Boże Narodzenie w Nowym JorkuTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Carol Marinelli

Boże Narodzenie w Nowym Jorku

Tłumaczenie: Zbigniew Mach

HarperCollins Polska sp. z o.o.

Warszawa 2020

Tytuł oryginału: The Billionaire’s Christmas Cinderella

Pierwsze wydanie: Harlequin Mills & Boon Limited, 2018

Redaktor serii: Marzena Cieśla

Opracowanie redakcyjne: Marzena Cieśla

© 2018 by Carol Marinelli

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o., Warszawa 2020

Wydanie niniejsze zostało opublikowane na licencji Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Harlequin i Harlequin Światowe Życie są zastrzeżonymi znakami należącymi do Harlequin Enterprises Limited i zostały użyte na jego licencji.

HarperCollins Polska jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A. Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-516 Warszawa, ul. Starościńska 1B, lokal 24-25

www.harpercollins.pl

ISBN 978-83-276-5533-2

Konwersja do formatu EPUB, MOBI: Katarzyna Rek / Woblink

PROLOG

– Wiem, to bardzo ciężki czas dla twojej rodziny. Jednak…

– Masz rację, ale nie o tym rozmawiamy. – Abe Devereux przerwał szejkowi w sposób, na jaki mogliby sobie pozwolić tylko nieliczni. Rozmawiali przez łącza wideo. Szejk Halid znajdował się w swoim pałacu w emiracie Al-Kazan, Abe we własnym, urządzonym z gustem i przepychem biurze w jednym z nowojorskich drapaczy chmur. Ale nawet gdyby rozmawiali twarzą w twarz, Amerykanin zachowałby się w sposób równie lakoniczny i bez pardonu.

Rodzina Devereux rozszerzała swoje imperium biznesowe na Bliskim Wschodzie. Pierwszy luksusowy hotel już powstawał w Dubaju. Drugi planowano wznieść właśnie w Al-Kazan.

Ale właściciele terenu zażądali za niego kilka milionów dolarów więcej, niż wynosiła cena wyjściowa. Odmowa groziła nie tylko samemu projektowi; równie fatalne byłyby skutki uboczne. Jeśli rodzina nie zgodzi na nową cenę, może zapomnieć o planach ekspansji na Bliskim Wschodzie i o dubajskim hotelu.

Amerykanin jednak nigdy nie pozwalał, by ktoś przypierał go do muru.

Halid polegał na przyjaźni z Ethanem, młodszym bratem Abe’a, lub liczył na chwilę słabości i nieuwagi tego ostatniego z powodu ciężkiej choroby Jobe’a Devereux – nestora familii i szefa jej biznesowego imperium.

Abe nie znał jednak słabości. Nigdy nie poddawał się emocjom. Zawsze konsekwentnie i ze skupieniem dążył do celu. Halid już wkrótce zrozumie, że negocjuje z najbardziej bezwzględnym i twardym członkiem rodziny.

Chodzi o biznes – i nic nie mogło stanąć mu na drodze.

– Po czyjej stronie jesteś? – zapytał bez ogródek. – To nasze wspólne przedsięwzięcie.

– Jestem po stronie postępu – odparł bez wahania szejk. – Obawiam się, że brak zgody na stosunkowo niewielką sumę może zagrozić przygotowaniom, które już poczyniliśmy.

– Jeśli Al-Kazan nie jest gotowe, poszukam innego miejsca.

– Rozmawiałeś o tym z Ethanem? – spytał Halid, chcąc wybadać sytuację.

Młodszy brat Abe’a miał brać udział w tej rozmowie, ale nie zdążył dotrzeć na czas. Ethan był przyjacielem szejka.

Abe nie przyjaźnił się właściwie z nikim. Ale nawet gdyby, to i tak żadna przyjaźń nie miałaby wpływu na jego decyzje biznesowe. Chodził własnymi drogami.

– Ethan i ja jesteśmy całkowicie zgodni – skłamał bez mrugnięcia okiem, bo nie miał nawet okazji rozmawiać z bratem. – Cena pozostanie ta sama albo zwijamy manatki i szukamy innego miejsca.

– Gdybyśmy jednak mogli porozmawiać razem nim… – Halid nie ustępował, choć czynił to w wyszukanie uprzejmy sposób. – Był tu ostatnio i rozumie, z jak delikatną materią mamy do czynienia.

– Nie ma o czym dyskutować. – Abe nie dawał za wygraną.

– Jeśli nie dojdziemy do zadowalającego, choćby nawet tymczasowego rozwiązania, stanąć może też budowa w Dubaju – zauważył szejk.

