Mroczna prawda

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Dla Judith – niezwykłej kobiety

Poprzednio w aktach Fawleya…

To już piąta z kolei powieść z serii o inspektorze Fawleyu, zatem jeśli to na nią trafiliście jako pierwszą, być może przyda się wam krótkie przedstawienie głównych postaci, żeby łatwiej było wejść w fabułę. Oczywiście musimy zacząć od naszego głównego bohatera…


OsobaInspektor Adam Fawley
Wiek46
Stan cywilnyŻonaty z Alex, lat 44, prawniczką pracującą w Oksfordzie
DzieciDziesięcioletni syn Fawleyów odebrał sobie życie dwa lata wcześniej. Oboje rodzice byli załamani i sądzili, że nigdy nie będą w stanie mieć drugiego dziecka. Ale teraz Alex znowu jest w ciąży…
CharakterRozmyślający nad sobą, spostrzegawczy, inteligentny, pozornie odporny na wszystko, w głębi duszy nie bardzo. Nie obchodzi go fakt, że Alex zarabia więcej od niego ani że jest od niego wyższa, kiedy nosi szpilki. Jest dobry w myśleniu równoległym i kiepski w prowadzeniu polityki policyjnej. Współczujący i sprawiedliwy, ale ma również wady: potrafi być niecierpliwy i szybko wpadać w gniew. Wychował się na ponurych przedmieściach na północy Londynu, jako adoptowane dziecko, chociaż dowiedział się o tym przez przypadek. Do dnia dzisiejszego nie rozmawiał o tym z rodzicami.Nie ogląda filmów dokumentalnych o zbrodniach (wystarczy mu to, co ma w pracy), słucha Oasis, Bacha i Roxy Music (kiedyś Alex powiedziała mu, że wygląda jak Bryan Ferry, na co on odparł: „Chciałbym”); gdyby miał zwierzę domowe, byłby to kot (ale nigdy nie miał kota); jego ulubione wino to Merlot, a ulubiona kuchnia – hiszpańska (chociaż je zbyt dużo pizzy); oczywiście (niespodzianka!) jego ulubiony kolor to niebieski.



OsobaSierżant Chris Gislingham (niedawno awansowany ze stopnia posterunkowego)
Wiek42 lata
Stan cywilnyŻonaty z Janet
DzieciBilly, prawie 2 lata
CharakterWesoły, pozytywnie nastawiony, pracowity i uczciwy. Zapalony fan Chelsea.„Zawsze opisywany jako »solidny« i »krzepki« i to nie tylko dlatego, że robi mu się oponka wokół pasa. Każdy zespół dochodzeniowy potrzebuje Gislinghama i kiedy człowiek tonie, to Gisa najlepiej mieć na drugim końcu liny ratunkowej”.



OsobaPosterunkowy Gareth Quinn (niedawno zdegradowany ze stopnia sierżanta za romans z podejrzaną)
Wiek36 lat
Stan cywilnyZadeklarowany kawaler
CharakterArogancki, ambitny i przystojny. Fawley opisuje go jako „ostrego urzędnika i tępego ryzykanta”.„Quinn poczuł się w roli sierżanta jak ryba do wodzie – zero wahania i z maksymalnym rozpryskiem”.



OsobaPosterunkowa Verity Everett
Wiek33 lata
Stan cywilnySingielka (ale ma kota, Hectora)
CharakterPrywatnie wyrozumiała, profesjonalnie bezwzględna. Nie ma wiary w siebie i w swoje umiejętności (czego Fawley jest nader świadomy).„Być może wygląda trochę jak panna Marple w wieku trzydziestu pięciu lat, a jest równie nieugięta. Jak to zawsze powtarza Gis, Ev zdecydowanie była w poprzednim życiu psem myśliwskim”.



OsobaPosterunkowa Erica Somer
Wiek29 lat
Stan cywilnySingielka, ale właśnie zaczęła się spotykać z inspektorem policji Hampshire, Gilesem Saumarezem.
CharakterMagister anglistyki, przed wstąpieniem do policji pracowała jako nauczycielka (w pierwszej książce jest już posterunkową z wydziału prewencji). Jej nazwisko jest anagramem „Morse” – mój ukłon w stronę najsłynniejszego detektywa z Oksfordu!„Widzę, że mężczyźni często jej nie doceniają, bo jest atrakcyjna i nosi mundur. Obserwuję, jak zauważa ten fakt i wykorzystuje go dla uzyskania przewagi”.



OsobaPosterunkowy Andrew Baxter
Wiek38 lat
Stan cywilnyŻonaty
DzieciBrak
CharakterBeznamiętny, ale można na nim polegać. Dobrze radzi sobie z komputerami, więc zawsze ląduje z zadaniami tego typu.„Solidnie zbudowany mężczyzna w za małym garniturze. Guziki jego koszuli trochę się napinają. Łysieje i często traci oddech. Jest na dobrej drodze, by nabawić się nadciśnienia. Wygląda na czterdziestkę, ale najprawdopodobniej jest przynajmniej pięć lat młodszy”.


