Urodzinowa nocTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Carol Marinelli
Urodzinowa noc

Tłumaczenie:

Barbara Bryła

PROLOG

Nie zatrudni Cecelii Andrews.

Potentat nieruchomości Luka Kargas już zdecydował, że jego nową asystentką zostanie inna kandydatka.

– Pani Andrews przyszła na spotkanie – poinformowała go Hannah, jego obecna asystentka.

– Nie ma potrzeby, żebym z nią rozmawiał – odparł Luka. – Wybrałem kandydatkę numer dwa.

– Luka! – Hannah wykrzyknęła, śmielej niż zazwyczaj, bo odchodziła już z pracy. – Miej choć tyle przyzwoitości, by się z nią spotkać. Na dworze leje jak z cebra. Przejechała w burzy cały Londyn.

– Nie interesuje mnie to – odparł Luka. Płaczliwe historie nie robiły na nim wrażenia. – To strata mojego czasu.

A jego czas był cenny.

Przypomniał sobie jednak, że panią Andrews osobiście rekomendował Justin, z którym znajomość chciał podtrzymać.

– Dobrze, przyślij ją do mnie – powiedział, uznając, że spotka się z nią i szybko ją spławi.

– Pani Andrews. – Wstał, kiedy zjawiła się w jego gabinecie, i uścisnął jej rękę, dostrzegając, że na lewej dłoni miała pierścionek zaręczynowy.

Nie mógł jej zatrudnił. Jej narzeczony musiałby być najcierpliwszym człowiekiem na świecie, by tolerować absurdalne godziny pracy, jakie zamierzał zaproponować swojej asystentce. A zła reputacja Luki była powszechnie znana.

Poświęci jej kilka minut i powie Justinowi, że odbył z nią rozmowę, ale wybrał inną kandydatkę.

– Proszę siadać – powiedział.

Cecelia wiedziała, że nazywając ją panią Andrews, oczekiwał z jej strony prośby, by zwracał się do niej po imieniu, ale uznała, że pani Andrews brzmi stosownie. Sporo o nim czytała, przeprowadzając staranny wywiad na jego temat, a jego obecna asystentka zdążyła jej już powiedzieć, jakim był niegrzecznym chłopcem.

– Będziesz musiała radzić sobie z jego dziewczynami, a raczej z jego byłymi – wyjaśniła jej Hannah. – Czasami to prawdziwa żonglerka. Luka tyra cały tydzień, a potem w weekend równie intensywnie łamie niewieście serca.

Cecelia zetknęła się już wcześniej z takim rozwiązłym stylem życia i nienawidziła tego. Jej matka Harriet żyła w taki sposób i tak umarła.

Jednak morale Luki Kargasa nie było jej sprawą. Chciała w przyszłości pracować dla rodziny królewskiej, a on stanowił właściwy krok na tej drodze i tyle.

– Ma jacht, obecnie zacumowany na Xanero – powiedziała Hannah.

– Tam, skąd pochodzi? – spytała Cecelia, chociaż wiedziała to już dzięki przeprowadzonemu wywiadowi.

– Tak, ale nie będziesz tam z nim jeździć ani angażować się w jego tamtejsze interesy. Luka ściśle to rozgranicza.

Nie zakocha się w nim, zapewniała jego obecną asystentkę, jak również samą siebie. Była skupiona na karierze i jedyne, czego chciała od Luki Kargasa, to jego nazwiska w swoim CV i znakomitych referencji, jakie po roku ciężkiej pracy z pewnością jej zapewni.

Ale kiedy go w końcu ujrzała i uścisnął jej rękę, to rozsądne przekonanie uległo zachwianiu.

– Hannah mówiła, że złapała panią burza – odezwał się.

Niebo pociemniało ponad godzinę temu. Ze swojego okna na czterdziestym piętrze przyglądał się gromadzącym się nad Londynem czarnym chmurom. Kandydatka numer dwa przybyła cała mokra i poprosiła o kilka minut zwłoki, by mogła się osuszyć. Ale Cecelia Andrews przemoczona nie była. Miała nieskazitelny szary kostium, gładkie blond włosy starannie ułożone i upięte do góry, a jej dyskretny makijaż pozostał na swoim miejscu. Hannah dała mu do zrozumienia, że w poczekalni czeka zmokła kura, ale kobiecie, która usiadła naprzeciw niego, było do tego daleko.

