Nowa miłość

Tekst
Z serii: Medical
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ CZWARTY

Było to jej ulubione miejsce, ale ani długa plaża, słońce, które zachodząc, tonęło w oceanie, ani pomruki nadciągającej burzy nie były w stanie ukoić bólu, jaki jej sprawiły okrutne słowa Penny.

Jasmine nienawidziła kłótni i jak ognia starała się ich unikać. Wróciło wspomnienie, jak słyszy podniesione głosy rodziców dobiegające z dołu i leżąc w łóżku, całymi dłońmi zatyka sobie uszy.

To starcie było nieuniknione. Zdawała sobie z tego sprawę, wysyłając do Peninsula Hospital podanie o pracę. Ale nie mogła tak po prostu spełnić żądań Penny tylko dlatego, że siostrę stawia to w niezręcznej sytuacji.

Penny postąpiła okrutnie, wywlekając jej związek z Lloydem i sugerując, że nie chce wracać do Melbourne Central z powodu tego, co się kiedyś wydarzyło.

Okrutne, ale zgodne z prawdą, pomyślała smętnie.

Samo odkrycie, że jest w ciąży, było dla niej szokiem, ale nie miała wtedy pojęcia, co jeszcze ją czeka.

Że ten energiczny ratownik medyczny, wniebowzięty na wiadomość o ciąży, który nalegał, by się pobrali, a potem zabrał ją w trzymiesięczną podróż poślubną dookoła Australii, jest podejrzany o okradzenie pacjenta.

Oszukiwał ją od początku. Miała poczucie, że nigdy nie uwolni się od wstydu. Pod koniec ciąży szepty i wymowne spojrzenia koleżanek ze szpitala oraz rozpadający się związek były prawdziwym koszmarem. Penny nie musiała jej o tym przypominać.

– Wiedziałem, że skądś cię znam.

– Och! – Drgnęła, zorientowawszy się, kto do niej mówi. – Cześć, Jed. – Był zasapany i…bardzo dobrze zbudowany.

Miał na sobie szare szorty i szary T-shirt. Gdy go podciągnął, by otrzeć pot z twarzy, nie mogła nie zauważyć jego płaskiego brzucha. Zaczerwieniła się, bo po raz pierwszy od dłuższego czasu surowa męska uroda zrobiła na niej tak wstrząsające wrażenie.

Która by się temu oparła? – pomyślała na swoje usprawiedliwienie. Każda dziewczyna wyrwana z zadumy przecierałaby oczy na jego widok, każda byłaby zła, że jest potargana, w spłowiałych szortach i ubrudzonym farbą podkoszulku.

– Chodzisz tu na spacery? – upewnił się, bo już wiedział, skąd ją zna. Niekiedy przechadzała się krokiem powolnym, kiedy indziej energicznym, ale zawsze sprawiała wrażenie zamyślonej. – Czasami cię tu widuję. Ale od niedawna.

– Mieszkam tam. – Wskazała swój mały drewniany domek. – Przychodzę na plażę, jak tylko mam okazję.

– To znaczy, że jesteśmy prawie sąsiadami. – Uśmiechnął się. – Mój dom jest ten na końcu. – Niedaleko stała kolonia domów zbudowanych dwa lata wcześniej. Matka pośredniczyła w ich sprzedaży. Ciekawe, czy Jed należał do jej klientów.

Teraz skinieniem głowy pozdrowił biegacza, który właśnie ich mijał, po czym zagadnął starszych państwa z psem. Najwyraźniej miał tu sporo znajomych.

– Przerwa w malowaniu? – Uśmiechnął się.

– Skąd wiesz? – Westchnęła. – Nie wiem, kto był bardziej szurnięty, ten, kto pomalował ściany na zielono czy ja, bo wyobraziłam sobie, że wystarczą dwie warstwy białej farby, żeby to zamalować. Kładę już trzecią. – Omiotła go wzrokiem, po czym stwierdziła to, co było oczywiste. – A ty biegasz.

– Za dużo – jęknął. – To uzależnia.

– Nie mnie. Próbowałam, ale prawdę mówiąc, nie wiem, od czego należy zacząć.

