Szmaragdowa tablica

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Szmaragdowa tablica
Szmaragdowa tablica
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 73,80  59,04 
Szmaragdowa tablica
Szmaragdowa tablica
Audiobook
Czyta Joanna Jeżewska
39,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Okładka


Karta tytułowa

Moim dzieciom: Gali, Martinie, Luisowi i Nicolasowi.

Wbrew Wam, mali złodziejaszkowie czasu, udało mi się dokończyć tę historię. Kocham Was.

Mimo wszystko ciągle uważam, że ludzie mają dobre serce.

ANNE FRANK

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

PROLOG

Florencja

9 kwietnia 1492

Wawrzyniec Medyceusz wyzionął ducha.

Nie była to jedyna myśl kołacząca się w głowie Giorgia. Tłukło się ich bowiem bez liku. Niektóre przebiegały żwawo i płynnie niczym obłoki na niebie, inne kotłowały się jak żebracy u wrót kościoła. Wszystkie wszakże brały początek w jednym miejscu, a zarazem do tego miejsca dążyły: Wawrzyniec z Medyceuszów wyzionął ducha. Jego ciało jeszcze całkiem nie ostygło. Owdowiała żona, dzieci i przyjaciele jeszcze wylewali po nim łzy. Cała Florencja w dalszym ciągu była poruszona.

Niemniej to nie Wawrzyniec Medyceusz przygnębiał Giorgia ani też jego rodzina i Florencja, dręczyły go myśli o sobie samym i o własnym przeznaczeniu. Całą noc i następujący po niej dzień spędził w warsztacie; początkowo sparaliżowany wrażeniem, jakie wywołała w nim wiadomość, a potem starając się znaleźć wyjście z sytuacji.

Dopiero gdy słońce jęło skrywać się za toskańskimi wzgórzami, zdecydował, że najlepiej będzie wrócić do Wenecji, gdzie cała sprawa się zaczęła. I przekonał siebie, że powinien to zrobić, nie mieszkając, korzystając z mroku nadciągającej nocy. Podjąwszy decyzję, rzucił się do zbierania swoich rzeczy, przede wszystkim przyborów malarskich, narzędzi pracy, oprócz nich bowiem niewiele więcej posiadał: pędzle, palety, płótno, blejtramy oraz dziesiątki składników wykorzystywanych przy produkcji farb stanowiły najcenniejszą część jego majątku.

Po zapadnięciu zmroku warsztat praktycznie był opróżniony. Jedynie w rogu pod oknem, w najlepiej oświetlonym naturalnym światłem miejscu stał na sztalugach zasłonięty szmatą obraz.

Giorgio zbliżył się doń, ciągle się zastanawiając, jak go ze sobą zabrać. Powoli odsłonił obraz i przyjrzał mu się, choć aż za dobrze wiedział, co ujrzy; więcej nawet – potrafił dojrzeć rzeczy, których inni ludzie nie widzieli; ostateczny wynik pracy dokładnie taki, jaki sobie był wyobraził. To płótno – zaledwie szkic, niewiele kolorowych pociągnięć pędzlem – stanowiło powód jego niepokoju.

Zaskoczyło go, że tak długo wpatruje się w obraz… na którym jakby pojawiały się następujące po sobie sceny z przeszłości. Być może to niepokój sprawiał, że widział dziwaczne rzeczy. Były to jedynie wspomnienia, wspomnienia młodego i nic nieznaczącego weneckiego malarza, który niechcący wplątał się w jakieś mroczne sprawy.

