Dzikość. Jak kultury zwierzęce wychowują rodziny, tworzą piękno i osiągają pokój.Tekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Im dłużej który przyrodnik

bada zwyczaje

zwierząt, tem więcej przypisuje

rozumowi, mniej zaś

bezwiednym instynktom.

Karol Darwin, O pochodzeniu człowieka, 1929

PROLOG

Stado ar żółtoskrzydłych wynurza się z głębokiego lasu deszczowego niczym płonąca kometa: kilkadziesiąt dużych, bystrych ptaków o rozwianych ogonach i jaskrawych barwach. Przy akompaniamencie fanfar, który same generują, osiadają na wysokich drzewach nad stromym brzegiem rzeki. Są hałaśliwie i rozbawione. Wydaje się, że dobrze bawią się w swoim gronie. Choć tworzą stado, łatwo dostrzec, że wiele z nich przemieszcza się w zażyłych parach. Za jedną z takich par podąża trzecia papuga – młody, lecz potężnie zbudowany ptak. Przyszedł na świat w zeszłorocznym sezonie lęgowym i nadal zawraca głowę rodzicom, domagając się od nich jedzenia. Inne jednoroczne ary są już bardziej niezależne i nauczyły się zachowywać z większą godnością – o ile termin ten da się zastosować do wiszenia do góry nogami, wygłupów i flirtów – i zaczęły same radzić sobie z problemami swojego własnego młodego życia.

Mały szympans jedzie na grzbiecie matki do wodopoju. Nadeszła pora sucha, pozostały więc jedynie płytkie kałuże, rozsiane to tu, to tam. Jest gorąco. Członkowie stada cały ranek spędzili na odległym drzewie owocowym, a po wędrówce przez gęsty las wszyscy są spragnieni. Znalazłszy mech, matka ugniata go i zanurza w niewielkiej kałuży. Przykłada mokrą „gąbkę” do ust i wyciska z niej płyn. Maleństwo zeskakuje z grzbietu matki, szturcha ją tak długo, aż ta poda mu mokrą kulkę mchu, po czym robi to samo co ona. Po tej kluczowej lekcji, jak ugasić pragnienie w porze suchej, mały szympans i jego matka wypoczywają chwilę, a następnie żądni kontaktów towarzyskich ruszają na poszukiwanie przyjaciół.

W tym samym czasie bezbronny młody kaszalot pływa przy nasłonecznionej powierzchni tropikalnego oceanu, mającego w tym miejscu głębokość ponad trzech kilometrów. Oczekuje powrotu matki, która tysiące metrów niżej, w ciemnej jak noc i lodowatej wodzie, poluje na kałamarnice. Dziecko, słysząc jej klikanie, podąża za niewidzialną matką niczym balonik na sznurku. Nieopodal małego kaszalota na straży czuwa jego ciotka, czekając na swoją kolej, by zanurkować i rozpocząć łowy. Pierwszy sygnał wskazujący na zagrożenie dziecka sprawia, że cała rodzina, rozproszona po wodach barwy indygo, przybywa na wezwanie.

***

Historie zawarte w tej książce opowiadają o kulturach zwierząt. To, co naturalne, nie zawsze przychodzi naturalnie. Wiele zwierząt musi uczyć się od starszych, jak być tym, kim się urodziły. Muszą poznać specyfikę miejsca, w którym przyszło im żyć, muszą dowiedzieć się, jak utrzymywać się przy życiu, jak skutecznie się komunikować i być słyszanym w określonym miejscu i w określonej grupie. Kulturowe uczenie się upowszechnia umiejętności (takie jak rozpoznawanie i zdobywanie pożywienia), stwarza tożsamość i poczucie przynależności do swojej grupy (a nie do innych grup) oraz podtrzymuje tradycje, które definiują pewne aspekty istnienia (na przykład tę dotyczącą skutecznych zalotów).

Jeśli ktoś w twojej społeczności już zorientował się, co jest bezpieczne, a czego unikać, czasami opłaca się „zrobić to, co trzeba”. Jeśli zrobisz to sam, możesz się dowiedzieć – na własnej skórze – co jest trujące lub gdzie jest niebezpiecznie. Dla członków gatunku poleganie na nauce w kontekście społecznym w celu uzyskania tego, co wypróbowane i prawdziwe, ma wymiar wysoce praktyczny.

Do tej pory kultura pozostawała w dużej mierze ukrytą, niedocenianą warstwą życia gatunków określanych przez nas jako „dzikie”. Jednak dla wielu z nich stanowi ona kluczowy, a zarazem bardzo kruchy element ich egzystencji. Specyficzna wiedza kulturowa, zdobywana i przekazywana przez wiele pokoleń, zaczyna zanikać na długo przed tym, zanim populacja danego gatunku zmniejszy się tak znacznie, że zacznie sprawiać wrażenie niemal wymierającej.