– Wtedy… – Abe wzruszył ramionami – …nikt nie zarobi ani grosza. Wybacz, ale naprawdę muszę już kończyć.

– Jasne. – Szejk uprzejmie skinął głową, choć wyraz jego twarzy mówił, że nie jest zadowolony z rozmowy. – Przekaż moje najlepsze życzenia powrotu do zdrowia twojemu ojcu – dodał.

Twarz Halida znikła z ekranu komputera Abe’a. Dopiero wtedy ten przeklął głośno, co wskazywało, że zdaje sobie sprawę z powagi sytuacji. Jeśli dubajska budowa stanie choćby na kilka dni, skutki mogą się okazać porażające.

Był pewien, że właśnie tę kartę rozgrywał jego rozmówca.

Wystarczyłoby raptem kilka milionów. To drobne w porównaniu z kosztem całej inwestycji. Ethan z pewnością byłby skłonny zapłacić, by w tym delikatnym czasie nie narażać na szwank całego projektu.

Nie był jednak swoim starszym bratem.

Abe nie pozwalał, by ktokolwiek stawiał go pod ścianą. Groźby, choćby najbardziej zawoalowane, nie robiły na nim żadnego wrażenia.

Wstał zza ogromnego biurka i podszedł do okna, skąd roztaczał się wspaniały widok na zaśnieżony Manhattan i dalej aż na East River. Przez chwilę chłonął wzrokiem ten niezwykły obraz. Ledwie odwrócił głowę, gdy do drzwi zapukała asystentka jego brata – przyszła wyjaśnić, dlaczego Ethan nie wziął udziału w porannej rozmowie z szejkiem.

– Od wczorajszego wieczora jest w szpitalu przy Meridzie. Zaczęła rodzić.

– Dziękuję. – Nawet nie zapytał o szczegóły.

I tak wiedział więcej, niż potrzeba.

Brat wziął z nią ślub kilka miesięcy temu tylko dlatego, że zaszła w ciążę. Abe i ojciec przystali na warunku umowy małżeńskiej gwarantującej w razie ewentualnego rozwodu nowej pani Devereux i dziecku sowite alimenty. Mimo że dokument miał czysto formalny i prawniczy charakter, Abe żywił głęboką nadzieję, że zagwarantuje ona potomkowi lepsze traktowanie niż to, jakiego w przeszłości doświadczyli obaj z bratem.

W tej chwili jednak jego myśli szybowały gdzie indziej. Zamknął oczy, na chwilę odrywając się od widoku ośnieżonego miasta. Była dopiero dziewiąta, a już zapowiadał się długi i ciężki dzień.

Grał z Halidem ostro. Kontrakt na budowę kolejnego hotelu na Bliskim Wschodzie wisiał na włosku.

W oddalonym o kilka przecznic od jego biura szpitalu w jednym skrzydle rodziła żona brata, a w drugim… umierał ich ojciec.

Nie. Poprawił się w myślach – Jobe walczył o życie.

Matka Abe’a, Elizabeth Devereux, zmarła, gdy miał dziewięć lat. Nie pamiętał, by kiedykolwiek przejawiała jakieś macierzyńskie uczucia. Wiecznie zajęty pracą Jobe nie był przykładem praktycznego rodzica. Chłopców wychowywała cała armia niań. Jednak Abe głęboko podziwiał ojca i w duchu nie godził się na jego śmierć.

Nie żeby pokazywał uczucia, ale choroba Jobe’a kładła się cieniem na całym jego życiu. Przez chwilę myślał nawet, by omówić z nim temat budów na Bliskim Wschodzie. Jobe Devereux był twórcą potęgi rodziny i najbardziej inteligentnym człowiekiem, jakiego Abe znał. Szybko jednak porzucił tę myśl – nie będzie przygnębiał ojca, gdy ten walczy o życie.

Jobe nigdy nie unikał dzielenia się swoimi opiniami.

Abe nigdy nie prosił o pomoc.

I nie zamierzał.

Ale zanim zdążył usiąść z powrotem przy biurku, zadzwonił telefon komórkowy.

Ethan.

– Dziewczynka! – usłyszał zmęczony, ale i podekscytowany głos brata.

– Gratulacje!

– Merida świetnie dała sobie radę – ciągnął rozemocjonowany Ethan.

Tę uwagę brata puścił jednak mimo uszu. Nie stanie się nagle wielbicielem jego żony tylko dlatego, że urodziła.

– Powiedziałeś ojcu? – konsekwentnie unikał tematu Meridy.

– Właśnie idę do jego pokoju.

Zwykle dzwonili do Jobe’a, gdy chcieli pogadać o sprawach biznesowych. Tym razem jednak nie chodziło o biznes.

