Miłość primabaleriny

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Carol Marinelli
Miłość primabaleriny

Tłumaczenie:

Maria Nowak

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Dziś wieczór będzie tańczyła.

Ta myśl, niczym iskra, obudziła w niej cichy, ukryty płomień. Czym było uczucie, które przepełniało ją za każdym razem, kiedy przygotowywała się do wyjścia na scenę? Zamknęła oczy. Nazwałaby je… uroczystą radością. Albo może niecierpliwym, pełnym ekscytacji skupieniem. Lata mijały, Ania Iliuszyn dawno już skończyła szkołę baletową, dzięki swojej naiwnej bezczelności i tytanicznej pracy utorowała sobie drogę do znanego rosyjskiego zespołu, odpracowała swoje jako stażystka, dziś była primabaleriną, a jej miłość do tańca trwała. Nawet więcej – wciąż rosła. Każde wyjście na scenę było wyjątkowe. Na każde czekała jak dziecko na Wigilię Bożego Narodzenia. I każde przekuwała w sukces, który skrupulatnie zachowywała w pamięci, jak skąpiec, ukrywający złote monety pod siennikiem.

Taniec był jej życiem. Podporządkowała mu wszystko – swoje ciało i duszę, swój czas, każdy dzień – od pobudki o świcie, po wieczorny spoczynek, na który udawała się zawsze o bardzo rozsądnej porze. Podziwiano jej filigranową, smukłą sylwetkę, w której drzemała niespożyta energia. Zastanawiano się, jak ta drobna kobietka jest w stanie podołać morderczym treningom, które sobie codziennie narzuca. Zachwycano się jej niepowtarzalnym stylem, łączącym bezbłędny warsztat i pełną emocji ekspresję. Wróżono jej wielką karierę i głowiono się nad zagadką, jaką była Ania Iliuszyn.

Tabloidy nie przepadały za nią, bo nie dostarczała tematów do plotek. Nazywały ją więc „żelazną baletnicą” albo „królową śniegu”. Ania nie starała się ocieplić swojego wizerunku, wręcz przeciwnie, zdawało się, że robi, co może, żeby pokazać, że brukowce się nie mylą. Od lat nie opuściła żadnego treningu, nie przyznała sobie taryfy ulgowej nawet wtedy, gdy dotarła na szczyt. Jej szczuplutkie ciało działało niezawodnie, jak nad podziw solidna, precyzyjna maszyneria. Chłodny uśmiech skutecznie studził zapały wielbicieli, którzy wyobrażali sobie, że kosztowne upominki i wyszukane komplementy zrobią wrażenie na rosyjskiej balerinie i utorują im drogę nie tylko do jej garderoby, ale i do buduaru. Im więcej przybywało rozczarowanych fanów, tym bardziej utrwalała się opinia, że Ania Iliuszyn jest zimna jak lód. Piękna, nieprzystępna królowa śniegu.

Nie przeszkadzało jej to. Dopóki dostawała angaże, ludzie mogli mówić o niej, co im ślina na język przyniosła. Bo tak naprawdę ludzie niczego o niej nie wiedzieli. Nikt nie znał jej sekretu. Nikt nawet się nie domyślał, że źródłem jej energii i determinacji była tęsknota. Nikt nie wiedział, że Ania Iliuszyn żyje przeszłością.

A ona, za każdym razem, kiedy wychodziła na scenę, robiła to dla jednego, jedynego człowieka. Zawsze tańczyła dla mężczyzny, którego kochała. Bo tańcząc, potrafiła przywołać magiczny czas, kiedy on przy niej był. Kiedy nie opuszczał żadnego z przedstawień, a ona, drobna, jasna postać na scenie, czuła na sobie jego wzrok, i to uczucie ją uskrzydlało.

Dziś od tamtych szczęśliwych dni dzieliły ją długie lata samotności, ale wiedziała, że kiedy tylko zabrzmi uwertura, a jej ciało, absolutnie posłuszne każdej nucie, rozpłynie się w muzyce, zamieni w lekkość, w rytm, odmaluje ruchem zawiłą, romantyczną historię baletowego libretta – wtedy przeszłość powróci. Powróci na ten krótki czas, kiedy orkiestra będzie grać, a scena – tonąć w świetle reflektorów.

Tego wieczora znów zatańczy dla ukochanego.