„Masz przed sobą przyszłość pełną możliwości i szczęścia, Giorgio. Wierzę, że zdołasz wyciągnąć korzyści ze swego talentu i sprzyjającej ci fortuny, w każdej chwili zachowując wierność honorowi i cnocie. Niech Bóg zawsze będzie z tobą, mój synu”, powiedział ojciec przez podróżą, wkładając mu do rąk sakiewkę z kilkoma monetami oraz list polecający do gospodyni, która miała go przyjąć pod swój dach w Wenecji. Od tamtej chwili minęło już pięć lat, wspominał Giorgio zdenerwowany; dopiero co skończył dziesięć lat i był zaledwie dzieckiem, chłopcem z Castelfranco, wiosczyny na obrzeżach Wenecji, gdzie Bóg uznał za stosowne przysłać go na ten świat, pobłogosławiwszy nadzwyczajnym talentem. Giorgio od maleńkości rysował niczym anioł. Ojciec zauważył to tego dnia, w którym chłopak, rozkojarzony, wyciągnął z ognia zwęgloną drzazgę i zaczął gryzmolić po płytkach podłogi; lekkość kreski, ruchy… ten łobuziak miał talent. Z tego też powodu ojciec pociągnął za wszystkie sznurki znajdujące się w jego zasięgu, aby wcisnąć go na ucznia do warsztatu mistrza Belliniego w Wenecji. Tam Giorgio musiał nieustannie myć pędzle i zamiatać podłogę, musiał pucować moździerze i przybijać płótno do blejtramów, do tego raczej nauczył się mieszać przyprawy do rosolio, które mistrz wypijał co wieczór, niż mieszać pigmenty z olejem. Jednak pośród tylu niewdzięcznych obowiązków Giorgio szeroko otwartymi oczyma obserwował wszystko, co się wokół działo – w jaki sposób mistrz przygotowywał gruntowanie płótna klejem z koziego pergaminu i gessem, jak odzyskiwał popiół ze spalonych kości, jak zdrapywał rdzę z kawałka miedzi, jak rozdrabniał malachit albo lapis-la-zuli… Przyglądał się, jaką ilość oleju lnianego wykorzystywał w mieszankach i jak ją zmniejszał terpentyną. W podnieceniu patrzył za każdym razem, kiedy mistrz maczał czubek pędzla z kuniego włosia albo świńskiej szczeciny w olejnej paście i z delikatną pieszczotą przesuwał nim po płótnie. Oczarowany słuchał, jak opowiada o świetle i kształtach, proporcjach i barwach… W ten sposób uczył się od niechcenia, chłonąc nauki mistrza wraz z wonią farb.

Jednak Giorgio znalazł również szkołę poza warsztatem Belliniego. W Wenecji, mieście gwarnym ludźmi i kulturą, mieście arystokratów i handlarzy, zaznajomił się ze światem, który jeszcze musiał odkryć i pochwycić pociągnięciami własnego pędzla. W poszukiwaniu inspiracji dla swoich obrazów uwielbiał włóczyć się po Wenecji, odwiedzać pałace i klasztory, przemierzać jej wąskie uliczki pachnące stojącą wodą i rybami i gubić spojrzenie w lagunie, w której wodach mienił się zachód słońca, a morze kołysało łodzie, podczas gdy ich kontury zamazywały się, aż stawały się cieniami.

Wielokrotnie Giorgio uciekał na wyspę Murano, do krużganków San Michele, gdyż tam światło przybierało szczególne spektrum – w zależności od pory roku ożywiało kolory albo je przygaszało, niemal zupełnie je unicestwiając; czasem stapiało się z mgłą zatoki i niby węglem zamazywało wszystkie kształty albo też w dni jasne i bezchmurne zdawało się wycinać postaci z precyzją doskonałego ostrza. Giorgio byłby zachwycony, gdyby swoimi pędzlami potrafił zrobić właśnie coś takiego: uchwycić światło przylepiające się do podcieni krużganków i tworzące inny nastrój w tej samej scenerii albo nakładać mgłę w kolorach, żeby je cieniować; być zdolnym malować ręką natury. Młodzieniec myślał, że koncentrując się na wszystkich szczegółach, wcześniej czy później osiągnie ten cel. Dlatego trawił godziny na próbach uchwycenia esencji otaczającego go świata, aby odtworzyć go na swych płótnach.

Pewnego letniego popołudnia, kiedy miasto niemal wrzało w wodach kanałów, Giorgio usiadł w cieniu krużganków San Michele i chroniony świeżością jego pomarańczowego gaju kontemplował, jak to miał w zwyczaju, grę świateł. Był tak tym pochłonięty, że ledwie usłyszał zmierzające w jego stronę powolne i zmęczone kroki starego człowieka.

– Cóż interesującego skrywa ten klasztor, że młodzieniec taki jak ty tyle godzin spędza w jego murach?

Chwilę wcześniej zdał sobie sprawę z obecności braciszka, wyczuwszy jego charakterystyczną woń. Wiedział, że usiadł u jego boku, gdyż poczuł w nozdrzach ten nieokreślony smród, mieszankę miazmatów zupy cebulowej – która była chyba jedynym pożywieniem tych bezzębnych mnichów – przepoconego habitu i siarki.

