Mroczna prawdaTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

* * *

Kiedy Clive Conway dociera do domu na St Luke Street, otwiera mu umundurowany policjant.

– Dzień dobry, Puttergill. Rozumiem, że zeszłej nocy odbywała się tu jakaś impreza – mówi, wycierając buty w matę przed drzwiami. – Na schodku są fragmenty szkła.

Puttergill spogląda na niego skonsternowany, a potem pochyla głowę, żeby się przyjrzeć.

– Naprawdę? Nic nie widzę.

– Przekleństwo kryminalistyki – wzdycha Conway. – Każdy przypadkowy kawałek gówna wygląda jak śladowe dowody. – Rozpakowuje w korytarzu swoją walizkę i zamyka za sobą drzwi. – Widzę, że ciebie też tutaj porzucili, co?

Puttergill uśmiecha się szeroko.

– I tak byłem na grafiku, a tutaj jest dużo przyjemniej niż w pokoju odpraw. Choćby dlatego, że tutaj nie śmierdzi kapuchą.

Conway uśmiecha się cierpko; Puttergill dopiero pół roku temu skończył szkołę policyjną. Jeszcze się nauczy.

– Jest tu ktoś jeszcze?

Puttergill potrząsa głową.

– Sprzątaczka, która zajmuje się teraz dzieckiem. Śmieszny chłopaczek. Spojrzał na mnie i prysnął, jakby zobaczył samego diabła.

– Następnym razem staraj się nie robić min odstraszających dzieci – odpowiada Conway sarkastycznie.

Puttergill wybucha śmiechem.

– Sam pan się przekona, jak zobaczy pana w tym kosmicznym kombinezoniku.

To kolejne przekleństwo kryminalistyki – nieprzepuszczające powietrza skafandry w samym środku upałów. Nadaje nowe znaczenie wyrażeniu „najgorętszy okres lata”.

Conway unosi brwi.

– Cóż, myślę, że uda mi się zrobić wszystko bez ubierania się w pełen zestaw ochronny. No chyba że gdzieś tam w oranżerii leży trup. – Otwiera walizkę i wyciąga maskę. – Dobra, im prędzej zacznę, tym szybciej pójdę na piwo.

* * *

Nagranie wideo: przesłuchanie Caleba Morgana przeprowadzone w Centrum Pomocy Ofiarom Napaści Seksualnych przy Holm Oak w Oksfordzie

7 lipca 2018, godz. 18.15

Obecni podczas rozmowy: post. Everettt i obserwujący przesłuchanie na monitorze, z przyległego pokoju, post. G. Quinn.

VE: Okej, tak jak już wyjaśniłam wcześniej, spróbuję teraz zebrać od pana jak najwięcej szczegółów, żeby uzyskać jak najpełniejszy raport. Nie chcielibyśmy zmuszać pana do przechodzenia przez wszystko jeszcze raz, jeśli da się tego uniknąć, więc bardzo proszę opowiedzieć mi wszystko, co pan pamięta, dobrze?

CM: Okej.

VE: Jak już wspominałam, ten wywiad jest nagrywany i jeśli dojdzie do rozprawy sądowej, nagranie może zostać wykorzystane jako dowód. Czy chce pan, żebym wyjaśniła to panu bardziej szczegółowo?

CM: Nie, rozumiem. Poza tym dostałem ulotki i w ogóle.

VE: No dobrze, w takim razie może zaczniemy od tego, w jaki sposób znalazł się pan w domu profesor Fisher wczoraj wieczorem.

CM: Pilnowałem dziecka. Profesor Fisher poszła na tę uroczystą kolację, więc zostałem z Tobinem.

VE: Robił to pan wcześniej?

CM: [kiwa głową]

Tak, dość często. Przydają mi się pieniądze, a Tobin jest miłym dzieciakiem. Mam brata niewiele starszego od niego. A raczej przyszywanego brata, ale tak czy owak jestem przyzwyczajony do towarzystwa chłopców w jego wieku.