Ania uniosła powieki, ciężkie od scenicznego makijażu, a wielkie zwierciadło odpowiedziało jej poważnym, skupionym spojrzeniem jej własnych, szarozielonych oczu. Jeszcze pół godziny do wyjścia na scenę. Jej drobna twarz była już pokryta jasnym, niemal białym pudrem, usta umalowane szkarłatną szminką, a powieki aż skrzyły się od złotego brokatu. Tym samym kolorem połyskiwał stroik z piór, wpięty w jej ciemne włosy, uczesane w idealnie gładki kok. Rozgrzewkę miała już za sobą, stopy mocno owinęła elastycznym bandażem i przygotowała pointy – te, w których zamierzała tańczyć, oraz dwie zapasowe pary, na wszelki wypadek. Jak zawsze, każdy etap przygotowań do występu był zaplanowany w najmniejszych szczegółach, a ona miała dość wprawy, żeby realizować ten plan gładko i punktualnie, niemal co do sekundy. Odchyliła się na oparcie fotela i odetchnęła głęboko, koncentrując się na relaksie. Teraz wypije szklankę wody kokosowej, oczywiście powoli i małymi łykami, zagryzając połówką banana. Drugą połówkę zje podczas antraktu, razem ze skrupulatnie wyliczonymi trzema kafelkami delikatnej, belgijskiej czekolady.

Ania uwielbiała belgijską czekoladę. Była tak słodka, jak jej wspomnienia.

Niespiesznie jedząc banana, powiodła wzrokiem po przestronnym wnętrzu, oświetlonym dużymi, mlecznobiałymi żarówkami wprawionymi w ramę lustra, które zajmowało całą długość ściany.

Miała teraz własną garderobę, nie musiała się tłoczyć z dziewczynami z zespołu we wspólnej przebieralni, gdzie wszystkie malowały się w hałasie i rozgardiaszu, przy mikroskopijnych toaletkach. Och, odsiedziała swoje przy jednym z tych maleńkich luster, setki razy nakładała makijaż potrącana przez koleżanki, które kręciły się i plotkowały jak najęte. Teraz mogła się rozkoszować ciszą i spokojem. Jej stroje wisiały na ozdobnych wieszakach, a potrójne tremo w ozdobnych, staroświeckich ramach czekało, by ją przekonać, że ubrana w sceniczny kostium jest najpiękniejsza w świecie.

Osiągnęła tak wiele, właściwie wszystko, o czym marzyła, kiedy zdawała egzamin do szkoły baletowej. Wysoką pozycję w zawodzie, międzynarodową sławę. Była znana nie tylko z bezbłędnych technicznie wykonań najbardziej brawurowych ról baletowych, ale też z własnego stylu, który łączył w sobie idealną płynność i precyzję ruchów z niemalże dziką, pełną emocji ekspresją. Nieraz słyszała, że nikt przed nią tak nie tańczył. Nienaganny warsztat był solidnym fundamentem, na którym mogła oprzeć swobodę interpretacji – i nie wahała się tego robić. Tańczyła jak ktoś, kto z nikim się nie liczy, posłuszna jedynie muzyce i własnej, gwałtownej naturze. Była Rosjanką, balet miała we krwi.

Tak, miała dziś wszystko, o czym kiedyś mogła tylko marzyć. Wyrwała się z biednej dzielnicy Petersburga; teraz była obywatelką świata. Wyrwała się z ubóstwa, które było zmorą jej dzieciństwa. Była wolna, samowystarczalna i robiła to, co kochała.

Czyż to nie zabawne, że wciąż tęskniła za czasami, kiedy nie miała absolutnie niczego, nawet pewności, że dostanie talerz zupy na obiad? Tak, była biedna jak mysz kościelna, ale każdy jej dzień był wypełniony obecnością człowieka, którego kochała. Dziś była spełnioną, sławną primabaleriną; zapłaciła za to krwią, potem i łzami, a także dziesiątkami tysięcy godzin morderczego treningu. I niczego nie żałowała – powtarzała sobie to za każdym razem, kiedy tęsknota za ukochanym stawała się nie do zniesienia. Pewnego dnia on po prostu odszedł, a pustka, jaką po sobie zostawił, była bardziej dotkliwa, niż głód i chłód, które cierpiała przed laty.

Zamyślona, oparła łokcie na gładkim, marmurowym blacie toaletki. Był na tyle przestronny, by pomieścić nie tylko przybory do układania włosów i do makijażu, ale też wszystkie maleńkie talizmany. Jak każda artystka sceniczna, Ania była przesądna. Namiętnie zbierała drobiazgi, które upamiętniały najszczęśliwsze chwile jej życia. Kiedy przygotowywała się do wyjścia na scenę, musiała, po prostu musiała mieć pod ręką całą kolekcję. Było tu naprawdę stare, pomięte sreberko po czekoladzie, drewniana łyżka z rzeźbioną rączką, kolorowy frędzel, który dawno temu zdobił wełniany, damski szal. Był tu maleńki złoty kolczyk bez pary – drugi Ania zgubiła tego pamiętnego wieczora, kiedy straciła niewinność, na wygniecionym sienniku, w obskurnym pokoju, który jej ukochany zajmował w najtańszym hotelu robotniczym Petersburga. Było też drewniane puzderko, a w nim postrzępiony skrawek materiału z wyblakłym nadrukiem. Tę metkę przechowywała z pietyzmem od dnia, kiedy oderwała ją ukradkiem od pościeli, którą kupił specjalnie dla niej, żeby nie musiała sypiać z nim na przetartym prześcieradle, pod szorstkim, wełnianym kocem…

