Kto je porwał?

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Dla mojego brata, Marka

Prolog

Noc jest tak ciepła, że otworzyła okno; firanka unosi się leniwie pod wpływem gorącego oddechu późnego lata. W mieszkaniu pali się światło, ale tylko w dużym pokoju, dlatego mężczyzna wie, że kobieta jest sama. Dobiega do niego muzyka. Niezbyt głośna, ale on jest na tyle blisko, żeby wszystko słyszeć. Kiedyś, na samym początku, martwił się tym, że zbliży się za bardzo i w ten sposób się zdradzi. Teraz jednak wie, że furgonetki tego typu są dosłownie wszędzie. Ludzie przestali je zauważać, nawet ci najbardziej spostrzegawczy. Jak ona.

Bardziej opuszcza szybę. Kobieta chyba szykuje się do wyjścia, bo muzyka jest szybka, energetyczna, radosna, a nie leniwy jazz, który zazwyczaj preferuje. Mężczyzna zamyka na chwilę oczy i usiłuje sobie wyobrazić, co kobieta zamierza na siebie włożyć, co teraz wciąga na swoją skórę, nadal wilgotną po prysznicu, który przed chwilą wzięła. Nie będzie to czarna sukienka z cekinami, tak obcisła, że mógłby wyrysować w myślach mapę ciała kobiety. Jeżeli w planach miałaby kolację z tym kretynem, swoim chłopakiem, nie słuchałaby tej głupawej muzyczki. Nie chodzi również o rodziców: gdyby byli w Oksfordzie, na pewno zauważyłby ich samochód. Nie, to musi być wieczór z przyjaciółkami, co oznacza, że włoży coś mniej sugestywnego – coś powściągliwego, co sygnalizuje uprzejmą niedostępność. Może ta niebieska z szerokimi rękawami. Tiffany Blue, tak to określają[1]. Nie wiedział tego przedtem. To ładna sukienka. Neutralna. Jedna z jego ulubionych.

Nie dowiedział się tego wszystkiego od niej. Sam sprawdził. Nawet nie było to takie trudne. Trzeba tylko umieć obserwować. Obserwować, czekać i wyciągać wnioski. Czasami wystarczy zaledwie kilka dni, ale wtedy nie jest to aż takie satysfakcjonujące. Ona zajęła mu już ponad trzy tygodnie i coś mu mówi, że jest tego warta. Zupełnie jak twierdzą reklamy szamponu, którego używa. Tak czy owak, przekonał się na własnej skórze, że lepiej się nie spieszyć. Wtedy właśnie człowiek popełnia błędy i wszystko idzie nie tak.

Ktoś się zbliża. Mężczyzna słyszy stukotanie wysokich obcasów o bruk i chichoty. Poprawia się, żeby lepiej widzieć. Plastikowe siedzenie trzeszczy i klei się do jego ubrania. Po przeciwnej stronie ulicy pojawiają się dwie dziewczyny. Nie ma w nich nic skromnego, to pewne. Cekiny, usta pomalowane na czerwono, drobią w swoich dziwkarskich butach. Głupie suki są już nieco wstawione. Nie widział przedtem żadnej z nich, ale muszą być jej koleżankami, bo zatrzymują się przed jej mieszkaniem i zaczynają szperać w torebkach. Jedna z nich wyciąga coś z triumfalnym „tadam!”. Lśniącą różową wstęgę z jakimś brokatowym napisem, którego nie może rozczytać, ale nie musi. Mruży oczy: widział już takie rzeczy. To wieczór panieński. Pieprzony wieczór panieński. Od kiedy to niby zależy jej na takich sprawach? Dziewczyny nachylają ku sobie głowy i coś w ich śmiechu i szeptach sprawia, że mężczyzna czuje zimne ukłucie niepewności. To nie jest jej wieczór panieński, prawda? Nie mogła… nie bez jego wiedzy… nie nosi pierścionka, na pewno by zobaczył…

Wyciąga szyję, żeby lepiej się przypatrzyć. Jedna z dziewcząt naciska dzwonek, nachylając się nad głośnikiem domofonu, aż w końcu otwiera się okno na górze.