VE: Czy to powszechna praktyka, że nauczyciele akademiccy wykorzystują swoich studentów do niańczenia dzieci?

CM: [wzrusza ramionami]

Nie znam nikogo innego, kto to robi. Ale to cała Marina. Nie lubi stosować się do przepisów.

VE: Tak ją pan nazywa? „Marina”?

CM: Większość doktorantów zwraca się do opiekunów po imieniu. To nic wyjątkowego.

VE: Jak opisałby pan wasze relacje?

CM: [szybko]

Nie było żadnych relacji – w każdym razie nie w takim sensie.

VE: Nie zamierzałam w ten sposób niczego sugerować. Usiłuję po prostu uzyskać jak najpełniejszy obraz. Nie była to tylko relacja między studentem i opiekunem, prawda? Biorąc pod uwagę, że powierzyła panu swoje dziecko?

CM: Pewnie tak. Dobrze się dogadujemy. Poza tym Marina jest naprawdę fenomenalna, to znaczy pod względem intelektualnym. Prawdziwa nowatorka. To, co powiedziałem o nietrzymaniu się zasad… mówiłem to w pozytywnym kontekście. Nie można cały czas robić tego samego. Nie w naszej dziedzinie. Trzeba podejmować ryzyko, podnosić poprzeczkę.

VE: Wydaje się, że ją podziwiasz.

CM: [wzrusza ramionami]

Wszyscy ludzie pracujący nad sztuczną inteligencją daliby sobie rękę uciąć, żeby być pod skrzydłami Mariny. Byłem bardzo podekscytowany, kiedy się dowiedziałem, że mnie wybrano. Nigdy nie sądziłem, że to wszystko skończy się tak, jak się skończyło.

VE: Rozumiem jednak, że aż do zeszłej nocy nigdy nic między wami nie istniało, tak? Wasze stosunki były czysto profesjonalne?

CM: [kiwa głową]

VE: W takim razie niech mi pan opowie, co się wydarzyło. O której godzinie przybył pan do Monmouth House?

CM: O dwudziestej, może kwadrans po. Coś w tym stylu.

VE: I spędziliście jakiś czas razem?

CM: Marina właśnie miała wychodzić, ale wypiliśmy najpierw małego drinka. Powiedziała, że potrzebuje trochę kurażu. To miało być bardzo ważne spotkanie, wiele od niego zależało, więc pewnie czuła dużą presję.

VE: Co piliście?

CM: Ja, piwo, a ona białe wino.

VE: Kiedy pani Fisher wróciła do domu?

CM: Piętnaście, może dwadzieścia po dwudziestej trzeciej.

VE: A gdzie pan był o tej porze?

CM: W kuchni, na dole.

VE: Jak się zachowywała profesor Fisher? W jakim była nastroju?

CM: Rany, jakby skrzydeł dostała. Nie mogła przestać gadać o tym, jak dobrze poszło i jak to wszyscy byli pod wrażeniem. Wyglądało na to, że powaliła ich na kolana.

VE: Wydawała się być pod wpływem alkoholu?

CM: No… tak, to znaczy, w końcu była na kolacji, więc pewnie wypiła kilka kieliszków. Sporo, jeśli mam być szczery.

VE: Co było potem?

CM: Powiedziała, że zamierza to uczcić, podeszła do lodówki i wyciągnęła szampana. Poprosiła mnie, żebym go otworzył.

VE: I zrobił to pan?

CM: Zacząłem mówić, że nie mam ochoty i że muszę już wracać, ale ona tylko się roześmiała i powiedziała, że na pewno chcę się napić. Spytałem, czy na pewno chce, żebym otworzył szampana, skoro jest już tak późno. Chyba sugerowałem, że raczej nie potrzebuje więcej alkoholu, skoro najwyraźniej wypiła już wystarczająco.

VE: Ale nie powiedział pan tego w tak wielu słowach?