Dobrze, że jest ściśle określona umowa, bo samo małżeństwo zdaniem Abe’a i tak nie potrawa zbyt długo. Ale teraz urodziła się dziewczynka. I to go poruszało. Pomyślał o ojcu, który za chwilę usłyszy, że został dziadkiem.

– Przyjedziesz odwiedzić bratanicę? – spytał Ethan.

– Jasne, ale dopiero po południu.

– W południe przylatuje jej przyjaciółka, Naomi. Mieliśmy odebrać ją z lotniska.

– Mam wysłać po nią limuzynę?

Przez chwilę między braćmi panowało milczenie. Nie lubili nawzajem prosić się o pomoc.

– A nie mógłbyś sam? – nieśmiało spytał Ethan. – To najlepsza przyjaciółka Meridy.

– Myślałem, że jest nianią – rzucił zdziwiony Abe.

Wiedział o Naomi, bo zapis umowy małżeńskiej gwarantował bratowej prawo do stałego zatrudnienia niani.

– Ale i przyjaciółką – odparł Ethan.

– Daj mi jej dane – westchnął i wyjął długopis.

– Naomi Hamilton. – Brat podał mu numer lotu. – Byłoby świetnie, gdyby mogła zajrzeć do szpitala jeszcze przed przyjazdem do domu.

– Wszystko jasne – powiedział i spojrzał na zegarek. – Muszę lecieć. Jeszcze raz gratuluję wam obojgu.

 

– Dzięki.

Na szczęście Ethan był zbyt podekscytowany narodzinami córki, by pytać o szczegóły rozmowy z Halidem, bo brat wcale nie był skory, by się nimi dzielić. W takiej patowej sytuacji potrzebna jest chłodno kalkulująca głowa. A ze wszystkich członków rodziny tylko Abe mógł się nią teraz pochwalić.

Nacisnął przycisk interkomu.

– Jessico, możesz zorganizować jakiś prezent? Niech ktoś go wrzuci po południu do szpitala – spytał swoją wieloletnią asystentkę.

– Dla twojego ojca?

– Nie. Dla dziecka.

Po drugiej stronie usłyszał tak głośny okrzyk zachwytu, że musiał niemal zasłonić uszy.

– Chłopiec czy dziewczynka? – Jessica nie mogła opanować wzruszenia.

– Dziewczynka.

– Jak ma na imię? Ile waży?

Zaczęło się, pomyślał. Nie ucieknę od tych pytań.

– Nie wiem – odparł.

Nawet przez głowę mu nie przeszło, by pytać brata o takie rzeczy.

– Wyślij też limuzynę na lotnisko. – Podał numer lotu i nazwisko Naomi. – Niech zawiezie ją do szpitala.

Mimo prośby brata, nie odegra roli kierowcy.

Dziś miał na głowie nie tylko Halida. Czekało go jeszcze pierwsze w tym miesiącu zebranie zarządu, a przedtem spotkanie z szefową PR w celu omówienia szczegółów organizowanego przez rodzinę dorocznego gwiazdkowego balu charytatywnego… i planu na wypadek, gdyby Jobe zmarł tuż przed nim.

Zapraszano nań nowojorską śmietankę towarzysko-biznesową. W tym roku ojciec miał po raz pierwszy w historii imprezy nie wziąć w niej udziału.

Dla syna był to raczej uciążliwy, ale konieczny obowiązek. Tym bardziej, że chętni bili się o zaproszenia i wydawali na nie kosmiczne pieniądze, które później przeznaczano na pomoc charytatywną.

Musi odłożyć na bok emocje i brać pod uwagę różne trudne do przełknięcia scenariusze. W tym nikt nie mógł mu dorównać.

Miał nie chłodną, lecz wręcz zimną głowę.

Widać to było nie tylko na spotkaniach zarządu. Ciągnęła się za nim również – choć w ostatnich latach nieco lepsza – fatalna reputacja w kwestii podejścia do kobiet. Ale jego wycofany styl życia dotyczył także rodziny.

Przestał ufać innym, gdy miał cztery lata! Opiekował się bratem i robił, co mógł, by nie stała mu się żadna krzywda.

Emocje trzymał na wodzy. Inaczej by nie przetrwał. Jednak tego ranka niespodziewanie musiał stawić im czoło.

Miał zawsze napięty kalendarz. Był jednak człowiekiem, który najlepiej działał pod presją i radził sobie z nią bez problemów. Ale tego ranka jego autopilot zdawał się szwankować. Wiadomość o narodzinach dziewczynki niespodziewanie wybiła dziurę w murze między nim a innymi, który wzniósł z takim trudem.

