Lato koloru wiśniTekst

Z serii: Lato koloru wiśni #1
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

DEDYKACJA

ROZDZIAŁ 1

ROZDZIAŁ 2

ROZDZIAŁ 3

ROZDZIAŁ 4

ROZDZIAŁ 5

ROZDZIAŁ 6

ROZDZIAŁ 7

ROZDZIAŁ 8

ROZDZIAŁ 9

ROZDZIAŁ 10

ROZDZIAŁ 11

ROZDZIAŁ 12

ROZDZIAŁ 13

ROZDZIAŁ 14

ROZDZIAŁ 15

ROZDZIAŁ 16

ROZDZIAŁ 17

ROZDZIAŁ 18

ROZDZIAŁ 19

ROZDZIAŁ 20

ROZDZIAŁ 21

Tytuł oryginału

KIRSCHROTER SOMMER

Copyright © 2011 by Carina Bartsch

Copyright © 2015 for the Polish edition by Media Rodzina Sp. z o.o.

Polskie wydanie opublikowano we współpracy z Agencją Literacką Ekstensa, www.ekstensa.com i erzähl:perspektive Literary Agency M. & K. Gröner GbR, www.erzaehlperspektive.de

Projekt graficzny okładki

Ewa Beniak-Haremska

Wszelkie prawa zastrzeżone. Przedruk lub kopiowanie całości albo fragmentów książki – z wyjątkiem cytatów w artykułach i przeglądach krytycznych – możliwe jest tylko na podstawie pisemnej zgody wydawcy.

ISBN 978-83-8008-101-7

Media Rodzina Sp. z o.o. ul. Pasieka 24, 61-657 Poznań tel. 61 827 08 60 mediarodzina@mediarodzina.pl www.mediarodzina.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Dziękuję wszystkim, którzy uwierzyli we mnie, kiedy ja sama nie umiałam tego zrobić.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

ROZDZIAŁ 1
Emely?

I znowu to samo – kiedy choć raz próbowałam być punktualna, to albo czas od początku nie działał na moją korzyść, albo któryś z bliźnich podkładał mi nogę. Dziś jednak wyjątkowo zapowiadało się, że będę mieć szczęście. Wychodziłam w pośpiechu z uniwersytetu, dostrzegłam podjeżdżający autobus, zaczęłam biec i w ostatniej chwili zdążyłam przecisnąć się przez zamykające się drzwi. Nieczęsto zdarzało się, by Berlińskie Przedsiębiorstwo Transportowe żyło ze mną w tak dobrej komitywie. Dzieliłam z nim silną skłonność do niepunktualności, niestety – żyjąc w czasie równoległym. Postanowiłam oznaczyć tę datę w kalendarzu, wyminęłam starszą panią, która chwyciła się kurczowo swojej plastikowej siatki, i z ulgą opadłam na siedzenie z tyłu. Autobus ruszył, a po kilku minutach rozkwitł mój dobry nastrój. Jego powodem była Alex, moja najlepsza przyjaciółka jeszcze z czasów przedszkolnych. Nie widziałyśmy się przez pół wieczności – od trzech długich miesięcy. Gdyby jako dziecku ktoś powiedział mi, że nasze drogi, przynajmniej przestrzennie, pewnego dnia się rozejdą, nie dałabym mu wiary. A jednak to zdarzyło się dokładnie po naszej maturze. Alex zdecydowała, że będzie studiować historię sztuki w Monachium, natomiast ja zaczęłam studia w oddalonym od niego o sześćset kilometrów Berlinie.

Od tego czasu minęły już trzy lata, a ja źle znosiłam rozłąkę. Ogromny dystans wykluczał spontaniczne spotkania, wyłączywszy przerwę międzysemestralną i święta, które spędzałyśmy w naszym rodzinnym Neustadt, ciesząc oczy wzajemnym widokiem. Poza tym pozostawały nam e-maile i telefony. Mimo to każdego dnia brakowało mi Alex. Wcześniej wszędzie wkoło mnie było jej pełno. Otwierała usta rano i nie zamykała ich aż do późnego wieczora.

Na myśl o tym, jak często jej nieposkromiona gadatliwość doprowadzała mnie na skraj szaleństwa, musiałam się uśmiechnąć. Jednocześnie, choć brzmiało to głupio, właśnie tego bardzo mi brakowało.

Dlatego wiadomość, którą przekazała mi przed dwoma tygodniami, była najlepszym prezentem, jaki mogła zrobić – Alex przeprowadzała się do Berlina.