Książka ta opowiada również o tym, dokąd kultura doprowadziła Życie (pisane wielką literą, na oznaczenie wszystkiego, co żyje na naszej planecie) w jego niewiarygodnie długiej podróży. Na przykład jaskrawe ciała ar żółtoskrzydłych oferują nam wspaniałą tajemnicę: dlaczego ich barwy i pióra, które same ptaki postrzegają jako piękne, nas również zachwycają? Na długo przed pojawieniem się ludzi Życie rozwinęło zdolność nie tylko do postrzegania, ale także do tworzenia – i pożądania – tego, co nazywamy pięknem. Dlaczego na Ziemi istnieje postrzeganie piękna? Ten aspekt niniejszych dociekań prowadzi do bardzo zaskakującego wniosku o roli piękna w ewolucji. W toku naszej podróży będziemy dokonywać niezwykłych odkryć. Na razie przyznam się tylko, że gdy pewnego niedzielnego wieczoru, pisząc tę książkę, zdałem sobie sprawę z zapomnianej roli piękna jako siły napędowej ewolucji nowych gatunków, dostałem gęsiej skórki.

***

Nie tylko przez geny stajemy się tym, kim jesteśmy. Kultura jest również formą dziedziczenia. Przechowuje ona ważne informacje nie w pulach genów, lecz w umysłach. Zasoby wiedzy – narzędzia, umiejętności, preferencje, piosenki i dialekty – przekazuje się z pokolenia na pokolenie niczym pochodnię. A sama kultura zmienia się i ewoluuje, często obdarzając zdolnościami adaptacyjnymi tych, którzy ją podtrzymują, szybciej i z większą elastycznością, niż zdołałaby to uczynić ewolucja genetyczna. Jednostka otrzymuje geny tylko od swoich rodziców, lecz kulturę może otrzymać od każdego członka swojej grupy i całej społeczności. Nie rodzimy się z kulturą – na tym polega różnica. A ponieważ kultura zwiększa szanse na przeżycie, to może kierować naszym rozwojem, a geny będą musiały za nią podążać i się dostosowywać.

Od początku istnienia zwierzęcego życia na Ziemi gobelin genów w znacznie większym stopniu, niż sądzili ludzie, przeplata się z wyuczoną wiedzą i zdobytymi informacjami. Wokół nas toczy się proces nauczania w kontekście społecznym. Jest on jednak subtelny; aby go zauważyć, trzeba patrzeć długo i uważnie. Ta książka to głębokie, przenikliwe spojrzenie na rzeczy, które trudno dostrzec.

Dowiemy się z niej, jak będąc kaszalotem Pinchym, arą Tabasco lub szympansem Musą, można doświadczać swojego dzikiego życia ze zrozumieniem, że żyje się w określonej społeczności, która robi rzeczy w określony sposób. Zobaczymy, że w zmiennym i złożonym świecie kultury dostarczają odpowiedzi na pytanie, jak żyć tam, gdzie się żyje.

Uczenie się od innych, „jak żyć”, jest czymś bardzo ludzkim. Jednak uczenie się od innych jest również czymś bardzo kruczym. Czymś małpim i czymś wielorybim. Czymś papuzim. A nawet pszczelim. Zakładanie, że inne zwierzęta nie posiadają kultury, dlatego że nie przypomina ona kultury ludzkiej, jest jak myślenie, że nie mogą się one porozumiewać, ponieważ nie stosują ludzkich form komunikacji. Zwierzęta mają swoją komunikację. Mają też swoje kultury. Nie chcę przez to powiedzieć, że odczuwamy życie tak samo jak one; tak nie jest. Chcę powiedzieć, że wiele stworzeń musi nauczyć się prawie wszystkiego o tym, jak stać się tym, kim będą.

Wieloryby, papugi i szympansy, które odwiedzimy, reprezentują trzy główne tematy kultury: tożsamość i rodzinę, implikacje piękna oraz to, jak życie społeczne tworzy napięcia, które kultura musi złagodzić. Te gatunki – i wiele innych omawianych w tej książce – będą naszymi nauczycielami. Od każdego dowiemy się czegoś, co poszerzy naszą świadomość na temat świata, w którym wszyscy żyjemy.

Zagłębiając się w naturę, patrząc na poszczególne stworzenia w ich żyjących na swobodzie społecznościach, uzyskamy bardzo szczególny przywilej: możność zerknięcia za kurtynę Życia na Ziemi. Obserwowanie, jak wiedza, umiejętności i zwyczaje przepływają między innymi gatunkami, daje nam nowe zrozumienie tego, co nieustannie dzieje się – choć niewidoczne – poza światem ludzi. Pomoże to nam udzielić odpowiedzi na jedno z najistotniejszych pytań: kim są nasi towarzysze podróży na tej planecie – kim są ci, z którymi tu jesteśmy?