Ania ścisnęła w palcach chłodny metal kolczyka i przymknęła oczy. Trwała tak przez chwilę, poruszając bezgłośnie wargami, jakby wypowiadała jakieś zaklęcie. Wreszcie uniosła kolczyk do ust, pocałowała go głośno, z emfazą, i odłożyła na blat toaletki. Westchnęła głęboko, zamrugała i przywołała się do rzeczywistości. Marszcząc brwi, pochyliła się do lustra, żeby jeszcze raz dokładnie skontrolować makijaż, i oczywiście uznała, że trzeba go poprawić. Jeszcze raz upudrowała czoło i policzki, poprawiła zarys ust ciemną konturówką, sprawdziła, czy gęste wachlarzyki sztucznych rzęs trzymają się mocno na swoim miejscu, czy żadne niesforne pasemko włosów nie zamierza wymknąć się z upięcia, a stroik z piór na pewno nie obluzuje się podczas przedstawienia. Kiedy była absolutnie pewna, że każdy szczegół jest idealnie dopracowany, nacisnęła przycisk dzwonka. Garderobiana stanęła w drzwiach niemal natychmiast. Żadna z kobiet się nie odezwała, bo też i nie trzeba było słów. Obydwie znały na pamięć ten taniec, jakim było przygotowanie primabaleriny do wyjścia na scenę. Ania wstała i zsunęła z ramion jedwabny peniuar, a garderobiana zdjęła z wieszaka kostium. Tancerka uniosła ręce, a jej pomocnica ostrożnie i w skupieniu oblekła ją w strój, który miał sprawić, że na tę noc, jeszcze raz, Ania Iliuszyn stanie się kimś innym. Idealnie dopasowany, głęboko wydekoltowany gorset mienił się wszystkimi barwami ognia, zawiłe, roztańczone wzory przywoływały na myśl płomienie, a dziesięciowarstwowa spódniczka tutu miała złocistoczerwony kolor gorącego żaru. Zamek błyskawiczny, ukryty w zaszewce na plecach, zapiął się bez trudu. Chłodny, gładki materiał kostiumu zamknął gibkie ciało tancerki w mocnym uścisku.

 

Ania Iliuszyn przemieniła się w Ognistego ptaka.

ROZDZIAŁ DRUGI

Merde! – Garderobiana uśmiechnęła się od ucha do ucha, rzucając francuskie przekleństwo, które, jak chciał kolejny przesąd funkcjonujący w świecie baletu, miało przynieść szczęście na scenie. Ania odpowiedziała jej uśmiechem, wspięła się na palce i okręciła w piruecie, a kryształowe tremo ukazało obraz jej smukłej sylwetki, gibkiej i lekkiej jak płomień.

Mamoczka, gdybyś tylko mogła mnie zobaczyć…

Jak zawsze, ostatnią myśl przed wyjściem na scenę poświęciła matce. Katia Iliuszyn była twardą kobietą. Harowała jak stachanowiec, żeby zapewnić córce, którą wychowywała samotnie, dach nad głową i miskę ciepłej strawy. Odkąd Ania pamiętała, matka zajmowała posadę kucharki w petersburskim sierocińcu. I marzyła o lepszej przyszłości dla córki. A gdy Katia o czymś marzyła, parła ku temu jak radziecki czołg.

Ania miała dziewięć lat, kiedy matka umyśliła sobie, że pośle ją do szkoły baletowej. I tego samego dnia beztroskie dzieciństwo skończyło się, jak nożem uciął. Zaczęły się wymagania. Ania nie mogła przybrać na wadze. Musiała dbać o linię, pracować nad nienaganną postawą. „Głowa do góry, plecy proste, brzuch wciągnięty” – komenderowała Katia znad sagana, do którego wrzucała, jeden po drugim, ziemniaki obierane błyskawicznymi, precyzyjnymi ruchami noża. A potem, kiedy Ania znalazła się na liście przyjętych do pierwszej klasy, razem z matką przez cały dzień śmiały się i płakały z radości.

Minęły wakacje i radosny nastrój prysł, zastąpiony przez wojskowy rygor. Ania musiała trenować codziennie pod czujnym okiem matki. Ze szkoły nie wracała do pustego domu, szła do sierocińca, Katia wpuszczała ją przez kuchenne drzwi. A potem kazała córce powtarzać, powtarzać i jeszcze raz powtarzać ćwiczenia, których tego dnia nauczyła się na lekcjach. Całe szczęście, że Ania miała prawdziwą smykałkę do tańca, więc im więcej ćwiczyła, tym bardziej kochała to zajęcie.