Mimo tego odpychającego pierwszego spotkania Fra Ambrosius stopniowo stawał się jednym z największych przyjaciół młodego Giorgia, a w jakiś czas później został jego przewodnikiem, doradcą i mistrzem. Przewodnikiem w sprawach duchowych, doradcą – w materialnych oraz bezdyskusyjnym mistrzem, jako że Fra Ambrosius był jednym z największych mędrców, jakich kiedykolwiek poznał. To on wprowadził Giorgia w tajniki wiedzy klasycznej, w dziedzictwo ojców greckich i łacińskich. Poprowadził go przez filozofię Sokratesa, Platona i Arystotelesa; Seneki i Epikteta; świętego Augustyna i świętego Justyna; Majmonidesa i Awerroesa. Rozebrał dla niego kosmos, człowieka i naturę. I wprowadził go w wiedzę tajemną – tę, którą od setek lat przechowywali magowie i alchemicy. Fra Ambrosius bowiem w tajemnicy studiował i praktykował alchemię, naukę skupiającą w sobie całą wiedzę, którą człowiek posiadł sam z siebie albo za sprawą boskich objawień. Swego czasu odbył pielgrzymkę po niezliczonych klasztorach całej Europy, gdzie zapoznał się ze spuścizną wielkich alchemików: Nicolasa Flamela i Rogera Bacona. Co więcej, był także uczniem słynnego alchemika Basiliusa Valentinusa, benedyktyna z klasztoru w Erfurcie. Bo chociaż alchemia była zakazana ludziom Kościoła, w klasztorach wciąż ją uprawiano.

Ponadto braciszek posiadał tak wielką wiedzę na temat złożoności i materii natury, że Giorgio znalazł w nim niewyczerpaną krynicę wiedzy, kiedy zaczął tworzyć swoje farby, dla których wykorzystywał nowe formuły, lepsze i trwalsze niż te powszechnie używane w owym czasie.

I tak oto Giorgio nabrał zwyczaju wymykania się na wyspę Murano, gdzie spędzał długie godziny w towarzystwie starego mnicha, razem z nim rozwikłując tajemnice ludzkości w klasztornej bibliotece lub też w jego celi. I podczas gdy Fra Ambrosius plamił sobie jasny habit mieszankami i naparami, Giorgio po prostu przyglądał mu się z uwagą pilnego ucznia albo grywał mu na lutni, instrumencie, który dość dobrze opanował.

Jednego z tych dni, kiedy mistrz Bellini pozwolił mu wyjść wcześniej z warsztatu, Giorgio przepłynął lagunę. Gdy tylko znalazł się w San Michele, podszedł do niego Fra Ambrosius.

– Zorzi! – zawołał go tak, jak zwracali się do niego jedynie najbliżsi. Oblicze mnicha odbijało równie wielki niepokój jak słowa, które po chwili do niego skierował. – Niecierpliwie wyglądałem twojego przybycia, młody Zorzi. Mam ci coś niezwykle interesującego do pokazania. Pośpiesz się, chłopaku, chodźmy do mojej celi.

 

Mała, ciemna i zimna cela Fra Ambrosiusa śmierdziała tak jak i mnich. Pozbawiona wszystkiego poza pryczą i krucyfiksem, wyglądałaby niemal jak wszystkie inne cele, gdyby nie stół zawalony flakonami, moździerzami i alembikami, które braciszek zdołał zebrać w jednym kącie. Miał nawet róg, rurę wodociągową zgodną z kanonami alchemii, choć prymitywną, i specjalny szklany pojemnik do przygotowywania mieszanek, nazywany przez staruszka jajem filozoficznym.

Mnich włożył klucz w zamek w pośpiechu i poruszeniu, które zdradzały niezdarność rąk i niespójne słowa nieustannie mamrotane w bezzębnych ustach. Prawdopodobnie przeżuwał jakąś modlitwę, jak gdyby zwracanie się do Pana naszego miało ukoić jego nerwy.

– Podejdź! Podejdź! – ponaglał chłopaka, z trudem unosząc siennik swojej pryczy.

Światło wpadające przez okienko, zaledwie szczelinę w grubym klasztornym murze, było niewystarczające, więc Giorgio postanowił zapalić świecę, zanim posłuchał niecierpliwego nalegania staruszka.

– Na Święty Krzyż Pana naszego Jezusa Chrystusa, chłopaku! Zostaw światło na potem i pomóż mi z siennikiem, te wiotkie palce ledwie mogą go utrzymać.

Giorgio bez kłopotu uniósł siennik i staruszek wsunął rękę, żeby pogrzebać w dziurze.

– Tu jest! Nie myślałem, że wepchnąłem go tak daleko, Boże. Trzymaj ten pergamin, Zorzi.

Fra Ambrosius odsunął się, robiąc miejsce swemu uczniowi, i obserwował go, nie przestając zacierać rąk w szerokich rękawach habitu.

– Oto on! Połóż go tutaj, na stole – nakazał mu, jednym gestem hałaśliwie zrzucając z blatu wszystkie swoje instrumenty. – Popatrzmy… Był tutaj. Ledwie widać, że jest w środku, jakby z upływem czasu pergamin go połknął i zachował w tym kształcie przed ciekawskimi spojrzeniami.

