Między pasją a miłościąTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Carol Marinelli

Między pasją a miłością

Tłumaczenie: Dorota Viwegier-Jóźwiak

HarperCollins Polska sp. z o.o.

Warszawa 2020

Tytuł oryginału: The Innocent’s Shock Pregnancy

Pierwsze wydanie: Harlequin Mills & Boon Limited, 2018

Redaktor serii: Marzena Cieśla

Opracowanie redakcyjne: Marzena Cieśla

© 2018 by Carol Marinelli

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o., Warszawa 2020

Wydanie niniejsze zostało opublikowane na licencji Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

uin i Harlequin Światowe Życie są zastrzeżonymi znakami należącymi do Harlequin Enterprises Limited i zostały użyte na jego licencji.

HarperCollins Polska jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A. Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-516 Warszawa, ul. Starościńska 1B, lokal 24-25

www.harpercollins.pl

ISBN 978-83-276-5509-7

Konwersja do formatu EPUB, MOBI: Katarzyna Rek / Woblink

ROZDZIAŁ PIERWSZY

– Merido! Ratujesz mi życie!

Reece’owi wyraźnie ulżyło, gdy zobaczył Meridę w progu eleganckiej galerii przy Piątej Alei.

Wiosenna ulewa zmusiła Meridę do szaleńczego biegu od stacji metra, a ponieważ wcześniej wyszła z domu zaraz po telefonie, nie pamiętała, by zabrać ze sobą parasol. Długie ognistoczerwone loki znajdowały się aktualnie w opłakanym stanie. Na szczęście zostało jeszcze trochę czasu, zanim pojawi się on, pomyślała.

Promienny uśmiech rozjaśnił twarz Meridy Cartwright. Trudno się było domyślić, że zastępstwo zorganizowane na ostatnią chwilę oraz konieczność oprowadzenia po galerii zblazowanego VIP-a były ostatnią rzeczą, na jaką miała ochotę tego wieczoru.

Co prawda, w ciągu dnia pracowała w galerii jako asystentka, ale jej prawdziwym powołaniem było aktorstwo. Przyjechała do Nowego Jorku z głową pełną marzeń o karierze na Broadwayu, dając sobie dokładnie rok na realizację planu.

Teraz, po dziesięciu miesiącach od przyjazdu z Anglii, kończył jej się nie tylko czas, ale i oszczędności. Rozpaczliwie potrzebowała pieniędzy. Inaczej siedziałaby teraz w swoim maleńkim mieszkaniu i przygotowywała się do jutrzejszego castingu.

– To naprawdę żaden problem, Reece.

– Właśnie miałem zamykać, kiedy zadzwoniła Helene.

– Kto?

– Asystentka Ethana Devereux. Co za okropny pech, że muszę wyjechać akurat wtedy, gdy ktoś tak znamienity przychodzi odwiedzić naszą galerię.

– Wszystko będzie dobrze – uspokoiła go Merida. – O której masz lot?

– O dziewiątej. Muszę się zbierać.

Nie ruszył się jednak z miejsca.

– Przeczytałaś podręcznik o amuletach? – zapytał podejrzliwym tonem.

– Naturalnie.

– Nie możesz niczego zepsuć, Merido. Próbowałem nakłonić Helene, by przełożyła termin wizyty, ale powiedziała, że Devereux chce obejrzeć kolekcję koniecznie dzisiaj. Jedno złe słowo z jego ust i będziemy skreśleni.

– To ktoś aż tak ważny? – Merida zmarszczyła czoło.

Reece uśmiechnął się z politowaniem.

– Czasami zapominam, że jesteś Brytyjką i nie dorastałaś w świecie, w którym od małego jesteśmy karmieni szczegółami z życia rodziny Devereux. Mówiąc oględnie, to nasi właściciele.

– Należy do nich ta kamienica?

– Należy do nich połowa East Side. To taka nowojorska rodzina królewska. Ojciec – Jobe – i jego dwóch synów, Ethan i Abe. Do tego cała banda pociotków…

– Dlaczego wyrażasz się o nich tak niemiło?