Spasiba, mamoczka - powiedziała bezgłośnie. Teraz, kiedy Katia już nie żyła, Ania chciała pamiętać tylko dobre chwile. Była wdzięczna matce, naprawdę wdzięczna, mimo wszystko. Gdyby nie jej upór, gdyby nie ciężka ręka, która wymierzyła córce niejeden siarczysty policzek, kto wie, kim byłaby dzisiaj? Kucharką, pomywaczką? A może, nie daj Bóg, uprawiałaby najstarszy zawód świata, byle tylko zarobić na utrzymanie?

Był czas, kiedy święcie wierzyła, że nienawidzi matki, jej apodyktycznego charakteru i ciężkiej ręki. Lata mijały, Ania robiła, co mogła, żeby wymknąć się spod matczynej kontroli, ale Katia miała oczy dookoła głowy. Narzuciła córce żelazne zasady: zero słodyczy, zero używek, zero mężczyzn. Ania nie byłaby sobą, gdyby nie usiłowała złamać tych zasad. Ale nigdy nie udało jej się zmylić czujności matki. Jak Katia to robiła, że zawsze wiedziała, kiedy córka zgrzeszyła przeciw którejś z nich? Ania nie miała pojęcia. Ale dobrze pamiętała piekący ból, gdy matka, z lodowatą konsekwencją, za każde przewinienie wymierzała jej policzek. Albo dwa. Dobrze pamiętała swój bunt, ale i swoją beztroskę. Katia czuwała nad nią; nic złego nie mogło się jej przytrafić. Odkąd matki zabrakło, prześladowała ją świadomość, że jest sama na świecie. Taniec uspokajał – robiła to, co miała robić. Niemalże widziała, jak Katia z aprobatą kiwa głową.

Zastukano do drzwi.

– Już czas – wyszeptał zaaferowany asystent.

– Jestem gotowa. – Rzuciła jeszcze jedno spojrzenie w lustro, prosto w poważne, pełne napięcia oczy Ognistego ptaka. Trema, niewidzialny upiór, tak dobrze jej znany, a jednak ciągle groźny, już się skradał, powoli i nieubłaganie, by chwycić ją za gardło. Nie przejęła się tym. Już dawno nauczyła się żyć w zgodzie z tremą. Mało tego – szanowała ją. Gdyby pewnego dnia straciła rozum i zechciała wyjść na scenę nieprzygotowana, trema nie pozwoliłaby jej na to. Była pożyteczna jak groźny, stróżujący pies, a Ania wiedziała, jak ją obłaskawić. Skupiła się na równym, głębokim oddechu. Powiedziała sobie, że jest świetnie przygotowana i nie ma żadnego, najmniejszego powodu do paniki. Wszystkie kroki tańca przećwiczyła tyle razy, że potrafiłaby wykonać je chyba nawet przez sen. Były częścią jej samej, zapisane na zawsze w podświadomej pamięci jej ciała. Trzymając się tej myśli, ruszyła przez labirynt korytarzy, ku scenie londyńskiego teatru. Tego wieczora Ognisty ptak miał być grany po raz ostatni przed angielską publicznością. Ania czuła, że będzie to wyjątkowe przedstawienie.

Merde!

Wszyscy, których mijała – asystenci, garderobiani, stadka podekscytowanych, młodziutkich baletnic z zespołu, tancerze i technicy, z lubością rzucali za nią brzydkie słowo, które w świecie baletu zastępowało życzenie powodzenia. Dziękowała skinieniem głowy, zbyt skupiona, by wdawać się w pogaduszki.

Jej partner sceniczny, Misza, odtwórca roli Iwana Carewicza, był już za kulisami, gotów do występu. Bordowy kostium podkreślał jego atletyczną budowę, kiedy, stojąc przed lustrem, mocował nakrycie głowy, które niebawem miało zostać przyozdobione jednym ze złocistych piór Ognistego ptaka. Skinął głową Anii, a ta odpowiedziała mu podobnym, oszczędnym gestem. Żadne z nich się nie odezwało, żadne nie wypadło z rytmu własnych przygotowań do wyjścia na scenę. Tak czy owak, nie mieli sobie wiele do powiedzenia. Prasa pełna była plotek o płomiennym romansie, który ich łączył, ale były to, od początku do końca, brednie wyssane z palca przez gryzipiórków o zbyt bujnej wyobraźni. Nie dementowali ich. Ostatecznie, oboje byli artystami i wiedzieli, że im bardziej pikantne są plotki, tym więcej ciekawskich zapełnia widownię podczas każdego spektaklu. Misza cieszył się reputacją donżuana, nie miał więc nic przeciwko temu, że głoszono, że rozkochał w sobie zimną, perfekcyjną i nieprzystępną Anię Iliuszyn. Ona także nie zamierzała niczego dementować, dlatego właśnie, że naprawdę była zimna i nieprzystępna. Jeśli pogłoska o jej związku z solistą mogła zniechęcić zbyt natrętnych adoratorów, gotowa była utrzymywać iluzję. To, co ludzie o niej mówili, nie obchodziło jej ani trochę. Kiedyś była inna – choć tamte czasy zaczynały się zacierać w jej pamięci. Kiedyś była radosna i ufna, życzliwa dla wszystkich, pełna optymizmu i nadziei. Kiedyś śmiała się często i głośno, z czystej radości tańczyła na śniegu, pod parkowymi latarniami Sankt Petersburga, i snuła szalone, szczęśliwe plany na przyszłość.