OsobaPosterunkowy Anthony Asante
Wiek32 lata
Stan cywilnySingiel
CharakterSzybko awansujący absolwent akademii policyjnej. Nowy w zespole, niedawno przeniósł się tutaj z policji metropolitalnej. Jego rodzice są bogaci, a ojciec jest byłym ghańskim dyplomatą.Fawley opisuje go jako „sumiennego, inteligentnego, świetnie wykształconego technicznie. Robi to, o co się go prosi i przejmuje inicjatywę, kiedy to konieczne. Mimo to jest w nim coś, czego nie mogę uchwycić. Za każdym razem, kiedy myślę, że go rozgryzłem, udaje mu się mnie zmylić”.

Pozostali członkowie zespołu to: Alan Challow, Nina Mukerjee oraz Clive Conway z wydziału kryminalistyki, patolog Colin Boddie oraz Bryan Gow, profiler.

Prolog

Wiesz, co robić?

Tak, spoko.

Jesteś absolutnie pewna, że tego chcesz?

A masz lepszy pomysł?

Tak tylko mówię. Bo jeśli coś pójdzie źle…

Nie pójdzie, jeśli zrobisz tak, jak mówiłam.

Dobra, rozumiem.

Nie prosiłabym, gdybym nie musiała.

Ludzie tacy jak F. myślą, że wszystko im ujdzie na sucho. Inni gówno ich obchodzą.

Czas coś zmienić.

Myślałam, że się zgadzasz?

Zgadzam. Ale to dużo więcej niż odpłacenie pięknym za nadobne.

DUŻO więcej.

To jedyny sposób, żeby się to nie powtórzyło.

Rozumiesz, prawda?

Jasne, rozumiem.

Będziesz miała swoją zemstę.

Mówiłam ci już.

To sprawiedliwość.

Adam Fawley, 7 lipca 2018, godz. 13.15

– Jeszcze bąbelków dla kogoś? Tato, może ty? Przecież nie prowadzisz, więc nie masz wymówki.

Stephen Sheldon uśmiecha się do swojej córki, stojącej za nim z butelką w ręce.

– No dobra, czemu nie. Jedyną dobrą stroną starości jest to, że nie muszę się martwić o te cholerne wytyczne dotyczące picia alkoholu.

Jego żona rzuca mu nieco oschłe, lecz łaskawe spojrzenie; oboje wiedzą, że Stephen musi dbać o zdrowie, ale dzisiaj są jego urodziny, więc zamierza mu trochę pofolgować.

Nell Heneghan nachyla się i wypełnia jego kieliszek.

– Siedemdziesiąt lat to jeszcze nie starość. Nie w naszych czasach.

– Powiedz to moim stawom – odpowiada ze śmiechem. Nell obchodzi stół, dolewając szampana gościom.

Sięgam pod stołem i chwytam rękę Alex. Czuję cienki materiał jej sukienki, ślizgający się po jej wilgotnym udzie. Bóg jeden wie, jak się musi czuć, w trzydziestym piątym tygodniu ciąży w takich temperaturach. Nad jej wargą kropli się pot, a między brwiami dostrzegam cienką zmarszczkę, której pozostali pewnie w ogóle nie zauważyli. Wiedziałem: za dużo tego wszystkiego. Powiedziałem, że nie musimy tego wcale robić, że nikt nie będzie tego od niej oczekiwał, zwłaszcza przy takiej pogodzie, a Nell zaoferowała, że sama się wszystkim zajmie, ale Alex się uparła. Powiedziała, że to nasza kolej i proszenie jej siostry o organizowanie przyjęcia dwa lata z rzędu byłoby niesprawiedliwe. Nie był to jednak prawdziwy powód. Alex dobrze o tym wie – i ja również. Im bliżej rozwiązania, tym bardziej świat Alex się zawęża. Prawie już nie wychodzi z domu, a jeśli chodzi o dwudziestopięciokilometrową podróż do Abington – zapomnij! Wytłumaczyłem Nell, że to z obawy o dziecko. Pokiwała głową i odparła, że sama też tak by się czuła na tym etapie i że niepokój Alex jest całkiem naturalny. Oczywiście ma rację, a przynajmniej miałaby, gdyby chodziło wyłącznie o to.