– To oni są niemili – sprostował Reece. – Och, biedna Elizabeth…

– Kto taki?

– Elizabeth Devereux. Żona Jobe’a, właściwie druga żona i matka jego synów. Była prawdziwym aniołem, dlatego przez parę chwil byli szczęśliwą rodziną. – Reece zniżył głos. – Potem dowiedziała się, że Jobe miał kolejny romans. Zwykle przymykała na to oko, ale tym razem kochanką była podobno niania.

– Rozeszli się? – spytała Merida.

– Nie. Uciekła na Karaiby, żeby tam leczyć złamane serce. Ale tam miała wypadek podczas pływania na nartach wodnych. Od tamtego czasu z nazwiskiem Devereux wiążą się same skandale. Nie daj się zwieść Ethanowi. Wygląda uroczo, ale jest zdolny zniszczyć każdego.

Merida skrzywiła usta. Nie takiego zakończenia opowieści się spodziewała.

– Nie zapomnij o szampanie i przekąskach z Barnaby’s.

– Będzie sam?

– Trudno powiedzieć. Może przyjedzie z jakąś kobietą. Stolik jest nakryty dla dwojga. Próbowałem odszukać, jak się nazywa jego ostatnia partnerka, ale zgubiłem się w gąszczu plotek. Aha, byłbym zapomniał. Gemma przyniosła dla ciebie sukienkę i sznur pereł.

– Słucham? – Merida przymrużyła zielone oczy. Reece nie powiedział jej przez telefon, że powinna się ubrać inaczej niż zwykle.

– Jestem źle ubrana? – Spojrzała po sobie. Miała spódnicę w szkocką kratę, czarne rajstopy, zamszowe botki i czarny golf. Zwykłe ubranie do pracy, które nikomu wcześniej nie przeszkadzało.

– Skąd! Wyglądasz świetnie, ale Ethan Devereux to nie bohema artystyczna i musimy się dostosować. – Naprawdę doceniam, że przyszłaś, Jestem pewien, że twój facet znienawidzi mnie za to, że zepsułem wam wieczór.

Merida uśmiechnęła się chłodno. Dawno temu zdecydowała, że nie będzie rozmawiać z Reece’em o swoim życiu miłosnym. Szczególnie, że takiego nie miała.

– Kiedy Ethan już sobie stąd pójdzie, czy mogłabyś wyświadczyć mi jeszcze jedną przysługę i zaktualizować stronę internetową? Clint nie zdążył tego zrobić.

– Jasne – powiedziała, po czym odprowadziła Reece’a wzrokiem w stronę drzwi. Portier pomógł mu zapakować walizkę do taksówki.

Potem zamknęła drzwi galerii na klucz i wymknęła się na zaplecze. W małym pokoiku dla personelu znalazła plastikowy worek z wieszakiem. W środku była prosta czarna sukienka, a w małej sakiewce – sznur pereł.

Gemma zostawiła jej także parę czarnych szpilek, na co Merida aż zazgrzytała zębami. Potrzebowała jednak tej pracy, więc nie zamierzała dyskutować z decyzją przełożonych. Założyła na siebie sukienkę i zerknęła do lustra. Sukienka miała wiązanie na karku, więc oczywiście ramiączka od stanika nie mogły być widoczne. Na szczęście nie miała zbyt bujnego biustu i stanik był w zasadzie zbędny.

Nigdy nie malowała się zbyt mocno. Używała tylko tuszu do rzęs, żeby je przyciemnić i podkreślić zielone oczy, oraz odrobinę różu na policzki. Jedyna szminka, jaką miała, była w odcieniu koralowym. Pomalowała usta i cofnęła się, by ocenić efekt.