Potem zamknęła się w sobie, stała się aż do przesady ostrożna, poważna, pragmatyczna. Niektórzy twierdzili nawet, że była zgorzkniała i cyniczna. Skąd ta zmiana? Wyjaśnienie było proste. Kiedyś była zakochana. Każdego wieczora, po skończonym treningu, jak na skrzydłach biegła do swojego mężczyzny. Co z tego, że oboje byli biedni jak myszy kościelne, żadne z nich nie miało niczego, poza ogromnym apetytem na życie. Byli młodzi, zdolni, kochali się. Choćby i nie mieli grosza przy duszy ani dachu nad głową, świat stał przed nimi otworem.

Ale ta radosna beztroska skończyła się nagle. Ukochany porzucił ją, z dnia na dzień, bez słowa pożegnania. Czy złamał jej serce? Nie. On je zmiażdżył. I podarł na strzępy. Nigdy nie czuła takiego bólu. Nie wyobrażała sobie nawet, że można doświadczyć równie intensywnego cierpienia i nie umrzeć. A jednak – przeżyła. Niczym Ognisty ptak, podniosła się z popiołów. Wybiła się, używając swojego cierpienia niczym trampoliny. Dziś była z tego dumna.

Ukochany odrzucił jej miłość? Cóż, serce miała jedno, i zostało ono całkowicie, doszczętnie roztrzaskane. Mężczyźni przestali dla niej istnieć. I tak nie mogłaby żadnego pokochać, wybrała więc taniec – odtąd był jej jedyną pasją, jedyną miłością i celem. Ofiarowała mu całą energię i całe uczucie.

Warto było – pomyślała z dreszczem satysfakcji, wsłuchana w melodię uwertury, gotowa, by pojawić się na scenie. Warto było oddać wszystko, żeby przeżyć chwilę taką jak ta.

Merde – rzuciła niemal bezgłośnie do Miszy, a ten odpowiedział jej samym ruchem warg.

W następnej chwili znieruchomiał i Ania mogła zobaczyć, jak tancerz wycisza się, głuszy emocje i gasi każdą myśl. Misza musiał umrzeć, żeby mógł się narodzić Iwan Carewicz. Raz i dwa, i trzy, i raz… Rozbrzmiał jeden takt, zaczął się drugi, i dokładnie wtedy, gdy nostalgiczne skrzypcowe solo urwało się, Carewicz pojawił się na scenie, która wyobrażała magiczny ogród. Sama za kulisami, Ania stanęła w pozycji, wzięła głęboki oddech i pozwoliła, żeby muzyka obudziła Ognistego ptaka i poprowadziła go do magicznego ogrodu. Kiedy muzycy uderzyli w ton, na który czekała, rozłożyła ramiona.

I pofrunęła.

ROZDZIAŁ TRZECI

Światło reflektorów odnalazło ją, wirującą z zawrotną szybkością w serii płynnych piruetów, i sprawiło, że jej strój rozbłysnął blaskiem ognia. Przez widownię przetoczyło się westchnienie zachwytu, a ona poczuła się tak, jakby u jej ramion wyrosły prawdziwe skrzydła. Smukła i gibka niczym chybotliwy płomień, tańczyła jeszcze chwilę, by przyciągnąć wzrok Carewicza, a potem ukryła się wśród krzewów magicznego ogrodu, po drugiej stronie sceny. Gdy zaintrygowany Iwan szukał Ognistego ptaka, ona, w ukryciu, pracowała nad wyrównaniem oddechu, by za chwilę wykonać kolejne, wirtuozerskie solo.

Ależ piękny jest Ognisty ptak, pomyślała, kiedy muzyka wyprowadziła ją znów na środek sceny. Delikatny i eteryczny, zdawał się unosić w powietrzu lekko, swobodnie, bez najmniejszego wysiłku. Niesiony przez muzykę, oddychający światłem… Nikt z widzów nie wiedział, w jakich bólach rodziło się to zachwycające stworzenie. Niekończące się ćwiczenia, treningi i próby, miesiące restrykcyjnej diety, wieczory i ranki, których nie potrafiła policzyć, gdy zasypiała i budziła się, słysząc w głowie każdy takt muzyki Strawińskiego, odtwarzając w pamięci wszystkie kroki tańca. Dziś, podczas finalnego przedstawienia, święciła swój triumf. Jeszcze nigdy Ognisty ptak nie wzleciał tak wysoko. Był uosobieniem piękna i doskonałości.