Na zewnątrz, w ogrodzie dzieci Nell grają w piłkę z ich psem, na zmianę strzelając karniaki. Dzieci mają 11 i 9 lat. Jake miałby dwanaście – już nie mały chłopiec, ale jeszcze nie młodzieniec. Czasami, zanim Alex zaszła znów w ciążę, przyłapywałem się na fantazjowaniu, jak bawiłby się ze swoimi kuzynami. Jake nigdy nie był zainteresowany sportem, ale czy gdyby teraz tu był, bawiłby się z nimi? W głębi duszy mam nadzieję, że zrobiłby to z dobrego serca albo żeby sprawić przyjemność mamie, albo dlatego że lubił psy. Jest jednak część mnie, która pragnie, żeby był tak opryskliwy i krnąbrny, jak każdy inny dwunastolatek. Przekonałem się w nader dotkliwy sposób, że bardzo łatwo jest domalować aureolę dziecku, którego już tutaj nie ma.

 

Audrey Sheldon napotyka mój wzrok i wymieniamy spojrzenia – jej jest życzliwe, moje nieco zakłopotane. Rodzice Alex rozumieją lepiej niż ktokolwiek inny, przez co przeszliśmy po stracie Jake’a, jednak współczucie Audrey jest niczym jej cytrynowy sernik: cudowny, ale w umiarkowanych ilościach. Wstaję i zaczynam zbierać talerze. Gerry, mąż Nell, bez entuzjazmu wstaje, żeby mi pomóc, ale ja tylko klepię go przyjaźnie po ramieniu i sadzam zdecydowanie z powrotem na jego krześle.

– Wy przynieśliście całe jedzenie. Teraz moja kolej.

Alex uśmiecha się do mnie z wdzięcznością, kiedy zabieram jej talerz z deserem. Jej tata przez ostatnie dziesięć minut wiercił jej dziurę w brzuchu, żeby jadła. Niektóre rzeczy w rodzicielstwie nigdy się nie zmieniają. Moja matka robi to samo ze mną. Za dwadzieścia lat ja też taki będę – mam nadzieję.

W kuchni Nell wkłada naczynia do zmywarki i chociaż robi to w zupełnie niewłaściwy sposób, powstrzymuję odruch, żeby zainterweniować. Wiem, że tylko bym ją wkurzył. Alex twierdzi, że zmywarki są jak zestawy do grilla – faceci nie potrafią się powstrzymać od demonstracji swojej wyższości. Nell uśmiecha się na mój widok. Lubię ją – zawsze lubiłem. Jest równie mądra jak jej siostra i tak samo bezpośrednia. Mają z Gerrym dobre życie – dom (wolnostojący), jazdę na nartach (Val d’Isère) i psa (podobno to cockerpoo, ale sądząc po rozmiarze jego łap, musi mieć w genach przynajmniej jedną czwartą niedźwiedzia polarnego). Jest aktuariuszem (Gerry, nie pies) i jeśli mam być szczery, Dino jest zdecydowanie bardziej interesujący, ale jedyną osobą, której kiedykolwiek to powiedziałem, jestem ja sam.

Nell spogląda na mnie, a ja wiem doskonale, co oznacza to szczególne spojrzenie. Chce porozmawiać. Oczywiście, jak to Nell, wali od razu prosto z mostu. Zupełnie jak jej siostra.

– Trochę się o nią martwię, Adamie. Nie wygląda najlepiej.

Oddycham głęboko.

– Wiem, co masz na myśli. Ten cholerny upał nie pomaga, ale regularnie chodzi na kontrolę. Dużo częściej niż większość kobiet w jej sytuacji.

Tylko że większość kobiet w jej sytuacji nie wylądowała w szpitalu z powodu wysokiego ciśnienia i nie kazano im całkowitego wypoczynku.

Nell opiera się o blat kuchenny, sięga po ściereczkę i wyciera ręce.

– Prawie nic nie zjadła.

– Naprawdę, próbuję…

– Poza tym wygląda na całkowicie wykończoną.

Spogląda na mnie z niezadowoleniem. Bo przecież cokolwiek się dzieje, to musi być moja wina, prawda? Na zewnątrz w ogrodzie Ben strzela gola i zaczyna biegać dookoła po trawie, z koszulką nasuniętą na głowę. Nell zerka na niego, a potem znów wbija wzrok we mnie.

Próbuję jeszcze raz.

– Alex nie sypia zbyt dobrze. Wiesz, jak to jest w ostatnim trymestrze. Nie może znaleźć wygodnej pozycji.

Ale Nell nadal się krzywi. W ogrodzie Nicky krzyczy, że gol był oszukany. Gerry wstaje, podchodzi do okna i poucza synów, żeby się ładnie bawili, tym sentencjonalnym rodzicielskim tonem, którego, jak sobie przysięgamy, nigdy nie użyjemy. To kolejna rzecz w odniesieniu do dzieci, która chyba nigdy się nie zmienia.

– Słuchaj – zaczynam. – Przy mojej pracy jest dosyć trudno, ale na tyle, na ile mogę. staram się robić w domu wszystko. Poza tym raz na tydzień przychodzi sprzątaczka, żeby zrobić całą resztę.

Nell obserwuje swoich chłopców.

– Rozmawiałyśmy wcześniej – mówi, nie patrząc na mnie. – Alex powiedziała, że przeniosłeś się do pokoju gościnnego.