Wziął głęboki oczyszczający oddech, jak ktoś, kto pragnie zacząć coś od nowa. Szybko wyrzucił z głowy romantyczno-dramatyczne szczegóły narodzin dziecka. Ktoś musi bronić twierdzy rodziny Devereux.

Tylko on mógł to robić.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

– Nowy Jork w Boże Narodzenie… Nie ma na tym świecie nic lepszego.

Naomi uśmiechnęła się do pulchnej towarzyszki podróży, która już od godziny zapewniała, jaki magiczny czas czeka ją w mieście.

– Na pewno – przyznała.

Bo tak było najprościej.

Nie obchodziło jej, co ją czeka podczas tych świąt. Przy każdej rodzinie zawsze starała się jak najlepiej wykonywać swoją trudną pracę. Czekał ją więc po prostu kolejny dzień opieki nad noworodkiem. Jak każdy inny.

Ale nie do końca. Bo czekał ją też dzień samotny. Zawsze była sama podczas świąt.

Tak było i będzie.

Ale nie miała ochoty zanudzać tym siedzącej obok kobiety. Podróż minęła im w świetnych nastrojach. Dogadywały się znakomicie. W chwili, gdy samolot lądował, gawędziły już jak dobre przyjaciółki. Jednak nawet dobry przyjaciel nie musi wiedzieć o nas wszystkiego.

Urodziła się w Wigilię Bożego Narodzenia, a pierwsze tygodnie życia spędziła na oddziale położniczym. Stąd zabrano jej do pierwszego domu opieki zastępczej. Później było ich jeszcze wiele.

Za dużo.

Dziś była cenioną nianią opiekującą się nowo narodzonymi dziećmi. Pełniła też funkcję pielęgniarki wobec ich matek. Nie były to wielkie pieniądze, ale nie narzekała. Miała znakomite referencje. Jej praca polegała na opiece nad matką i niemowlęciem w czasie najczęściej bardzo chaotycznego pierwszego okresu po porodzie. Można powiedzieć, że wyprowadzała oboje „na prostą”. Dopiero wtedy jej miejsce zastępowała stała niania.

Nie była jednak członkiem rodziny.

A rodziny brakowało jej najbardziej.

W taki czas jak święta jej rola polegała na tym, by nowa matka czuła się jak najmniej zestresowana. Dlatego zwykle jadała wtedy we własnym pokoju, starając się nie narzucać domownikom.

Teraz jednak czekało ją zupełnie inne zadanie. Miała zająć się dzieckiem swojej najbliższej przyjaciółki. Merida była cenioną w Londynie angielską aktorką. Przyleciała do Nowego Jorku, marząc o karierze w teatrach na Broadwayu. Szybko zaangażowano ją do nowej produkcji „Nocny las”, której premierę zaplanowano przed świętami Bożego Narodzenia. Nie wzięła jednak w niej udziału. Zaszła w ciążę z Ethanem i musiała przynajmniej na jakiś czas zawiesić karierę aktorską. Zawarli małżeństwo z rozsądku. Nie był to szczyt jej marzeń, bo kochała męża bez pamięci i wolałaby związek z miłości.

Naomi miała opory przed przyjęciem tej pracy.

Małżonkowie nalegali, by jej zapłacić. Sama czułaby się lepiej, pomagając im po prostu jako przyjaciółka. Niepokoiła się jednak o Meridę i dlatego przyjęła propozycję.

Samolot podchodził do lądowania. Wyjrzała przez pokryte lekką mgłą okienko. Niewiele widziała. Ciężkie chmury i płatki śniegu. Jednak po chwili zaczęło się nieco przejaśniać – w dali majaczyła ikoniczna panorama miasta. Widok słynnej linii nowojorskich drapaczy chmur na tle horyzontu wywołał w niej dreszcz ekscytacji.

Oto jest tutaj.

Naprawdę.

Nigdy nie wychyliła nosa poza Wielką Brytanię. Teraz jak zauroczona patrzyła na zamgloną panoramę Nowego Jorku. Uśmiechnęła się do siebie.

Samolot powoli podchodził do lądowania.

Z niecierpliwością czekała na spotkanie z Meridą, ale na jej twarzy widać było zmęczenie. Powinna się przedtem odświeżyć, pomyślała. Miedziane loki w nieładzie opadały na jej ciemnoniebieskie oczy, pod którymi pojawiły się sine podkówki. Jej zawsze bardzo blada karnacja teraz nabrała koloru niemal bieli.

Po kilku godzinach snu wszystko wróci do normy, pocieszyła się w duchu. Miała swój sposób na jet lag – jak najdłużej pozostać na nogach.