– Co to za pergamin, bracie?

– Ach, pergamin to nic… To jakaś kronika wojen diadochów. Zresztą dość mierna. Ale kopia jest nie najgorsza: dobra kaligrafia i piękne ilustracje. Pewnie na tym zasadza się jej wartość…

Giorgio zachował milczenie, mimo że nie pojmował zbyt dobrze zamiarów Fra Ambrosiusa ani powodów jego podekscytowania. Jednak młodzieniec wiedział, że przy odrobinie cierpliwości wcześniej czy później doczeka się wyjaśnienia; mnich był typem człowieka, który mówi wiele, gdy inni milczą, oraz milczy, gdy inni mówią.

– Musi być w bibliotece zaledwie od kilku miesięcy, bo nigdy wcześniej go nie widziałem. A ja doskonale wiem, co jest w bibliotece, nie tak jak inni. Brat bibliotekarz mówi, że przyszedł wraz ze skrzynią manuskryptów przekazanych przez jakiegoś pożyczkodawcę. Lichwiarze czasem tak robią: kiedy czują, że zbliża się pora uregulowania rachunków, chcą zyskać odkupienie i pojednać się ze Sprawiedliwym pośród sprawiedliwych. Niemal mógłbym przysiąc, że przyjechał z Konstantynopola. Może jako łup po splądrowaniu miasta przez wojsko boże podczas wyprawy krzyżowej przeciw niewiernym w 1204 roku, a może jest młodszy: z czasów, kiedy to brat Aurispa wyładował tu w Wenecji z ogromną kolekcję greckich manuskryptów ze Wschodu i musiał wiele z nich oddać jako zapłatę za transport…

Mówiąc, Fra Ambrosius z największą pieczołowitością rozwijał pergamin. Garbowana skóra trzeszczała niebezpiecznie, jakby miała się rozerwać, niezdolna do udźwignięcia brzemienia lat.

– Oto jest! Mój młody przyjacielu! – wykrzyknął, unosząc tryumfalnie niewielki przedmiot, którego Giorgio nie zdołał rozpoznać, dopóki nie trafił w jego ręce.

Chodziło o walec o wysokości kilku i o średnicy dwóch centymetrów, wykonany z przezroczystego kamienia w kolorze czerwonopomarańczowym; domyślił się, że to karneol. Najbardziej jednak rzucało się w oczy to, co było wyrzeźbione na walcu od góry do dołu.

– Karneolowy walec – potwierdził Fra Ambrosius. – Tekst wydaje się antyczną greką, koine. Bóg jeden wie, jak długo był zawinięty w ten pergamin.

Sprawdziwszy, że milczący uczeń ogląda walec ze wszystkich stron i nie ma nic do powiedzenia na jego temat, Fra Ambrosius wyrwał mu go zniecierpliwiony i postawił na stole w świetle świecy.

– Karneol jest magicznym kamieniem, odpędza słabość i daje odwagę. Ma wielkie właściwości lecznicze, jest dobry na krążenie, dziąsła i inne tkanki miękkie organizmu. Dla Egipcjan miał wielką wartość symboliczną. To kamień Panny. Kamień Hermesa… – Mnich przestał modulować głos, aby nadać swoim słowom posmak tajemnicy; „s” w Hermesie przeszło w przeciągły syk, zapowiadając coś istotnego.

– Hermes?

– Chłopaku, na moją wiarę, Bóg chyba poskąpił ci krwi w żyłach. Tak, Hermes! Hermes Trismegistos! Trzykroć Wielki! Najmądrzejszy w całych dziejach! Ojciec alchemii i hermetyzmu!

– Wiem o tym, frater. Nauczyłeś mnie wszystkiego o Hermesie Trismegistosie. Ale nie wiem, jaki związek może mieć ów mędrzec z tym walcem.

Staruszek jeszcze bardziej zmarszczył swe pomarszczone oblicze, aż jego niewielkie oczy znikły w wałeczkach skóry.

– Ja też tego nie wiem, mój synu. Ale jestem przekonany, że jakiś związek istnieje… – wyszeptał ku wielkiemu zdumieniu Giorgia.

– Co mówi tekst?