– Czy wy naprawdę musicie robić tyle hałasu?

Udaje dezaprobatę, ale w jej głosie słychać radość. Wychyla się i kosmyk długich włosów opada jej na ramię, nadal wilgotny po kąpieli. Mężczyznę ściska w gardle.

Jedna z dziewcząt spogląda w górę i unosi triumfalnie ręce. W dłoniach trzyma plastikową tiarę i różową szarfę.

– Hej! Zobacz, co mamy!

Dziewczyna w oknie kręci głową.

– Obiecałaś, Chlo! Absolutnie żadnej tandety i żadnych tiar!

Jej koleżanki na ulicy wybuchają śmiechem.

– Ta niezwykle gustowna ozdoba głowy należy do mnie, a nie do ciebie – mówi druga dziewczyna, lekko bełkocząc. – Dla ciebie mamy TO… – Grzebie w torebce i wyciąga coś, co połyskuje w świetle latarni. Mężczyzna widzi to teraz dokładnie: to jasnoróżowa klamerka do włosów ze słowem ZAJĘTA wypisanym cyrkoniami.

Dziewczyna w oknie kręci głową.

– Czym ja sobie na was zasłużyłam, co?

Cofa się w głąb mieszkania i po chwili słychać brzęk zwalnianego zamka. Jej koleżanki wchodzą do środka, potykając się i nadal chichocząc.

Mężczyzna otwiera schowek na rękawiczki. Ta suka ma szczęście, że nie zrobi tego tutaj i teraz; to by położyło kres ich tandetnej dziwkarskiej imprezie. Ale nie, on pragnie radości płynącej z oczekiwania – nadal, nawet teraz. To niezwykłe podniecenie, szczegół po szczególe: to, jak będzie pachniała, jak będzie smakowała, jakie będą w dotyku jej włosy. Już sama świadomość, że może to wszystko mieć, kiedykolwiek zechce, że jedyną rzeczą powstrzymującą go od porzucenia wstrzemięźliwości…

Siedzi przez chwilę, zaciskając i rozluźniając dłonie, czekając, aż serce zwolni rytm. Potem wkłada kluczyk do stacyjki i uruchamia silnik.

Budzik dzwoni o siódmej, ale Faith Appleford wstała już godzinę temu. Włosy, ubranie, buty, makijaż – to wszystko zabiera czas. Siedzi przy toaletce, nakładając tusz do rzęs. Słyszy matkę wołającą z kuchni:

– Nadine, wstałaś już?! Jeśli chcesz, żebym cię podwiozła, musisz być gotowa na dole za dziesięć minut.

Z sąsiedniego pokoju dobiega ją jęk i Faith wyobraża sobie, jak jej siostra przewraca się w łóżku na drugi bok i chowa głowę pod poduszką. Zawsze tak jest; Nadine nie potrafi się zebrać nad ranem. W przeciwieństwie do Faith. Ona zawsze jest gotowa ze znacznym wyprzedzeniem. Idealnie ubrana, uczesana i umalowana. Spogląda w lustro i porusza głową w lewo i w prawo, sprawdzając się pod wszystkimi kątami, poprawiając kosmyk włosów i dekolt sweterka. Piękna. I wcale się nie popisuje. Naprawdę jest niezwykle piękna.

Wstaje i wybiera torebkę z zestawu wiszącego na drzwiach. Jest zamszowa (cóż, tak naprawdę to tworzywo sztuczne, ale trzeba dobrze się przyjrzeć, żeby to zauważyć). Kolor jest idealny, zwłaszcza w połączeniu z kurtką. Doskonały odcień błękitu.

* * *

Adam Fawley

1 kwietnia 2018

09.15

– Może być? Nie za zimno?

Czuję, jak Alex się wzdryga, kiedy sonda dotyka jej skóry, ale szybko kręci głową i uśmiecha się.

– Nie, w porządku.