Kiwam głową.

– To po to, żeby jej nie budzić, zwłaszcza że ostatnio wstaję o idiotycznej godzinie cztery dni w tygodniu, żeby chodzić na cholerną siłownię.

Przenosi na mnie wzrok.

– Dalej cię to męczy, co? – Jej spojrzenie jest chłodne, ale życzliwe. Nell również jest byłą palaczką i wie wszystko o strategiach zastępowania nikotyny.

Uśmiecham się krzywo.

– Jak cholera, ale powoli wychodzę na prostą.

Mierzy mnie od stóp do głów.

– A przy okazji nabierasz trochę mięśni. Pasuje ci.

Wybucham śmiechem.

– A to akurat jest jakiś cud, zważywszy że przerabiam paczkę miętówek na godzinę.

Milknie na dłuższą chwilę, ale w końcu się uśmiecha, chociaż trochę smutno.

– Opiekuj się nią, Adamie, dobrze? Jest taka zestresowana. To dziecko wiele dla niej znaczy. Nie wiem, co by zrobiła, gdyby… – Przygryza wargę i ucieka spojrzeniem w bok.

– Nell, ja nigdy nie pozwolę, żeby coś się stało Alex. Nigdy. Wiesz o tym, prawda?

Spogląda na mnie i kiwa głową, a ja czekam. Wiem, co chce powiedzieć i dlaczego ma z tym taki problem.

– Napisali o tym w gazetach – mówi wreszcie. – Wyszedł, prawda? Gavin Parrie.

– Tak, wyszedł. – Zmuszam ją, żeby na mnie spojrzała. – Ale jest na warunkowym… Są ścisłe zasady, gdzie może chodzić i z kim się widywać.

Jej warga drży lekko.

– I będzie miał tę całą bransoletę, prawda? Będą wiedzieli, gdzie się znajduje przez dwadzieścia cztery godziny na dobę, tak?

Potrząsam głową.

– Większość z nich nie jest aż taka dobra. Jeszcze nie. Bransoletki dozoru elektronicznego są przypisane do adresu przestępcy. Jeżeli wyjdzie poza wyznaczony zasięg, służby monitorujące dostają sygnał.

– Ale będzie tak, jak powiedział Gerry: jeśli postawi tylko krok w tej okolicy, wrzucą go z powrotem do więzienia, zanim się obejrzy, prawda?

Nabieram powietrza w płuca.

– Prawda.

– Więc po co miałby tak bardzo ryzykować, tak? – Chce, żebym się z nią zgodził, pomógł jej stłumić obawy. – Nie jest głupi. Ma zbyt wiele do stracenia, co nie?

– Tak.

Wzdycha.

– Przepraszam. Pewnie myślisz, że przesadzam. Po prostu nie umiem przestać myśleć o jego groźbach, wtedy, w sądzie…

Nie ma pojęcia, jak trudno jest być człowiekiem, jakim ona chce mnie widzieć. Ale spróbuję.

– Po prostu wyładowywał złość, Nell. Zawsze tak jest. Poza tym wcale nie przesadzasz. Rodziny zawsze się martwią, kiedy przestępcy wychodzą na wolność. Pozostałe ofiary przechodzą dokładnie przez to samo.

– Cóż, przynajmniej Alex ma ciebie – mówi z niepewnym uśmiechem. – Swojego osobistego oficera ochrony.

Nie ufam sobie wystarczająco, żeby to skomentować, ale na szczęście nie muszę. Nell dotyka lekko mojego ramienia i sięga po stos talerzy.

– Lepiej się tym zajmijmy. Będą się zastanawiać, co my tutaj kombinujemy.

Wracając do jadalni, zastanawiam się, co by powiedziała, gdyby znała prawdę.

Gavin Parrie nie jest głupi, co do tego miała rację. Poza tym owszem, ma wiele do stracenia – tutaj również się nie myliła. Niestety, ma również motyw. Motyw, który być może będzie wart ryzyka.

Zemstę.

Tamtego dnia, w sądzie, to nie było wyładowywanie złości.

Jest winny. Wie o tym tak samo, jak ja. Jest jednak jeszcze coś, z czego obaj zdajemy sobie sprawę.

Gavin Parrie został skazany na podstawie kłamstwa.

* * *

„Daily Mail”, 21 grudnia 1999

„PRZYDROŻNY GWAŁCICIEL” DOSTAJE DOŻYWOCIE

Sędzia nazywa Gavina Parriego „zdeprawowanym nikczemnikiem bez skrupułów”

John Smithson

Przestępca seksualny zwany „Przydrożnym Gwałcicielem” otrzymał wczoraj karę dożywotniego więzienia po trwającej dziewięć tygodni rozprawie w sądzie Old Bailey. Sędzia Peter Healy nazwał Gavina Parriego „zdeprawowanym nikczemnikiem bez skrupułów” i ograniczył jego prawo do ubiegania się o przedterminowe zwolnienie do 15 lat. Po ogłoszeniu wyroku na sali sądowej rozpętała się wrzawa. Zarówno sędzia, jak i ława przysięgłych usłyszeli szereg obelg ze strony członków rodziny Parriego, zasiadających na miejscu dla publiczności.