Od dawna już była niezadowolona ze swoich studiów, które nie do końca spełniły jej oczekiwania. A kiedy pewnego dnia wróciła do domu i znalazła swojego aktualnego ekschłopaka w łóżku ze współlokatorką, decyzja o przerwaniu studiów nie przyszła jej szczególnie trudno.

Większość ludzi prawdopodobnie najpierw zagrzebałaby się w mysiej dziurze, ale Alex nie byłaby sobą, gdyby dała się złamać. Już po dwóch tygodniach zaczynała realizować plan B. Po drodze zdążyła uznać nieszczęsny wypadek ze współlokatorką za uśmiech losu, co kolejny raz wprawiło mnie w zdumienie nad jej talentem do naginania rzeczywistości do własnych potrzeb. Ale właśnie za to tak bardzo ją kochałam. Najnowszym konikiem Alex stało się projektowanie mody. Mówiła, że doznała uczucia ulgi, kiedy zamknęła oczy i wsłuchała się w swój głos wewnętrzny. Alex była znana z szybkich zmian zainteresowań, ale tym razem nawet ja nie mogłam zaprotestować. Ten kierunek studiów był dla niej jak uszyty na miarę.

Złożyła papiery wyłącznie do szkół w Berlinie i okolicy. Dostała się do dwóch. Jedna położona była w centrum, druga – to mój uniwersytet. Nie musiała długo się zastanawiać, którą wybrać.

Można powiedzieć, że prawie wszystko szło jak z płatka – choć akcent należałoby położyć na „prawie”. Cała ta historia miała jeden poważny mankament. Otóż Alex nie zamierzała wynajmować mieszkania, tylko postanowiła wprowadzić się do mieszkania swojego o dwa lata starszego brata Elyasa.

Współlokator Elyasa niedawno się wyprowadził i Alex natychmiast zarezerwowała sobie jego pokój.

Ostatni raz widziałam Elyasa kilka lat temu i można powiedzieć, że niespecjalnie brakowało mi jego widoku. Dochodziły mnie słuchy, że też mieszka w Berlinie. Ponieważ jednak studiował na innym uniwersytecie, nie zaprzątałam sobie tym głowy. „Miasto jest dostatecznie duże dla nas dwojga” – myślałam.

Teraz jednak stało się jasne, że jego mieszkanie znajduje się dziesięć minut drogi od mojego. Kiedy wyobraziłam sobie, że spotykam go po tych wszystkich latach, ogarnęło mnie dziwne uczucie. Chętnie dałabym sobie spokój, ale cały czas próbowałam pozbyć się tej nieprzyjemnej wizji. Najważniejsze, że Alex znów była na miejscu.

Autobus zahamował z wrodzoną sobie niedelikatnością i syk drzwi dał mi sygnał do wyjścia. Ledwo zdążyłam wejść na chodnik, kiedy zobaczyłam Alex, Ingo i Alenę, którzy kilka metrów dalej wypakowywali kartony z białego samochodu. Alena i Ingo byli rodzicami Alex i razem tworzyli tę część rodziny Schwarzów, którą kochałam nad życie. Spędziłam z nimi połowę dzieciństwa i przez wszystkie te lata ci dwoje stali się kimś w rodzaju moich drugich rodziców.

– Aaaaaach! – zapiszczała Alex, kiedy mnie dostrzegła. Karton, który trzymała w dłoniach, z głośnym hukiem spadł na ziemię. W kolejnej sekundzie jej stopy szykowały się do biegu, ze skumulowaną energią niosąc w moją stronę mierzące metr pięćdziesiąt ciało. Czy wspomniałam już o jej hiperaktywności?

Przez chwilę myślałam, czy w ostatniej chwili nie odskoczyć na bok i spokojnie przyglądać się, jak spada w nicość. Uznałam, że to znakomity pomysł, ale jednak trochę zbyt złośliwy. Ale tylko trochę.

W końcu ze śmiechem rozpostarłam ramiona i poczułam, jak moja ukochana najlepsza przyjaciółka wpada w nie i niemal mnie przewraca.

– Emely, kochana! – zawołała, niemal mnie dusząc.

„Też tak umiem” – pomyślałam i odwzajemniłam uścisk z podobną siłą. Wciąż nie docierało do mnie, że za chwilę nie będę musiała się z nią żegnać. Ona tu zostanie i codziennie będzie mi działać na nerwy, tak jak robiła to wcześniej. Sapnęłam z zadowoleniem i uwolniłam się z jej objęć.

– Masz piętnaście minut spóźnienia! – powiedziała z zaciśniętymi powiekami.

