciła Andrew, postanowiła, pisząc swoje wypowiedzenie, nadal trzymać na palcu zaręczynowy pierścionek. Bo, choć w zasadzie nie było nikogo innego, Naomi robiła, co mogła, by nie ulec czarowi Seva.

Odezwał się budzik w jej komórce. Wyłączyła go, odsunęła kołdrę i powlokła się do kuchni, żeby zrobić kawę. Mieszkanie było piękne, bardzo wysokie, z mahoniowymi drzwiami i pięknymi kominkami. Sev mieszkał w penthausie kilka pięter wyżej i poza pracą ich ścieżki rzadko się krzyżowały. Problem stanowiła jednak praca i to, że całe dnie spędzali razem. Do tego jeszcze dochodziły wspólne podróże zagraniczne. A raczej to Naomi miała problem ze swoimi uczuciami do niego.

Wróciła z kawą do łóżka, zastanawiając się, czy nie miała właśnie popełnić największego błędu w życiu, rzucając tę pracę, kiedy, jak gdyby w odpowiedzi, zadzwonił telefon. Była szósta rano w poniedziałek, ale Sev się tym nie przejmował. Naomi była do jego dyspozycji przez dwadzieścia cztery godziny siedem dni w tygodniu bez czasu na odpoczynek i rzadko miała chwilę na zaczerpnięcie oddechu i uspokojenie gwałtownego bicia serca.

– Cześć, Sev.

– Która godzina? – spytał.

Chciała mu odpowiedzieć, że nie jest jego osobistym gadającym zegarem, ale płacił jej wystarczająco dużo, by nim była, skoro sobie tego życzył.

– Szósta – odrzekła. – Rano – dodała. Na wszelki wypadek.

– Okej. Czy możesz odwołać moje poranne spotkania? W zasadzie odwołaj wszystkie dzisiejsze spotkania. Wracam do pracy jutro.

Och, nie! Zrozumiała tamto dziwne pytanie o godzinę. Nie znajdował się nawet w tej samej strefie czasowej.

– Sev, gdzie jesteś?

– W drodze powrotnej.

– Ale skąd? O jedenastej masz spotkanie z szejkiem Allemem, a wieczorem jemy kolację z nim i jego żoną. Termin potwierdziliśmy dawno temu, negocjowaliśmy go całymi tygodniami.

– Wiem.

– Więc musisz tu być.

– Ile czasu leci się z Rzymu do Nowego Jorku?

– Trochę ponad osiem godzin – westchnęła.

– Sama więc widzisz, że to niemożliwe. – Wyobraziła sobie, jak wzruszał ramionami.

– Sev – zaapelowała. – Allem dzwonił wczoraj wieczorem, mówiąc, jak bardzo oboje z żoną cieszą się na to spotkanie. Okazał wiele cierpliwości.

Owszem, szejk Allem był cierpliwy. Prosił wcześniej Seva o przyjazd do Dubaju. Chciał, żeby sprawdził system komputerowy w jego hotelu, ale Sev to odwołał. Teraz Allem przyleciał z żoną, żeby go odwiedzić. Byli bardziej przyjaciółmi niż wspólnikami w interesach, ale Sev przyjaciół nie potrzebował i wolał trzymać Allema i jego żonę na dystans. Nie chcieli o tym słyszeć.

– Okej, okej – burknął. – Jadę na lotnisko. Kiedy tam dotrę, poproszę pilota, żeby wcisnął pedał gazu czy co oni tam robią. Ale nie ma szans, żebym zdążył przed trzecią.

– Co mam mu powiedzieć?

– Właśnie za to ci płacę, żebyś takie sprawy rozwiązywała. Użyj swojego wdzięku.

– Całkowicie się już wyczerpał.

– Właśnie zauważyłem. Zrobiłaś się bardzo…

– Denerwująca? – podpowiedziała.

– Nie wiem, co to znaczy.

– Humorzasta, irytująca.

-Tak, stałaś się ostatnio bardzo denerwująca.

– Bo mój szef stale mi znika. Co właściwie robisz w Rzymie? – Prowadziła przecież jego kalendarz, rezerwowała mu samoloty, organizowała pracę i dobrze wiedziała, że nie powinno go tam być.

– Chcesz wiedzieć dokładnie?