– Najpierw się idzie, potem kawałek podbiega, a potem znowu idzie. Tak się ćwiczy wytrzymałość. To nie trwa długo – stwierdził z uśmiechem. – Popatrz na mnie. Jestem nałogowym biegaczem.

– Rozumiem, ale mnie to nie bierze.

– Hm. Jak ci poszło załatwianie żłobka?

Szedł obok niej. Pewnie dla złapania oddechu, pomyślała. Przecież nie zwolnił dla niej. Mimo to miło było pogawędzić.

– Potraktowano mnie bardzo przychylnie, chociaż podejrzewam, że Lisa miała z tym coś wspólnego.

– W jakim wieku jest twój dzieciak?

– Czternaście miesięcy. Ma na imię Simon.

– To twoja pierwsza praca, od kiedy się urodził? – Wyraźnie miał ochotę na pogawędkę. Przyjemnie było znaleźć się w towarzystwie osoby dorosłej, iść plażą i rozmawiać.

– Tak, pierwsza. Trochę się denerwuję.

– Ale już pracowałaś w Melbourne Central – zauważył. – Tam to dopiero jest urwanie głowy. Przynajmniej tak było, kiedy przyszedłem na rozmowę.

– Nie podobało ci się tam?

– Podobało, ale ku mojemu zaskoczeniu bardziej mi się spodobał Peninsula. Musiałem wybierać między tymi dwoma placówkami, a to… – powiódł wzrokiem po zatoce – …był ogromny atut. Plaża niemal pod szpitalem. Nawet ją widać ze stołówki.

– Ja też to lubię. – Mimo że lubiła gwar wielkiego miasta, najbardziej pociągała ją plaża.

– Dasz radę – powiedział. – Wystarczy dziesięć minut, żebyś się wciągnęła.

– Obawiam się, że trochę dłużej – odparła ze śmiechem. – Wczesne macierzyństwo sprawia, że ma się pustkę w głowie. Ale wracam do pracy z przyjemnością. Muszę jeszcze tylko ustalić dyżury i załatwić kilka spraw.

– Co robi twój mąż? – Upił łyk wody z butelki. – Pomoże ci?

– Jesteśmy w separacji.

– Och, tak mi przykro…

– W porządku. – Zdążyła już się oswoić z taką odpowiedzią, tym bardziej że to i tak wkrótce miało się zmienić, bo zostanie pełnoprawną rozwódką.

Rozmowa, która do tej pory toczyła się swobodnie, nagle się urwała.

– Zanosi się na burzę – powiedział Jed.

Uśmiechnęła się z przymusem: nie pozostało im nic innego jak wymiana uwag na temat pogody.

– Chyba wrócę do domu sprawdzić, jak schnie farba.

– Jasne. – Pożegnał ją uśmiechem i pobiegł.

Idąc w stronę domu, miała ochotę się odwrócić i zawołać: Nie bój się, nie uciekaj. To, że nie mam partnera, nie znaczy, że szukam nowego.

Spłoszyła go. Nie warto się tym przejmować. Ma tyle spraw na głowie, że nie będzie jej sobie zawracać Jedem Devlinem.

ROZDZIAŁ PIĄTY

Doszła do wniosku, że pokrewieństwo z dwoma silnymi i samodzielnymi kobietami ma jedną ogromną zaletę. Zmusza ją, by i ona była silna oraz samodzielna, nawet jeśli taka się nie czuje.

Po ośmiu godzinach szkolenia przeciwpożarowego, przymierzania uniformów, wykładu na temat bezpieczeństwa i pozowania do zdjęcia do identyfikatora została wciągnięta do planu dyżurów. Lisa zgodnie z obietnicą zadzwoniła do żłobka, informując kierowniczkę, że mały Simon ma być ich priorytetem, ponieważ na ratunkowym brakuje pielęgniarek.

I tak tydzień później, w środę rano o godzinie siódmej, lżejsza o dwa kilogramy dzięki diecie i w nowym uczesaniu, zaprowadziła synka do żłobka.

– On na pewno jest twój? – zapytała opiekunka Shona z uśmiechem, odbierając od niej malca.

To pytanie towarzyszyło jej od samego początku. Już położne na porodówce żartowały, widząc jego jasne włosy i chude kończyny. Czasami sama Jasmine miała wrażenie, że ktoś jej synka wypożyczył.