Westchnęłam ponownie, tym razem ze zdenerwowaniem. Alex była potomkinią potwora, choć nie zdradzał tego jej niewinny wygląd. Podobnie jak matka, miała jasnobrązowe, kręcone włosy, które często nosiła rozpuszczone. W jej oczach błyszczał ten sam kryształowy błękit, co w oczach ojca.

 

By dalej nie strzępić sobie języka, chwyciła mnie za ramię i pociągnęła w stronę rodziców. Jej mama obrzuciła mnie promiennym spojrzeniem, wyszła mi naprzeciw i przytuliła mnie.

– Wszystko w porządku? – zagadnęła na powitanie i chwyciła moją twarz w dłonie.

Skinęłam głową z uśmiechem.

Alena była z pochodzenia Polką, miała zielone oczy i delikatne, miękkie rysy. Czas pozostawił na jej twarzy ślady w postaci niewielkich zmarszczek, ale nie straciła jeszcze całkowicie uroku młodości.

Im dłużej na nią patrzyłam, tym bardziej stawało się dla mnie jasne, że to ona o wiele za długo mi się przygląda.

Ingo jak zwykle trzymał się trochę z boku, ale rytuał powitalny odbębnił z uśmiechem. Powoli podszedł i obdarował mnie pełnym rezerwy uściskiem.

Ojciec Alex stanowił klasyczny przykład mężczyzny, który się nie starzeje, ale z wiekiem robi się coraz bardziej interesujący. Miał charakterystyczną twarz, a w gąszczu jego czarnych włosów zaczęły już prześwitywać szare pasma. Był małomówny, ale kiedy zabierał głos, zdobywał posłuch. Pracował jako lekarz w klinice w Neustadt, w której od kilku lat pracowała również Alena.

– Jesteś coraz ładniejsza – uśmiechnął się do mnie.

– Och! Super.

Komplement. Żadna obelga świata nie miała tak okropnego działania jak komplement. Myślałam tak, ponieważ umiałam sobie radzić z obelgami.

Mimo najlepszych chęci nie mogłam zrozumieć, co Ingo miał na myśli. Z ciemnymi włosami, które sięgały ramion, z no… powiedzmy… w połowie odpowiednią figurą i brązowymi oczami mogłam wprawdzie trafić dużo gorzej, ale nie byłam typem przyciągającym wzrok. Nie myślałam też o sobie jak o potworze. Na przykład całkiem lubiłam swoją twarz – trudno powiedzieć, dlaczego, ale mi się podobała. Chociaż była jedną z tych, które łatwo znikają w tłumie.

Staliśmy naprzeciwko siebie już dobrą chwilę, kiedy zauważyłam, że Alex lustruje mnie wzrokiem od góry do dołu.

– Co jest? – zapytałam.

– Cholera, Emely, ty jesteś totalnie zapuszczona… – Potrząsnęła głową. – Najwyższy czas, żebym w końcu się tobą zajęła!

Nie do końca rozumiejąc, o co jej chodzi, omiotłam spojrzeniem swoje ciuchy. Białe tenisówki, ciemnoniebieskie dżinsy, czarny T-shirt i ciemnoszara rozpinana bluza.

Z czym ona miała problem?

– Możecie stąd zabrać tę żmiję? – Pytanie skierowałam do Ingo i Aleny, którzy wprawdzie się roześmiali, ale wykonali przeczący ruch głowami.

Westchnęłam. Dlaczego tak się cieszyłam, że będę mieć tego potwora ponownie blisko siebie? Alex szturchnęła mnie w bok.

– Żmija zostaje tutaj! – powiedziała i uniosła podbródek. – A teraz chodź, muszę ci pokazać to genialne mieszkanie!

Ledwie zdążyła dopowiedzieć to zdanie do końca, a już trzymała mnie pod ramię i ciągnęła za sobą.

– Może weźmiemy kilka kartonów? – rzuciłam praktyczną propozycję, kiedy mijałyśmy samochód, na co ona machnęła tylko ręką.

– Możemy to zrobić później – odpowiedziała i wepchnęła mnie do wejścia do kamienicy.

Ciągnęła mnie za sobą przez pięć przeklętych pięter! Pięć! Mieszkanie musiało się, oczywiście, znajdować na poddaszu i do tego w budynku pozbawionym windy. Lubiłam ostre poczucie humoru, ale to wcale nie było śmieszne!

Kiedy próbowałam złapać oddech, Alex bez znaków przestankowych opowiadała o tym, jak chciałaby urządzić swój pokój. Kilkakrotnie zadałam sobie w myślach pytanie, skąd bierze powietrze, i zaczęłam podejrzewać, że w jej płucach ukryty jest tajny zbiornik.