Nie była zachwycona. Sukienka odsłaniała za dużo ciała, a ona przypominała raczej dziewczynę zachęcającą w barze do zamawiania drinków niż asystentkę w poważnej galerii sztuki. Jedynym dysonansem w tym obrazie były jej włosy. Rozczesała je palcami i przygładziła, po czym związała w niski kucyk. Nie miała czasu bawić się teraz w kosmetyczkę i fryzjerkę.

Wyszła z zaplecza i, stukając obcasami, obeszła galerię, by rzucić wprawnym okiem na gabloty. Oczywiście Reece zapewne wszystko przygotował, ale wolała się upewnić.

Amulety połyskiwały w gablotach.

Zadowolona, że wszystko jest gotowe, wróciła do głównego pomieszczenia, otworzyła kluczem szklane drzwi i usiadła na wysokim stołku za kontuarem. Oczekując na przyjazd zapowiedzianego VIP-a, próbowała pozbyć się nieprzyjemnego wrażenia, z którym zostawił ją Reece.

Bohema! Żeby to jeszcze brzmiało jak komplement. A przecież starała się wykonywać swoje obowiązki jak należy. Nie tak jak Clint, który był menedżerem i zrzucał na nią przeróżne zadania.

Pogrążona w myślach, ledwie odnotowała, że obok witryny stanął czarny samochód. Kiedy kierowca wysiadł i otworzył tylne drzwi, Merida zerwała się z miejsca i otworzyła szampana, który chłodził się w kubełku z lodem. Zaczęła nalewać spieniony złocisty trunek do kieliszków i dopiero po chwili spojrzała w stronę wejścia.

Najpierw dostrzegła drogie, skórzane buty mężczyzny wysiadającego z auta, a kiedy stanął na chodniku przed drzwiami galerii, zobaczyła go w całej okazałości. Był wysoki i miał na sobie nienagannie skrojony garnitur. Emanowała od niego taka pewność siebie, że faktycznie mógłby się przedstawiać jako właściciel całej ulicy.

Merida poczuła chłód szampana ściekającego po dłoni i gwałtownie uniosła butelkę znad kieliszka. Powinna wytrzeć rozlany trunek, ale zamiast tego wolała lepiej się przyjrzeć mężczyźnie, dopóki jeszcze mogła to zrobić, nie zwracając na siebie uwagi.

Ethan Devereux przypominał amanta ze starych filmów. Jego skóra była jasna, prawie biała, a włosy kruczoczarne. Gdy odwrócił twarz, mrużąc oczy w ostatnich promieniach zachodzącego słońca, dostrzegła szlachetny profil z prostym, wąskim nosem i zmysłowo wykrojonymi ustami.

Mimo że galerię regularnie odwiedzali bardzo eleganccy klienci, czasami także bogaci i sławni, Merida nie mogła sobie przypomnieć, by którykolwiek z nich zrobił na niej aż takie wrażenie.

 

Chwyciła ręcznik papierowy i wytarła rozlany trunek, po czym napełniła kolejny kieliszek szampanem.

Do galerii mężczyzna wszedł jednak sam.

Co prawda Reece wspominał o tym, że Ethan Devereux jest przystojny, ale nie sądziła, że jego uroda dosłownie ogłuszy jej zmysły.

Natychmiast pochwycił jej spojrzenie. Poczuła delikatny dreszcz na ciele, jakby omiótł spojrzeniem całą jej sylwetkę, choć tego nie zrobił.

– Panie Devereux… – Merida odchrząknęła i wyciągnęła na powitanie rękę, próbując zamaskować zaskoczenie, co udało jej się tylko dzięki talentowi aktorskiemu. – Jestem Merida Cartwright.

– Ciekawe imię – zauważył mężczyzna zmysłowym barytonem. – Mów mi Ethan – dodał i uścisnął podaną dłoń.

– Pracuję tu jako asystentka i…

– Asystentka? – Z tonu wywnioskowała, że spodziewał się kogoś na wyższym stanowisku.

– Tak. – Merida kiwnęła głową. – Reece był niepocieszony, że nie może pana oprowadzić, ale właśnie dziś wyleciał do Egiptu.