Simon rozpłakał się, wyciągając do niej rączki, gdy się zorientował, że mama odchodzi. Tak, pomyślała, może jest podobny do cioci, ale w odróżnieniu od niej jest wrażliwy. Jak jego mama.

– Idź już – rzekła Shona na widok łez w oczach Jasmine. – Będziesz niedaleko. W razie czego cię wezwiemy, ale tutaj nic złego go nie spotka.

Dwadzieścia po siódmej, z zaczerwienionymi oczami, zameldowała się na stanowisku pielęgniarek w oczekiwaniu na przekazanie dyżurów.

Do niczego takiego nie doszło.

– Pracujesz z Vanessą – oznajmiła Lisa. – W tym miesiącu masz tę samą zmianę i o ile to będzie możliwe, zawsze z nią. Dzisiaj deleguję was do sali reanimacyjnej. Na razie nie ma tam nikogo, więc Vanessa pokaże ci, gdzie co jest, dopóki nic się nie dzieje.

Ucieszyło ją, że od razu musi skoczyć na głęboką wodę. Poza tym Lisa nie miała wielkiego wyboru. Nie było czasu na prowadzenie jej za rączkę, bo tego ranka wykwalifikowany personel był na wagę złota, a ona mimo długiej przerwy w pracy miała i wykształcenie, i doświadczenie. Pozostałe pielęgniarki Lisa przydzieliła do kabin, do nadzorowania dziewczyn z agencji wynajętych z powodu braku personelu.

Vanessa okazała się przyjazna. Pracowała w szpitalu od trzech lat. Oprowadziła Jasmine po aneksie reanimacyjnym, razem sprawdziły tlen, pompy i zawory ssania oraz zapasy instrumentów i leków. Przy okazji trochę plotkowała.

– Doktor Dean… – Lekko się skrzywiła. – Doktor Dean lubi, żeby wszystko było zrobione tak, jak to ustalił. Trochę to trwa, zanim człowiek się w tym połapie, ale potem już jest całkiem znośny – wyjaśniła. – Jest jeszcze dwóch specjalistów: Rex i Helena.

Jasmine z zapartym tchem słuchała opowieści o kolejnych lekarzach, stażystach i pielęgniarkach.

– Penny Masters kończy specjalizację. – Vanessa wzniosła oczy do nieba. – Kąśliwa jak osa, więc nie bierz tego do siebie. Warczy na wszystkich i wtrąca się nieproszona. Ale trzeba przyznać, że się sprawdza. Jest jeszcze Jed. Z nim pracuje się kapitalnie, chociaż jest trochę szorstki i utrzymuje dystans.

Zabawne, pomyślała Jasmine, jej wydał się wyjątkowo przyjaźnie nastawiony, ale to nieważne.

Wkrótce na oddział zaczęli napływać pacjenci, wśród nich mężczyzna, który spadł z rusztowania i połamał sobie ręce, ale zważywszy na wysokość, z jakiej spadł, zachodziło podejrzenie poważnych urazów wewnętrznych. Mimo że wszystko było przygotowane, Jasmine poczuła, że się prostuje, gdy do sali weszła Penny. Bez słowa włożyła plastikowy fartuch, okulary ochronne i rękawiczki.

– Poznaj Jasmine. – Vanessa przedstawiła nową koleżankę. – Nasza nowa pielęgniarka kliniczna.

– Co wiadomo o pacjencie? – zapytała Penny szorstkim tonem.

Właśnie go wwieziono. Był młody, miał na imię Cory i wił się z bólu. Penny wykrzykiwała polecenia, gdy ostrożnie przenoszono go na łóżko. Chłopak miał we włosach, na ubraniu, nawet na powiekach pył, który wszędzie się unosił, gdy rozcinały jego ubranie. Mimo że na oba ramiona nałożono mu szyny, zaczął się rzucać.

 

– Cory, leż spokojnie i się nie ruszaj – rzekła Jasmine, podczas gdy Penny poddawała poszkodowanego oględzinom. Osłuchała go, palpacyjnie zbadała jamę brzuszną, domagała się pomiaru parametrów życiowych, jeszcze zanim podłączyły go do aparatury, a na koniec zaordynowała silny środek przeciwbólowy.