CM: Nie, no nie. Nadal była moją opiekunką, prawda? W każdym razie odpowiedziała, że muszę wypić chociaż jeden kieliszek, bo przecież nie może świętować sama. A potem jeszcze dodała, że jest beznadziejna, jeśli chodzi o odkorkowywanie butelek i czy nie mógłbym tego zrobić. No to zrobiłem.

VE: A potem co się wydarzyło?

CM: [milczenie]

VE: Panie Morgan?

* * *

Adam Fawley, 7 lipca 2018, godz. 19.24

Prawniczką Mariny Fisher jest nieustraszona wojowniczka Niamh Kennedy. Kiedyś już skrzyżowaliśmy szpady. Na pewno nie jest tania, zwłaszcza w sobotni wieczór. Specjalne usługi najwyraźniej obejmują dostarczenie pełnej zmiany ubrania, bo Fisher jest cała w Cath Kidston[8] – kwiecista sukienka, bawełniany sweterek i baletki. Wszystko niewątpliwie zostało wybrane przez Kennedy po to, żeby jej klientka jak najmniej przypominała drapieżcę seksualnego. Nawet włosy Fisher związała w dwa kucyki – niewątpliwie z tego samego powodu. W efekcie przypomina dziwaczną wersję Alicji w Krainie Czarów. Im dłużej na nią patrzę, tym dziwniej się czuję. W twarzy Fisher nie ma nic dziecinnego. Ma puste, udręczone spojrzenie. Nic dziwnego – Alicja w końcu się obudziła i wszystko okazało się tylko snem. Tutaj się to nie zdarzy.

Siadam obok Asantego, otwieram dokumenty i przechodzę przez kolejne punkty w formularzu proceduralnym. Dosłownie: Kennedy siedzi obok, odhaczając listę wymagań PACE[9] równocześnie z nami – i robi to tak, żebym widział. Po wszystkim wreszcie możemy zaczynać.

Odchylam się na oparciu krzesła.

– No dobrze, pani profesor, mogłaby pani opowiedzieć nam przebieg wydarzeń wczorajszej nocy?

Odpowiedź przychodzi szybko. Spodziewała się tego.

– Caleb zaoferował, że popilnuje mojego syna, kiedy ja będę na kolacji w Balliol.

– Zaoferował czy poprosiła go pani?

Mruga.

– Dobrze, ja go poprosiłam.

– I to nie była pierwsza tego typu sytuacja, prawda?

Odwraca wzrok.

– Prawda.

Nie patrzy mi w oczy – wie, że stąpa po cienkim lodzie, ale ja mam znacznie poważniejszą sprawę na głowie niż drobne naruszenie przepisów college’u.

– O której godzinie wróciła pani z kolacji?

Wzrusza ramionami.

– Może kwadrans po dwudziestej trzeciej? Coś koło tego.

– Piła pani alkohol?

Spogląda na mnie. Na jej policzkach wykwitają dwie czerwone plamki.

– Oczywiście, że piłam. To był ośmiodaniowy posiłek. Wszyscy pili alkohol. Przyznaję, że wypiłam więcej niż normalnie, ale nie byłam pijana. Absolutnie nie.

– Co się wydarzyło po powrocie do domu?

– Poszłam na dół do kuchni. Słyszałam w niej Caleba. Miał włączoną muzykę i pracował nad czymś na swoim laptopie, przy stole kuchennym. Pogawędziliśmy przez chwilę.

– O jego pracy?

– Nie, niezupełnie.

Rumieniec na policzkach pogłębia się. Wyczuwam poruszenie Asantego. Kennedy wyciąga rękę i delikatnie dotyka ramienia profesor Fisher.

– Wszystko w porządku, może pani powiedzieć.

 

– Proszę posłuchać – zaczyna kobieta. – Flirtował ze mną, w porządku? Często to robi, ale to nic nie znaczy.

– A pani odpowiadała na jego zaczepki? W końcu to przystojny chłopak…

Wpatruje się we mnie twardo.