Ciężko dysząc, dotarłam do ostatniego piętra i cieszyłam się, że udało mi się nie potknąć, choć miałam mnóstwo okazji – mówiąc dokładnie, trzy tysiące stopni. Wystarczył zwykły krawężnik, by poważnie zagrozić pionowej pozycji mojego ciała. Niczym magnes przyciągałam okropne wypadki i w przeciwieństwie do reszty ludzkości nie uważałam tego za szczególnie zabawną, lecz dość kłopotliwą przypadłość. Moje nieskoordynowanie naprawdę rzadko kiedy mnie opuszczało albo – jak sama to określałam – byłam za głupia nawet na bieganie.

Alex, sadystka, nie pozwoliła mi na najmniejszy odpoczynek i wciągnęła mnie za sobą do mieszkania. Przekroczyłam jego próg i stanęłam jak wryta.

Zaraz za drzwiami znajdował się ogromny pokój, od biedy przypominający loft, choć w mniejszej skali. Podłoga wyłożona była ciemnym linoleum, kontrastującym ze ścianami pomalowanymi na jasny kolor lub składającymi się z cegieł. W skosach dachowych było mnóstwo okien, z sufitów wystawały zaś grube, kwadratowe belki, które niknęły w podłodze i optycznie dzieliły przestrzeń pomieszczenia.

Na lewo ode mnie była otwarta kuchnia z szarymi szafkami. Kuchenka z piekarnikiem stała osobno. Z tyłu dostrzegłam stół otoczony sześcioma różnymi krzesłami.

Po mojej prawej stronie znajdował się niewielki kąt mieszkalny. Na środku stała wielka czarna sofa, ustawiona naprzeciwko wiszącego na ścianie telewizora. W otwartych szafach piętrzyły się stosy płyt CD.

Wędrując spojrzeniem po pokoju, napotkałam wielki, matowoczarny korytarz, który nie pasował do reszty wnętrza, ale mimo to dziwnie z nim harmonizował.

Mieszkanie sprawiało wrażenie chaotycznego, a jednocześnie stylowego. Alex zdecydowanie nie przesadzała – słowo „genialne” pasowało do niego jak ulał.

– Wow – wydobyłam z siebie, wciąż pod wrażeniem wnętrza.

– Emely, nawet nie wiesz, jak bardzo się cieszę – powiedziała Alex z błyskiem w oczach. – Myślę, że to była znakomita decyzja, żeby wyprowadzić się z Monachium. Nigdy nie czułam się tam dobrze, bardzo mi ciebie brakowało. – Otoczyła moją szyję ramionami. – A poza tym nie przepadam za białą kiełbasą – wymamrotała mi w ramię.

Uśmiechnęłam się.

– To zrozumiałe – przyznałam jej rację i ledwo zaczerpnęłam powietrza, a Alex już chwyciła mnie za nadgarstek.

– Musisz koniecznie zobaczyć mój pokój – powiedziała, a ja, potykając się, pokornie ruszyłam za nią.

Poszłyśmy prosto i wylądowałyśmy w korytarzu, z którego na prawo prowadziły jedne, a na lewo dwoje drzwi. Alex wepchnęła mnie już przez pierwsze i nagle pojawił się problem.

Elyas Schwarz – ostatni i tak zbędny członek rodziny. Klęczał na podłodze i próbował skręcić łóżko Alex.

Poczułam się, jakbym przekroczyła gęstą zasłonę mgły. Mętny welon, który otaczał moje wspomnienia, w jednej chwili zniknął. Elyas spojrzał na nas i przez kilka sekund gapił się na mnie z zaskoczeniem i tak samo głupio, jak ja na niego. Nie było miło znów go zobaczyć. To spotkanie na chwilę stało się dla mnie prawdziwym wstrząsem.

Jego twarz niewiele się zmieniła przez te wszystkie lata. Rysy były miękkie, a jednocześnie wyraziste i płynne. Z niechęcią przyznałam w myślach, że jak na faceta, Elyas był całkiem przystojny.

W jego oczach wciąż tkwił ten szczególny turkusowozielony niuans, którego – nawet z bliska – nie widziałam u nikogo innego.

Turkusowe oczy… Można powiedzieć, że to hojny gest natury, która obdarowała go barwami oczu obojga jego rodziców.

Jasnobrązowe włosy Elyasa miały odcień cynamonu, a ich lekkie splątanie mogło wskazywać, że szkielet łóżka stawia opór próbom skręcenia. Moje spojrzenie wędrowało w dół ciała, zawisło na umięśnionych przedramionach, a zaraz potem na T-shircie, pod którym odznaczał się płaski brzuch. Elyas wyglądał o wiele bardziej męsko i już nie tak dryblasowato, jak wcześniej.