Oto cel naszej wyprawy. Gotowi?

KRÓLESTWO PIERWSZE: WYCHOWANIE DO ŻYCIA W RODZINIE
KASZALOTY

Mówią, że morze jest zimne, lecz morze zawiera krew najgorętszą, najdzikszą i najgwałtowniejszą.

D. H. Lawrence, tłum. Leszek Elektrowicz

Sylvia milczała.

Potem odwróciła się do Shane’a i powiedziała do niego: „Czujesz ciężar zaufania, który pokładają w tobie te wieloryby”.

To było coś, co zawsze czuł, ale nigdy nie potrafił tego dokładnie nazwać ani wyrazić. W tym jednym zdaniu Sylvia wyjaśniła mu, dlaczego tu jest.

A kiedy dotarł do brzegu, zawołał swoją żonę. Podniosła się i poznała po głosie, że płakał.

„W końcu rozumiem”, powiedział.

A ona odparła: „Opowiedz mi, co się stało”.

KASZALOTY


RODZINY
JEDEN

Tak są harmonii pełne czyste duchy:

Tylko my […] słyszeć jej nie możem.

William Shakespeare, tłum. Józef Paszkowski

Jest ósma rano, a my żeglujemy po oceanie. Znajdujemy się „na poziomie morza” – tak się na to mówi, jak gdyby ocean był tylko tą powierzchnią, a wszystko, co istotne, unosiło się nad nią, otoczone powietrzem jak my. Jak gdyby istniał tylko „poziom zero”. W rzeczywistości ślizgamy się, mając pod sobą głęboki, rozległy, gęsto zamieszkany świat. Zdecydowana większość istot żyjących na Ziemi kryje się pod powierzchnią wód. Dotyczy to również wielorybów, które wprawdzie oddychają tym samym powietrzem co ludzie, lecz wiodą swój żywot w morzu.

 

W jaki sposób wieloryb odnajduje sens w życiu? To bardzo poważne pytanie, które może wyprowadzić nas daleko poza naszą strefę komfortu.

Już teraz czuję, jak wielka głębia otwiera się pod nami. Nasza otwarta i wypełniona sprzętem łódź ma długość dziewięciu metrów. Na pokładzie jest czterech członków załogi, których w drogę pchnęła ciekawość i pragnienie przeżycia przygody. Jest jeszcze Shane Gero. I ja. Płyniemy na południowy zachód, naprzeciw wznoszącej się potężnej masy wód. A kapitan David Fabien, wielki Karaib z dredami i głosem jak z boomboxa, jest z tych, którzy się falom nie kłaniają. Idę na nawietrzną stronę łodzi i po chwili jestem kompletnie przemoczony. Wiem, że to jego sposób na to, aby mnie sprawdzić, więc nie odwracam się, żeby na niego spojrzeć i dać mu satysfakcję. Stykałem się w przeszłości ze znacznie gorszymi wodami i znacznie wredniejszymi ludźmi. Rozumuję, że jeśli będę spokojnie znosił chlusty morskiej wody, to będziemy mieć dobre relacje przez cały czas trwania rejsu.

Tymczasem Shane woła: „To było niewiarygodne”. Zalewa mnie kolejna fala, a on kontynuuje: „Ten pierwszy miesiąc. To wtedy tak naprawdę po raz pierwszy zaznajomiłem się z kaszalotami jako jednostkami. To było po prostu niesamowite”. Opowiada mi o swoim pierwszym doświadczeniu, które przeżył tu, u wybrzeży Dominiki, na Morzu Karaibskim.

Wkrótce napotkamy kilkadziesiąt ptaków złowrogo trzepoczących ciemnymi skrzydłami. To fregaty. Są wielkie. Gdy polatują, wydają się nieprzystępne i groźne niczym piraci. I takie w rzeczywistości są. Ich łacińska nazwa gatunkowa brzmi Fregata magnificens – dosłownie: „fregata wspaniała” – i faktycznie jest to wspaniały ptak.

Poniżej tych latających piratów wodę przecinają ciemne kształty, przypominające płetwy grzbietowe delfinów. Zatrzymujemy się. Jeden ptak podrywa się w powietrze, a następnie spomiędzy dużych ciał pływających zwierząt zręcznie wyciąga kałamarnicę.