Cały czas czuła lekkie podekscytowanie, które nie osłabło nawet wtedy, kiedy celniczka zaczęła szczegółowo wypytywać o cel podróży.

Gdy jednak usłyszała nazwisko Devereux, natychmiast zakończyła rozmowę i życząc podróżnej miłego pobytu, przybiła pieczątkę w paszporcie.

– Będzie pani potrzebować ciepłego płaszcza – zwrócił jej uwagę stojący obok niej w kolejce po bagaże mężczyzna. – To Nowy Jork. W święta zawsze jest zimno.

– Prosto stąd jadę na zakupy – uśmiechnęła się do nieznajomego.

Płaszcz zostawiła w londyńskiej taksówce w drodze na lotnisko. Chciała nawet od razu kupić inny w sklepie wolnocłowym, ale pomyślała, że leci przecież do stolicy świata. Czeka ją szaleństwo zakupów. Na razie musi jej wystarczyć cienki żakiet i gruby szal, który owinęła wokół szyi, próbując przytrzymać w nim swoje rozrzucone w nieładzie długie włosy.

Dwie duże walizki i torba podręczna.

Dużo bagażu, ale zawierały one cały jej świat.

Od lat żyła na walizkach.

Zatrzymywała się tam, gdzie oferowano jej pracę. Między jednym a drugim zleceniem zwykle robiła sobie krótkie wakacje, ale nie miała domu. Stałego miejsca, gdzie wracasz po ciężkiej pracy. Przez kilka lat wynajmowały mieszkanie razem z Meridą, która wtedy stawiała pierwsze kroki w aktorstwie. Później jednak Naomi zawsze mieszkała u rodzin, których dzieckiem się opiekowała. Zwykle przyjeżdżała na pół miesiąca przed porodem i zostawała od sześciu do ośmiu tygodni po narodzinach.

Czuła się zmęczona.

Nie tyle pracą, choć ta była wyczerpująca.

Męczyło ją ciągłe życie w rozjazdach.

Czytała kiedyś w jakiejś powieści, że choćby człowiek objechał cały świat, w końcu nuży się i odczuwa potrzebę zarzucenia kotwicy.

Święte słowa.

Dokładnie tak się czuła.

Przeszła do hali przylotów i zaczęła rozglądać się po tłumie. Gdzie jest Merida? Przyjaciółka wszędzie wyróżniała się burzą gęstych rudych włosów. Może nie mogła, bo już urodziła. Albo zaraz będzie rodzić.

Pchała wózek z walizkami i uważnie przypatrywała się twarzom.

– Naomi Hamilton?

Odwróciła głowę i zobaczyła starszego mężczyznę w czarnym garniturze.

– Tak…

– Gość…? – usłyszała pytanie.

– Meridy Devereux – odparła.

Nie zdziwiła jej postawa mężczyzny. Rodzina Devereux słynęła w całym Nowym Jorku z tego, że chroni swoją prywatność i bezpieczeństwo.

– Proszę tędy. – Na jego twarzy natychmiast zagościł szeroki uśmiech. – Poprowadzę wózek.

Na zewnątrz było naprawdę zimno. Znów pomyślała o ciepłym płaszczu.

– Jedziemy do domu? – zapytała, gdy zamknął za nią drzwi limuzyny i usiadł za kierownicą.

– Nie. Mam panią zawieźć do szpitala, ale więcej nic nie wiem.

Pięknie, pomyślała.

Miała jednak świadomość, że kolejne tygodnie nie będą łatwe. Merida kochała Ethana do szaleństwa. On wziął z nią ślub tylko po to, by dać dziecku nazwisko. Umowa przewidywała rozwód po roku. Naomi martwiła się o przyjaciółkę. Jakby mało było kłopotów, poważnie chory był też nestor rodziny, Jobe Devereux.

Nawet gdyby się nie przyjaźniły, to i tak by o tym wiedziała, bo familia była znana na świecie i niezwykle wpływowa. Problemy ze zdrowiem jej patriarchy opisywała cała prasa brytyjska.

Pragnęła tylko, żeby te kilka tygodni przebiegło możliwie najspokojniej dla świeżo upieczonej matki i dziecka.

W limuzynie było wygodnie i ciepło. Gdy z powodu słynnych nowojorskich korków posuwali się żółwim tempem, miała ochotę oprzeć się o okno i zasnąć. Nie spała ostatniej nocy w domu, a w samolocie też się nawet nie zdrzemnęła. Powieki same jej opadały. W końcu dała za wygraną.

– Proszę pani… – obudził ją głos kierowcy.