– Złapała mnie – odparła Cecelia – ale schowałam się pod dachem. Słuchałam ostrzeżeń.

Powinna słuchać ich i teraz, bo Luka wywierał na jej zmysły wrażenie, jakiego wcześniej nie doświadczyła. Nosił ciemny garnitur, krawat i wykrochmaloną białą koszulę, która podkreślała jego oliwkową cerę. Tego ranka był nieogolony. Atmosfera w pokoju zagęściła się, jak gdyby ładunek elektryczny, który rozświetlał niebo przez ostatnią godzinę, skumulował się tutaj. Luka Kargas uosabiał wszystko, przed czym ostrzegała Cecelię jej ciotka. Ale powiedziała sobie, że nie ma mowy, żeby zauroczył ją ktoś taki jak on.

Przeskoczyli przez formalności, oboje zdeterminowani, by mieć to szybko za sobą.

– Hannah wyjaśni pani, że godziny pracy są zabójcze – powiedział Luka.

– Już to zrobiła.

– Czasami to nawet szesnaście godzin.

– Tak – przytaknęła.

– I strasznie dużo podróży. Ale po całym tym diabelnym tygodniu pracy weekend ma pani wolny.

Uśmiechnęła się leciutko z niedowierzaniem.

– Ależ tak. Nastaje piątkowy wieczór i cały weekend należy do pani.

– Chociaż domyślam się, że nie wychodzę stąd przed piątą?

– Zwykle koło dziesiątej – odparł.

Więc niezupełnie cały weekend dla siebie, pomyślała, kiedy jego ciemne oczy przebiegały po jej dokumentach.

– Dlaczego przestała pani pracować dla Justina?

– Nie chciałam zamieszkać w Dubaju.

– Sam często tam jeżdżę – powiedział. – Co znaczy, że i pani będzie.

– Nie ma problemu. Po prostu nie chcę tam mieszkać. – Wiedziała, że robił aluzję do jej narzeczonego, który mógł wpłynąć na jej decyzję. Słusznie. Gordon by się nad tym nie zastanawiał.

– Czy mówi pani po grecku? – spytał Luka.

– Nie – odparła, z nagłą nadzieją, że to był warunek uzyskania tej posady i ta tortura dobiegnie końca. Bo to była tortura. Miała ściśnięty żołądek i czuła ciężar własnych piersi. Nigdy nie reagowała tak silnie na mężczyznę, chociaż to wrażenie było oczywiście jednostronne. Bo Luka Kargas wyglądał na totalnie znudzonego.

– Zna pani inne języki? – spytał.

– Trochę francuski – powiedziała, chociaż dobrze mówiła w tym języku, bo mieszkała i pracowała we Francji przez rok. Ale nie interesował go jej francuski, czy znała go dobrze, czy nie, bo skrzywił się z niechęcią. I dobrze, bo Cecelia uznała, że nie chce tej posady.

Lubiła poczucie bezpieczeństwa, kiedy jej świat był uporządkowany. A już dziesięć minut sam na sam z Luką Kargasem tym światem wstrząsnęło. Fascynowały ją jego czarne oczy, a opryskliwa oziębłość sprawiała, że krzyżowała nogi. Aż do tej chwili seks był dla niej tylko miłym dodatkiem, a czasem obowiązkiem. A ten mężczyzna sprawiał, że siedząc naprzeciw niego, o niczym innym nie myślała. O drugiej w poniedziałkowe popołudnie myślała o namiętnym, spontanicznym numerku.

I dlatego nic z tej posady nie wyjdzie.

– Proszę pani…

– Cecelio – poprawiła go, tylko dlatego, że nie chciała mu się wydać jakąś sztywną starą panną. Bo nią nie była. Miała narzeczonego, ale rozpaczliwie próbowała teraz o tym nie myśleć.

Och, naprawdę nic z tego nie będzie.

– Cecelio – kiwnął głową. – Widzę, że nie masz żadnego doświadczenia w hotelarstwie.