Nie mam pojęcia, kim są ci obdarzeni płetwami łowcy kałamarnic, ale Shane nie ma problemu z ich rozpoznaniem. To Pseudorca, szablogrzbiety, zwane też orkami karłowatymi; faktycznie są znacznie mniejsze niż „prawdziwe” orki. Gdy poszczególne osobniki wynurzają się, by zaczerpnąć oddech, i znikają, szacujemy, że jest ich może około osiemnastu. Długa, gładka plama na wodzie informuje nas, że właśnie przegapiliśmy bardzo udane polowanie. Wokół kłębią się okrągłe czarne głowy. „Pseudoorki” relaksują się teraz jak ludzie, którym po obfitym śniadaniu nie chce się zmywać naczyń.

Przed odpłynięciem Shane pochyla się nade mną i mówi: „To, że tak cię zmoczyło, to tylko na twoją korzyść”.

Odpowiadam, że wiem o tym.

„Od teraz będzie już płynął tak ostro”.

Płyniemy dalej. Shane się nie mylił.

***

Poszukujemy klasycznego potwora morskiego: kaszalota, archetypowego wieloryba ludzkiej wyobraźni, biblijnego Lewiatana, który połknął Jonasza, monstrum, które staranowało statek wielorybniczy Essex, zwierzyny łownej, która doprowadzała do obłędu kapitana Ahaba z Moby Dicka. To właśnie ten wieloryb urósł w naszej wyobraźni – w mitach, prawdziwym życiu i fikcji – do największych rozmiarów. To do tej istoty, prawie nigdy nie widzianej, słynącej ze wściekłości – największego na świecie stwora zbrojnego w zęby – staramy się teraz podejść możliwie jak najbliżej.

Wieloryby od wieków symbolizowały różne rzeczy. Handel. Robotę. Przygodę. Pieniądze. Zagrożenie. Tradycję i dumę. Światło i pożywienie. Są surowcem, jak ruda żelaza czy ropa naftowa, z którego można wytworzyć wiele produktów. I z tego powodu wieloryby były cenną zdobyczą. Mężczyźni widzieli w wielorybach wszystko – z wyjątkiem samych wielorybów. Widzenie rzeczy takimi, jakimi są naprawdę, zawsze wymaga uczciwości.

Z tej łodzi szukamy prawdziwego stworzenia, wiodącego swoje autentyczne życie. Ssaków najbardziej przystosowanych do życia w wodzie. Wieloryby pochodzą od ssaków lądowych, które około pięćdziesięciu milionów lat temu stopniowo wróciły do morza. Cetacea, łacińska nazwa rzędu waleni, wywodzi się od greckiego słowa κῆτος, które oznacza potwora morskiego.

Kaszaloty są jedynymi żyjącymi członkami rodziny zwanej Physeteridae (kaszalotowatymi), która istnieje od ponad dwudziestu milionów lat. Zalicza się do niej również kilkanaście innych waleni, dziś wymarłych. Lewiatan to ostatnia struga nurtu, który płynął w ziemskich oceanach w szczęśliwej epoce przed nastaniem ery człowieka.

Ale my jesteśmy tu i teraz. Mam nadzieję, że przez kilka następnych tygodni, przy znacznej pomocy Shane’a, zmniejszymy przepaść między nimi a nami. Pragnę spotkań, które pozwolą mi nie tylko ujrzeć Lewiatana, nie tylko obserwować kaszaloty, lecz również przeniknąć przez stereotypy i obcować z tymi istotami takimi, jakimi są, żyjącymi wraz z ich rodzinami i oddychającymi tym samym powietrzem, które łączy nasze dwa światy. Szukam jedynie cudu i dlatego znajduję się w najlepszym możliwym miejscu: na twardej – i w większości mokrej – powierzchni planety, która jako trzecia orbituje wokół gwiazdy zwanej Słońcem; w miejscu, gdzie cuda są tak tanie, że rutynowo się ich nie dostrzega. Trudno w to uwierzyć, wiem. Kontynuujmy.

***

Parę mil za nami – tam, gdzie wschodzi słońce – szmaragdowo lśnią strome wulkaniczne zbocza. Dominika jest jedną z kilku wysp wulkanicznych, które łukiem otaczają Morze Karaibskie, oddzielając je od zachodniego Atlantyku. Na północ od niej leży Gwadelupa, na południu zaś wznoszą się szczyty Martyniki. Porośnięte gęstą dżunglą zbocza opadają wprost do morza. Głęboki ocean trzyma wyspy w swych błękitnych ramionach.