Mój wzrok powoli powrócił na jego twarz i dopiero kiedy na jego wargach pojawił się nieśmiały uśmiech, ocknęłam się z zadumy. Ten uśmiech sprawił, że w jednej chwili otrzeźwiałam. Ku mojemu niezadowoleniu wciąż miał go na twarzy, nawet kiedy zwinnie wstał i podszedł do nas. Przerastał mnie przynajmniej o głowę, więc byłam zmuszona spojrzeć na niego z dołu, choć wcale nie miałam na to ochoty.

– Alex – wyszeptał głębokim, ale przyjemnym tonem, nawet przez sekundę nie patrząc na mnie. – Nie przedstawisz mi twojej małej przyjaciółki?

Że co?

Nie mogłam się zdecydować, z którego powodu powinnam bardziej się wściec: czy dlatego, że najwyraźniej mnie nie rozpoznał, czy za jego głupią odzywkę. Ostatecznie postanowiłam zareagować na oba.

– To jest Emely, ty idioto – odpowiedziała Alex ze ściągniętymi brwiami.

– Emely…? – powtórzył i zmarszczył czoło, jak gdyby tylko mgliście przypominał sobie, że kiedyś już słyszał to imię.

Co za arogancki buc! Z zaciśniętymi zębami przełknęłam złość. Uspokój się!

– Tak, Emely – oznajmiłam z udawaną sympatią w głosie, nie zadając sobie trudu, by zabrzmiało to szczerze. – Ta z małymi piersiami – wspomogłam jego pamięć.

Z jego zaskoczonej i jednocześnie rozbawionej twarzy mogłam wyczytać, że moja niedwuznaczna aluzja nie chybiła celu.

– Ach, ta Emely. – Uśmiechnął się, powędrował spojrzeniem po moim tułowiu i zatrzymał je na rzeczonym miejscu. – Skoro tak mówisz…

Dupek! Nie, z tego powodu też się nie zdenerwuję! Demonstracyjnie skrzyżowałam ręce na piersi.

– Alex miała rację. – Uśmiechnęłam się mu prosto w twarz.

Utrzymywaliśmy kontakt wzrokowy i mogłabym przysiąc, że z każdą sekundą temperatura w pokoju spadała przynajmniej o pięć stopni. To wrażenie zniknęło, kiedy za moimi plecami rozległ się głośny tupot.

Przeprowadzka. Całkiem o niej zapomniałam.

Na horyzoncie pojawił się zasapany i spocony Ingo z dwoma kartonami i stworzył optymalną okazję, by wyplątać się z zaistniałej sytuacji. Nie zamierzałam przecież wykopywać topora wojennego z tym idiotą Elyasem.

Ingo wymamrotał coś o „braku windy” i byciu „za starym na takie coś”, kiedy minęłam go w drodze do auta po kolejne kartony.


Cztery godziny później i mniej więcej trzy tysiące kilokalorii mniej rzuciłam się na wielką czarną sofę w salonie. Byłam kompletnie wykończona.

Poza płucami, które nie były przyzwyczajone do tego typu morderczej aktywności, załatwiłam sobie kolano, ponieważ, oczywiście, spadłam z ciężkim kartonem ze schodów.

Nigdy więcej nie będę pomagać Alex przy przeprowadzce, to dla mnie za trudne. Wyprowadzi się dopiero, kiedy wyniosą ją stąd nogami do przodu.

– Nie do wiary, że jeden człowiek może posiadać tyle rzeczy – sapnął Elyas, łapiąc powietrze. W pocie czoła wniósł do mieszkania ostatni karton i postawił na piętrzącym się w salonie stosie, bo w pokoju Alex zabrakło już miejsca.

Jeśli to miała być tania zagrywka, by zagaić small talk, musiał się srogo rozczarować. Czy myślał, że nie zauważyłam jego obrzydliwego uśmiechu, kiedy upadłam na jego oczach?

– No i już – powiedział.

Tyle że to nie było normalne „no i już”, a raczej: „No i – czy ta oślica jest tak głupia, że nie potrafi zejść po schodach? Z takim grubym tyłkiem to nic dziwnego – już”.

No dobrze, gruby tyłek był raczej nadinterpretacją. Ale właśnie tego można się było po nim spodziewać! Mówił wyniosłym tonem, najwidoczniej zamierzając wywołać u mnie agresję.

Z niechęcią spojrzałam w stronę Elyasa i przyglądałam się mu, kiedy oparty o ścianę ocierał czoło z potu. Pojedynczy kosmyk włosów opadł mu na twarz.