Skazany od samego początku upierał się, że nie jest winny gwałtu i próby gwałtu na siedmiu młodych kobietach w okolicach Oksfordu między styczniem a grudniem 1998 roku. Cała sprawa polegała na dowodach rzeczowych znalezionych w garażu Parriego, które łączyły go z jedną z ofiar. Parrie utrzymuje, że dowody owe zostały podłożone za wiedzą i przyzwoleniem policji Thames Valley. Wyprowadzany, podobno odgrażał się, że zabije oficera, który przyczynił się do jego pochwycenia. Parrie powiedział, że „dorwie go” i że ów policjant będzie musiał „spędzić resztę życia, oglądając się za siebie”. Sierżant Adam Fawley otrzymał wyróżnienie od naczelnika policji za swoją pracę nad śledztwem.

Po ogłoszeniu wyroku nadinspektor Michael Oswald z policji Thames Valley powiedział, że jest przekonany, iż skazany został właściwy człowiek. Potwierdził również, że w trakcie ogólnokrajowego śledztwa nie został wytypowany żaden inny wiarygodny podejrzany. „Jestem dumny z dokonań mojego zespołu, który pracował niezwykle ciężko, aby zidentyfikować sprawcę owych zatrważających zbrodni i postawić go przed sądem. Jakiekolwiek groźby w ich kierunku lub zastraszanie są absolutnie nie do przyjęcia. Oficerowie policji codziennie ryzykują życiem, chroniąc społeczeństwo, i mogą być państwo spokojni, że podejmiemy wszelkie konieczne kroki, aby zapewnić bezpieczeństwo naszym funkcjonariuszom oraz ich rodzinom”.

Jennifer Goddard, matka jednej z ofiar, kobiety, która popełniła samobójstwo w następstwie swoich przeżyć, rozmawiała z reporterami przed budynkiem sądu po ogłoszeniu werdyktu. Powiedziała, że nic nie zwróci jej córki, ale ma nadzieję, że jej dziecko będzie teraz przynajmniej mogło spoczywać w pokoju. „Człowiek, który zniszczył jej życie, wreszcie dostanie to, na co zasługuje. Będzie musiał zapłacić za to, co zrobił”.

* * *

Na posterunku St Aldate’s sierżant Paul Woods dyżuruje w recepcji i wcale nie jest z tego powodu zadowolony. Zazwyczaj pracuje na wysokim szczeblu oficera zawiadującego aresztem śledczym, ale recepcjonistka jest akurat na wakacjach, mundurowy zaś, który zazwyczaj ją zastępował, czymś się zatruł i czarna robota trafiła się Woodsowi – razem ze złym humorem. Po pierwsze, jest zdecydowanie za gorąco. W BBC Oxford powiedzieli, że temperatura ma dzisiaj sięgnąć 30 stopni. Trzydziestu stopni. To już naprawdę nieprzyzwoite. Wprawdzie otworzył drzwi wejściowe, ale teraz wpadają tu spaliny z ulicy. Po drugie, ci ludzie. Połowa przechodniów szuka jakiejś kryjówki przed słońcem – nigdy przedtem nie było tu takiego zainteresowania stojakiem z ulotkami, to pewne. Całymi tygodniami nie potrzebuje uzupełnienia, a tu nagle wypstrykali się całkiem z Jak chronić dom przed złodziejami i Na co należy zwracać uwagę podczas zakupów online.

Na zewnątrz kręci się akurat grupka ludzi, najwyraźniej turystów, przeważnie Chińczyków.

Woods zerka na zegar. Jeszcze dwadzieścia minut, zanim będzie mógł zrobić sobie przerwę. Turyści wokół stojaka z ulotkami rozmawiają teraz między sobą. Jedna z kobiet wskazuje na Woodsa. Chyba zbiera się na odwagę, żeby podejść i z nim porozmawiać. Woods wstaje i prostuje się dla pełnego autorytetu – a przy wzroście 198 centymetrów i ponad stu kilogramach żywej wagi ma sporo do zademonstrowania, w wielu znaczeniach tego słowa. Nie to, że próbuje zniechęcić kobietę, po prostu wie z własnego smutnego doświadczenia, że na tego rodzaju pytania zazwyczaj da się odpowiedzieć przy użyciu jakiejkolwiek w miarę przyzwoitej mapy – a Woods już się napracował jako nieoficjalny przewodnik po mieście.

Okazuje się, że ratunek nadciąga w samą porę. W chwili, gdy Chinka zaczyna podchodzić do biurka, rozlega się dzwonek telefonu. To ta kobieta z centrali, kolejny cywil, Marjorie jak jej tam. Pewnie też spadła na nią czarna robota.