– Moje oczy… – jęknął, gdy już lek zaczął działać. Penny obejrzała je ponownie.

– Przemyj mu oczy.

Jasmine podgrzała litr soli fizjologicznej do temperatury ciała, po czym zaczęła przemywać oczy Cory’ego.

– Okej. – Penny zwróciła się do pacjenta. – Zrobimy prześwietlenie i tomografię, ale na razie mogę powiedzieć, że miał pan dużo szczęścia.

– Szczęścia? – zdziwił się Cory.

– Pani doktor ma na myśli, że w porównaniu z tym, co mogło ci się przydarzyć – wyjaśniła Jasmine, cierpliwie zmywając pył z jego powiek. – Spadłeś ze sporej wysokości, a sądząc po tym, że masz strzaskane oba nadgarstki, udało ci się odwrócić i zamortyzować upadek rękami. – Wzruszyła ramionami. – Być może w tej chwili nie uważasz tego za szczęście… – Osuszyła prawe oko gazikiem. – Jak teraz?

Cory zamrugał.

– Lepiej.

– A ból?

– Trochę zelżał.

– Potrzebna wam pomoc? – Jasmine odwróciła się, słysząc znajomy głos. Jed. Pachniał porankiem, świeżością, tryskał energią i był skory do pomocy.

– Mam jeszcze to. – Penny ruchem głowy wskazała pacjenta na wózku. – Lepiej pomóż jemu.

Jasmine już zapomniała, jak pracuje się na ratunkowym. Nie ma chwili oddechu ani czasu na sprzątanie. Bardzo często od razu przechodzi się do następnego pacjenta. Vanessa wraz z Penny zajęły się prześwietleniem nadgarstków Cory’ego, a następnie przygotowaniem go do tomografii, więc Jasmine z Jedem zajęli się nowym. Czasem zaglądała do nich Lisa.

– To jej pierwszy dzień – ostrzegła Jeda, otwierając którąś z puszek, gdy Jasmine podłączała chorego do monitora kardiologicznego. Ratownicy tymczasem relacjonowali, co mu dolega.

– Nie szkodzi – odparł Jed.

Przedstawił się starszemu panu, po czym go osłuchał. Jasmine mocowała mu teraz końcówki EKG. Przywieziono go z migotaniem przedsionków, czyli jego serce pracowało nieefektywnie, co wskazywało na obecność płynu w płucach. Był siny, pocił się, drżał z zimna, a z każdym wymuszonym oddechem na jego wargach pojawiała się piana.

– Wkrótce poczuje się pan lepiej – zapewnił go Jed.

Ratownicy już wcześniej podali mu kroplówkę, a gdy Jed poprosił o morfinę i lek odwadniający, Jasmine przez chwilę szukała ich wzrokiem. Gdy stała ze speszoną miną, Jed po prostu wskazał jej te leki bez wzdychania i podnoszenia oczu do nieba, jak zareagowałaby Penny.

– Możesz zadzwonić po przenośny aparat rentgenowski? – poprosił.

Technik ledwie wrócił na swój oddział, a Jasmine musiała wezwać go ponownie.

– Jaki to numer? – Moment później znalazła ten właściwy na tablicy.

Jed pracował inaczej niż Penny. Był o wiele spokojniejszy, zdecydowanie bardziej uprzejmy wobec personelu, nie zirytował się, gdy Jasmine nie mogła znaleźć zestawu do cewnikowania. Po prostu sam po niego sięgnął. Przepraszał też zmęczoną po nocnym dyżurze radiolożkę, prosząc ją o chwilę cierpliwości, ponieważ musiał założyć cewnik.

Jednak Vanessa miała rację. Jed zachowuje dystans wobec personelu i w ogóle nie przypomina faceta, który tak miło ją potraktował przed rozmową o pracę albo spacerował z nią po plaży. Ale podobnie jak Penny jest wzorowym lekarzem.

Jasmine przez cały czas przemawiała kojąco do starszego pana. Dzięki tlenowi, dużej dawce środka moczopędnego oraz łagodzącemu działaniu morfiny poziom tlenu we krwi stopniowo zaczął się podnosić, skóra nabrała zdrowszego koloru. Pacjent przestał panicznie ściskać jej dłoń.