Ethan Devereux nie był tym wszystkim zachwycony. Przyzwyczaił się, że zawsze oferowano mu najlepszą obsługę, nawet jeśli decydował się na coś w ostatniej chwili. Fakt, że miała oprowadzać go asystentka, lekko zbił go z tropu.

Szejk Khalid z Al-Zahan, właściciel amuletów, był przyjacielem i partnerem biznesowym Ethana. Poznali się dawno temu podczas studiów na Uniwersytecie Columbia. Podczas wczorajszej kolacji w Al-Zahan Khalid wyjawił, że martwi się o swoją kolekcję królewskich amuletów, wypożyczoną nowojorskiej galerii. Zdaniem jego informatorów, personel nie miał dostatecznej wiedzy, prezentacja kolekcji odbywała się w pośpiechu, a potem klienci byli kierowani do innych eksponatów, które miały szansę zarobić dla galerii wyższą prowizję.

Dlatego Khalid poprosił Ethana, aby dyskretnie sprawdził, jak to wygląda na miejscu. Co prawda Ethan lojalnie uprzedził, że w Nowym Jorku trudno mu będzie ukryć przed wścibskimi oczami paparazzich tę wizytę, ale zgodził się zajrzeć do galerii. Już za sam fakt, że powitała go byle asystentka, wystawił galerii minus. Nie pomogło nawet to, że asystentka była prześliczna.

– Czy mogę zaproponować kieliszek szampana albo przekąski? – spytała Merida, wskazując na stolik obok.

– Nie, zacznijmy od razu.

Był opryskliwy i zniecierpliwiony. Zignorował poczęstunek, a to zdarzało się niezwykle rzadko.

– Jak już wspominałam, Reece wyjechał do Egiptu, gdzie ma się spotkać z Azizą – kontynuowała Merida, gdy zmierzali w kierunku pierwszej gabloty. – Aziza zaprojektowała te przepiękne domki dla lalek.

O nie, tylko nie to… – pomyślał Ethan.

Ledwie wczoraj dowiedział się, że jego ojciec ma mieć operację, dlatego z Al-Zahan poleciał do Dubaju, a potem do domu, oczywiście prywatnym samolotem. Niemniej jednak, był wykończony tempem ostatnich dni i nie miał najmniejszego zamiaru oglądać domków dla lalek, nawet gdyby były ozdobione złotymi hieroglifami. Może faktycznie powinien napić się szampana, chociaż to znowu wydłużyłoby jego wizytę. Chciał jak najszybciej zobaczyć amulety i wrócić do siebie. Ale ponieważ musiał dowiedzieć się jak najwięcej o działaniu galerii, nie przerwał monologu.

Po dłuższej chwili uznał, że wyuczona na pamięć prelekcja najmniej go z tego wszystkiego męczy. Kobieta miała przyjemny głos, a brytyjski akcent sprawił, że zaczął słuchać, choć sam temat nie interesował go ani trochę.

– Domki miały znaczenie religijne. Nie używano ich jako zabawek – wyjaśniła Merida.

Robiła, co mogła, żeby zainteresować gościa eksponatami, które mijali, ale wydawał się co najmniej tak znudzony jak trzylatek w kościele. Gdy znaleźli się przy wspaniałym, ręcznie tkanym bieżniku z jedwabiu, chciała opowiedzieć o beduińskich artystach, naturalnych barwnikach oraz historii skomplikowanych wzorów, jakimi były ozdobione, ale Ethan przerwał jej po piętnastu sekundach.

– Przejdźmy dalej.

Na pewno nie był pierwszym antypatycznym i znudzonym klientem, którego Merida oprowadzała po galerii. Ethan Devereux nie pasował jednak do tego typu klienta. Przyszedł sam, na dodatek nalegał, by wizyta odbyła się dziś.