– Sierżancie Woods, może pan przyjąć zgłoszenie? Próbowałam połączyć z wydziałem kryminalnym, ale nikt nie odbiera. Dzwonią z Edith Launceleve.

Woods bierze do ręki długopis, natychmiast zirytowany, ponieważ nigdy nie potrafił poprawnie zapisać tej nazwy. Kto, do diabła, wpadł na pomysł, żeby nazwać college na cześć kogoś, kogo nazwiska nikt nie potrafi przeliterować?

– Dobrze – odpowiada z ciężkim westchnięciem. – Połącz ich.

Unosi dłoń, powstrzymując Chinkę z taką miną, jakby miał na linii co najmniej naczelnika policji.

– Czy rozmawiam z sierżantem Woodsem? Mówi Jancis Appleby z college’u Edith Launceleve.

Tego typu głos zawsze sprawia, że człowiek prostuje się na siedzeniu.

– W czym mogę pani pomóc, panno Appleby?

– Profesor Hilary Reynolds do pana – mówi to tak, jakby nawet taki nikt, jak Woods, słyszał to nazwisko. Właściwie to prawda, ale w tej chwili nie potrafi sobie przypomnieć, gdzie… – Dyrektor – dodaje żwawo panna Appleby. – Na wypadek, gdyby pan zapomniał. Proszę zaczekać.

 

Woodsowi nagle się przypomina. Cholerny dyrektor? Co się takiego mogło wydarzyć, że dyrektor pofatygował się z telefonem? I co w ogóle robi w pracy w weekend?

Połączenie ożywa.

– Sierżant Woods?

Spodziewał się żeńskiego głosu i kilka pierwszych chwil upływa mu na skojarzeniu, że Hilary może również być męskim imieniem.

– Przepraszam pana, czy mógłby pan powtórzyć?

– Powiedziałem, że obawiam się, iż muszę zgłosić incydent z udziałem studenta w college’u.

Woods mruży oczy; „incydent” może oznaczać wiele rzeczy, od śmiertelnie poważnych do najbardziej błahych.

– O jakiego rodzaju incydent chodzi, sir?

Słyszy grzeczne, choć lekko zirytowane westchnięcie.

– Poważny incydent, sierżancie. Obawiam się, że to wszystko, co mogę powiedzieć na tym etapie. Czy może mnie pan połączyć z inspektorem Fawleyem?

* * *

W Boars Hill również jest gorąco, ale jakby trochę bardziej znośnie. Bez wątpienia po części wynika to z wysokości, ale niewątpliwie pomaga długi na dziesięć metrów basen i dobrze wyposażony barek przy nim. To również kwestia wyniesienia, chociaż nieco innego rodzaju niż to nad poziom morza. Biorąc pod uwagę adres, nie trzeba być pełnoetatowym pracownikiem wydziału kryminalnego, aby wydedukować, jakiego rodzaju jest to domostwo. Tym niemniej Gareth Quinn był pod wrażeniem, kiedy zobaczył, co leży za żeliwnymi wrotami, które otworzyły się bezszelestnie przed jego audi A4, świeżo wypucowanym na tę okazję: dobry akr trawników (również świeżo wypielęgnowanych na tę okazję, chociaż Quinn nie mógł o tym wiedzieć), klomb i drzewka pomarańczowe, a także szereg budowli, które agenci nieruchomości nazwaliby prawdopodobnie „zabudowaniami gospodarskimi”, dyskretnie umieszczonych z boku neopalladiańskiej willi i niezmąconego niczym widoku. Oprócz nieco niefortunnych szpil dźwigów w dole rozpościerały się oksfordzkie wieże, lśniąc w popołudniowym słońcu, dokładnie takie same, jakimi widział je kiedyś Matthew Arnold[1].

Kiedy Quinn poznał Maisie, nie miał pojęcia, że jej rodzice są tak bogaci. Na pierwszy rzut oka była po prostu kolejną panienką z kucykiem i francuskim manikiurem, łagodnym uśmiechem i nienagannym akcentem. Nazywał je „awokado”: gotowe, dojrzałe i zielone. Chociaż w tym przypadku nie aż tak zielone – była gotowa iść z nim do łóżka na pierwszej randce, a po niemal bezprecedensowo krótkim czasie dziesięciu dni zorientował się, że Maisie jest kimś więcej niż jej, zdawałoby się identyczne, poprzedniczki. Potrafiła go rozbawić i słuchała uważnie, ale nie ułatwiała mu przy tym niczego i Quinn często musiał dokładnie tłumaczyć, dlaczego wierzy w to, co robi – niektóre z argumentów zaskakiwały nawet jego. Zdał sobie sprawę (kolejna rzecz bez precedensu), że naprawdę lubi Maisie, w łóżku i poza nim. Dlatego właśnie, chociaż na pomysł spotkania się z rodzicami swoich dziewczyn dostawał niemal szoku anafilaktycznego, teraz tu jest – nadal jest, na długo po czasie (uzgodnionym z Maisie), gdy mieli wyjechać. Wołowina była krwista, podobnie jak wino, zaś Ted i Irene Ingramowie okazali się świetnym przykładem tego, że pozory mylą. Owszem, mieli kupę pieniędzy i wcale się tego nie wstydzili – a to Quinnowi całkiem odpowiadało. Wraz z Tedem krążyli przez dobre pół godziny wokół pułapki brexitowej, dopóki Ingram nie wygadał się, po której stronie stoi. Niemal rzucili się sobie w ramiona z ulgi, dwaj bracia – ciemiężeni zwolennicy. W Oksfordzie brexitowcy bali się wychylać.