– Nie, nie mam. Ani na jotę.

– Jotę? – Podniósł wzrok i zauważyła, że jego oczy tak naprawdę nie były czarne, tylko głęboko piwne.

– Nie mam doświadczenia w hotelarstwie, żadnego.

– I, jak widzę, nosisz pierścionek zaręczynowy.

– Przepraszam… – Zmarszczyła brwi. – Nie może pan tego komentować.

Machnął lekceważąco dłonią. W swoich papierach podała, by na wypadek niebezpieczeństwa skontaktować się z jej ciotką, nie z narzeczonym. Zaintrygowała go odrobinę.

– Ale jesteś zaręczona?

– Tak – najeżyła się. – To jednak nie jest pańska sprawa.

– Cecelio, jeśli myślisz o pracy dla mnie, to powinnaś wiedzieć, że nie słynę z politycznej poprawności. Ujmę to wprost: nie chcę asystentki, która właśnie planuje wielkie wesele, ani kogoś, kto wybiega z biura o szóstej z powodu fochów narzeczonego.

Cecelia zacisnęła zęby, bo Gordon czasami istotnie miewał fochy.

– Proszę pana, moje życie prywatne nie jest pańską sprawą i zapewniam, że nigdy nie będzie.

Bo nie zamierzała przyjąć tej posady.

Luka powstrzymał uśmiech.

– Podejdź tu – powiedział i wstał, podchodząc do biegnącego od podłogi do sufitu okna.

To nie przypominało jej poprzednich spotkań w sprawie pracy, pomyślała, wstając i podchodząc do niego. Ależ on był wysoki. Pachniał, jak gdyby kąpał się w bergamotce z nutą testosteronu.

– Spójrz na tę panoramę – powiedział.

– Wygląda niesamowicie. – Skinęła głową, spoglądając na rozświetlony, mokry Londyn. Szare niebo zaczynało się rozpogadzać, ale nie widziała nigdzie tęczy.

– To wszystko jest twoje – ciągnął. – Kiedy kończysz pracę w piątek, aż do poniedziałku rano świat stoi przed tobą otworem. Ale dopóki jesteś tutaj…

Oczekiwał całkowitego oddania i Cecelia zrozumiała przekaz.

– Kiedy możesz zacząć? – spytał.

Wzięła głęboki wdech i pomyślała o wszystkich korzyściach tej pracy. O pensji prawie dwa razy wyższej od jej obecnej, niekończących się podróżach i nazwisku Kargasa w swoim CV na zawsze.

A potem pomyślała o pułapkach. O sześćdziesięciogodzinnym tygodniu przy tym olśniewającym mężczyźnie. Zauroczenie nim było równie niespodziewane, jak niepokojące. Tak naprawdę nie wiedziała, co ma robić.

– Potrzebuję czasu do namysłu – bąknęła.

– Szukam kogoś, kto ufa własnym instynktom i podejmuje szybkie decyzje.

Nagle chciał, żeby dla niego pracowała. Zaimponowała mu w momencie, kiedy się tego nie spodziewał. A coś mu mówiło, że jeśli wyjdzie przez te drzwi, Cecelia Andrews nigdy tu nie wróci.

 

Wyczuwał jej wahanie. A ponieważ był, kim był, wiedział, kiedy naciskać i jak.

– Więc spytam raz jeszcze. Kiedy możesz zacząć, Cecelio?

Nigdy! Krzyczał jej instynkt. A jednak strasznie chciała tej pracy i wyzwań, jakie ze sobą niosła. Znała siebie na tyle dobrze, by mieć pewność, że nigdy nie zwiąże się w pracy z kimś takim jak on.

– Już – powiedziała, zaszokowana własną decyzją. – Mogę zacząć od zaraz.

– Więc witaj na pokładzie.

A kiedy uścisnął jej dłoń, Cecelia powiedziała sobie, że sobie z tym poradzi.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Luka, po długim namyśle zdecydowałam…

Budząc się, zanim jeszcze zadzwonił budzik, Cecelia leżała w łóżku w swoim londyńskim mieszkaniu wsłuchana w odgłosy ulicy, zastanawiając się, jak by tu najzręczniej złożyć wymówienie.