Zamknęła oczy. Wiedziała, oczywiście chodziło o kobietę. Właśnie dlatego była taka denerwująca. Bardziej niż czegokolwiek nienawidziła scysji. Właściwie to chciała, żeby Sev zwolnił ją przez telefon i żeby nie musiała składać dzisiaj rezygnacji.

– To znaczy, dlaczego jesteś w Rzymie? Próbuję wymyślić, co by tu powiedzieć szejkowi Allemowi.

– Cóż, wtedy wydawało mi się to świetnym pomysłem.

– Wtedy czyli w sobotę wieczór?

– Tak dobrze mnie znasz. Byłem na imprezie i…

– Zmieniłam zdanie – warknęła. – Nie muszę wiedzieć. Coś wymyślę.

– Jakie to angielskie. Coś wymyślę. Czy możesz wysłać ode mnie kwiaty?

Zamknęła oczy.

– Gdybyś mogła wysłać dwa tuziny białych róż…

Nie musiał jej tego mówić. Zawsze trzymał się swojej rutyny. W poniedziałek załatwiała kwiaty dla tego kogoś, z kim się spotykał w weekend, a koło środy prosił ją o zarezerwowanie hotelu dla kolejnego kogoś. Następny poniedziałek oznaczał kolejne kwiaty, w każdym razie do tego czasu tracił już zainteresowanie.

– Jak się nazywa? – spytała, sięgając po długopis. – I co mam napisać na bileciku?

– Nie przejmuj się kwiatami. Poza Allemem, czy tracę jeszcze jakieś spotkanie?

– Tylko comiesięczną odprawę ze mną. – Zamierzała mu na niej powiedzieć, że rezygnuje z pracy.

Milczał.

– Jest listopad – powiedziała.

– Wiem.

– Tylko się upewniam.

– Coś jeszcze?

– Nie, wszystko jasne, jeśli chodzi o Allema.

– Zjawię się możliwie najszybciej. Powiedz Allemowi… Powiedz mu to, co musisz, a jeśli będzie sprawiał kłopoty, przypomnij mu, że to on chciał się ze mną widzieć.

Nie powiedział „do widzenia”, po prostu się rozłączył. Nie, tego nie będzie jej brakować, tej reorganizacji pracy na ostatnią sekundę. Ani sprawiania ludziom zawodu. Przynajmniej ona tak to czuła. Jego klientom to w najmniejszym stopniu nie przeszkadzało. To, że był niedostępny, czyniło go jeszcze bardziej pożądanym. Im trudniej był osiągalny, tym większe miał wzięcie.

– Cholerny Sev – zrzędziła, zagrzebując się na powrót w poduszkach. Nie musiała się teraz spieszyć, więc leżała, czekając na wschód słońca, rozmyślając o tym, co miała zamiar zrobić. Większość ludzi uznałaby ją za wariatkę, że rzuca tak fantastyczną pracę i związane z nią profity. Przez ostatnie trzy miesiące sama to sobie powtarzała. Ale ubrania od projektantów i profesjonalnie zrobione paznokcie ani świetna fryzura nie przyniosły jej szczęścia. W chwili, gdy ujrzała Seva, zakochała się w nim. Strasznie. Tak jak jej liczne poprzedniczki wiedziała, jak daremna była nadzieja na cokolwiek innego niż przelotna przygoda. Powinna odejść, zanim mu ulegnie.

Była już wystarczająco udręczona, próbując zbudować relację z ojcem i zakończyć sprawy z Andrew. Nie potrzebowała przygody z Sevem, przelotnej dla niego, a w jej sercu pozostawiającej trwały ślad. On zresztą wcale nie był obojętny. Ciągle ją rozśmieszał. Zachowywał się niestosownie, to prawda, ale jej własne myśli były nie mniej niestosowne. Sam dźwięk jego głosu powodował skurcz w jej brzuchu. A co do braku uczuć… Czy je miał, czy nie, w niej bez wysiłku budził wszelkie emocje.

Nastawał ranek i z perspektywy ciepłego łóżka wydawał się rześki i bezchmurny. Przez okno Central Park wyglądał jak bogata paleta ognistych czerwieni i rudości. Zastanawiała się, jak by to było leżeć zimą w łóżku w sypialni przy rozpalonym kominku, spoglądając na nagie gałęzie drzew, ciężkie od śniegu.

 

Nie dowie się nigdy, bo zimą jej już tu nie będzie. Dzisiaj mu powie.