– Wielu mężczyzn ze mną flirtuje, inspektorze, podobnie jak dość sporo kobiet. Inni nauczyciele, studenci, pracownicy administracji uniwersyteckiej. Cwaniacy w każdej z powyższych kategorii i inni. Nigdy nie biorę tego poważnie.

Kiwam powoli głową.

– W takim razie co się stało później?

– Powiedział, że powinniśmy się napić, żeby uczcić mój tak zwany „triumf”. – W jej głosie słyszę nutę goryczy.

– Tak zwany? Myślałem, że zyskała pani jakiegoś poważnego sponsora. Czy to nie jest powód godny uczczenia? Hilary Reynolds sugerował, że to był majstersztyk.

Fisher wzdycha cierpko.

– Zabawne, ale jakoś przestałam to odbierać w taki sposób.

– Ale jestem pewien, że zeszłej nocy się pani cieszyła, prawda? Zanim zdarzyło się to wszystko?

Odchyla się na oparcie krzesła.

– To on powiedział, że powinniśmy to uczcić. To on wyciągnął szampana z lodówki i otworzył go, okej?

– Czyli obydwoje wypiliście drinka. Po jednym kieliszku?

Znów się rumieni.

– Tak mi się wydaje.

– Wydaje się? Nie pamięta pani?

– Pamiętam, że rozlałam trochę szampana na moją suknię. I pamiętam, że Caleb dolał mi drinka. – Zerka na Kennedy, a potem na mnie. Najwyraźniej jest to coś, co już przedyskutowały. Bierze głęboki wdech. – Potem nie pamiętam wyraźnie.

* * *

VE: Panie Morgan?

CM: [bawi się nerwowo butelką z wodą]

VE: Wiem, że to trudne…

CM: Zaczęła się do mnie przystawiać, okej? Opierałem się o blat kuchenny, a ona podeszła bardzo blisko i przycisnęła się do mnie. Zaczęła pytać, czy się mi podoba.

VE: A podobała się panu?

CM: [rumieni się]

Raczej tak. To znaczy, jest sporo starsza ode mnie, ale niezła z niej laska. Wszyscy doktoranci u nas tak uważają. A w tej sukni wyglądała niesamowicie. Każdy pomyślałby, że jest seksowna…

VE: Uważanie kobiety za atrakcyjną to nie przestępstwo, panie Morgan.

CM: Caleb. Może mi pani mówić po imieniu.

VE: Co się wydarzyło dalej?

CM: [oddycha głęboko]

Cóż, wtedy już zdecydowanie była pijana. Zrzuciła szpilki ze stóp, ale dalej się chybotała, jakby nie mogła utrzymać się w pionie. Poza tym bełkotała. Nawet gdybym chciał, nie ma mowy, żebym zrobił cokolwiek z nią w takim stanie.

VE: Ale w innych okolicznościach mógłbyś? Gdybyś uznał, że ona wie, co robi?

CM: [milczenie]

Teoretycznie, być może, ale wyłącznie teoretycznie. W praktyce wynikłby z tego absolutny koszmar. Chodzi o moje badania, oczywiście. A poza tym mam dziewczynę. To nie byłoby warte kolosalnych problemów, jakie by wywołało.

VE: Co się działo dalej?

CM: Zaczęła mnie dotykać… przez ubranie. Przez szorty. Powiedziała, że to jest dowód na to, że się mi podoba… no wie pani.

VE: [łagodnie]

Miałeś wzwód.

CM: [kiwa głową]

Ale to wcale nie oznaczało…

VE: Caleb, to tylko fizyczna reakcja, coś, co niekoniecznie można kontrolować. Nie znaczy to, że cokolwiek w tej sytuacji jest twoją winą, a już na pewno nie oznacza, że nie stałeś się ofiarą napaści.

CM: [milczenie]

VE: Możesz mówić dalej?