– Przyznaję, że nie byłem w stanie go zinterpretować. Jest bardzo zniszczony upływem lat, a moje stare oczy niezbyt dobrze go widzą. Tych kilka fragmentów, które byłem w stanie przetłumaczyć, nie ma sensu. Jakby każdy z nich był oderwany od pozostałych. Niemniej pomiędzy słowami pojawia się jedno imię… Imię bardzo ważne! Megas Makedonios. Wielki Macedończyk. Sam Aleksander! Chodzi o wskazówki, tropy, które skłaniają mnie do podejrzeń, że stoimy w obliczu wielkiego odkrycia! – wykrzyknął mnich w ogromnym podnieceniu. Podnieceniu, które w jednej chwili się rozpłynęło. – A może nie… Może to tylko jakiś tam zwyczajny walec. W dawnych czasach wyprodukowano tysiące podobnych. Już w Mezopotamii były dość pospolitymi przedmiotami, używanymi jako pieczęcie i amulety, potem w Persji, Asyrii, Egipcie… Świat jest pełen walców, dlaczego ten miałby należeć do Aleksandra?

Fra Ambrosius mamrotał i dywagował w powolnym rytmie swoich kroków, aż w końcu opadł na pryczę, wyrzucając w powietrze potężną chmurę pyłu oraz skrzypnięcie słomy i desek. Witalność braciszka pojawiała się falami, krótkimi chwilami zwycięstwa nad starością. I tak samo jak się pojawiała, odchodziła, a on zostawał wyczerpany.

W pomieszczeniu zaległa cisza, cisza przejmująca, którą Giorgio odnajdował jedynie w świętych miejscach. Gdy stał z walcem na dłoni, do głowy przychodziły mu setki pytań, których nie potrafił ubrać w słowa.

– Jestem już żałosnym bezużytecznym starcem, żywym umysłem uwięzionym w worku obumierających kości. Już nie raz potrzebowałem twoich oczu i uszu, twoich silnych rąk i krzepkich ramion, młody Zorzi. A teraz bardziej niż kiedykolwiek potrzebuję, żebyś zastąpił moje ułomne ciało.

Giorgio słuchał Fra Ambrosiusa, nie do końca rozumiejąc, dokąd zmierzają jego słowa.

– Musisz zawieźć walec do Florencji, do Akademii. Tam spotkasz się z ojcem Ficinem, Marsiliem Ficinem, moim starym przyjacielem. Tylko on może pomóc nam rozwikłać sekrety zawarte w tym przedmiocie, jeśli są tu jakieś sekrety.

– Ale o jakie sekrety ci chodzi, frater?

Braciszek pogardliwie machnął ręką. Giorgiowi wydawało się, że w niektórych sytuacjach ten człowiek naprawdę zachowywał się, jakby postradał zmysły, biedny stary wariat.

– Ech! Przypuszczenia, przypuszczenia… To tylko przypuszczenia! – Fra Ambrosius zwrócił w jego stronę pomarszczoną jak figa twarz o bezzębnych ustach i Giorgia owionął śmierdzący cebulą oddech. – Nie powiem ci, Zorzi!… To mroczne sekrety, może zła wróżba… Świat jest przeżarty grzechem. – Braciszek przeżegnał się. – Tak… wyjawianie podobnych sekretów może przynieść tylko zły omen. Rób, co ci każę, i nie próbuj dowiedzieć się więcej. Nie bierz na ramiona ciężaru, którego nigdy nie będziesz w stanie udźwignąć…

Tak jak nakazał stary mnich alchemik, Giorgio z Castelfranco wyruszył pewnego wiosennego poranka do Florencji, zabierając ze sobą karneolowy walec oraz list do ojca Marsilia Ficina. Fra Ambrosius opowiedział mu, że Ficino jest jednym z największych współczesnych filozofów. Pod opieką Medyceuszów jeszcze od czasów Kosmy Starszego, stał się jednym z twórców Akademii wzorowanej na Platońskiej, w której to erudyci zbliżeni do dworu znamienitej florenckiej rodziny zbierali się, aby prowadzić dysputy nad filozofią i literaturą, w szczególności nad Platonem. Nie na darmo Ficino przetłumaczył z greki jego dialogi i miał siebie za zażartego obrońcę platońskich prądów. Jednak Fra Ambrosius w swej relacji kładł nacisk na związki Ficina z hermetyzmem. „Kosma Starszy był wielkim miłośnikiem rzeczy rzadkich – powiedział. – Wysyłał agentów na wszystkie strony świata w poszukiwaniu manuskryptów i skarbów starożytności. Kiedy ojciec Ficino był bardzo młody, jakiś mnich przyniósł Kosmie greckie manuskrypty, pochodzące z Macedonii, tak zwany Corpus hermeticum, kompilację najważniejszych tekstów poświęconych wiedzy klasycznej oraz podstawom nowoczesnej alchemii. Patriarcha Medyceuszów nakazał Marsiliowi odłożyć pracę nad przekładami tekstów Platona i skupić się na Korpusie, gorąco pragnąc, aby prace zostały ukończone przed jego śmiercią. Tak wielką wagę przypisywał Kosma wiedzy Hermesa na chwilę przed swoją śmiercią”.