Kaszaloty zamieszkują obszar, który jest rozleglejszy – wzdłuż, wszerz i w głąb – niż habitat jakiekolwiek innego stworzenia na Ziemi, z wyjątkiem ludzi: rozciąga się on od sześćdziesiątego stopnia szerokości północnej do sześćdziesiątego stopnia szerokości południowej (samice i młode na ogół pozostają między czterdziestym równoleżnikiem na północy a czterdziestym na południu), a ponadto od powierzchni oceanu do mrocznych i zimnych głębin, gdzie panuje miażdżące ciśnienie. Ale ludzie nieczęsto je dostrzegają. Kaszaloty przemierzają wody otwartego oceanu na dużej głębokości i prawie zawsze daleko od szelfu kontynentalnego. Rzadko kiedy zapuszczają się na akweny, których dno sięga powyżej dziewięciuset metrów, a głębie znajdują się daleko od większości wybrzeży. Co więcej, mogą przepłynąć dziennie ponad sześćdziesiąt kilometrów, co daje trzydzieści tysięcy kilometrów w skali roku. Rozległość ich liczącego miliony kilometrów kwadratowych oceanicznego habitatu sprawia, że badanie ich wędrownego życia jest prawie niemożliwe. Jednak tutaj, na Dominice, głębiny znajdują się blisko lądu, co sprawia, że jest to najlepsze miejsce na świecie do tego, aby jakiś zespół badawczy, mający bazę na brzegu, mógł próbować je obserwować i rejestrować ich obyczaje.

Shane po prostu nakreślił na mapie oceanu kwadrat o boku długości dwudziestu kilometrów i powiedział: „To jedne z największych i najbardziej nieuchwytnych stworzeń na świecie. Będziemy je badać, gdy będą pojawiać się w tym niewielkim kwadracie i gdy będą go opuszczać”. Shane zainwestował dużo czasu i wysiłku w to, żeby ta śmiała propozycja okazała się sensowna. Porażka nie wchodzi w grę; stawka jest zbyt wysoka, zarówno dla niego, jak i dla wielorybów.

***

Gdy zbliżamy się do miejsca pierwszego postoju, opada na nas kurtyna lekkiego deszczu. Owszem, polujemy na Lewiatana, lecz nie posługujemy się do tego wzrokiem. Jest bardzo mało prawdopodobne, abyśmy go odnaleźli, pływając po prostu po okolicy i wypatrując jego fontanny, ponieważ pięćdziesiąt minut z każdej godziny swojego życia kaszaloty spędzają pod wodą. Około 80 procent ich czasu wypełniają łowy prowadzone w mrocznych i lodowatych głębinach, tysiące metrów pod powierzchnią morza, bądź wędrówka z tych głębin na powierzchnię i z powrotem. Tak więc, podobnie jak wieloryby, będziemy polować, wykorzystując doskonałą zdolność wody do przewodzenia dźwięku. Będziemy nasłuchiwać.

Zatrzymujemy się. Wodoodporny mikrofon, zwany hydrofonem, zostaje opuszczony z boku łodzi do wody. Asystenci Shane’a odnotowują współrzędne lokalizacji, stan morza i nieba… Shane podaje mi słuchawki; na zmianę nasłuchujemy klikania kaszalotów, które stanowi ich system echolokacji.

Gdy napotykamy na morzu delfiny, które ścigają się z łodzią lub płyną na fali dziobowej, możemy usłyszeć ich piski i gwizdy. Te dźwięki nie mają związku z echolokacją. To sposób, w jaki zwierzęta te komunikują się między sobą. Do echolokacji służy klikanie.

Kaszaloty przez długi czas uważano za nieme. Pierwszy opis ich kliknięć naukowcy opublikowali w 1957 roku[1]. Wielorybnicy nigdy nie słyszeli klikania, jakie wydają te zwierzęta.

Ja zresztą, jak dotąd, też. Początkowo słyszę tylko odgłosy falującej wody na powierzchni. Potrzeba kilku chwil, aby mój mózg odfiltrował chlupot i wsłuchał się głębiej. Wtedy – tak, zaczynam je słyszeć. Wezwania. Piski i gwizdy, bardzo wysokie. Niezbyt głośne. Shane mówi, że to prawdopodobnie orki karłowate, które widzieliśmy tam, gdzie były fregaty. Tak, te nawoływania przywędrowały z daleka. Shane dodaje, że gwizdy orek karłowatych brzmią trochę jak muzyka elektroniczna; odgłosy delfinów bardziej przypominają poświstywania. Orki, podobnie jak delfiny, komunikują się za pomocą gwizdów i pisków, natomiast do echolokacji służą im ciągi kliknięć, które czasami następują po sobie tak szybko, że brzmi to jak bzyczenie.

My zaś poszukujemy dźwięków echolokacji kaszalotów: klik, klik, klik. Tego jednak nie słychać. W przeciwieństwie do delfinów, kaszaloty porozumiewają się, również klikając. Wszystkie znane nam dźwięki, które generują, to kliknięcia, jedne do echolokacji, inne do komunikacji.