CM: [odwraca wzrok i kiwa głową]

* * *

Adam Fawley, 7 lipca 2018, godz. 19.47

– Twierdzi pani, że nie pamięta, co się potem działo?

Fisher potrząsa głową.

Kennedy nachyla się do mnie.

– Panie inspektorze, co dokładnie sugeruje Caleb Morgan?

– Twierdzi, że profesor Fisher wykonywała gesty świadczące o zalotach natury seksualnej i nie przerwała, chociaż pan Morgan wyraził się jasno, że nie jest zainteresowany. Stosunek płciowy nie miał miejsca, ale profesor Fisher dotykała jego krocza.

Fisher potrząsa głową.

– To jakieś potworne, obrzydliwe nieporozumienie. Nie ma mowy… – Spuszcza wzrok, przyciska dłoń do ust i oddycha głęboko, a potem znów na nas spogląda. – Musi być coś nie tak z Calebem. Jak dla mnie to jedyne wytłumaczenie. Musiał przeżyć jakieś załamanie… – Milknie. – Ostatnio żył pod ogromną presją. Jego badania…

– Dla jasności, twierdzi pani, że nie pamięta żadnego fizycznego kontaktu z panem Morganem?

– Nie.

– A ten siniec na pani nadgarstku? Skąd się wziął?

Ściąga w dół rękaw, a potem orientuje się, że to robi, i kładzie dłonie płasko na stole.

– Jak już mówiłam technikowi, to najprawdopodobniej mój syn. Dzieci potrafią być zadziwiająco silne i nie zawsze zdają sobie z tego sprawę.

Jeżeli wyczuwa ironię tego ostatniego komentarza, niczego po sobie nie pokazuje.

– Co z dzisiejszym porankiem?

Marszczy czoło.

– A o co konkretnie pan się pyta?

– Kiedy się pani obudziła, była pani we własnym łóżku?

– Oczywiście, że tak…

– Całkiem ubrana? Bielizna nocna? Co?

Fisher unosi ironicznie brwi.

– Nie zawracam sobie głowy, jak to pan uroczo ujął, „bielizną nocną”, panie inspektorze.

– A zatem była pani naga, ale nie pamięta pani, jak się znalazła w łóżku.

Wzrusza ramionami.

– Mój szlafrok leżał na oparciu krzesła, a buty stały na półce. Wszystko było dokładnie tak, jak powinno, z wyjątkiem bólu głowy, koszmarnego pragnienia i dziecka, które już dawno powinno dostać śniadanie. Niech mi pan nie mówi, że panu to się nigdy nie przytrafiło?

– I nie zaniepokoiła się pani tym, że nie pamięta pani zbyt wiele z poprzedniego wieczora? Czy kiedykolwiek już pani tego doświadczyła?

Wzdycha ciężko.

– Raz czy dwa, jeśli musi pan wiedzieć. Zazwyczaj po szampanie. Naprawdę nie powinnam pić wczoraj tego bollingera.

Oto przykład, jak elegancko pokazać komuś środkowy palec, nie ruszając ręką.

– Skoro tak, to po zakończeniu tej rozmowy zamierzam poprosić naszego technika kryminalistyki o pobranie od pani próbki krwi, żebyśmy mogli dokładnie ustalić, o jakiej ilości alkoholu rozmawiamy.

Fisher spogląda na Kennedy, która kiwa głową.

– Wolno im o to prosić.

Asante nachyla się nad stołem.

– A co z suknią?

Fisher marszczy czoło.

– Co z nią?

– Dlaczego oddała ją pani tak szybko do prania?

– Już panom mówiłam, ubrudziłam ją szampanem. Nie chciałam jej zostawiać w szafie w takim stanie. Martwiłam się, że plama nie da się wywabić, jeżeli nie załatwię tego szybko.

– Ale nie chodziło tylko o pranie, prawda? Poprosiła pani o naprawę sukni.