Kiedy Iwan Carewicz pochwycił Ognistego ptaka i uniósł go w ramionach, myśli Anii poszybowały ku ukochanemu. Och, gdyby mógł ją teraz zobaczyć, pełną blasku, pełną życia, olśniewającą niczym drogocenny klejnot!

Czy żałowałby, że ją porzucił?

Ich miłosna przygoda trwała zaledwie dwa tygodnie, ale ona nie potrzebowała więcej, żeby go pokochać. Na śmierć i życie, bo taką już miała rosyjską duszę. Nie przestała go kochać, kiedy ją porzucił, bezlitośnie, niemal bez słowa.

Przez dziesięć upiornie długich lat nie miała od niego żadnej wiadomości. Zadręczała się myślą, że mógł zginąć… Mógł od dawna być martwy, a ona nic o tym nie wiedziała!

Potem, pewnego dnia w Paryżu, przekonała się na własne oczy, że on żyje. Poczuła niezmierną ulgę, ale i śmiertelny smutek – bo stało się dla niej jasne, że o niej zapomniał; wykreślił ją, jednoznacznie i definitywnie. Ona także powinna była o nim zapomnieć… ale nie potrafiła.

Minęły kolejne dwa lata, a w jej głupim sercu wciąż tliła się nadzieja. Może jeszcze kiedyś go zobaczy. Może to, co ich podzieliło, okaże się nieporozumieniem, złym snem. Może będą mogli, jeszcze raz, zacząć wszystko od początku.

Ognisty ptak i Iwan Carewicz, idealnie zgrani, wykonali kunsztowne, widowiskowe pas de deux, a potem Ania została sama na scenie. Podczas ostatniej partii solowej przed antraktem dała z siebie wszystko. Każdy jej krok, każdy gest był ucieleśnieniem lekkości i gracji, każdy zachwycał śmiałością i precyzją. Na widowni panowała taka cisza, jakby wszyscy widzowie wstrzymali oddech, wpatrzeni w fascynujące zjawisko. Jakim cudem kobieta tak drobna, szczuplutka niczym nastolatka, mogła być tak niesłychanie sprawna i wytrzymała? Jej ciało wydawało się pozbawione ludzkich, fizjologicznych ograniczeń, całkowicie posłuszne muzyce, zamysłowi choreografa i fantazji tancerki.

Kiedy kurtyna opadła, Ania poszła powoli do swojej garderoby. Dziewczyny z zespołu próbowały ją zagadywać, ale zbyła je enigmatycznym uśmiechem i zamknęła za sobą drzwi.

Musiała złapać oddech.

Miała wrażenie, że jej ciało naprawdę płonie, jakby szalona muzyka skrzypiec wznieciła w niej pożar. Nie mogła pozwolić, żeby ten ogień ją spalił. Musiała zachować siły na drugą część występu. Opadła na fotel i chwyciła butelkę z wodą. Choć mogłaby wypić duszkiem całe dwa litry, pozwoliła sobie tylko na kilka łyków. Nie powinna przeciążać żołądka. Powolutku zjadła drugą połowę banana, a potem zamknęła oczy, wsunęła do ust kawałeczek czekolady i pozwoliła, by wypełniła ją kojąca słodycz.

 

Przerwa nie trwała długo. Niebawem zastukano do drzwi i chwila relaksu się skończyła. Asystentka i garderobiana wypełniły pomieszczenie krzątaniną, sceniczny makijaż Anii został szybko i fachowo odświeżony. Musiała unieść ramiona i pozwolić, żeby garderobiana sprawdziła, czy kostium nie wymaga poprawek. Kiedy wszystko było dopięte na ostatni guzik, Ania znowu ruszyła przez labirynt korytarzy, żeby, kiedy przywoła ją muzyka, pojawić się na scenie.

Ognisty ptak nie zawiódł ani Carewicza Iwana, ani widowni. W drugiej części spektaklu wzleciał jeszcze wyżej, zalśnił jeszcze jaśniej. Wszystkie zaczarowane stwory, które pojawiały się na jego drodze, pierzchały i kryły się w cieniu, kiedy tańczył, piękny i groźny jak sam ogień. Dzięki jego pomocy waleczny Iwan pokonał złowrogiego Kościeja i zdobył serce pięknej księżniczki. Ania nie pojawiała się w finałowej scenie. Ognisty ptak odleciał, wolny na zawsze, gdy Carewicz, przezwyciężywszy wszystkie przeszkody, mógł wreszcie rozpocząć długie i szczęśliwe życie z ukochaną.