Quinn naprawdę dobrze się tu bawił. Zanim zadzwonił telefon, mały głosik w jego głowie zaczął mu nawet szeptać o tym, że Maisie jest jedynym dzieckiem Ingramów i że jeśli posiadanie teściów jest nieuniknione, ci dwoje chyba nie są taką najgorszą opcją. Na stole stoi sauternes z 1996 roku i pudełko hawańskich cygar, a Quinn dyskretnie wręczył Maisie kluczyki do samochodu – co, sądząc po wyrazie jej twarzy, również jest bezprecedensowe. Spogląda teraz na niego, słysząc dźwięk telefonu: to dzwonek, który ustawił na połączenia służbowe.

Quinn sięga po komórkę, rozglądając się ze skruszonym uśmiechem.

– Naprawdę bardzo mi przykro… nie dzwoniliby, gdyby nie było to coś ważnego.

Ingram zbywa jego przeprosiny machnięciem.

– Naturalnie. Maisie powiedziała nam, że to się może zdarzyć. Całkowicie to rozumiem. Wykonujesz bardzo ważną pracę.

Irene Ingram odsuwa uprzejmie swoje krzesło z drogi i Maisie wstaje. Zaczynają zbierać talerze, a Quinn wychodzi do ogrodu – może po to, żeby złapać lepszy sygnał, ale może po prostu nie chce, żeby ojciec Maisie usłyszał, jak odpowiada, wymieniając swoją aktualną rangę.

Odchodzi kilka metrów i wreszcie odbiera.

– Posterunkowy Quinn.

– Mówi Woods. – Quinn słyszy w tle ruch uliczny. Pewnie Woods siedzi w recepcji. Przeprasza zdawkowo za zrujnowanie soboty Quinna, ale z jego tonu jest jasne, że skoro on nie ma wolnego weekendu, to z jakiej racji kryminalny miałby odpoczywać. – Właśnie przed chwilą rozmawiałem z dyrektorem z Edith Launceleve. Pytał o Fawleya.

Quinn marszczy czoło.

– A co się dzieje z inspektorem dyżurnym?

– Próbowałem. Nie da rady. Przykro mi.

– No dobra, w takim…

– Zadzwoniłbym do Gislinghama, jako sierżanta, ale ponieważ nie ma go do środy…

Quinn ignoruje przytyk. Przyzwyczaił się już do mało subtelnych komentarzy na temat jego degradacji. Mógł się postarać o transfer, ale kiedy postanowił, że tego nie zrobi, wiedział, że będzie musiał „ścisnąć dupę” i przyjąć złośliwe komentarze. Oczywiście niektórzy co śmielsi z radosną satysfakcją używali dokładnie tego określenia, ale właściwie powinien sobie sam za to podziękować. Pozwolił, żeby dupa zawróciła mu w głowie, i zaangażował się w romans z podejrzaną. Miał szczęście, że go nie zwolnili. Ale on jeszcze im wszystkim pokaże. Odzyska swój stopień. To tylko kwestia czasu. Kto wie, może właśnie ten telefon jest ku temu świetną okazją. Gis wyjechał, więc Quinn może zademonstrować swoją klasę.

– Nie ma sprawy – odpowiada nonszalancko. – O co chodzi? Co tam masz?

Kiedy Woods kończy opowiadać, cała sytuacja przestaje wyglądać na dwudziestoczterokaratową, ale Ted Ingram nie musi przecież tego wiedzieć. Jak dla niego, to bardzo ważna, wymagająca wielkiej dyskrecji sprawa morderstwa, wymagająca uwagi oficera na szybkiej ścieżce awansu, stworzonego do wyższych rzeczy – człowieka, podpowiada głosik w głowie Quinna, którego Ingram z radością przywitałby jako swojego zięcia. Quinn prostuje się, unosi brodę i rusza po trawie w kierunku basenu.