Ledwie dotarłszy do Florencji, Giorgio udał się do willi Careggi, siedziby Akademii, gdzie miał się spotkać z ojcem Ficinem.

Duchowny oczekiwał go w pokoju przyjęć, odczytał list Fra Ambrosiusa i jęła go trawić ciekawość, co też takiego wpadło w ręce tego starca, tak mądrego, jak stukniętego.

– Przejdźmy się podczas rozmowy – zasugerował pater Ficino. – W ten sposób będziemy mogli się cieszyć tym wspaniałym darem bożym, którym jest słońce willi Careggi.

Giorgio odniósł wrażenie, że przekroczył progi raju, gdy spacerował po imponującej budowli i ogrodzie otulającym willę, która wyglądała jak forteca i strażnica toskańskich równin. Wydało mu się, że nigdy wcześniej nie widział światła, nawet w klasztorze San Michele. Przekonał się, że światło rodzi się właśnie w willi Careggi i stamtąd rozsiewa się na resztę świata. Owego wiosennego poranka światło padało na rzeźby w ogrodzie; wprawiało w barwne lśnienie wszystko, czego dotknęło; wzbudzało złote refleksy na skrzydełkach owadów; rozpraszało się w kroplach wody przy fontannach; bawiło się w ciemno–jasno niczym dzieci w chowanego; wytryskało ze wszystkich możliwych kryjówek; wpływało i wypływało strumieniami spod arkad loggii; twardo osiadało na ziemi i słodko na trawie. Było żywe! Giorgio czuł się oszołomiony w obliczu piękna tego spektaklu; niezdolny do uchwycenia wszystkich odcieni w jednej chwili. Chciałby mieć oczy ważki, aby ogarnąć całe to piękno.

Ponadto w willi Careggi mieszkała sztuka. Gdziekolwiek młodzieniec zwrócił wzrok, znajdował sztukę w całym jej splendorze. Przeszedł tamtędy Donatello, Leonardo da Vinci, Botticelli, bo zawsze jakiś młody artysta znajdował się pod opieką Wawrzyńca Medyceusza. W każdym zakątku, do którego dotarł z Ficinem, natykał się na jakiegoś szczęśliwca przesuwającego pędzlem po płótnie w towarzystwie owego światła, więc samego Giorgia zaczęły świerzbić ręce, jakby błagały go, żeby wyciągnął paletę i zaczął mieszać farby, chwycił pędzle i utrwalił wszystko, co go otacza. Jednak najsilniej przyciągnęła jego uwagę scena rozgrywająca się u wejścia do jednej z szop: zmaganie się mężczyzny z kamieniem, operującego dłutem z taką maestrią, że skała bezwarunkowo kapitulowała wobec jego rąk, i bardziej niż rzeźbić, zdawał się ją oswajać, modelować, jakby była gliną. Ficino zwrócił się do tego młodzieńca, nazywając go Michelangelo.

Wszystkie te cudowności, wszystkie te podniety, które dla chłopca równały się spacerowi po niebiosach, nie pozwoliły mu zwracać należytej uwagi na rozmowę z Marsiliem Ficinem. Nie pozwoliły mu dostrzec podniecenia w oczach duchownego, gdy trzymał w rękach karneolowy walec, ani entuzjazmu zdradzanego przez drżenie głosu w chwili, gdy umawiał go na spotkanie z samym księciem Florencji, Wawrzyńcem Medyceuszem. Te drobiazgi pozostały niezauważone, gdyż Giorgio był oślepiony światłem willi Careggi.

Powrócił nazajutrz, równie pobudzony jak przestraszony myślą o stanięciu przed wielkim Wawrzyńcem Medyceuszem.

Książę był nie tylko mecenasem sztuki i nauki, sam także był erudytą, estetą, człowiekiem rozmiłowanym w filozofii, poezji, muzyce i w każdej formie wyrazu artystycznego i intelektualnego. Praktycznie wychował się i wykształcił w willi Careggi, w otoczeniu najmędrszych ludzi epoki, i wraz z nimi dyskutował jak równy z równym na poziomie intelektualnym, nie tylko jako patron.