Merida kontynuowała prezentację, ale zniecierpliwienie jej gościa było coraz większe. Kiedy w końcu doszli do biżuterii, ograniczyła się do najważniejszych informacji. Ale to także nie wystarczyło i jak tylko wskazała na przepiękny pierścień, Ethan ziewnął, i to niezbyt dyskretnie.

– Proszę mi wybaczyć – powiedział od razu.

Nie było to zbyt grzeczne i doskonale o tym wiedział, ale był tak potwornie zmęczony, że nie pamiętał, co oglądał przed chwilą. To naprawdę nie była wina tej kobiety, że nie mógł wykrzesać z siebie nawet krzty zainteresowania.

Dla wystawianych przedmiotów, bo asystentkę był skłonny uznać za prawdziwą ozdobę tego miejsca. Była nieco spięta, czego nie udało jej się zamaskować udawaną pewnością siebie. Jej oczy miały kolor mchu, ale często unikała jego spojrzenia. Miała szczupłą figurę, a jej cera miała bardzo jasny, prawie blady odcień. Nos i policzki zdobiły drobne piegi. Co do włosów, kojarzyły mu się z dwiema ulubionymi rzeczami, bursztynem i koniakiem, zmieszanymi w idealnych proporcjach.

– Przechodzimy do mojej ulubionej części ekspozycji – powiedziała kobieta i uśmiechnęła się tajemniczo, co zastanowiło Ethana. Zwykle umiał odczytać ludzkie emocje czy intencje, ale w jej przypadku nie był pewien.

– Czyli…? – zapytał.

– Amulety z Al-Zahan. Mamy niesamowite szczęście, że nam je wypożyczono.

– Na jak długo?

– Będzie je można oglądać jeszcze przez trzy miesiące – odpowiedziała Merida. – Mamy jednak nadzieję, że uda się przedłużyć ten okres. Tędy, proszę – dodała i zapaliła światło, by mogli zejść do wydzielonej części, gdzie znajdowały się amulety.

– Pani pierwsza – odrzekł Ethan Devereux i po raz pierwszy Merida poczuła, że wolałaby, gdyby był mniej szarmancki.

Wyłożone aksamitem ściany w dyskretnym oświetleniu przytłaczały ją, a przejście paru kroków przed panem Devereux wydawało się arcytrudnym zadaniem do wykonania. Stawiała kroki z większą ostrożnością niż zwykle. Nie dlatego, że mogłaby się potknąć, ale dlatego, że gdyby to zrobiła, Ethan Devereux złapałby ją lub pomógł jej wstać, a to oznaczało, że musiałby jej dotknąć.

Oczywiście bywała już w sytuacjach sam na sam z różnymi mężczyznami, ale wszystkie te znajomości nie wyszły poza fazę pocałunku. Czasami zastanawiała się, czy to może jej wina. Ukryta wada genetyczna, o której nic nie wiedziała? Albo kwestia przeszłości. Rozwód rodziców był bolesnym doświadczeniem i być może z tego powodu nie umiała zaufać żadnemu mężczyźnie.

Co innego na scenie. Tu śpiewająco zagrałaby namiętną kochankę. Zresztą nawet w tej chwili grała, udając, że arcyprzystojny pan Devereux nie zrobił na niej wrażenia.

W prawdziwym świecie wszystkie uczucia, których w tej chwili doświadczała, stojąc tuż obok Ethana Devereux, były dla niej absolutną nowością.

ROZDZIAŁ DRUGI

Znalazłszy się w wydzielonej dla amuletów części galerii, Merida poczuła, że brak jej tchu. Panował tu półmrok, rozświetlony jedynie punktowymi lampkami skierowanymi na gabloty. W ograniczonej przestrzeni zapach wody kolońskiej Ethana Devereux stał się jeszcze bardziej wyrazisty, potęgując efekt oszołomienia.

– To właśnie amulety z Al-Zahan – powiedziała, przełamując krępującą ciszę.