Większość ludzi powiedziałaby, że jest szalona, rzucając tę pracę. Miała tu niesamowitą pensję i fantastyczne podróże, ale w ciągu jedenastu miesięcy, jakie przepracowała u Luki, wyczerpał się limit wyznaczony przez jej poczucie przyzwoitości. On był zaprzysięgłym playboyem. To był niezaprzeczalny fakt. W końcu Cecelia prowadziła jego kalendarz.

Po prostu nie mogła dłużej tego znieść i w piątek, kiedy Luka odleciał swoim śmigłowcem na rozpustny weekend we Francji, sięgnęła po telefon i przyjęła sześciomiesięczny angaż na posadę asystentki szacownego zagranicznego dyplomaty. W nowej pracy miała mniej zarabiać, ale święty spokój, jaki zapewniała, był bezcenny.

Sięgając po komórkę, by sprawdzić godzinę, ujrzała datę i uświadomiła sobie, że to były jej urodziny. Nikt nie robił nigdy z tego powodu wielkiego szumu i Cecelia dawno temu musiała się z tym pogodzić. Ciotka i wuj, którzy ją wychowywali od jej ósmego roku życia, nie przejmowali się takimi sprawami, a jej matka, zanim umarła, też nie przywiązywała do tego wagi.

Zauważyła, że Luka wysłał do niej w nocy wiadomość.

Nie będzie mnie dzisiaj w pracy, Cece. Odwołaj moje spotkania. Zadzwonię później.

Zacisnęła zęby, bo skrócił irytująco jej imię, chociaż tyle razy go prosiła, by tego nie robił. Zmarszczyła brwi, bo w ciągu jedenastu miesięcy jej pracy dla niego on ani razu nie wziął wolnego dnia. Luka był wyjątkowo obciążony pracą, ale nigdy nie wypadał z rytmu. A jednak teraz, akurat w dniu, kiedy musiała z nim porozmawiać, miał być nieobecny.

Chciała wręczyć mu swoją rezygnację i mieć to już za sobą. Poza tym czekała ich dzisiaj ważna konferencja z panem Garcią i jego świtą z Nowego Jorku. Chociaż to było tylko spotkanie na łączach, niezwykle trudno było je zaaranżować i strasznie ciężko będzie je odwołać.

Czekał ją pracowity dzień, więc zmusiła się, by wstać z łóżka. Szybko wzięła prysznic i zaczęła się szykować do pracy. Miała swoje przyzwyczajenia i pomimo intensywnych podróży i absurdalnych godzin pracy, jakich wymagała jej posada, pewne rzeczy nigdy się nie zmieniały. Mogła się znajdować we Florencji, w Nowym Jorku albo w rodzinnym Londynie, ale zawsze ubrania do pracy przygotowywała sobie poprzedniego wieczoru. Codzienna rutyna były kluczowa dla jej dobrego samopoczucia, bo przez pierwsze osiem lat, kiedy mieszkała z matką, jedynym pewnikiem w jej życiu był chaos.

Ognisty odcień rudych włosów dzięki farbie tonowała do neutralnego blondu. Prostowała loki i ściągała je w schludny, niski koński ogon. Potem się malowała. Nie nadużywała makijażu, ale od asystentki Luki oczekiwano, że będzie zawsze wyglądać elegancko. Potrzebowała odrobiny różu, żeby nieco ożywić bladą cerę.

Właśnie tuszowała rzęsy, by podkreślić intensywną zieleń oczu, kiedy jej uwagę przykuł jędzowaty głos w radiu.

A czego się, do diabła, spodziewała, zadając się z Luką Kargasem?

Słysząc jego nazwisko, Cecelia wsadziła sobie w oko szczoteczkę od tuszu. Zirytowało ją to, że nawet o siódmej rano we własnej sypialni nie było przed nim ucieczki. Luka był cenionym finansistą, ale jego zachowanie złego chłopca regularnie omawiano w tabloidach. Ależ mieli używanie, dyskutując na jego temat teraz! Wyglądało na to, że wykorzystał każdą sekundę weekendu. Na pokładzie jego jachtu, ostatnio zacumowanego w Nicei, odbyła się w piątek dzika impreza. Potem zabawa przeniosła się do Paryża, gdzie Luka i jego goście uderzyli do kasyna. A po upojnej nocy pewna supermodelka wylewała łzy, mając nadzieję, że sprawy między nią a Luką potoczą się inaczej.