 

W jednym z salonów willi, przy popiersiu Platona, który przewodniczył wszystkim posiedzeniom swoich prozelitów, w świetle świec, wszak była noc, Giorgio poznał Wawrzyńca Medyceusza, siedzącego w fotelu jak na tronie, z nogami ułożonymi na podnóżku dla ulgi w podagrycznych bólach. Korpulentny, ubrany w kaftan i brokatową kurtę, odzież jeszcze bardziej przydającą mu ciała, na głowie nosił mazzochio, tkaninę zawiązaną jak turban, z jednym końcem opadającym z boku. Jego wygląd był imponujący, albo przynajmniej tak się wydawało Giorgiowi z perspektywy jego ledwie szesnastu lat i niewielkiego doświadczenia. Nieustępliwa twarz o posępnej minie wyrażała wielką osobowość i wielkie zdecydowanie. Tak więc Wawrzyniec z Medyceuszów sprawił, że Giorgio czuł się mały i nic nieznaczący, a nawet wzbudził w chłopaku nabożną cześć.

Władca siedział w otoczeniu dwóch spośród swoich największych przyjaciół i współpracowników: Marsilia Ficina i hrabiego Giovanniego Pico della Mirandoli. Pierwszy miał na sobie czerwone szaty duchownego, zmarszczki na jego twarzy zdradzały, że jest starszym człowiekiem. Poza tym na obliczu tego wielkiego mędrca nie sposób było dostrzec żadnej emocji. Dla odmiany jego uczeń, Giovanni Pico, od razu zwrócił na siebie uwagę chłopaka. Hrabia della Mirandola był młody i atrakcyjny – piękno było cechą, obok której spojrzenie artysty Giorgia nigdy nie przechodziło obojętnie – może odrobinę zbyt kobiecy, co pozostawało w niezgodzie z jego sławą człowieka zuchwałego i popędliwego. Ledwie od dwóch dni przebywał we Florencji, a już kilkakrotnie dotarły do niego wieści o hrabim. Mimo młodego wieku Giovanni Pico już dwukrotnie znalazł się w więzieniu. Za pierwszym razem w związku z porwaniem żony jednego z kuzynów Medyceuszów, czyli udziałem w skandalu ze spódniczkami, który nieomal przypłacił życiem i z którego mógł go wywikłać tylko Wawrzyniec. Za drugim razem za herezję, po sprowokowaniu Kościoła pewnymi nazbyt ryzykownymi tezami filozoficznymi. Ponownie książę musiał pospieszyć z pomocą. Mimo to hrabia della Mirandola był jednym z najbardziej szanowanych uczonych w klasycznej filozofii, ekspertem od Arystotelesa i Platona, znawcą kabały i hermetyzmu, astrologiem…

– Pokaż mi, Giorgio z Castelfranco, co przywiozłeś z Wenecji.

Polecenie Wawrzyńca Medyceusza, sformułowane potężnym głosem i autorytatywnym tonem wielkich władców, znienacka wyrwało go z rozmyślań i wprawiło we wstydliwe drżenie łydek. Usiłując nad nim zapanować, podszedł do księcia Florencji i podał mu walec zamknięty w spoconej dłoni. Przez chwilę, z powodu niezręczności, w jaką wprawiało go to spotkanie, Zorzi przeklinał godzinę, w której Fra Ambrosius omamił go podobną podróżą.

Wawrzyniec przyjrzał się walcowi, jeszcze bardziej niż zwykle marszcząc brwi; nie była to oznaka niezadowolenia, lecz prawdziwego zainteresowania. Następnie bez słowa wsunął rękę pod koszulę i wyciągnął przedmiot, który nosił zawieszony na szyi – Giorgiowi wydało się, że jest niezwykle podobny do jego walca. Silnym szarpnięciem książę zerwał cienki rzemień i położył oba walce na dłoni. Marsilio Ficino i Pico della Mirandola spojrzeli ponad ramionami swego patrona, aby zobaczyć, czemu się tak przygląda.

Madonna mia… – podsumował Ficino.

– Gdzie mówisz, chłopaku, że to znalazłeś? – chciał się upewnić książę.

– Naprawdę znalazł to mój mentor, mnich Ambrosius, w bibliotece klasztoru San Michele na Murano. Odkrył to w starym pergaminowym zwoju, który był pośród manuskryptów ofiarowanych klasztorowi przez jakiegoś pożyczkodawcę.

– Stary pergaminowy zwój? Co to był za pergamin?

– Napisana po grecku kronika wojen diadochów, panie. Fra Ambrosius uważa, że może pochodzić z Konstantynopola.

– Wawrzyńcu, wiarygodne ustalenie jego pochodzenia jest prawie niemożliwe. Najbardziej niepokojące jest podobieństwo pomiędzy nimi – zauważył Ficino.

– Podejdź, Giorgio, i popatrz na to – rozkazał Wawrzyniec, pokazując mu przedmioty na dłoni.