Wyrwana z drzemki szeroko otworzyła oczy. Dobrą chwilę zabrał jej powrót do rzeczywistości.

– Jesteśmy w szpitalu. – Starszy mężczyzna z uśmiechem patrzył na jej twarz widoczną w tylnym lusterku.

Przeszli do prywatnego skrzydła. Gdy dochodzili do pokoju Meridy, już zupełnie zapomniała o jet lagu.

– Naomi! – Przyjaciółka siedziała na łóżku.

Na jej twarzy rysowało się zmęczenie i szczęście zarazem.

– Jak się czujesz, kochanie? – spytała Naomi, serdecznie ją obejmując.

– Jestem w siódmym niebie. Mamy dziewczynkę!

Siedzący obok Ethan trzymał w rękach małe zawiniątko.

– Przepraszam, że nie odebrałem cię osobiście, ale jak…? – Z uśmiechem wskazał wzrokiem na zawiniątko i pocałował ją w policzek. – Abe jest z tobą?

– Abe? – Zmarszczyła brwi i dopiero po chwili skojarzyła, o kim mowa. – Nie. Przywiózł mnie kierowca… Bernard… jak się przedstawił. O mój Boże! Jaka ona śliczna! – Naomi lekko odchyliła kocyk, w który owinięto dziewczynkę.

W czasie lat pracy widziała mnóstwo maleńkich dzieci. Wszystkie były jej drogie, ale ta mała istotka – najbardziej. Naomi nie miała rodziny. Merida i jej dziecko stanowiły przynajmniej namiastkę rodzinnego ciepła.

Ethan podał jej niemowlę. Gdy na nie spojrzała, w jej oczach pojawiły się łzy.

– Ma już imię?

– Ava. Właśnie je wybraliśmy – odparła Merida.

– Och, pasuje jak ulał.

Naomi wciąż nie potrafiła ukryć radości. Maleństwo miało czarne włosy ojca, wielkie niebieskie oczy i usteczka jak płatek róży.

– Jak poród?

– Cudownie. Bez problemów. Ethan był przy mnie cały czas – dodała, gdy ten odszedł na chwilę wykonać telefon. – Teraz jest między nami wspaniale. – Oczy przyjaciółki świeciły radosnym blaskiem. – Powiedział mi, że mnie kocha i zrobi wszystko, by nasze małżeństwo było udane.

Naomi pomyślała, ile żon widziała po porodzie w takim radosnym uniesieniu, które szybko znikało, gdy tylko małżonkowie wracali z dzieckiem do domu.

Ale nie dała nic po sobie poznać.

– Jak długo zostaniesz w szpitalu? – spytała.

 

– Kilka dni. Źle się czuję z tym, że będziesz musiała przez ten czas radzić sobie sama.

– Daj spokój. Dam radę. Jestem dużą dziewczynką. Trochę pozwiedzam miasto.

Do pokoju wjechał pchany przez pielęgniarkę wózek ze starszym siwym mężczyzną. Za nimi zawodowy fotograf ze sprzętem.

Zdjęciowa sesja rodzinna.

Wystarczyło jedno spojrzenie, by się przekonać, że Jobe rzeczywiście jest bardzo chory. Mimo to nie zgodził się, by dziecko przywieziono mu do pokoju. Chciał pofatygować się osobiście.

Na jego prośbę Naomi podała mu Avę do potrzymania. Starszy mężczyzna uśmiechnął się czule do dziewczynki. Po chwili z uśmiechem wzięła ją od niego z powrotem.

– Dziękuję. Jesteś przyjaciółką naszej nowej mamy? – zapytał, ciężko oddychając.

– Tak. I nianią tego maleństwa przez najbliższe kilka tygodni.

– Każdy przyjaciel Meridy jest przyjacielem rodziny. Cieszę się, że jesteś, Naomi – odparł wzruszony.

Niby nic wielkiego. Sądziła, że obecność tego niezwykle wpływowego człowieka ją onieśmieli. Tymczasem w jednej chwili nawiązała się między nimi nić porozumienia. Dzięki jego słowom od razu poczuła, że przyjęto ją tu z otwartym sercem. Jak członka rodziny. Jako zawodowa niania zwykle trzymała się na uboczu. Jednak dziś w pierwszym dniu pobytu w Nowym Jorku wzięła udział we wspólnej rodzinnej sesji zdjęciowej.

– Był Abe? – zapytał Jobe.

Naomi trzymała na rękach powoli zasypiającą Avę, ale pilnie nadstawiała ucha. Wiedziała, że ze starszym z braci Devereux trzeba się liczyć. Chciała wiedzieć jak najwięcej, by móc jak najlepiej pomagać przyjaciółce w nadchodzących miesiącach.