Co za naiwność, pomyślała Cecelia. Każdy przecież znał poczynania Luki z kobietami.

Ale istniała prywatna sfera jego życia, do której nikt, a z pewnością jego asystentka, nie miał dostępu. O ile zdołała się zorientować, Luka wiódł uprzywilejowane życie. Jego ojciec posiadał luksusowy ośrodek wczasowy na Xanero. Tamtejsza słynna restauracja Kargasów stanowiła okręt flagowy ich rozwijającej się w wielu krajach firmy. Luka skupiał się jednak bardziej na rozwijaniu sieci hotelowej i żył w szalonym tempie. Umawiał się z kobietami i zrywał z nimi bez trudu i o wiele za często to właśnie Cecelia ocierała łzy i odbierała telefony od jego wzgardzonych kochanek.

Tak, był zaprzysięgłym playboyem. I to ją niepokoiło, bo poznała kiedyś takie życie. Śmierć jej matki Harriet wprawiała jej szacowną rodzinę w zażenowanie, ponieważ umarła tak, jak żyła, odchodząc z opuszczonymi majtkami po zażyciu kokainy. Pozostawiła córkę, z którą nikt nie wiedział, co zrobić. Na jej świadectwie urodzenia brakowało nazwiska ojca. Cecelia widziała go tylko raz w przelocie. I nigdy więcej nie chciała go widzieć.

Stateczni ciotka i wujek Cecelii, którzy zawsze kręcili z dezaprobatą głowami na cygańskie życie Harriet, po jej śmierci zaopiekowali się dzieckiem. Ze zwichrzonymi lokami i lśniącymi zielonymi oczami mała Cecelia była minirepliką swojej matki, ale tylko z wyglądu. Dziewczynka łaknęła stabilizacji. W zasadzie to właśnie ona wnosiła jakikolwiek ład w życie swojej matki. Sama dbała o swój szkolny mundurek, wyciągała z portmonetki matki pieniądze na jedzenie i codziennie sama wyprawiała się do szkoły.

Teraz prowadziła bardzo uporządkowane życie, była efektywna i zdyscyplinowana. Nawet podróżując służbowo dookoła świata, generalnie przed dziesiątą leżała już w łóżku, a w weekendy przed jedenastą.

Miała przyjaciół, ale z nikim nie była wystarczająco blisko, by pamiętał o jej urodzinach, a o tej samej porze w zeszłym roku zaręczyła się. Zerwanie z Gordonem było jedynym problemem, jakiego przysporzyła ciotce i wujkowi, którzy nie rozumieli, jak mogła rozstać się z tak porządnym mężczyzną.

To nie była wina Gordona i właśnie to mu powiedziała, rozstając się z nim. To była wina cholernego Luki! Oczywiście tego Gordonowi nie powiedziała.

Jednak tego ranka nie miała czasu tego roztrząsać.

Założyła cielistą bieliznę i wyjrzała przez okno. Słońce złociło się na błękitnym niebie i po prostu nie mogła znieść myśli o włożeniu granatowego lnianego kostiumu, który przygotowała do pracy wieczorem. Do diabła z tym!

Skoro Luki miało nie być dzisiaj w biurze, dokonała nieplanowanej zmiany garderoby. Zdecydowała się włożyć sukienkę, którą kupiła niedawno na ślub przyjaciółki. To był rzadki dla niej zakup pod wpływem impulsu. Sukienka miała kolor kremowy, była bez pleców i zawiązywało się ją na szyi. Na odsłonięte ramiona narzuciła blado cytrynowy cienki sweterek w kształcie bolerka, który zakupiła tego samego dnia. Sukienka sięgała do pół łydki, więc nie musiała się martwić o rajstopy. Włożyła espadrile.

Tak, prawdopodobnie dlatego, że miała wkrótce odejść z Holdingu Kargasów, w końcu zaczęła się trochę rozluźniać. Zamykając drzwi do mieszkania, zdecydowała, że pomimo nieobecności Luki jednak złoży dzisiaj wymówienie. Łatwiej będzie zrobić to przez telefon albo za pośrednictwem łączy.