Lisa zaglądała do nich raz po raz. Oświadczyła, że z jajnikami już ma święty spokój, po czym nałożyła ołowiany fartuch i wyprosiła wszystkich za drzwi, by prześwietlić chorego.

W napięciu czekali, aż pozwoli im wrócić.

– Podoba ci się pierwszy dzień w pracy? – Jed z wyraźnym przymusem zwrócił się do Jasmine.

– Oczywiście! – Sama się zdziwiła, słysząc entuzjazm w swoim głosie, bo bardzo się bała powrotu do pracy oraz rozstania z Simonem. Obawiała się też, że jej wyjałowiony mózg nie podoła wymagającym wyzwaniom. Tak, wystarczyła zaledwie godzina dyżuru, by zdała sobie sprawę, jak bardzo kocha swój zawód.

– A nie mówiłem, że nie zajmie ci to długo?

– Tak, owszem, ale miałam dopiero dwóch pacjentów. – Ściągnęła brwi, zorientowawszy się, że podniósł na nią wzrok, spoglądając na jej włosy. – Fryzjerka za bardzo je skróciła.

– Nie, to nie to. Są białe.

– Och! – Gdy potrząsnęła głową, posypał się gipsowy pył. Jęknęła cicho. Zawsze wygląda nieporządnie.

Jed spoważniał, bo zapaliła się czerwona lampka, zezwalając im na powrót do sali.

– Wygląda pan lepiej – zauważyła, zwracając się do starszego pana. Morfina już zadziałała, a worek wypełniał płyn z płuc. – Jak się pan czuje?

– Mogę oddychać. – Mężczyzna, nadal niespokojny, chwycił ją za rękę. – Czy moja żona może wejść? Na pewno jest przerażona.

– Wyjdę do niej i z nią porozmawiam – odezwał się Jed. – Potem przekażę pana kolegom z oddziału. – Zerknął na Jasmine. – Zostaniesz z panem?

– Oczywiście.

– Myślałem, że to już koniec – wyznał pacjent, gdy podkładała mu poduszkę i okrywała kocem. Sprawdziła jego parametry, po czym przysiadła na twardym łóżku reanimacyjnym. – Libby też tak myślała.

– Pańska żona?

– Nie mogła sobie przypomnieć numeru pogotowia.

– Musiała bardzo się bać. – Nie móc oddychać na pewno jest przerażające, ale jeszcze straszniejsze musi być obserwowanie, jak kochana osoba cierpi. – Będzie szczęśliwa, jak zobaczy, że może pan rozmawiać i że wygląda pan teraz dużo lepiej.

Libby była tak szczęśliwa, że już w drzwiach wybuchnęła płaczem i to on musiał ją pocieszać.

Słodka para. Libby okazała się bardzo rozmowna, mówiła za dwoje. Jasmine dowiedziała się, że niedługo będą obchodzili złote gody, co samo w sobie jest dużym osiągnięciem. Ona nie wytrzymała nawet roku.

– Właśnie mówiłam Jasmine – rzekła Libby, gdy wszedł Jed – że za dwa tygodnie będziemy obchodzić pięćdziesiątą rocznicę ślubu.

– Gratuluję. – Jed się uśmiechnął.

– Dzieci szykują nam przyjęcie. To ma być niespodzianka. Chociaż to już nie dzieci…

– I trudno to nazwać niespodzianką – zauważył z uśmiechem Jed. – Mają państwo o niej nie wiedzieć?

– Właśnie. Sądzi pan, że do tego czasu mąż wyzdrowieje?

– Powinien. Teraz przekażę go na oddział i jeżeli jego stan nadal będzie się poprawiał, sądzę, że pod koniec tygodnia wróci do domu, a tydzień później będzie mógł uczcić ten jubileusz. Ale ostrożnie.

Ewidentna bliskość łącząca starszych państwa poruszyła Jasmine do głębi, ale z jeszcze większą przyjemnością poczuła, że cieszy ją powrót do pracy, bo przestała myśleć o własnych problemach. Po prostu kocha ten kontrolowany rozgardiasz.