***

Morze stanowi wirującą mozaikę ruchomych prądów i sezonowo zmieniających się granic temperatur. Tak więc mieszkańcy otwartego oceanu nieustannie się przemieszczają, w ślad za optymalnymi temperaturami, a przede wszystkim za pożywieniem. Wiodą koczowniczy żywot, przemierzając ogromne trasy zarówno w płaszczyźnie poziomej, jak i pionowej.

Podróżujący tuż pod powierzchnią otwartego oceanu może pokonywać znaczne odległości we względnie niezmiennych warunkach, lecz zaledwie dziewięć metrów pod wodą ciśnienie podwaja się. Osiemnaście metrów pod powierzchnią jest ono trzykrotnie większe niż na powierzchni, a poza tym robi się tak zimno, że nurkowanie bez izolacji termicznej doprowadziłoby do wychłodzenia ciała. Na tej głębokości panuje już półmrok, bo przez grubą warstwę wody przenika jedynie zredukowana paleta barw.

Na to, jak ukształtowane są wieloryby, miały wpływ zarówno ląd, jak i ocean. Wieloryby to kręgowce, a dokładniej ssaki. Kręgowce ewoluowały początkowo w oceanie, ssaki zaś wyłącznie na lądzie, jednak niektóre z nich – w tym przodkowie waleni – powróciły do morza. Ryby przekazały wszystkim kręgowcom nasz podstawowy plan budowy ciała, w tym szkielet, narządy, szczęki, układ nerwowy, krwionośny, trawienny i inne. Kiedy niektóre ryby przeniosły się na ląd, panujące tam warunki zamieniły ich rudymentarne kończyny w nogi zdolne do chodzenia i skrzydła zdolne do latania, a łuski ustąpiły miejsca piórom i sierści.

Kiedy jednak pewne ssaki ponownie zanurzyły się w wodzie, ta przypomniała im o konieczności posiadania płetw. Tak właśnie było w przypadku waleni; ich płetwy to po prostu rękawice nałożone na te same kości palców, których używam do napisania tego zdania. Ssaki, które powróciły do morza po milionach lat testów naziemnych, zachowały również płuca, swe wewnętrzne „piece grzewcze”, oraz zwyczaj sprawowania opieki rodzicielskiej nad młodymi. Nie zrezygnowały ze swoich bystrych intelektów ani wybitnych umiejętności społecznych. Te cechy, rozwijane dla potrzeb życia na lądzie, posiadającym je stworzeniom morskim zapewniają szczególną przewagę jako łowcom. Zawartość tlenu w wodzie morskiej wynosi mniej niż 1 procent, co powoduje, że oddychanie skrzelami stanowi nie lada wysiłek. Natomiast powietrze zawiera około 20 procent tlenu. Pomimo nowych modyfikacji adaptacyjnych wieloryby i delfiny pozostają w każdym calu ssakami, którymi byli ich przodkowie. Są bystre i komunikatywne, zasysają powietrze z dużą zawartością tlenu, którym karmią się ich mięśnie, są zapalczywymi, pełnymi wigoru superdrapieżcami z innego świata, krążącymi wokół upatrzonych ofiar.

 

Morze miało dla powracających doń ssaków dwie główne zalety. Po pierwsze, obfitość pożywienia. W przypadku niewielkich stworzeń żyjących na otwartym morzu gwarancją przetrwania, zupełnie inaczej niż na lądzie, jest tylko jedno: ogromna liczebność. Drobne rybki i kalmary przemieszczają się chmarami. Często milionami. Drugą zaletą środowiska wodnego jest przewodnictwo akustyczne. W najlepszych warunkach widoczność w oceanie wynosi tylko sto metrów. Zaledwie sto–dwieście metrów poniżej powierzchni nie dociera żadne światło słoneczne. Ponieważ jednak woda jest około ośmiuset razy gęstsza od powietrza, ułatwia rozchodzenie się dźwięków.

Podczas polowania kaszaloty posługują się echolokacją, generując kliknięcia w tempie około dwóch na sekundę. „Klikanie” to termin stosowany przez naukowców, lecz zależnie od odległości dźwięk ten może brzmieć rozmaicie. Z oddali przypomina równomierne tykanie; gdy źródło znajduje się bliżej – odgłos kastanietów; gdy jest bardzo blisko – stukot stalowych kulek.

***

Jednym z powodów obecnej absencji Lewiatana jest to, że kaszaloty nie przepadają za orkami karłowatymi. Zachowują się tak, jakby ocean był niebezpiecznym miejscem, i nie jest to postawa nieuzasadniona. Lękają się orek, unikają ataków grindwali i zachowują ostrożność wobec orek karłowatych, bowiem te ostatnie dokuczają młodym kaszalotom, podgryzając ich płetwy ogonowe – zapewne dla zabawy, lecz nie ma w tym niczego zabawnego dla kaszalotów, które są nieśmiałe i troszczą się o swoje potomstwo.