Po wszystkim, co między nami zaszło, nie mogłam pojąć, jak to możliwe, że mnie nie rozpoznał. Nie oczekiwałam, żeby próbował naprawić to, co wtedy zepsuł, ani że istniała najmniejsza szansa, że pewnego dnia mu wybaczę – nigdy w życiu! – ale przypomnieć mnie sobie? To było absolutne minimum.

Im dłużej przyglądałam się Elyasowi, tym bardziej ciemniało moje spojrzenie. Dopiero kiedy uniósł głowę i zwrócił ją w moją stronę, jak gdyby poczuł, że na niego patrzę, po krótkiej, straszliwej wymianie spojrzeń demonstracyjnie odwróciłam wzrok.

Wewnętrznie podjęłam – jak mi się wydawało – mądrą decyzję, że nie jest wart mojej wściekłości, i w związku z tym z całej siły próbowałam wyprzeć urazę. Zamknęłam powieki, pozwoliłam, by moja głowa opadła na sofę, położyłam dłonie na brzuchu i ponownie oddałam się odpoczynkowi po ciężkiej wspinaczce po schodach.

Spokój jednak najwyraźniej nie był mi pisany. Już kilka minut później rozległ się dzwonek do drzwi. Całkowicie naturalnie i w sposób nie pozostawiający wątpliwości, że mieszka tu całe życie, Alex podbiegła tanecznym krokiem do wejścia.

– Pizza! – usłyszałam męski głos.

Czy ktoś tutaj czytał w moich myślach?

 

– Pizza… – westchnęłam równocześnie z Elyasem.

Przez ułamek sekundy patrzyliśmy na siebie ze sceptycyzmem, zanim oboje podjęliśmy decyzję, by zignorować to faux pas.

Trudno uwierzyć, ale głód zdawał się jednać ze sobą nawet takich ludzi, jak ja i Elyas. Ponieważ podpadało to pod kategorię „sytuacja wyjątkowa”, nie zwróciłam na to nadmiernej uwagi.

Kiedy Alex zamknęła drzwi i zaczęła balansować stosem kartonów z pizzą, nastał moment mojej wielkiej próby.

Rzuciliśmy się na pudełka i w przypływie szczęścia udało mi się nawet porwać margheritę. Zaniosłam ją na prostokątny stół i zasiadłam obok pozostałych.

– Ktokolwiek wpadł na pomysł z pizzą, jestem mu wdzięczna – powiedziałam, wsuwając do ust pierwszy kawałek.

– To byłem ja – rozpromienił się Elyas, który siedział po przekątnej.

– Skoro tak… – odparłam. – Cofam moje słowa.

Krótka faza zawieszenia broni zakończona.

Resztę posiłku spędziliśmy w milczeniu, sycąc nasz głód pizzą i odpoczywając po przebytych torturach.

Całkowicie najedzona zamknęłam wieko kartonu i pozostawiłam swojemu losowi trzy kawałki, na które nie znalazłam już miejsca. Alena wstała, przyniosła kilka kieliszków do wina i postawiła je na stole. Robiło się całkiem przyjemnie. Z głośników popłynęła cicha muzyka, na stole zapłonęły dwie świece, a widok stosu kartonów dawał pewność, że praca została w końcu wykonana. Jeśli sądzić po minach pozostałych obecnych, myśleli podobnie. Zrelaksowana odchyliłam się na krześle.

– Emely, jak ci idzie na uniwersytecie? – zapytał Ingo, podając mi pełen kieliszek.

– Myślę, że dobrze.

– Miło to słyszeć – powiedziała Alena. – Na którym jesteś teraz roku? Naprawdę już kończysz trzeci?

– Tak, jutro zaczynam ostatni semestr. Mnie też trochę to dziwi.

Alena westchnęła.

– Niewiarygodne, że czas tak szybko leci. Czy naprawdę to było tak dawno, kiedy wszyscy troje na golasa biegaliście po naszym ogrodzie?

Trzy wspomniane osoby w tym samym momencie przewróciły oczami. Sposób, w jaki traktowano historie o niewinnych, małych istotach, zanim osiągnęły pełnię sprawności umysłowej, zakrawał na podłość. Po tym, co powiedziała Alena, wspomnienia na nowo próbowały utorować sobie drogę do mojej pamięci. Pierwsze z nich dotyczyło mojego zdumienia, kiedy odkryłam, że Elyasowi coś wisi między nogami. A drugie, które się z nim wiązało, było tak zabawne, że nie mogłam się powstrzymać i parsknęłam śmiechem.

– Co jest? – chciała wiedzieć Alex.