Tego poranka nie miała ani chwili wytchnienia, ale koleżanki okazały się sympatyczne i pomocne. Penny jak to Penny, zareagowała szczególnie szorstko, gdy Jasmine nie trafiła w żyłę, podłączając pacjenta do kroplówki.

– Sama to zrobię! – warknęła. – Pacjent ma za mało czasu, żebyś się na nim uczyła.

Jasmine tylko przygryzła wargę.

– Może byście poszły na lunch? – podsunęła Lisa.

– Ona ma taki słodki charakter… – szepnęła Vanessa Jasmine do ucha, gdy szły do pokoju dla personelu. – Nie przejmuj się nią. Ma tyle cierpliwości co dwulatek, wierz mi, wiem to z doświadczenia. Dwulatek po prostu nie wie, co to cierpliwość. Ile ma twój synek? – Jej uwagi nie umknęło zdziwienie na twarzy Jasmine. – Rano widziałam, jak odprowadzałaś go do żłobka, kiedy przyszłam z moim Liamem.

– To ten twój dwulatek?

– Mój nieznośny dwulatek – uściśliła Vanessa, gdy wyjmowały lunche z lodówki. Posilając się, opowiadała nowej koleżance o swoich problemach wychowawczych z małym Liamem.

– Jest rozkoszny, ale, daj mi Boże zdrowie, to harówka.

W pokoju znajdował się także Jed. Jasmine była zła na siebie, że go zauważyła, bo było tam z dziesięć osób, ale jej wzrok od razu padł na niego. Zaczerwieniła się akurat w chwili, kiedy pytania Vanessy nabrały bardziej osobistego charakteru.

– Nie – odparła zapytana o ojca Simona.

Trudno, to nieuchronne wśród pielęgniarek, zwłaszcza na ratunkowym. Wszyscy wiedzą wszystko o życiu prywatnym każdej osoby. Jasmine zaczęła się zastanawiać, jak ma ukryć fakt, że jest siostrą Penny.

– Rozstaliśmy się jeszcze przed jego narodzinami.

– Oj, biedna jesteś…

Jasmine zaprzeczyła, potrząsając głową.

– Tak jest lepiej.

– Chociaż pomaga ci opiekować się małym? Teraz, jak poszłaś do pracy…

Czuła, że Jed wszystko słyszy. Wstydziła się, że jej życie prywatne okazało się porażką, ale starała się tego nie okazać, tym bardziej że chwilę wcześniej Penny usiadła w fotelu w drugim końcu pokoju.

– Nie, nie pomaga. Mieszka na drugim końcu miasta. Przeprowadziłam się tutaj kilka tygodni temu.

– Masz tu rodzinę? – drążyła Vanessa.

– Tak – odparła krótko. Postanowiła od następnego dnia chodzić na lunch do stołówki.

– Całe szczęście. Pomogą ci.

Nawet nie patrząc w tamtą stronę, Jasmine miała pewność, że Penny nie przysłuchuje się ich rozmowie, bo jest skoncentrowana na wypełnianiu dokumentacji. W trakcie przerwy na lunch! Penny nigdy nie odpoczywa. Zawsze była ambitna, aczkolwiek na krótki czas nieco złagodniała. Przez dwa lata miała chłopaka, nawet się zaręczyli, ale nagle zerwała zaręczyny i od tej pory liczyła się dla niej wyłącznie praca.

To dlatego tak wysoko zaszła, jasne, ale czasami, może nawet trochę częściej niż czasami, Jasmine wolałaby, by siostra trochę zwolniła.

Na szczęście rozmowa ponownie zeszła na małego Liama. Dowiedziała się od Vanessy, że i ona wychowuje synka w pojedynkę. W normalnych okolicznościach Jasmine chętnie dowiedziałaby się więcej o koleżankach, ale tym razem nie potrafiła się zrelaksować.

Czuła, że z powodu Jeda.

Wcale nie chciała na niego patrzeć inaczej niż na pozostałych, wolałaby widzieć w nim jedynie kolegę z pracy. Ma wystarczająco dużo problemów, ale kiedy Jed wstał, przeciągnął się i szeroko ziewnął, przypomniała sobie, jak wygląda jego brzuch pod nie najstaranniej wyprasowaną koszulą, jaki potrafi być miły, mimo że teraz nie zwracał na nią uwagi. Gdy otworzył oczy i zauważył, że mu się przypatruje, niemal spiorunował ją wzrokiem. Poczuła, że się czerwieni. Na szczęście Vanessa przerwała ten niefortunny moment.