Shane sprawdza GPS w celu ustalenia następnej pozycji. Przepływamy trzy kilometry. Klikanie kaszalota można usłyszeć z odległości co najmniej pięciu kilometrów. Nasze postoje są więc tak zaplanowane, aby nie pozostawiać „akustycznych przerw”. Jeśli wieloryby są obecne, wykryjemy je. Jeśli ich nie ma, cisza nas o tym poinformuje.

O waleniach wiemy wystarczająco dużo, aby naszą wiedzą wypełnić wiele książek. Lecz zarazem wiedza ta stanowi bardzo drobny ułamek ich życia, którego na co dzień doświadczają. Kaszaloty i humbaki, orki, butlonosy i delfinki plamiste – te gatunki ludzie badali nieustannie, jednak pozostali przedstawiciele rzędu waleni nadal są dla nas niemal całkowicie obcymi istotami, żyjącymi w tajemniczym, podwodnym świecie. Co kilka lat naukowcy odkrywają kolejny, nieznany dotąd gatunek walenia.

Łatwiej jednak wyobrazić sobie, że zbliżamy się do Lewiatana, niż faktycznie tego dokonać. Im dalej od brzegu, tym wilgotniej, bardziej kiwa i jest mniej wygodnie. Ale morze nie jest zobowiązane, by ułatwiać nam dostęp do wielorybów. Choć mokniemy, a naszą łodzią miota, jest to i tak nieduża cena za możliwość zajrzenia do tak odmiennego świata.

To napędza Shane’a Gero. Shane jest zgrabny i atletycznie zbudowany; ma sylwetkę ratownika, krótkie brązowe włosy i szarobłękitne oczy. Łączy szczerą, budzącą sympatię życzliwość z głębokim, dociekliwym umysłem. Shane postanowił ustalić, jak kaszaloty dowiadują się, kim są, i jak uczą swoje potomstwo posługiwać się kodami swojej tożsamości. Uzyskanie odpowiedzi na te pytania pomogłoby nam zrozumieć, w jaki sposób stworzenia te tworzą swoje niezwykłe więzy rodzinne.

***

Na drugim postoju – cisza. Kiedy zmierzamy w kierunku trzeciego, na powierzchni morza odbija się oślepiająca mgła rozpraszająca światło. Odległa Dominika na przemian znika i wyłania się zza okrywających ją chmur. Płynąc dalej, mamy wrażenie, jakbyśmy unosili się nad tajemnicami niedostępnymi dla ludzkości. I tak właśnie jest.

Nasz pędzący przez fale kadłub odstrasza latające ryby; jedna z nich ląduje w łodzi. Chwilę podziwiam jej wielkie oko, lustrzane boki i pasmo barwy indygo na grzbiecie, a następnie wrzucam ją do morza.

W ślad za latającą rybą podąża ptak, który pojawił się dosłownie znikąd. To faeton czerwonosterny: ma białe upierzenie, a jego długi czerwony ogon ciągnie się za nim jak proporczyk. Ptak wie, że tnący morze kadłub naszej łodzi może powodować, iż latające ryby wyskoczą ponad powierzchnię, rozumie, co może się wydarzyć, i czeka na to, czego się spodziewa.

Rozczarowujemy go. Patrzę w górę, a ptak spogląda w naszym kierunku: „Czemu nie było cię tu pięć minut temu?” – myślę. „Wtedy ryb było mnóstwo”.

***

Zbliżając się do trzeciego postoju, w którym mamy prowadzić nasłuch, napotykamy unoszącą się na wodzie plechę żółto-zielonych gronorostów o powierzchni dziesięciu arów. Zrywamy znajdującą się na niej plastikową plandekę. Do kadłuba naszej łodzi podpływa niewielka grupa ryb dorado – początkowo widać jedynie ich jasnobłękitne płetwy piersiowe poruszające się w ciemnej głębi morza. Neonowe płetwy i ciała w kształcie wioseł – pokryte plamkami błękitu i żółci, jakby pokolorowało je dziecko – czynią z nich zapewne jeden z najpiękniejszych gatunków w fantazmatycznej puli ryb.

***

Docieramy do miejsca naszego trzeciego postoju i hydrofon ponownie schodzi pod wodę. Słyszę jakiś silnik. Ale chwila… „Ten silnik okrętowy jest tak głośny, że…”.

Shane sądzi, że słyszy bardzo słabe kliknięcia. „Nie jestem pewny…”.