– Jeszcze nie – odparł na pytanie ojca Ethan.

Usłyszała w jego głosie podenerwowanie.

– Specjalnie prosiłem, by sam pojechał po Naomi, ale wysłał limuzynę.

– Pewnie coś go zatrzymało – podsumował Jobe.

Merida przysypiała. Naomi uznała, że najwyższy czas skończyć wizytę.

– Zmykam. – Ucałowała i uścisnęła przyjaciółkę. – Dopada mnie jet lag.

– Mieszkamy chwilowo w domu ojca. Bernard cię zawiezie.

Odetchnęła głęboko, wsiadając do limuzyny.

„Dom” okazał się leżącą przy słynnej Piątej Alei potężną rezydencją z szarego kamienia z widokiem na Central Park. Musiała się uszczypnąć, by uwierzyć, że naprawdę tu jest. W trakcie swojej pracy widziała wiele pięknych rezydencji, ale nigdy tak okazałej i wspanialej jak ta.

Ogromne podwójne drzwi otworzył kamerdyner w liberii, który krótko oświadczył, że czekali na nią. Gdy tylko weszła do ogromnego holu, z drugiego końca wybiegła do niej starsza elegancka pani.

– Jestem Barbara. Szefuję naszemu personelowi domowemu. Miło cię widzieć, Naomi.

Podłogę holu wyłożono gustownym marmurem. Boczne ściany zwieńczono rzeźbionymi łukami. W dali widać było prowadzące na górę szerokie marmurowe schody o kutych z żelaza poręczach.

Przepych mógł oszołomić nawet kogoś, kto przywykł do widoku posiadłości bogaczy. Uwagę Naomi przyciągnęło jednak co innego – świeży zapach ustawionej w rogu ogromnej, jeszcze nieubranej choinki. Całość robiła wrażenie eleganckiego stylu typowego dla Nowego Jorku. A przecież to tylko hol, pomyślała.

– Czekaliśmy na ciebie i na wiadomości o Meridzie. Widziałaś nasze maleństwo?

– Jest prześliczne. Czarne gęste włoski i piękne oczka…

Nie zdradziła imienia dziewczynki i nie pokazała fotek, jakie zrobiła telefonem komórkowym, bo nie była pewna, czy wypada. Barbara jednak nawet nie zapytała, bo zbyt była zajęta rozmową. Z natury była osobą bardzo gadatliwą.

– Pokażę ci dom – zakomenderowała.

– Nie trzeba. – Naomi potrząsnęła głową. – Teraz potrzebuję tylko wanny i łóżka. Padam z nóg. Pokaż mi moją sypialnię.

– Oczywiście, moja droga.

Weszły schodami na górę. Po drodze Naomi przyglądała się wiszącym na ścianach rodzinnym fotografiom.

– Boże, jak to wysoko – sapała idąca przed nią Barbara. – Tylko nie skręć w lewo, bo trafisz do skrzydła zajmowanego przez Abe’a – zaśmiała się głośno.

– Mieszka tu? – zapytała z czystej ciekawości.

– Ma własny dom pół godziny drogi stąd, ale gdy późno w nocy odwiedza ojca w szpitalu, wpada przenocować. Oto twoja sypialnia. – Barbara otworzyła ciężkie drewniane drzwi.

Znajdował się za nimi prawdziwy apartament, a nie zwykły pokój, jakiego się spodziewała. Piękny hol, salonik, własna elegancko urządzona łazienka, mała kuchnia i ogromna sypialnia.

– Jest też pokoik dla dziecka. – Barbara otworzyła niewielkie drzwi.

Merida jasno dała przyjaciółce do zrozumienia, że chce jak najrzadziej zostawiać dziecko pod jej opieką, ale widok tego dziecinnego pokoiku uświadomił Naomi, jak kiedyś mieszkano w tej rezydencji.

– Nie wiedziałam, że dożyję czasów, kiedy znowu będziemy mieć tu nianię. Ostatni raz mieliśmy… Zaraz… Abe ma teraz trzydzieści pięć lat, Ethan jest o pięć młodszy. Nianie opiekowały się nimi do czasu, gdy wysłano ich do szkoły z internatem. Jakieś dwie dekady temu. Wtedy skończyły pracę – powiedziała Barbara.

– Nie dawały sobie rady z urwisami? – spytała.

Starsza pani jednak szybko zmieniła temat.

– Merida jasno oświadczyła, że jesteś jej gościem, nie tylko nianią. Masz tu pełną swobodę. Możesz korzystać też z kierowcy. Przyniosę ci kolację. A może wolisz dołączyć do nas? Mamy właśnie małą uroczystość.