Ania zniknęła za kulisami i usiadła na podłodze tam, gdzie stała. Była całkowicie, doszczętnie wyczerpana. Wydawało jej się, że nie ma siły nawet walczyć o następny oddech. Ale kiedy kurtyna opadła i przez widownię przetoczył się grzmot oklasków, poczuła, że wracają jej siły. Kurtyna uniosła się ponownie i Ognisty ptak pojawił się na scenie, pełen wdzięku i idealnie spokojny, jak gdyby naprawdę był magicznym stworzeniem, które potrafi wyczarować nieskończoną ilość nowej energii.

Kiedy skłoniła się, widzowie wstali z miejsc, nie przestając klaskać. Uśmiechając się szeroko, skłoniła się znowu. O tak, z całą pewnością zasłużyła na taką owację. Była zupełnie pewna, że jeszcze nigdy nie dała tak znakomitego tanecznego popisu. Publiczność musiała podzielać jej zdanie, bo na scenę posypał się deszcz róż. Ania zebrała je wszystkie, zanurzyła twarz w kojącym, wonnym chłodzie delikatnych płatków, wyprostowała się, wciąż uśmiechnięta, szerokim gestem dłoni przesłała widzom całusa…

Brawo, krasawica!

Jakim cudem usłyszała wyraźnie ten jeden okrzyk pośród setek innych? Nie miała pojęcia. Ale tak właśnie się stało – nagle zatrzymał się czas, prysła rzeczywistość. Istniał tylko ten głos, głęboki baryton, który rozpoznała natychmiast, nie rozumem, nie pamięcią, lecz sercem.

Zamarła i chwyciła się tego głosu całą siłą swoich nagle obudzonych emocji. Uniosła twarz w stronę, z której dobiegał, ale jaskrawe światło sceny oślepiło ją, nie pozwalając dostrzec tego, kto wołał.

Ona jednak i tak go widziała – oczami duszy.

Roman Zwieriew był na widowni. Wiedziała to z całą pewnością, a jednak nadal nie mogła uwierzyć. Oto wydarzyło się coś, na co czekała od lat, i ten moment był tak wspaniały, tak szczęśliwy, że aż ją to przeraziło.

Zamieczatelnyj tanec! – pomimo burzy oklasków usłyszała znów jego głos.

Roman Zwieriew, powtórzyła w myślach.

I w tej samej chwili przed jej oczami stanęła cała przeszłość, każdy dzień wypełniony jego obecnością. Przez dwanaście lat wydawało jej się, że pamiętała wszystko. Ale dopiero teraz wspomnienia ożyły, wskrzeszone pięknym, męskim barytonem, który wciąż wibrował w jej uszach.

– Tylko mi się nie zacznij uganiać za chłopakami. – Katia pogroziła córce palcem. – Myślisz, że nie zauważyłam, jak się przyglądasz tej trójce? – ciągnęła, robiąc szeroki gest chochlą w stronę drewnianego stołu, przy którym kilku wyrostków, huśtając się na krzesłach i gadając, czekało, aż kucharka napełni ich talerze.

– Ale ja wcale nie… – zaprotestowała nieudolnie dwunastoletnia Ania. Nie potrafiła kłamać, a już na pewno nie przed matką. Prawda była taka, że owszem, był chłopak, któremu uwielbiała się przyglądać… I gdyby miała okazję, kto wie, czy nie zaczęłaby się za nim uganiać.

Roman Zwieriew. Wysoki jak na swój wiek chudeusz. Nawet gram tłuszczu nie łagodził kanciastych, mocnych linii jego sylwetki. Ciemne włosy opadały wzburzoną grzywą na jego szczupłą twarz o ostrych rysach, spojrzenie miał wiecznie ponure i nigdy się nie uśmiechał. W każdym razie Ania nigdy nie widziała, by się uśmiechał, choć kiedy tylko mogła, rzucała ukradkowe spojrzenia na jego usta. Po prostu nie mogła inaczej – ich rysunek, twardy, a jednocześnie zaskakująco zmysłowy, przyciągał jej wzrok z siłą, której nie potrafiła się przeciwstawić.

– A już zwłaszcza od Romana trzymaj się z daleka – podjęła Katia, hojnie posypując zupę natką pietruszki. – To zły chłopak.

– Nieprawda. – Ania wbiła wzrok w deski podłogi i skuliła ramiona. – On nie jest zły. I bardzo tęskni za bratem…

– Tęskni za bratem, dobre sobie! – Katia wzięła się pod boki, zacisnęła usta w grymasie dezaprobaty. – Widziałaś przecież, co mu zrobił. Tak go wygrzmocił pięściami, że biedny Danil długo nie widział na lewe oko, a bliznę na policzku będzie miał do końca życia! Roman to dzikus i narwaniec. Jeśli by mnie kto pytał, powiedziałabym, że urządził brata na cacy, bo mu zwyczajnie zazdrości. Swoją drogą nie rozumiem, dlaczego ci angielscy bogacze uparli się, że adoptują jednego z bliźniaków, a drugiego zostawią. Niezbyt to ładnie, ale cóż, płacą, to wymagają. W każdym razie, Danil od razu wpadł im w oko, a Romana nie chcieli, bo i kto by chciał takiego kościstego, ponurego wyrostka? Może to nic dziwnego, że się wściekł i postanowił zdefasonować bratu facjatę, tak żeby jego też nie wzięli.