Teraz już obaj słyszymy ledwo wyczuwalne gwizdy – mają w sobie coś elektrycznego. Shane nie ma pewności, jakie stworzenie je generuje. A ja jestem zdumiony subtelną złożonością podwodnych dźwięków.

Potem słyszymy coś jeszcze. Przez hałas fal, odgłos statku i gwizdy docierają do nas… kliknięcia.

Kaszaloty klikają. Ale nie tylko one; klikać potrafią też delfiniaki malajskie. I właśnie widzimy, jak pod wiatr zbliżają się ku nam w małych grupach jakieś delfiny. Ich ciała połyskują, gdy wynurzają się ponad fale.

Kogo właściwie słyszymy?

Shane nasłuchuje uważnie; ze słuchawkami na uszach i z zamkniętymi oczami próbuje odfiltrować klikanie od innych dźwięków oceanu. Aby przynajmniej częściowo pozbyć się szumu, zanurza mikrofon „kierunkowy”. To po prostu hydrofon wetknięty do misy – takiej, w której podaje się sałatkę – umocowanej na kiju od szczotki, komiczne połączenie zaawansowanej technologii i spontanicznej improwizacji. Misa osłania mikrofon przed dźwiękami dochodzącymi z innych stron niż ta, ku której jest skierowany. Obracanie kijem pomaga zlokalizować dźwięki. To prawie tak, jakbyśmy wsadzili pod wodę własne uszy.

„Nie w pobliżu. Z całą pewnością”.

Wpatruję się w ciemnoszare morze. Jest zamglone, rażące, ruchliwe, wzburzone. Posępne.

Shane, z rondem kapelusza nasuniętym nisko na czoło, skupia uwagę na słuchaniu. Kręci kijem, do którego umocowany jest mikrofon kierunkowy, i mówi cicho: „Tak. Może cztery, może pięć wielorybów”… – milknie, nie przerywając obracania misą. „Jeden na północnym wschodzie. Większość na południe od nas”.

Z wyczekiwaniem spoglądamy na południe. Morze jest tam bardzo wzburzone. Cali mokrzy pokonujemy krótki odcinek. Shane’a niezbyt cieszy nierówna walka z wiatrem i falami.

***

Cały nasz dzień kręci się wokół waleni. Wokół ich poszukiwań. Wokół ustalania, kogo znaleźliśmy. Wraz z tymi niewyraźnymi kliknięciami zaczynamy powoli odkrywać morskie tajemnice. Gdzieś w oddali, głęboko pod powierzchnią wody polują kaszaloty, klikając, aby ustalić, co się znajduje przed nimi w ciemności.

Lewiatan zamieszkuje świat dźwięków – i współtworzy go. Prawie nieustannie kaszaloty słyszą odgłosy delfinów, innych waleni i członków własnej rodziny. Gdy przebywają głęboko pod wodą, niemal ciągle posługują się echolokacją, generując kliknięcia i nasłuchując ich.

Milczący świat – tak Jacques-Yves Cousteau zatytułował swoją słynną, wydaną w 1953 roku książkę. To sugestywny zwrot – ale daleki od prawdy. Morze pełne jest wezwań i potwierdzeń. Ostrzeżeń. Powitań. Wyrazów miłosnej tęsknoty. Plemiennych pieśni. Odgłosów silników, impulsów wzbudzanych za pomocą sprężonego powietrza w celu dokonania pomiarów sejsmicznych (tak zwanych air-guns) i szumów. W wodzie, która jest osiemset razy gęstsza od powietrza, dźwięk rozchodzi się czterokrotnie szybciej, co czyni ją doskonałym medium komunikacji. Z tego powodu tak wiele zwierząt, od krewetek po wieloryby, rozwinęło sposoby komunikowania się za pomocą przenoszonych przez morze komunikatów dźwiękowych. Niektóre – krewetki z rodziny Alpheidae, ustonogi (Stomatopoda), prawdopodobnie niektóre delfiny, a być może nawet same kaszaloty – używają dźwięku jako paralizatora. Ponieważ gęstość wody jest bardzo zróżnicowana w zależności od temperatury i zasolenia, oceany stają się akustycznymi systemami transmisji, umożliwiającymi odpowiednio dostrojonemu dźwiękowi odbijanie się od poszczególnych warstw wody i przemieszczanie się na większe odległości, co przypomina nieco przekazywanie sygnałów radiowych przez kolejne wieże transmisyjne. W ten sposób płetwale błękitne i finwale, nadające na najniższych częstotliwościach, mogą pozostawać w kontakcie i podróżować „razem”, będąc oddalone od siebie o setki kilometrów. Ocean z całą pewnością nie jest milczący – jest pełen dźwięków i wiadomości.

Inne książki tego autora