Pielęgniarka odwraca się do monitora i stuka w klawiaturę. Wszystko w pomieszczeniu jest wytłumione: światła są przygaszone, dźwięk wydaje się stłumiony, zupełnie jakbyśmy znajdowali się pod wodą. Wokół nas cały szpital buzuje aktywnością, ale tutaj, w tej chwili, czas zwolnił do jednego uderzenia serca.

– Proszę bardzo – mówi wreszcie pielęgniarka, odwracając monitor i uśmiechając się do nas. Obraz na ekranie ożywa. Głowa, nos, malutka piąstka uniesiona niczym w geście zwycięstwa. Ruch. Życie. Alex szuka na ślepo mojej dłoni, ani na chwilę nie spuszczając oczu ze swego dziecka.

– To pana pierwszy raz, prawda, panie Fawley? – ciągnie pielęgniarka. – Zdaje się, że nie było pana przy poprzednim USG? – Mówi to lekkim tonem, ale w jej głosie słychać osąd.

– To była skomplikowana sytuacja – odpowiada szybko Alex. – Byłam tak przerażona, że coś pójdzie nie tak… nie chciałam tego zapeszyć…

Zaciskam dłoń na jej palcach. Już przez to przechodziliśmy: dlaczego mi nie powiedziała, dlaczego nie potrafiła nawet ze mną mieszkać, dopóki nie nabrała pewności. Dopóki się nie zdecydowała.

– Nic nie szkodzi – odpowiadam. – Najważniejsze, że jestem tutaj teraz. I że z dzieckiem wszystko w porządku.

– Serce bije mocno i wygląda, że wszystko dobrze. – Pielęgniarka wystukuje coś na klawiaturze. – Dziecko rośnie prawidłowo; jest tak duże, jak powinno być w wieku dwudziestu dwóch tygodni. Nie widzę tu nic, co dawałoby powody do niepokoju.

Wypuszczam powietrze z płuc – nawet nie zdawałem sobie sprawy, że wstrzymuję oddech. Jesteśmy starszymi rodzicami, przeczytaliśmy wszystkie ulotki, zrobiliśmy wszystkie testy, ale mimo wszystko…

– Jest pani absolutnie pewna? – pyta Alex. – Bo naprawdę nie chcę robić amnio…

Pielęgniarka uśmiecha się znowu, głębiej, cieplej.

– Wszystko jest w całkowitym porządku, pani Fawley. Nie macie państwo absolutnie żadnego powodu do niepokoju.

Alex spogląda na mnie ze łzami w oczach.

– Wszystko jest dobrze – szepcze. – Wszystko naprawdę będzie dobrze.

Na ekranie dziecko nagle wywraca fikołka; mały delfinek wśród srebrzystej ciemności.

– No dobrze. – Pielęgniarka porusza sondą. – Chcą państwo znać płeć?

* * *

Fiona Blake stawia miskę z płatkami śniadaniowymi przed swoją córką, ale Sasha zdaje się tego nie zauważać. Wpatruje się w telefon od chwili, gdy zeszła na dół, i Fionę korci, żeby coś na ten temat powiedzieć. W ich domu nie korzysta się z telefonów podczas posiłków – nie dlatego że tak kazała, tylko dlatego że tak obie ustaliły. Posiłki miały być dla nich. Fiona odwraca się, żeby nalać herbaty do czajniczka, ale kiedy wraca do stołu, Sasha wciąż gapi się w ten cholerny wyświetlacz.

– Jakiś problem? – pyta, próbując ukryć irytację.

 

Sasha spogląda na nią i kręci głową.

– Przepraszam… po prostu Pat powiedziała, że nie przyjdzie dziś do szkoły. Podobno wymiotowała całą noc.

– To zimowa grypa żołądkowa? – Fiona się krzywi.

Sasha kiwa głową i odsuwa telefon.

– Na to wygląda. Kiedy z nią rozmawiałam, wydawała się naprawdę chora.

Fiona przygląda się swojej córce: jej oczy lśnią, a policzki wydają się nieco zaróżowione. Po namyśle dochodzi do wniosku, że wyglądała tak przez cały tydzień.