– Wzywali cię w nocy? – zapytała Jeda.

– Nie. Nie mogłem zasnąć.

Wrócił na oddział. Jako lekarz zdążył się przyzwyczaić do pracy pomimo zmęczenia, ale nie przyszło mu to łatwo, więc o wpół do czwartej zrobił sobie kawę i poszedł z nią na oddział, żałując, że nie może iść do domu, by się wyspać. Poprzedniego wieczoru o wpół do dwunastej zadzwonił telefon. Przekonany, że to szpital, natychmiast podniósł słuchawkę.

Cisza. Odłożył słuchawkę, a sprawdziwszy numer, stwierdził, że to numer prywatny.

Ale telefon znowu zadzwonił.

– Jed Devlin. – Słuchał przez chwilę, po czym się rozłączył. Przez dziesięć minut wpatrywał się w aparat, czekając na ponowny sygnał.

Doczekał się.

– Jed! – W tle śmiechy i biesiadny gwar. Rick, kolega ze stażu. – Jed, to ty?

– We własnej osobie.

– Przepraszam, miałem problemy z połączeniem.

– Skąd dzwonisz?

– Z Singapuru. Która jest u was?

– Dochodzi północ.

– Oj, przepraszam, ale właśnie doszły mnie słuchy, że przeprowadziłeś się do Melbourne.

Śmiał się, gawędził i wspominał ze starym przyjacielem. Miło było dowiedzieć się, co u niego słychać, pogratulować narodzin syna, ale dwadzieścia minut później serce nadal waliło mu jak młotem. Upłynęły dwie godziny, a sen nie przychodził.

O czwartej nad ranem uznał, że z przeszłością sobie nie radzi. Jednak najtrudniejsze ze wszystkiego było pojawienie się pielęgniarki.

Do tej pory bez trudu stosował się do narzuconych sobie reguł. Nie interesował go nikt z pracy, odseparował się od żartów oraz rozmów tak typowych na oddziale.

 

Ale, niestety, zauważył Jasmine.

Od pierwszej chwili, kiedy zobaczył, jak rozmawia z Penny, zarumieniona, ciemnowłosa i niebieskooka… Dostrzegł ją, mimo że tak usilnie starał się żadnej nie dostrzegać. Kiedy się dowiedział, że ma podjąć pracę na ratunkowym, w jego głowie rozległ się sygnał ostrzegawczy.

– Jed, bardzo ci dziękuję – powiedziała Jasmine, mijając go z Vanessą.

– Za co?

– Za dzisiejszą pomoc, zwłaszcza przy tym starszym panu. Nie miałam pojęcia, gdzie leżą zestawy do cewnikowania. Jakoś przebrnęłam przez ten pierwszy dyżur.

– I przeżyłaś. – Kiwnął głową, po czym skupił się na dokumentach.

– Ważniejsze, że pacjenci przeżyli! – zawołała na odchodnym.

Idą z Vanessą do żłobka, domyślił się. Miał wielką ochotę popatrzeć za nią, ale podniósł głowę, dopiero gdy rozległ się trzask zamykanych drzwi.

Jasmine wcale się tym nie przejęła. Zdążyła się oswoić z chimerami lekarzy. W tej chwili nie posiadała się z radości, że jej pierwszy dyżur dobiegł końca. Maszerując ramię w ramię z Vanessą, poczuła, że znalazła bratnią duszę.

– Śliczny! – zachwyciła się Vanessa, gdy Jasmine porwała Simona na ręce. – Jaki blondasek!

Rozkoszny blondynek już pierwszego dnia podbił serca opiekunek radosnym uśmiechem i próbami chodzenia.

– A to jest Liam – przedstawiła swojego synka Vanessa. Chłopczyk też był słodki, miał ciemne loki i niezłe ADHD. Jasmine patrzyła z uśmiechem, jak koleżanka przez dziesięć minut wkłada energicznemu maluchowi buciki.