– Prawdziwie letnia kreacja – zauważyła pani Dawson, jej wścibska sąsiadka. – Wychodzi pani do pracy?

– Tak.

Bolerko zdjęła, zanim jeszcze dotarła do schodów ruchomych w metrze, bo było gorąco i duszno. Stojąc w pociągu, dostrzegła, że weekendowe eskapady Luki trafiły na nagłówki gazet trzymanych przez ludzi dojeżdżających do pracy. Umieszczona pod nagłówkiem fotografia przedstawiała Lukę na pokładzie jego jachtu obok eleganckiej ciemnoskórej piękności. Krople wody z jego nagiego torsu kapały na kobietę i chociaż ich ciała się nie dotykały, scena wydawała się intymna.

Cecelia oderwała wzrok od fotografii i patrzyła przed siebie, ale ten obraz zdawał się tańczyć w przyciemnionych oknach pociągu. Po wyjściu z metra skierowała się w stronę wysokiego budynku mieszczącego Kargas Holdings. Uśmiechnęła się do portiera, weszła do holu i wjechała windą na górę. Dysponowała specjalnym kodem pozwalającym jej dostać się na czterdzieste piętro, w całości zajmowane przez Lukę. Mieściło nie tylko biura i sale konferencyjne, ale także siłownię i basen oraz luksusowy apartament o standardzie pięciogwiazdkowego hotelu. Luka często tam sypiał, kiedy pracował w nocy albo wcześnie wylatywał z Londynu.

Dochodziła dopiero ósma i wyglądało na to, że pobiła recepcjonistkę Bridgette, przychodząc pierwsza do pracy. Sprzątaczki właśnie myły okna i odkurzały.

Cecelia zrobiła sobie kawę z ekspresu i podeszła do swojego biurka stojącego przed wejściem do gabinetu Luki. On czasem nazywał ją odźwierną, ale sama czuła się raczej jak ochroniarz. Witała jego klientów i gości, a poza tym stanowiła ostatni bastion przed jego wzgardzonymi kochankami, jeśli udało im się pokonać ochronę przy wejściu na dole. To się czasem zdarzało, chociaż generalnie Cecelia pacyfikowała je przez telefon.

Zawiesiła sweterek na wieszaku i właśnie miała usiąść przy biurku, kiedy usłyszała jego głos.

– To kawa dla mnie, Cece?

Wychodził właśnie z gabinetu. Poza nieogolonym zarostem niewiele wskazywało na dziki weekend. Miał na sobie czarne eleganckie spodnie i białą dopasowaną koszulę, eksponującą jego opaleniznę, a gęste ciemne włosy, choć ciut zmierzwione, nadal wyglądały świetnie.

– Myślałam, że cię dzisiaj nie będzie – powiedziała.

– Dlaczego tak myślałaś?

– Taką wiadomość wysłałeś mi w nocy.

– I co z tego?

Zwykle opanowana i sztywna Cece wyglądała dzisiaj inaczej. Niby nic takiego, po prostu trzymała w ręku kawę i miała na sobie letnią sukienkę. Zwykle była zapięta pod szyję w granacie lub czerni, ale dzisiaj nie tylko jej ubiór był inny.

– Dzięki – powiedział i wziął z jej rąk filiżankę.

– Jest z cukrem – ostrzegła go, siadając za biurkiem. – I, proszę, mam na imię Cecelia, nie Cece.

– To przyzwyczajenie – powiedział.

– Bardzo irytujące.

Celowo tak ją tak nazywał, bo uwielbiał ją prowokować. Jej chłód go drażnił.

– Jak ci minął weekend? – spytała grzecznie, udając oczywiście, że nic nie słyszała na ten temat.

– Bardzo podobnie do poprzedniego – odparł, podchodząc i stając za jej biurkiem. Ku jej irytacji, pochylił się i jego biodra znalazły się na wysokości jej monitora. – Bywasz znudzona?