Ethan spodziewał się ujrzeć biżuterię ze skarbca królewskiego albo co najmniej bogato rzeźbione okazy oprawione w złoto i inne szlachetne kruszce. Zamiast tego jego oczom ukazały się kamienie szlachetne zamknięte częściowo we fragmentach skały. Każdy z nich stanowił odrębną minigalaktykę. Kiedy Merida zaczęła o nich opowiadać, ze zdziwieniem stwierdził, że znużenie ustąpiło miejsca ciekawości.

– Kolekcja i jej historia były oczkiem w głowie zmarłej przedwcześnie królowej Dalili. Do ostatnich dni przed śmiercią, około dwudziestu lat temu, prowadziła poszukiwania.

– Jak umarła? – spytał Ethan.

– Przy porodzie. To było chyba jej czwarte dziecko… – Zmarszczyła brwi, zastanawiając się, czy aby na pewno dobrze zapamiętała informacje z przewodnika, którego Reece kazał jej się niemal nauczyć na pamięć. – Nie jestem tego pewna, ale mogę sprawdzić.

– Nie trzeba.

Nie uwierzyła w to, ponieważ od samego początku dręczyło ją dziwne wrażenie, że jest poddawana jakiejś próbie.

– Kiedy sama wychodziła za mąż, ofiarowano jej ten amulet…

W pierwszej gablocie, na obrotowej podstawce umieszczony był pokaźnych rozmiarów szmaragd w bryle rudy. Pięknie podświetlony, obracał się powoli, odbijając światło. Ethan przez dłuższą chwilę przyglądał mu się, prawdziwie zafascynowany.

– Amulety to ofiarowany potencjał – wyjaśniła Merida.

– Potencjał czego?

– Małżeństwa w Al-Zahan były i nadal są aranżowane. Amulety mają być gwarancją przyszłej miłości, wspomagają także płodność. Mówi się, że to ofiarowane możliwości, które dopiero mają się zrealizować.

Zerknęła na Ethana Devereux, który nareszcie zaczął przejawiać odrobinę zainteresowania.

– Kolejny amulet to lapis lazuli. Do dziś jest źródłem pigmentu ultramaryny. Tego koloru używał Van Gogh, kiedy malował „Gwiaździstą noc”. Królowa, a wtedy jeszcze księżniczka, zobaczyła ten obraz na wystawie, kiedy studiowała tutaj, na Manhattanie. Podobno wspomnienie tego obrazu stało się inspiracją do poszukiwania kolejnych amuletów.

– Dużo udało jej się znaleźć?

– Całkiem sporo. – Merida pokiwała głową.

– I naprawdę studiowała w Nowym Jorku?

– Tak. Na Uniwersytecie Columbia.

Na tej samej uczelni, na której Ethan i Khalid się poznali. Ethan wiedział, że amulety należały do rodziny Khalida, ale nie miał pojęcia, że zmarła królowa także studiowała w Ameryce. Zdziwiło go, że dowiedział się więcej o rodzinie Khalida od obcej osoby niż od samego Khalida.

– Księżniczka Dalila wróciła po studiach do Al-Zahan, aby zgodnie ze zwyczajem wyjść za mąż. Jednak to sentyment do Nowego Jorku był powodem, dla którego jej syn, szejk Khalid, zgodził się na wystawienie amuletów w naszej galerii.

Ethan ruszył dalej, chcąc jak najszybciej obejrzeć kolejny kamień. Przystanął przy kolejnej gablocie, gdzie w bladym owalnym marmurze spoczywał przepiękny rubin.

– To mój ulubiony – przyznała Merida.

Wyjęła z szufladki dwie pary czarnych rękawiczek i podała mu jedną.

– Trzysta lat temu w Al-Zahan odbył się sekretny ślub – zaczęła opowieść, powoli naciągając na dłonie rękawiczki. – Z powodu waśni pomiędzy dwiema rodzinami tym razem młodej parze nie ofiarowano amuletu. Po jakimś czasie rodziny pogodziły się, ale po dwóch latach małżonkowie wciąż nie doczekali się potomstwa i wszyscy uznali, że powodem jest właśnie brak amuletu. Król, zatroskany o kontynuację rodu, nakazał wydobyć najpiękniejsze kamienie. Minęły trzy lata, zanim znaleziono kamień, który nadawałby się na amulet.