– Dobrze się czujesz, Sash? Wyglądasz, jakbyś sama miała lekką gorączkę.

– Ja? – Córka spogląda na nią wielkimi oczami. – Czuję się świetnie. Serio, mamo, wszystko jest w absolutnym porządku. I umieram z głodu.

Uśmiecha się szeroko do matki i sięga po łyżkę.

* * *

W komisariacie policji St Aldate’s posterunkowy Anthony Asante usiłuje się uśmiechnąć, chociaż mina sierżanta Gislinghama sugeruje, że niezbyt mu to wychodzi. Nie chodzi o to, że Asantemu brak poczucia humoru, po prostu niezbyt śmieszą go głupie dowcipy w stylu podrzuconej skórki banana. Dlatego teraz trudno mu uznać odwróconą do góry dnem szklankę z wodą na swoim biurku za coś zabawnego. Poza tym jest wściekły na siebie za to, że zapomniał, co dziś za dzień, i nie zachował większej ostrożności. Powinien przewidzieć, że coś takiego się wydarzy: był najnowszym członkiem zespołu, świeżo po szkole i prosto z policji metropolitalnej. Równie dobrze mógłby mieć wypisane na czole: „obiekt żartów”. A teraz wszyscy stoją tu, obserwując go i czekając, czy okaże się „równiachą”, czy też „nadętym dupkiem” (co – sądząc po drwiącym uśmieszku posterunkowego Quinna, którego ten nawet nie próbuje ukryć – jest jego prywatną opinią o Asantem. Chociaż miałby ochotę zapytać, czy Quinn w tym wypadku nie jest kotłem, co przyganiał garnkowi). Oddycha głęboko i uśmiecha się nieco szerzej. Koniec końców mogło być gorzej. Pierwszego dnia pracy na komisariacie w Brixton jeden z tamtejszych kretynów zostawił na biurku Asantego kiść bananów.

– No dobra, ludzie. – Rozgląda się po pomieszczeniu z miną (jak ma nadzieję) wyrażającą zarówno dużo ironii, jak i zrozumienia. – Bardzo zabawne.

Gislingham uśmiecha się do niego z wyraźną ulgą. W końcu żart to żart, a w tym zawodzie trzeba umieć je robić, a także padać ich ofiarą. Jednak Gislingham nadal jest świeżo upieczonym sierżantem i nie chce, żeby ktoś go posądził o czepianie się kogoś, a już na pewno nie kolorowego członka zespołu. Klepie Asantego po ramieniu.

– W porządku, Tone – zaczyna, a potem uznaje, że prawdopodobnie najlepiej jest na tym poprzestać, więc rusza w kierunku kawiarki.

* * *

Adam Fawley

1 kwietnia 2018

10.25

– No dobrze, w takim razie jaki jest plan gry?

Alex siada powoli na sofie i podkula nogi. Wręczam jej kubek, który oplata palcami.

– Jaki jest plan gry czego? – pyta z figlarnym spojrzeniem.

– Wiesz doskonale, o co pytam. O ten drobny fakt, że ja nie znam płci dziecka, a ty owszem.

Alex dmucha na herbatę, a potem obdarza mnie niewinnym spojrzeniem.

– A dlaczego miałby to być jakiś problem?

Odsuwam na bok poduszkę i siadam obok.

– Uważasz, że uda ci się utrzymać to w tajemnicy? Tak po prostu? Koniec końców się wsypiesz!

Uśmiecha się szeroko.

– Tak długo, jak nie będziesz mnie próbował przesłuchiwać za pomocą swojej niesławnej techniki, myślę, że jakoś mi się uda zatrzymać tę informację dla siebie. – Wybucha śmiechem, widząc moją minę. – Obiecuję, że będziemy myśleć o dwóch listach imion…

– No tak, ale…

– I nie kupuj wszystkiego w kolorze niebieskim.

Zanim otworzę usta, Alex uśmiecha się znowu i trąca mnie stopą.

– Ani w różowym.