– Pamiętasz, jak siedziałyśmy w dmuchanym basenie i twój zdenerwowany brat chciał się dostać do środka, ale my nie chciałyśmy go wpuścić?

Alex myślała i myślała, aż w końcu sobie przypomniała.

– Powiedziałaś mu, że nie może wejść z tą dżdżownicą! – Wybuchnęła śmiechem i natychmiast mnie nim zaraziła. – A potem ze śmiertelną powagą powiedziałaś mi szeptem, że już wiele razy przyłapałaś Elyasa na tym, że bawił się swoją dżdżownicą!

Elyas zakrztusił się winem i dostał ataku kaszlu, a wszyscy pozostali zaczęli się śmiać. Gorzko-wściekłe spojrzenie, które mi rzucił, spłynęło po mnie jak woda po kaczce.

Alena odchrząknęła, trzymając serwetkę przed ustami.

– Ładne rzeczy. Teraz już wiemy, że Elyas chętnie bawi się dżdżownicą. Muszę przyznać, że poradziłabym sobie bez tej wiedzy, ale niech już będzie.

Z uśmiechem rozkoszowałam się chwilą, kiedy Elyas rzeczywiście poczuł się trochę zawstydzony.

– Gdyby jeszcze o inne sprawy troszczył się tak samo, jak o swoją dżdżownicę… – westchnął Ingo.

Elyas przewrócił oczami, powstrzymał się jednak od odpowiedzi.

– Mówię poważnie – powiedział Ingo i spojrzał na syna. – Znowu zawaliłeś egzamin. Jeśli będziesz tak dalej postępował, wylecisz ze studiów.

– Ach, przesadzasz. Mam jeszcze mnóstwo czasu, skąd ten pośpiech? – Elyas wzruszył ramionami, a z twarzy Ingo można było wyczytać, że częściej rozmawiają na ten temat.

Od Alex wiedziałam, że Elyas idzie w ślady ojca i studiuje medycynę. Nie znałam jednak więcej szczegółów.

Alena uspokajającym gestem położyła dłoń na ramieniu męża i puściła do niego oko. „Daj spokój dzisiaj wieczorem” – można było wyczytać z jej spojrzenia. Ingo nabrał powietrza i skorzystał z jej bezgłośnej rady.

Ta para była dla mnie jedynym żywym dowodem, że coś takiego jak miłość naprawdę istnieje. Za każdym razem na nowo wpadałam w fascynację ich bliską i – mimo wielu lat – wciąż pełną uczuć relacją. Żeby dowiedzieć się, czym jest miłość, można było albo przeczytać o niej tysiąc książek, albo przez sekundę patrzeć na tych dwoje. Przyglądanie się im czyniło mnie na swój sposób szczęśliwą.

– Powiedz, Emely, jak ci się mieszka ze współlokatorką? – zapytał Ingo.

– Eva jest w porządku. Bywa dziwna i bardzo męcząca, ale dajemy radę.

– O ile nie praktykuje dziwactw seksualnych ze swoim chłopakiem – wtrąciła się Alex.

Skrzywiłam się.

– Dzięki, teraz znów mam to przed oczami.

Trzy pary oczu spojrzały na mnie ze zdziwieniem.

– Nie było tak źle – powiedziałam pospiesznie. – Po prostu kilka razy nie w porę wróciłam do naszego wspólnego pokoju. Postanowiłyśmy stworzyć plan, na którym ona zaznacza, kiedy potrzebuje go tylko dla siebie. I jeśli mam szczęście, nawet się go trzyma.

– Czyli się docieracie – uśmiechnęła się Alena.

– Można tak powiedzieć.

– À propos, Emely, skoro już o tym mowa – ciągnął Ingo. – Co słychać w sprawach sercowych? Ile ofert matrymonialnych odrzuciłaś w zeszłym tygodniu?

O nie. Złe pytanie. Zdecydowanie złe pytanie!

Próbowałam sobie wmówić, że to dobry znak. Ludzie wciąż mnie o to pytają, a nie automatycznie wychodzą z założenia, że jestem singielką.

Z pewnością jednak nie potrwa to już długo, zanim wspomniana…

– W zeszłym tygodniu dałam kosza młodemu, przystojnemu dziedzicowi multimilionowej fortuny. Nie mieliśmy dla siebie czasu. – Westchnęłam. – Chciałabym mieć jacht, ale jakoś sobie z tym poradzę – zakończyłam moją ironiczną odpowiedź i pociągnęłam łyk czerwonego wina.

Wszyscy cicho się zaśmiali.

Nawet na twarzy Elyasa dostrzegłam uśmiech, chociaż z pewnością po prostu się ze mnie naigrawał.