– Chwała Bogu, że wychodzę do pracy – jęknęła Vanessa. – Przynajmniej mogę trochę odpocząć. – Wzięła malca za rączkę. – Nie patrz w tamtą stronę – ostrzegła Jasmine, gdy wyszły ze żłobka. – Przywieźli kogoś ważnego.

Jed i Lisa stali obok policjantów na motorach. Rozstawiano parawany. Jasmine przeraziła się, że być może jej pierwszy dyżur wcale się nie skończył, że zostaną poproszone o odprowadzenie dzieci z powrotem do żłobka.

– Uciekaj – fuknęła na Vanessę Lisa, gdy ta starała się dowiedzieć czegoś więcej. – Te zasłony są przed mediami… Wiozą nam jakiegoś celebrytę.

– Kogo? – zainteresowała się Vanessa.

– Oglądaj wiadomości – Lisa puściła do niej oko. – Spadajcie.

Jasmine bardzo chciała dowiedzieć się czegoś więcej. Kątem oka spojrzała na Jeda, który sprawiał wrażenie znudzonego tym zamieszaniem. Szansę na jakąkolwiek rozmowę miała tym mniejszą, że Simon podskakiwał jak szalony na widok samochodów policyjnych, a Liam udawał policyjną syrenę.

– Czuję, że będę zmuszona obejrzeć wiadomości o szóstej.

Głupia sprawa z tymi oddziałami ratunkowymi. Człowiek nie może się doczekać końca zmiany. Dzisiaj, na przykład, od końca lunchu liczyła minuty, żeby jak najprędzej odebrać Simona ze żłobka. Ale już minutę po dyżurze pragnęła wrócić do pracy.

– Brakowało mi tego – wyznała Vanessie w drodze na parking. – Przyglądałam się ofercie pracy na rezonansie magnetycznym, ale tak naprawdę kocham SOR-y.

– Ja też. Nie chciałabym pracować na żadnym innym oddziale.

– Problemem będą nocne dyżury – westchnęła Jasmine. – Nawet nie chce mi się o tym myśleć.

– To się da zorganizować. Mam kochaną opiekunkę, Ruby. Studiuje pedagogikę dziecięcą, chodzi do tego samego kościoła co ja i jest zawsze chętna do pracy. Skoro radzi sobie z Liamem, to tym bardziej poradzi sobie z Simonem. Ma bardzo surowych rodziców, więc lubi spędzać u mnie popołudnia, czasami zostaje nawet na noc. – Vanessa puściła do niej oko. – Dam sobie głowę uciąć, że od czasu do czasu wpada do niej jej chłopak. Oczywiście, żeby się razem uczyć…

Wybuchnęły śmiechem.

Przyjemnie było się śmiać, wrócić do pracy i zdobywać przyjaciół. Przyjemnie usiąść na kanapie z nareszcie wyczerpanym Simonem.

– No proszę, jedz – namawiała go, ale on nie był zainteresowany kurczakiem i ziemniakami, które ugotowała, więc w końcu zrezygnowana podgrzała w kuchence mikrofalowej jego ulubione gotowe danie. – Więcej tego nie kupię – ostrzegła, a on tylko szeroko się uśmiechnął.

Przyjemnie włączyć telewizyjny serwis informacyjny z poczuciem, że trzyma się rękę na pulsie światowych wydarzeń.

Wysłuchała prezenterki, która poważnym głosem przekazała telewidzom informację, że pewna powszechnie znana osoba „odpoczywa” w Peninsula Hospital, po tym jak znaleziono ją nieprzytomną. Zauważyła Jeda przy wózku, gdy wwożono ją do szpitala. Chustą osłaniał jej twarz. Potem doktor Dean poinformował, że osobę tę umieszczono na oddziale reanimacyjnym oraz że więcej komunikatów nie będzie.

Nic nadzwyczajnego, więc dlaczego cofnęła obraz?

Nie w nadziei, że zobaczy twarz tej znanej osoby. I na pewno nie po to, by jeszcze raz wysłuchać doktora Deana. Chciała ponownie zobaczyć Jeda.

Skończyłaś z mężczyznami, upomniała sama siebie, po czym zwróciła się do Simona, który skończył jeść i zaczął baraszkować przed telewizorem.

– Jesteś jedynym wyjątkiem, mój mały mężczyzno.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?