Chłopiec popadł w zachwyt. Walce wyglądały tak, jakby jeden był kopią drugiego. Tej samej wielkości, wykonane z tego samego materiału – karneolu. I chociaż greka była mu obca, stwierdził, że wyryte na nich symbole należą do tego samego języka. Giorgio nie wiedział, co powiedzieć, żeby nie wyjść na głupca, więc wolał zachować milczenie.

– Ten walec, który jest moim amuletem, należał do mojego dziadka, Kosmy. Mniej więcej czterdzieści lat temu sprzedał mu go jakiś najemnik z północnej Afryki. Najemnik opowiadał, że odebrał go Beduinowi, wcześniej poderżnąwszy mu gardło. Przed śmiercią Beduin chwalił się, że ukradł go koptyjskiemu mnichowi podczas plądrowania klasztoru Świętego Pawła nad Morzem Czerwonym, i zapewniał, że to bardzo cenna egipska relikwia, bo mnich bronił jej aż do śmierci. Jednakże nie zdołano odczytać zapisanej na niej wiadomości, słowa wydają się bez sensu. Sam z siebie ten walec to tylko ładna relikwia, piękny amulet… Ale już nie jest sam, teraz są dwa, i legenda nabiera kształtu.

– Przyjrzałeś się napisowi, o którym ci mówiłem?

– Rzeczywiście, Marsilio – odpowiedział Wawrzyniec. – Megas Makedonios. Być może tajemnica Aleksandra Macedońskiego nie zeszła wraz z nim do grobu…

Ostatnie słowa Wawrzyńca Medyceusza zawisły nad głowami zebranych, nim rozpłynęły się w powietrzu, szepcząc wnioski dla nich oczywiste, ale dla Giorgia pozostające sekretem.

– Wziąłeś pod uwagę to, że możemy mieć do czynienia z falsyfikatem? – po raz pierwszy wtrącił się hrabia della Mirandola.

Wawrzyniec poruszył się na fotelu i poprawił ułożenie spuchniętych stóp. Nie można było stwierdzić, co bardziej go męczyło: podagra czy słowa hrabiego.

– Oba mogą nimi być. Ale czy z tego powodu mam lekceważyć oba? Czy mam przepuścić okazję do osobistego potwierdzenia prawdziwości tych walców i ich legendy? Byłbym głupcem. Wiele razy słyszałeś, jak mawiałem, kochany Pico, że prawdziwa wiedza polega na czekaniu i wykorzystywaniu okazji. Ten walec czeka pod koszulą Medyceusza od czterdziestu lat; okazja nadarza się teraz. Choćby istniała tylko znikoma możliwość, że oba te przedmioty skrywają wielką tajemnicę, choćby była niemal nieprawdopodobna, czuję się zobowiązany wziąć ją pod uwagę, bo gdy się sprawdzi, staniemy w obliczu największej tajemnicy wszech czasów. A jeśli boska Opatrzność zechciała, żeby te walce znalazły się razem w dłoni Medyceusza, zatem także Medyceusz rozwiąże ich zagadkę. A w tym celu, moi przyjaciele, chciałbym liczyć na waszą pomoc.

– Doskonale wiesz, Wawrzyńcu, że ją masz – oznajmił Marsilio Ficino, na co Pico della Mirandola przytaknął z absolutnym zdecydowaniem.

W kącikach ust Wawrzyńca Medyceusza pojawił się cień uśmiechu zadowolenia. Z pewnością był pewien lojalności swoich przyjaciół.

– Powinniście skupić się na pracy nad odczytaniem wiadomości zawartej w walcach. Kiedy ją odczytamy i jeśli potwierdzimy, że mogły należeć do Aleksandra Wielkiego, zniszczymy je.

– Zniszczymy? – hrabia della Mirandola chciał się upewnić, że dobrze usłyszał.

– Zniszczymy. Gdy są razem, sekret już nie jest bezpieczny.

– Ale jeśli je zniszczymy, wiadomość przepadnie na zawsze. Jakie mamy prawo niszczyć coś, co jest spuścizną całej ludzkości? – sprzeciwił się młody hrabia.

– Nie bądź uparty, Giovanni. Znowu pozwalasz się ponieść bezmyślnemu impulsowi. Ja nie mówiłem o zniszczeniu wiadomości, mówiłem o zniszczeniu walców. Co do wiadomości, będziemy musieli się zastanowić, w jaki sposób zaszyfrować ją ponownie równie dobrze albo lepiej jeszcze, niż to obmyślił Aleksander.

Po słowach Wawrzyńca zaległa niezręczna cisza, jak zwykle w sytuacji, gdy przedstawiony zostaje problem, dla którego nie istnieje zakładane z góry rozwiązanie.

Inne książki tego autora