– Dziękuję, ale nie jestem głodna. Jadłam w samolocie. Miłej zabawy.

Gdy Barbara wyszła, rozejrzała się po swoim mieszkaniu. Sypialnię urządzono w kolorach jasnej limonki i seledynu.

Weszła do łazienki i szybko puściła wodę do wanny. Czekała na tę chwilę cały dzień. Zanurzyła się w pianie. Chciała wziąć szybką kąpiel, ale dało o sobie znać zmęczenie i na chwilę przysnęła.

Gdy w końcu wyszła z wanny, miała tylko tyle siły, by zanurzyć się w chłodną jedwabną pościel.

Ale nie mogła zasnąć.

Przed oczyma miała obraz maleńkiej dziewczynki.

Avy.

Z całego serca trzymała kciuki za przyjaciółkę, ale mimo zapewnień Meridy, że w jej małżeństwie wszystko jest teraz wspaniale, wiedziała, że może to być objaw typowej euforii poporodowej. Nie zdziwiłaby się, gdyby Ethan nie dotrzymał obietnic.

Tak, sprawiał wrażenie szczęśliwego ojca i męża, ale członkowie rodziny Devereux nie słynęli z wierności ślubom małżeńskim. Naomi martwiła się też o przyszłość przyjaciółki, bo spojrzawszy swoim doświadczonym okiem na Jobe’a, uznała, że zbliża się on już do kresu swoich dni, a dla rodziny nadchodzą ciężkie i gorączkowe czasy.

Cieszyło ją, że w tym momencie może pomagać Meridzie.

Ava miała urodzić się dopiero za dwa tygodnie. Naomi musiała więc zmienić plany na najbliższy czas. Przedtem zakładała, że będzie miała więcej wolnego. Że wyśpi się za wszystkie czasy. Zwiedzi miasto.

Teraz jednak sytuacja się zmieniła.

Jutro sprawdzi, czy wszystko w domu jest gotowe na przyjęcie dziewczynki, czy nie trzeba zrobić dodatkowych zakupów, a potem ruszy choć trochę pozwiedzać miasto. A przede wszystkim kupi ciepły zimowy płaszcz.

Z tą myślą zapadła w głęboki sen. Nie miała pojęcia, ile godzin spała. Gdy wreszcie się obudziła, sporo czasu zajęło jej uświadomienie sobie, gdzie jest.

W domu panowała niesamowita cisza.

Od początku nie czuła się w nim zbyt dobrze. Miała dziwne uczucie, że wszystko jest tu obce. Tak się czuła i teraz. Ale jedno uczucie dominowało nad innymi – była głodna jak wilk. Zwykle miała ze sobą jakiś skromny zapas żywności. Na wszelki wypadek. Tym razem nie miała nic. Zresztą na ten głód nie pomogłaby żadna lekka przekąska.

Włożyła szlafrok i rozsunęła zasłony. Wyjrzała za okno i zrozumiała, skąd brało się poczucie przedziwnej ciszy – wszystko na zewnątrz pokrywała gruba warstwa białego śniegu, który wciąż padał gęstymi płatkami.

Chociaż w domu było ciepło, instynktownie mocniej zacisnęła pasek szlafroka.

Dochodziła północ.

Szybko doszła do w wniosku, że w tę pierwszą nowojorską noc najbardziej ze wszystkiego potrzebuje jednego – pizzy!

Wielkiej pizzy pepperoni.

Zamówiła ją przez internet, używając leżącego na stole laptopa. Kwadrans później już mogła śledzić, jak rozwoziciel wjeżdża na Piątą Aleję.

Nowy Jork!

Zeszła na dół, by wyłączyć alarm, gdy nagle ktoś głośno otworzył drzwi wejściowe. Pojawił się w nich wysoki mężczyzna w eleganckiej jesionce z czarnej wełny. Tuż za nim wpadło do holu zimne powietrze… i ciepły blask z zewnątrz. Nieznajomy zdawał się płynąć przez tę poświatę.

Niemal zbyt piękny, by był prawdziwy.

Zbyt przystojny.

Był jednak też kimś więcej.

Tylko takie słowa przychodziły jej do głowy, ale świetnie oddawały aurę otaczającą stojącego przed nią mężczyznę.

Był nieco wyższy od Ethana. Miał też dłuższe od niego kruczoczarne włosy pokryte teraz aureolą z płatków śniegu. Sprawiał wrażenie bardziej zamkniętego w sobie, ale jego spojrzenie zdradzało mężczyznę, który zawsze kontroluje sytuację.