„No i co z tego” – pomyślałam.

– Tak źle? – Alena uśmiechnęła się do mnie ze współczuciem.

Wzruszyłam ramionami.

– Nie, to bzdura. Dobrze mi z tym.

To nawet nie było kłamstwo. Oczywiście, że chętnie widziałabym przy swoim boku mężczyznę, ale nie byłam jedną z tych kobiet, które bez faceta dostawały na głowę. Bycie singielką zdecydowanie miało też swoje zalety.

Czy ja naprawdę pomyślałam ostatnie zdanie?

To fascynujące, jak można oszukać własny mózg.

– Emely, skarbie, teraz masz mnie! Znajdziemy ci faceta! – entuzjastycznie zawołała Alex i swoją deklaracją natychmiast napędziła mi niezłego stracha.

– Alex, ostrzegam cię! Żadnego bawienia się w swatkę! Przysięgam, że jeśli to zrobisz, zaniosę wszystkie te kartony z powrotem do auta.

– OK, OK – zachichotała. – Obiecuję, że nie będę cię swatać.

Mogłam jedynie mieć nadzieję i modlić się o to, by jej obietnica miała pokrycie, bo z wcześniejszych prób zachowałam tylko złe wspomnienia.

– W końcu Alex jest starsza i właśnie do nas wróciła! – Ingo uniósł swój kieliszek i wszyscy zrobiliśmy to samo. Alex uśmiechnęła się i otrzymała od brata buziaka w policzek.

A fuj, od samego patrzenia przeszły mnie ciarki.

Po chwili znów gawędziliśmy sobie w przyjemnej atmosferze. Dobrze mi było w towarzystwie mojej drugiej rodziny. Opowiadali, co wydarzyło się w Neustadt i o innych sprawach. Alex zarażała nas swoim entuzjazmem, który wywołała u niej przeprowadzka, i nie przepuszczała żadnych okazji, by opowiedzieć o swoich planach. Marna była z niej organizatorka. A mimo to słuchanie jej sprawiało wielką przyjemność. Elyas przez większość czasu koncentrował się właśnie na tym, nie brał udziału w rozmowie i ignorował mnie, co było mi na rękę, bo sama zachowywałam się podobnie.

Wyłączywszy spotkanie z tym idiotą i dźwiganie kartonów, był to całkiem przyjemny dzień, który niestety zmierzał ku końcowi.

Zrobiło się dość późno, a ponieważ mój autobus odjechał dziesięć minut wcześniej, nie pozostało mi nic innego, jak wracać piechotą.

Alena i Ingo nocowali w mieszkaniu Elyasa, a następnego dnia czekała ich stupięćdziesięciokilometrowa droga powrotna do Neustadt. Pożegnałam się z nimi wylewnie i stanęłam z Alex w otwartych drzwiach mieszkania.

– Co robimy jutro? – zapytała.

– Czekaj na mnie o ósmej przed wejściem na uniwersytet. Pokażę ci wszystko. Wykłady zaczynam dopiero o dziesiątej, będziemy miały dość czasu.

– Dzięki, Emely. Sama nigdy bym sobie z tym nie poradziła.

– Na początku też miałam problemy, ale teraz jakoś daję radę.

– O Boże, jestem taka podekscytowana – zapiszczała Alex.

– Poczekaj jeszcze. – Mrugnęłam do niej. – Moja mała myszko, to cudowne, że znów tu jesteś – powiedziałam i jeszcze raz mocno ją przytuliłam.

Westchnęła.

– Nawet nie wiesz, jaka jestem szczęśliwa.

Z ciężkim sercem oderwałam się od niej. Alex skinęła głową ze zrozumieniem i uśmiechnęła się do mnie szeroko.

– Cześć, Emely! – zawołał Elyas z głębi mieszkania.

– Cześć – wymamrotałam, na co on zareagował uwodzicielskim uśmiechem.

Głupek!

– Do jutra – powiedziałam i pomachałam Alex, a potem zniknęłam za drzwiami i ruszyłam w stronę przystanku autobusowego. Ogarnął mnie rześki powiew wczesnego lata. Wciągnęłam do płuc te łagodne, słodkie zapachy.

Oparłam się o barierkę przy przystanku autobusowym i jeszcze raz powędrowałam spojrzeniem w stronę oświetlonych okien nowego mieszkania Alex.

Z tych siedmiu lat, kiedy nie widziałam Elyasa, można było swobodnie zrobić siedemdziesiąt. To marzenie zostało właśnie jednak przekreślone tak grubą kreską, że nawet The Weather Girls, gdyby mogły z nią porównać swoją tuszę, dałyby za wygraną.