– Właściwie nie – skłamała, bo przecież nudziła się z Gordonem. On także pracował w City i popadli w pewną rutynę, spotykając się na drinka w środy, a w piątki wychodząc z przyjaciółmi. Soboty na ogół spędzali tylko we dwoje, po czym bez większych emocji szli do łóżka. W niedzielę wybierali się na jakąś nieciekawą przejażdżkę i jedli lunch w jakimś pubie. A potem miewali jeszcze jedną rozczarowującą schadzkę tej samej nocy.

To nie była wina Gordona. Cecelia wstrzymywała się od seksu, tak jak wstrzymywała się przed pełnią życia. Tak naprawdę wina leżała po stronie tego mężczyzny opierającego się właśnie o jej biurko. Och, nie powinnam była nigdy podejmować tej pracy, myślała, kiedy Luka upierał się przy rozmowie, którą ona najchętniej by skończyła.

– Nie męczy cię robienie w kółku tego samego? – spytał.

– Lubię rutynę – odparła.

Zerknął na jej schludne, uporządkowane biurko i wiedział, że wnętrze jej szuflad wygląda dokładnie tak samo. Żeby ją zirytować, przestawił mały ceramiczny pojemnik, w którym trzymała długopisy i drobiazgi.

– Pożyj trochę.

– Nie, dziękuję. – Uśmiechnęła się ponuro i postawiła pojemnik z powrotem na miejsce. Przy tym geście wyczuł zapach świeżo umytych włosów. Nie używała perfum. Ciężko ją było rozgryźć, jak żadną inną kobietę. Dawno temu zrezygnował z flirtu z nią, bo dezaprobata, jaką widział w jej oczach, psuła mu całą przyjemność.

– Ładnie wyglądasz – powiedział.

Ściągnęła lekko brwi, ponieważ ośmielił się na osobisty komentarz.

– Dziękuję.

Luka tak tego nie zostawił.

 

– Jesteś w sukience.

– Co za wnikliwa uwaga.

– Wspomniałem o tym, bo zwykle nie nosisz sukienek.

– Weekend był tak ciepły, że nie mogłam się zdobyć na włożenie kostiumu.

– Nie, ale…

– Luka – przerwała mu. – Jeśli masz problem z tym, że ubrałam się mniej oficjalnie niż zwykle, to po prostu mi to powiedz i nigdy więcej się to nie powtórzy.

– Nie widzę problemu w tym, że jesteś w sukience.

– Więc nie mamy o czym mówić.

– Jesteś pewna?

Nie zamierzał podejmować tego tematu, ale to był właściwy moment.

– To, co noszę… – zaczęła, ale jej przerwał.

– Masz dzisiaj kolejną wizytę u dentysty, Cecelio? – zmienił ton, poprawnie wymawiając jej imię. – A może to rozstrzygające spotkanie w sprawie pracy?

Podejrzewał, że zamierzała odejść, a teraz się upewnił, bo na jej blade policzki wypłynął rzadki rumieniec. Asystentki przychodziły i odchodziły, Luka zdążył się do tego przyzwyczaić. Był niezwykle wymagającym szefem i miał świadomość, że jedynie nieliczne mogły sprostać jego niemożliwemu planowi zajęć. Zwykle wymagał tylko, aby urzędująca asystentka przeszkoliła kolejną do obowiązujących standardów, zanim odejdzie, żeby przejęcie obowiązków odbyło się bez zakłóceń. Ale odejście Cecelii niepokoiło go. Lubił jej obecność w swoim życiu i nie chciał, by odchodziła. Jednak trzy przedłużające się wizyty u dentysty w ostatnich tygodniach stanowiły nieomylny znak i unikała rozmów na temat przedłużenia swojej umowy.

– Czy jest coś, co chciałabyś mi powiedzieć? – spytał.

– Właściwie tak. – Wzięła oddech, ale wtedy pojawiła się Bridgette. Cecelia nie chciała rozmawiać o tym przy świadkach.

– Czy możemy pomówić na osobności?

– Oczywiście. Przecież wiesz, że moje drzwi są zawsze zamknięte.

Kiedy nie uśmiechnęła się na jego żarcik, wstał z biurka.

– Wejdź.

Luka zdecydował, że będzie musiał jej to wyperswadować. I wiedział dokładnie, jak to zrobić.