Kręcę głową z udawaną dezaprobatą.

– Poddaję się.

– Nieprawda – poważnieje. – Ty nigdy się nie poddajesz. W żadnej sprawie.

Oboje doskonale wiemy, że nie mówi tu wyłącznie o mojej pracy.

Wstaję z kanapy.

– Nie wysilaj się przez resztę dnia, dobrze? Żadnego dźwigania ciężarów ani nic równie szalonego.

Unosi brew.

– Czyli rąbanie drewna, które planowałam na popołudnie, nie wchodzi w rachubę? A niech to!

– I napisz mi e-maila, jeżeli będziesz potrzebowała czegoś ze sklepu.

Alex żartobliwie salutuje, a potem znów trąca mnie stopą.

– Idź. Jesteś spóźniony, a ja przecież już raz przez to przeszłam, pamiętasz? Byłam dwa razy większa niż teraz, kiedy wytapetowałam pokoik Jacka. – Uśmiecha się do mnie, a ja zdaję sobie sprawę, że nie pamiętam już, kiedy ostatni raz rozmawiała ze mną w ten sposób. Przez długi czas po śmierci naszego syna widziała macierzyństwo jedynie w kontekście straty. Nieobecności. Tęsknoty za nim, lecz również rozpaczliwego pragnienia jakiegokolwiek innego dziecka. Potrafiła rozmawiać o Jacku tylko przez pryzmat bólu. Teraz jednak być może zdoła odzyskać wspomnienie radości z obecności Jacka w naszym życiu. To dziecko nigdy nam go nie zastąpi, nawet gdybyśmy tego chcieli, ale niewykluczone, że on (lub ona) stanie się naszym odkupieniem.

Dopiero przy drzwiach odwracam się zaskoczony.

– Jaka niesławna technika przesłuchania? – pytam.

Jej śmiech słyszę jeszcze, gdy ruszam z podjazdu.

* * *

Jest 10.45, a Somer nadal tkwi w korku na autostradzie A33. Planowała wrócić z Hampshire wczoraj w nocy, ale jakimś sposobem spacer wzdłuż brzegu morza przerodził się w kolację, a kolacja w ten jeden kieliszek za dużo. O wpół do jedenastej w nocy oboje uznali, że powrót samochodem do domu jest zdecydowanie złym pomysłem. Nowy plan wymagał pobudki o piątej rano, żeby zdążyć przed wczesnoponiedziałkowym szczytem, tylko że to również jakoś nie wypaliło i zanim Somer wyjechała, było już po dziewiątej. Nie żeby miała na co narzekać. Uśmiecha się do siebie. Jej skóra nadal wibruje, pomimo gorącego prysznica i chłodu panującego w samochodzie. Wprawdzie nie ma ze sobą zmiany ubrań ani czasu na przebranie się w domu przed pracą, ale i tak było warto. Jej telefon brzęczy i Somer spogląda w dół. Esemes od Gilesa. Znów się uśmiecha, widząc jego treść, i bardzo chce odpisać z figlarnym komentarzem o tym, co powiedziałby jego przełożony, gdyby to on dostał tę wiadomość przez przypadek, ale samochód z przodu właśnie ruszył – nareszcie. Giles będzie musiał tym razem poczekać.

* * *

Kiedy taksówkarz dostrzegł dziewczynę, pomyślał najpierw, że jest pijana. Kolejna cholerna studentka, ubzdryngolona tanim cydrem, zataczająca się w drodze do domu, do tego o takiej godzinie! Była jakieś sto metrów przed nim, ale widział, że chwieje się na boki. Dopiero kiedy podjechał bliżej, zdał sobie sprawę, że dziewczyna utyka. Miała na stopach sandałki, ale jeden z nich stracił obcas. Właśnie dlatego zwolnił. No i jeszcze ze względu na miejsce: znajdowała się na Marston Ferry Road, daleko od jakiejkolwiek cywilizacji. Albo tak blisko, jak Oksford kiedykolwiek się znajdzie. Chociaż taksówkarz włączył kierunkowskaz i zatrzymał się obok dziewczyny, nadal sądził, że jest pijana.