– Jest wyjątkowo piękny – powiedział Ethan.

Merida ostrożnie wyjęła amulet z gabloty i podała mu go. Zważył go w dłoni, po czym, trzymając w palcach, przybliżył do twarzy.

– Ostrożnie – uprzedziła Merida. – To amulet, który wzmaga płodność.

– Chyba u kur – zażartował Ethan.

Uśmiechnęła się, a jej oczy błyszczały jaśniej niż jakikolwiek amulet. W tej chwili był w stanie zapomnieć o męczącym dniu i różnicy godzin, która zaczęła mu się dawać we znaki. W planach miał jeszcze wizytę u ojca w szpitalu.

Za godzinę, może dwie, będzie musiał zmierzyć się z tym problemem, ale na razie mógł jeszcze przez chwilę skoncentrować się na nieco przydymionym głosie, którym Merida opowiadała historię niezwykłego kamienia, który miał gwarantować miłość i płodność – żadnej z nich nie potrzebował w swoim życiu.

– Czy amulet zadziałał? – zapytał, oddając jej z powrotem kamień.

– Tak. Królowa urodziła bliźnięta.

Zwiedzanie dobiegało końca. Ethan obejrzał z bliska jeszcze kilka amuletów, które Merida za każdym razem wyjmowała z gablot, zachowując najwyższą ostrożność.

– Są naprawdę piękne, choć te wszystkie opowieści o nich można chyba włożyć między bajki.

– Nie byłabym tego taka pewna – zauważyła Merida. – Wszystkie małżeństwa, którym podarowano te amulety, okazały się szczęśliwe.

– Ale królowa Dalila zmarła przy porodzie – przypomniał Ethan.

– Nie miały być obietnicą długowieczności – powiedziała Merida i uśmiechnęła się zamyślona. – Więc może jest w nich jednak coś magicznego.

 

– Wątpię – stwierdził cierpko Ethan.

Nie wierzył w miłość. Za to w pożądanie? Jak najbardziej.

Kusiło go, żeby powiedzieć Meridzie, że zna Khalida. Tylko po to, żeby przeciągnąć nieco ich spotkanie.

– Jak długo pracujesz w galerii? – zapytał, kiedy opuścili ekspozycję i wrócili do głównej sali.

– Prawie rok, ale to tylko dodatkowa praca.

Merida za nic na świecie nie przyznałaby się, że została ściągnięta do galerii w ostatniej chwili i tak naprawdę to nie ona powinna oprowadzać tak znamienitego gościa.

– Czyli to coś w rodzaju hobby? – stwierdził. Był przyzwyczajony do tego, że kobiety, które znał, podejmowały się pracy, ale rzucały ją, gdy tylko na horyzoncie pojawił się odpowiedni kandydat na męża.

– Nie do końca – odpowiedziała Merida i rozciągnęła usta w wymuszonym uśmiechu.

Ethan Devereux przyszedł tutaj, żeby obejrzeć amulety, a nie słuchać o jej problemach życiowych.

Wrócili do punktu wyjścia i Merida po raz kolejny zaproponowała szampana oraz przekąski, ale także tym razem spotkała się z odmową.

– Czy ma pan jeszcze jakieś pytania dotyczące kolekcji? – dodała na zakończenie prezentacji, tak jak to miała w zwyczaju robić, ale tym razem miała wrażenie, że ta zmysłowa aura, jaką poczuła, opowiadając o kolejnych amuletach, nie ulotniła się. Oczekując na odpowiedź, wstrzymała oddech.

– Tylko jedno… – odparł.