Ania milczała. Wiedziała, że prawda jest zupełnie inna, ale matka i tak by jej nie uwierzyła. Najpewniej w ogóle nie chciałaby słuchać, tylko z miejsca ofuknęłaby ją i kazała brać się za robotę. Obiad musiał być wydany na porę, a w kuchni nie było miejsca dla darmozjadów.

Wyjęła cztery wielkie bochny razowego chleba, położyła na blacie i zaczęła kroić, spode łba przyglądając się Romanowi. Chłopak rzucił właśnie jakąś uwagę, krzywiąc wargi w cynicznym grymasie, a jego dwaj przyjaciele, Sev i Nikołaj, wybuchnęli zachwyconym rechotem. Ania uśmiechnęła się także – skoro Romanowi chciało się żartować, to znaczy, że musiał się czuć trochę lepiej.

Ale dobrze wciąż nie było, i być nie mogło. Po bijatyce z bratem Roman został przeniesiony do zamkniętego skrzydła – tego, gdzie mieszkali najstarsi chłopcy, ci naprawdę niebezpieczni. We wszystkich oknach były tam kraty, a drzwi pozostawały zawsze zamknięte. Roman spędzał smutne, samotne dni w obskurnej świetlicy Dietskiego Domu, i jeszcze bardziej samotne noce w sypialni małej jak więzienna cela. Z Sevem i Nikołajem, przyjaciółmi, z którymi od lat dzielił wspólny pokój, mógł się widywać tylko podczas posiłków.

Ania też wyczekiwała tych chwil. Żyła, żeby tańczyć. I żeby ukradkiem przyglądać się Romanowi. Kiedy nie pomagała Katii przy gotowaniu i podawaniu posiłków, ćwiczyła taneczne pas na drewnianej podłodze wielkiej kuchni Dietskiego Domu. Najbardziej lubiła te chwile, kiedy, tańcząc, czuła na sobie intensywne, ciemne spojrzenie Romana. Dzisiaj jednak nie patrzył w jej stronę. Był blady i miała wrażenie, że jego rysy jeszcze bardziej się wyostrzyły. Schudł…? Bardzo prawdopodobne. Czy tylko ona domyślała się, ile poświęcił dla brata i jak bardzo musiał cierpieć teraz, kiedy od Danila dzieliły go tysiące kilometrów, a szansa, że jeszcze kiedykolwiek się zobaczą, była znikoma?

Katia mogła sobie mówić, że Roman to zły chłopak. Ania wiedziała swoje. Bogate małżeństwo z Anglii, które przyjechało, żeby adoptować chłopca z rosyjskiego sierocińca, początkowo zainteresowało się oboma braćmi – bliźniacy trenowali boks i nauczyciele mówili, że obaj są naprawdę zdolni. Ale wystarczył jeden krótki spacer do pobliskiego parku w towarzystwie braci Zwieriewów, żeby przybysze zmienili zdanie. Nie, o Romanie mowy być nie mogło. Wydawał się zbyt nieokrzesany, zbyt ponury. Istny dzikus, po którym można się było spodziewać najgorszych rzeczy. Owszem, bogacze chcieli zrobić dobry uczynek i podarować życiową szansę biednemu sierocie, ale aż takiego ryzyka podjąć nie zamierzali. Kto wie, czy ten cały Roman pewnej nocy nie poderżnąłby im gardeł? Co innego Danil. Choć zaniedbany, dobrze rokował. Gotowi byli zabrać go ze sobą. Tyle, że Danil nie był gotów jechać. Zaparł się, że bez brata nigdzie się nie ruszy. Anglicy zajęli się załatwianiem dokumentów, a dyrektor Dietskiego Domu zaczął rwać sobie włosy z głowy. Oto trafiała się wyjątkowa okazja, żeby oddać w dobre ręce jednego z podopiecznych, a ten stawał okoniem. Problem wydawał się nie do rozwiązania, a jednak, już następnego dnia rozwiązał się sam. Bliźniacy się pobili. A dokładniej – Roman, zupełnie bez powodu, zaatakował brata. Tak w każdym razie twierdziły dzieciaki, które widziały całe zajście. Danil był do tego stopnia zaskoczony, że właściwie się nie bronił, podczas gdy Roman z zimnym okrucieństwem wymierzał mu cios za ciosem.