Ale później zobaczył jej twarz.

* * *

Kiedy dzwoni telefon, biuro jest opustoszałe. Quinn gdzieś zniknął, Fawley ma się pojawić dopiero po lunchu, a Gislingham jest na szkoleniu. Coś związanego z zarządzaniem zasobami ludzkimi, powiedział Baxter, a potem uśmiechnął się do Ev krzywo i dodał, że nie ma pojęcia, po co sierżant tam się wybrał, bo w tej kwestii wszystkiego może nauczyć się od żony.

Somer właśnie wróciła z sałatką i kawami. Przygląda się Everett, kiedy ta podnosi słuchawkę i przytrzymuje ją przy uchu ramieniem, odpowiadając przy tym na e-mail.

– Słucham? – Nagle ściska mocniej słuchawkę i całkiem zapomina o korespondencji. – Możesz powtórzyć? Jesteś pewien? Kiedy się to stało? – Chwyta długopis i zapisuje coś na kartce. – Powiedzcie im, że będziemy tam za dwadzieścia minut.

Somer spogląda na nią. Coś jej mówi, że sałatka musi poczekać. Znowu. Przestała już w ogóle kupować ciepłe lunche.

Everett odkłada słuchawkę.

– Na Marston Ferry Road znaleziono dziewczynę.

– Znaleziono? Co znaczy „znaleziono”?

– W ciężkim szoku i ze śladami na nadgarstkach tam, gdzie związano jej ręce.

– Związano? Ktoś ją związał?

Everett spogląda na nią ponuro.

– Obawiam się, że jest dużo gorzej, niż się wydaje.

* * *

Adam Fawley

1 kwietnia 2018

12.35

Kiedy dzwoni Everett, nadal jestem na obwodnicy.

– Sir? Jestem z Somer na Jeziorach. Jakieś dziesięć minut temu dostałyśmy wiadomość. Na Marston Ferry Road znaleziono dziewczynę w bardzo złym stanie. Wygląda na to, że została zaatakowana.

Włączam kierunkowskaz, żeby zjechać na pobocze, i biorę telefon do ręki.

– Napaść na tle seksualnym?

– Tego dokładnie nie wiemy, ale szczerze mówiąc, w tej chwili w ogóle mamy niewiele informacji.

Po tonie jej głosu domyślam się, że coś jest nie tak. Jeżeli miałbym wymienić jedną rzecz, którą wiem o Ev, to powiedziałbym, że ma dobrego nosa. Dobrego nosa i za mało wiary w swoje przeczucia. I w siebie samą. Gislingham powinien coś z tym zrobić, kiedy już wróci z tego swojego kursu kadrowego.

– Coś cię niepokoi, prawda? – pytam.

– Dziewczyna miała podarte i ubłocone ubranie, a także ślady po więzach na rękach…

– Chryste…

– Wiem. Podobno była w okropnym stanie, ale problem w tym, że odmówiła pójścia na policję lub do lekarza. Taksówkarza, który ją znalazł, zmusiła do zabrania jej prosto do domu i powiedziała, że nie chce zgłaszać przestępstwa. Dzięki Bogu facet to zignorował.

Szukam w schowku na rękawiczki kartki i proszę Everett o powtórzenie adresu na Jeziorach. A jeśli zastanawiacie się, w jaki sposób podczas zwiedzania Oksfordu i okolic umknęły waszej uwadze owe zbiorniki wodne, pocieszę was, że nie ma tam nic większego od stawu. To osiedle mieszkaniowe w Marston. Ludzie nazywają je tak, ponieważ jest tam mnóstwo ulic upamiętniających jeziora: Derwent, Coniston, Grasmere, Rydal[2]. Wyobrażam sobie, że dawno temu jakiś architekt projektujący miasta poczuł tęsknotę za wzgórzami i jeziorami, ale Alex twierdzi, że jestem zwykłym romantykiem.

– Wiemy, jak nazywa się dziewczyna?