Twarz Kennedy drga – lekko, ale nie na tyle, żebym nie zauważył. Wyraźnie to akurat było dla niej nowością.

Otwieram papierową teczkę i wyciągam kartkę. Jest to ksero z książki zamówień z pralni chemicznej.

„Naprawić naderwany dekolt i wszyć brakujące cekiny (torebka z zapasowymi cekinami została dostarczona przez klientkę)”.

Zamykam teczkę i spoglądam na Fisher.

– Co się stało, pani profesor? W jaki sposób taka kosztowna suknia została uszkodzona podczas oficjalnej nasiadówki takiej, jak kolacja w Balliol?

– Nie pamiętam.

– A może to nie tam? Może uszkodziła pani suknię później, już po powrocie do domu?

Otwiera usta i zamyka je znowu.

– Już panu mówiłam, nie pamiętam – odpowiada wreszcie.

* * *

VE: Zaczęła pana dotykać. Co się stało później?

CM: Udało mi się trochę od niej odsunąć i odwróciłem się, żeby wylać szampan do zlewu. Prawie w ogóle go nie skosztowałem.

VE: Ile wypiła profesor Fisher?

CM: Wydaje mi się, że była już przy drugim kieliszku.

VE: I co dalej?

CM: Nadal stałem przy zlewie. Poczułem, jak podchodzi i staje za mną. Objęła mnie i zsunęła dłonie w dół. Wsadziła je w moje szorty, próbując złapać mojego… no wie pani, mojego penisa.

VE: I co pan zrobił?

CM: Odwróciłem się i odepchnąłem jej dłonie. Powiedziałem, że nie chcę tego robić…, że ona nie chce tego robić. Marina odpowiedziała, że jestem śmieszny i że oboje tego chcemy. Spytałem, co z Freyą, ale ona się tylko roześmiała. Powiedziała coś w stylu „po co pić prosecco, kiedy można mieć prawdziwego szampana?”. Potem wyciągnęła rękę i przyciągnęła moją głowę, no wie pani, jakby chciała mnie pocałować.

VE: Próbował ją pan powstrzymać?

CM: [rumieni się]

Chwyciłem ją za nadgarstek… próbowałem ją powstrzymać, odsunąć od siebie. Nadal miała kieliszek w jednej ręce i wylała na siebie trochę szampana. W zasadzie można powiedzieć, że trochę się szarpaliśmy.

[przerywa]

Pewnie wtedy mnie podrapała. Wtedy tego nie zauważyłem. Myślę, że to nie było umyślne. Nadal próbowała mnie do siebie przyciągnąć, palce miała w moich włosach i pewnie jakoś się stało.

[nabiera powietrza w płuca]

Nie jestem z tego dumny, ale w końcu ją odepchnąłem.

VE: Jak mocno?

CM: [podenerwowany]

Wystarczająco mocno. To znaczy nie tak mocno, jakbym mógł, ale wiedziałem, że muszę być ostrożny. Marina była pijana, a ja jestem dużo silniejszy od niej. Tylko że nie wiedziałem, co innego mógłbym zrobić – nie przyjmowała do wiadomości mojej odmowy.

* * *

Adam Fawley, 7 lipca 2018, godz. 19.53

– Nie chce pani odpowiadać na dalsze pytania, profesor Fisher?

Kennedy unosi brew.

– Zdanie mojej klientki jest bardzo jasne. Wszystkie te oskarżenia są nieprawdziwe, naciągane i bardzo możliwe, że umyślnie spreparowane. Nic podobnego się nie wydarzyło, a co za tym idzie, nie znajdziecie żadnych dowodów na potwierdzenie tego zdarzenia.

– Jak pańska klientka może być taka tego pewna, skoro twierdzi, że nie pamięta niczego od momentu otworzenia szampana?

Fisher otwiera usta, żeby odpowiedzieć, ale Kennedy ją powstrzymuje.