Zobaczył, że Merida spłoszyła się i gwałtownie zamrugała powiekami. Musiała się domyślić, że chce ją zaprosić na kolację. Podobne pytanie zadawał w swoim życiu wielokrotnie. Tym razem jednak się zawahał.

Nie dlatego, że w planie miał jeszcze wizytę w szpitalu. Mógł przecież powiedzieć, że zabierze ją za godzinę. Nie zrobił tego, ponieważ przypomniał sobie, że przyszedł tutaj na prośbę Khalida.

– Te bieżniki z jedwabiu… Gdybym chciał taki zamówić, ile czasu musiałbym czekać na dostawę?

– To zależy od rozmiaru.

– W takim samym rozmiarze jak ten, który oglądaliśmy na początku.

Merida powinna w tej chwili skakać z radości. Nie sądziła, że dzisiejszego wieczora nadarzy się okazja, by dodatkowo zarobić. Jej myśli zajęte był jednak czym innym. Czuła, że Ethan Devereux chciał ją zaprosić na drinka, a może na kolację. Z jakiegoś powodu jednak zmienił zdanie.

Może i dobrze. Pamiętała przecież ostrzeżenia Reece’a, według którego Ethan Devereux, pomimo niewątpliwej urody, był człowiekiem nader niebezpiecznym. Z drugiej strony kusiło ją ogromnie, by sprawdzić to osobiście, zamiast opierać się na informacjach z drugiej ręki. W tej chwili pragnęła tego bardziej niż czegokolwiek innego. Nie licząc Broadwayu, o którym marzyła przez całe życie.

Stała teraz, usiłując wybić sobie z głowy myśli, które nie pozwalały jej odpowiedzieć na zadane pytanie.

– Myślę, że około półtora roku.

– A gdybym potrzebował go mieć szybciej?

– W Ubaid jest sporo rzemieślników, może udałoby się skrócić ten czas do roku.

– A jeszcze szybciej? – naciskał.

– Obawiam się, że w tym przypadku potrzeba czasu i cierpliwości.

Reece pewnie nie wybaczyłby jej, gdyby usłyszał, że kazała mu czekać, zamiast zaproponować zatrudnienie wszystkich dostępnych rzemieślników i jak najszybszą dostawę. Ostatecznie kogo jak kogo, ale Ethana Devereux stać było na zapłacenie każdej ceny.

Tylko że oni wcale nie rozmawiali o bieżnikach. Tego była pewna.

– Nie mam aż tyle czasu – powiedział Ethan, ucinając licytację. Nagle zrozumiał, dlaczego nie zaprosił Meridy na kolację.

Wiedział, że to byłaby tylko kolacja. A potem kolejna. I jeszcze jedna. Nie miał chęci na takie podchody. Chciał poczuć, jak smakują jej usta i skóra, a nie zgłębiać tajniki osobowości.

Tak więc zakończył rozmowę.

– Cóż, dziękuję za prezentację. Była szalenie interesująca.

Merida odprowadziła go do drzwi i uśmiechnęła się, podając mu na pożegnanie rękę, którą trzymał w swojej kilka sekund dłużej niż za pierwszym razem.

– Miło mi było pana poznać – powiedziała, wpatrując się w usta Ethana Devereux.

Nie miała ochoty rozmawiać, tylko całować go. Wrócić do zamkniętej przestrzeni wypełnionej amuletami, aksamitem i zapachem jej wieczornego gościa. Nie umiała powiedzieć, co się stało z profesjonalnym dystansem i opanowaniem. Gdyby nie talent aktorski, wszystkie swoje myśli miałaby wypisane na twarzy.

Ethan Devereux nie podziękował jej kolejny raz ani nie życzył dobrej nocy. Po prostu wyszedł, zostawiając ją w stanie kompletnego zauroczenia.

Patrzyła jeszcze przez chwilę, jak kierowca otwiera przed nim drzwi limuzyny, a kiedy zniknął w środku i nie było go widać zza przyciemnionych szyb, Merida poczuła, że znowu może swobodnie oddychać.