* * *

Adam Fawley, 7 lipca 2018, godz. 14.35

Telefon od Quinna jest ostatnią rzeczą, jakiej oczekiwałem. Jest dzisiaj u rodziców swojej dziewczyny. Bardzo się starał okazywać nonszalancję z tego powodu, co jak dla mnie wskazywało na coś zgoła odwrotnego, ale taki już jest Quinn. Zastępował Gisa podczas jego nieobecności, jednak w tej chwili nie mamy żadnej poważnej sprawy – a już na pewno niczego, co wymagałoby telefonowania w weekend. Myślałem, że Quinnowi spodoba się szansa pracy solo, nawet jeśli bardzo wyraźnie dałem mu do zrozumienia, że to tylko nieoficjalne „zastępstwo”, a nie „pełnienie obowiązków”.

Kiedy dzwoni, nadal siedzimy w jadalni. Popołudnie robi się nieco sztywne, chociaż tata Alex nadal jest dość dziarski – tak gadatliwego nie widziałem go od lat. Zawsze lubiłem Stephena. To anomalia w świecie teściów. Są w tym samym wieku, co twoi rodzice i człowiek może na koniec znać ich tak samo długo, ale przy odrobinie szczęścia trzymają z tobą sztamę i nie wchodzą ci na odciski. Chociaż może to dlatego, że wiedzą, jaki robię się niebezpieczny, kiedy ktoś nadepnie mi na odcisk.

Na dźwięk telefonu Alex rzuca mi wystraszone spojrzenie, ale nic nie mówi. Jedną dłonią obejmuje brzuch, w drugiej ściska serwetkę. Jest coraz bardziej zmęczona. Muszę zacząć nakłaniać gości do wyjścia.

Odbieram na patio.

– Quinn? O co chodzi?

– Przepraszam, że przeszkadzam. Jestem w Edith Launceleve, zaraz przyjedzie Ev. Zdarzył się incydent z udziałem studenta.

Marszczę czoło – wiem, że Quinn bardzo się stara niczego nie spieprzyć, ale czy naprawdę musi do mnie z tym dzwonić? Potem jednak przypominam sobie, że większość studentów pojechała już do domu na wakacje, więc nie jest to raczej zwykły problem studenckich ekscesów.

– Co tam mamy?

– Jeszcze nie wiem.

– To dlaczego…

– Podobno dyrektor prosił specjalnie o pana. Nazywa się Hilary Reynolds. Mówi to coś panu?

Coś mi się kojarzy. Może konferencja kilka lat temu?

– Wygooglowałem go – mówi Quinn. – Podobno jest jakimś znanym prawnikiem zajmującym się prawami człowieka.

Miałem rację – to była tamta konferencja…

– Właśnie mianowano go członkiem tej komisji parlamentarnej zajmującej się wyrokami dożywocia. No wie pan, tej, w której siedzi Bob O’Dwyer.

Tylko tego nam potrzeba: Robert O’Dwyer jest naczelnikiem policji. Dobrze, że Quinn sprawdził, zamiast wchodzić z butami, jak jakiś samotny strażnik Dzikiego Zachodu.

– W porządku. Muszę najpierw odwieźć moich teściów do domu, ale będę tam za jakąś godzinę.

* * *

College imienia Edith Launceleve – dla studentów EL – leży na czternastu akrach ogrodów między Banbury Road i Woodstock Road. Wedle wszelkich wyznaczników znajduje się dość niedaleko miasta, ale w łatwo ekscytującym się mikrokosmosie Oksfordu to ekwiwalent Mongolii Zewnętrznej[2]. Jest szkołą koedukacyjną już od ponad trzydziestu lat, ale został ufundowany jako instytucja dla młodych kobiet przez dynamiczną wiktoriańską starą pannę, która nie przyjmowała do wiadomości żadnych sprzeciwów, i nazwany na cześć równie energetycznej i podobnie nastawionej do ludzi patronki pobliskiego klasztoru żeńskiego w Godstow. Przez ponad sto lat istnienia EL dorobiło się imponującej listy znanych absolwentów, włączając w to kilka pokoleń kobiet, które cechowała (i którym była potrzebna) równa nieustępliwość w życiu. Quinn nie wie, ale matka posterunkowego Asantego była jedną z nich. Teraz prowadzi spółkę notowaną w indeksie FTSE-100[3], chociaż kobiety takie jak ona można policzyć na palcach jednej ręki. Cudowna izolacja EL od miasta i jego wszystkich pokus niewątpliwie postrzegana była jako plus przez bezkompromisową założycielkę college’u, ale w dzisiejszych czasach to tylko kłopot. Kiedy prowadzili dni otwarte, musieli narysować kredą strzałki na chodniku, żeby zachęcić kandydatów do wycieczki tak daleko na północ. Z drugiej strony EL posiada jedną niewątpliwą przewagę – zawsze jest tam gdzie zapakować. Maisie znajduje miejsce naprzeciwko portierni i wyłącza silnik. Quinn siedzi przez chwilę w samochodzie, wpatrując się za bramę.