– Dlatego, że jest profesjonalistką. I dlatego, że zachowanie tego typu byłoby całkowicie nietypowe, co, jak sądzę, z chęcią potwierdzą współpracownicy mojej klientki. Jak już mówiłam, jeżeli znajdziecie rzeczywiste dowody na to, że owe wydarzenia miały miejsce, oczywiście bardzo proszę nas o tym powiadomić. Zapewniam jednak, że to się nie stanie.

– Jakim motywem miałby się kierować pan Morgan, fałszywie ją oskarżając? Nie ma nic do zyskania, a wszystko do stracenia.

Prawniczka znów unosi brwi.

– O to będzie pan musiał zapytać jego samego, inspektorze.

* * *

[7] Kody używane przez brytyjską policję do określenia rasy. IC1 – biała rasa kaukaska.

[8] Brytyjska firma sprzedająca ubrania i przedmioty w stylu vintage.

[9] Z ang. Police And Criminal Evidence Act, ustawa o policji i dokumentowaniu przestępstw.



* * *

Clive Conway właściwie skończył już pracę na St Luke Street. Nie było wiele do roboty. Dwa kieliszki po szampanie, spoczywające na suszarce, zostały umyte i wytarte, a bez żadnych oczywistych śladów szamotaniny Conway nie wie, co jeszcze kryminalni spodziewali się tu znaleźć. Kończy fotografować dom, przypomina sobie samemu, żeby przy wyjściu zabrać jeszcze butelkę po szampanie z kosza na recykling, i pakuje do torby kieliszki.

Właśnie składa swoje przyrządy, kiedy dzwoni telefon.

– Conway? Mówi Anthony Asante. Marina Fisher jest na posterunku i coś wyskoczyło.

– Tak?

– Nie ma ze sobą telefonu komórkowego. Myślała, że ma, ale nie znaleźliśmy go w torebce. Uważa, że albo zostawiła go w gabinecie w college’u, albo w domu. Możesz sprawdzić, czy go tam nie ma?

Conway rozgląda się po kuchni.

– Na dole niczego nie widzę, ale zajrzę na górę.

– Świetnie, dzięki. Aha, zabierz jeszcze laptop, jeżeli jakiś znajdziesz. Biorąc pod uwagę, jak delikatna jest ta sprawa, Fawley chce, żebyśmy sprawdzili telefon, tak na wszelki wypadek.

 

– Dobra, dam ci znać, jeśli coś znajdę.

Kończy się pakować, a potem idzie do salonu i zaczyna się rozglądać. Kilka minut później dostrzega komórkę ładującą się na stoliku kawowym. Wkłada ją do torby dowodowej i wrzuca do walizki, a potem prostuje się. Dopiero teraz zauważa, że przez ten cały czas w pokoju przy niskim stoliku pod odległym oknem siedział chłopiec, tak bardzo pochłonięty tym, co robi, że nie zauważył nikogo i niczego.

Conway podchodzi do małego. Dziecko pracuje nad malowanką według numerów – gigantyczny, bardzo szczegółowy projekt, zdaje się przedstawiający Świętego Jerzego i smoka. Jego dzieci wychodziłyby poza wyznaczone linie i cały malunek byłby dość rozmazany, ale ten chłopiec najwyraźniej ma większą cierpliwość i lepszą koordynację ruchowo-wzrokową niż cała jego trójka razem wzięta.

– Świetnie ci idzie – mówi dobrodusznie. – Pewnie pomaga, że masz tyle kolorów do wyboru.

Dzieci Conwaya też mają zestaw Caran d’Ache, ale nie wiedział nawet, że można je kupić w aż tylu odcieniach. Trzy warstwy. Musi tu być przynajmniej ze sto kredek. Stoi nad chłopcem przez kilka minut dłużej, obserwując, jak po skończeniu kolorowania daną kredką mały odkłada ją starannie na miejsce. Stolik jest bardzo porządny, kredki w pudełku ułożone nienagannie w spektrum odcieni. Słyszy tylko skrobanie ołówków po kartce.

* * *