– Myślimy, że ma na imię Faith. Taksówkarz powiedział, że miała naszyjnik z tym słowem. Chociaż może to być jeden z tych wisiorków deklaracji, coś w stylu „żyj, kochaj, śmiej się”. Pewnie je pan widział.

Owszem, widziałem, ale na pewno nie u Ev. Jeśli chodzi o taksiarza, wygląda na to, że był nie tylko społecznikowski, ale przy tym dość spostrzegawczy. Kto by pomyślał!

– Według spisu wyborczego pod adresem, do którego taksówkarz zawiózł dziewczynę, mieszka niejaka Diane Appleford – ciągnie Ev. – Wprowadziła się tam ponad rok temu. Nie ma kartoteki, nic podejrzanego, ale nie ma żadnego pana Appleforda, a przynajmniej nie mieszka z nimi.

– W porządku. Będę za jakieś dziesięć minut.

– Właśnie skręcamy w Rydal Way, ale zaczekamy na pana przyjazd.

Dom pani Appleford jest schludnym bliźniakiem o półkolistej fasadzie, z wybrukowanym dziedzińcem z przodu i niskim murkiem z kwadratowych białych cegieł, które wyglądają jak naklejka. Kiedy byłem dzieckiem, nasi sąsiedzi mieli dokładnie taki sam. Dodać do tego firanki z falbankami w oknach i dom wygląda na żywcem wyjęty z 1976 roku.

Everett i Somer wysiadają z samochodu i ruszają drogą w moim kierunku. Everett ma na sobie swój standardowy zestaw: białą koszulę, ciemną spódnicę i praktyczny płaszcz przeciwdeszczowy, i tylko jaskrawoczerwony szalik stanowi buntowniczy akcent. Somer dla odmiany jest w czarnych dżinsach, skórzanej kurtce i kozaczkach na obcasach, ozdobionych frędzelkami z tyłu. Zazwyczaj nie ubiera się w ten sposób do pracy, więc domyślam się, że weekend spędziła u swojego chłopaka i jeszcze nie dotarła do domu. Rumieni się lekko na mój widok, co jeszcze bardziej utwierdza mnie w tym przekonaniu. Poznała go – to znaczy chłopaka, Gilesa Saumareza – kiedy pracowaliśmy nad sprawą Michaela Esmonda. Jest kolegą po fachu i szczerze mówiąc, nie wiem, czy to dobrze, czy źle.

– Dzień dobry, sir. – Everett poprawia torebkę na ramieniu.

Sięgam do kieszeni po miętówkę. Zawsze noszę teraz ze sobą całe ich garści. Rzucanie palenia jest mordęgą, ale rzecz nie podlega negocjacji – to moje własne postanowienie. Nie czekałem, aż Alex mnie o to poprosi.

 

– Czy to dobry pomysł? – pyta Somer, spoglądając na cukierka. – No wie pan, ze względu na zęby.

Marszczę czoło, ale zaraz przypominam sobie, co im powiedziałem na temat mojej porannej nieobecności w pracy. Dentysta. Uniwersalne, ulubione białe kłamstwo. Nie chodzi o to, że dziecko jest tajemnicą. Ludzie w końcu się dowiedzą. Po prostu… jeszcze nie w tej chwili, sami rozumiecie.

– Nie poszło najgorzej – mówię. – Nic nie musieli plombować. – Spoglądam na Ev. – Coś jeszcze, zanim wtargniemy w spokojne życie Applefordów?

Kręci głową.

– Wie pan tyle, co my.

Kobieta, która otwiera drzwi, ma zniszczone blond włosy, białe spodnie od dresu i białą bluzę z napisem slummy mummy[3]. Ma czterdzieści parę lat i wygląda na zmęczoną. Zmęczoną i nieżyczliwą.

– Pani Appleford?

Lustruje mnie, a potem moje towarzyszki.

– Tak. Kim państwo są?

– Inspektor Adam Fawley, a to posterunkowe Everett i Somer.

Kobieta zaciska dłoń na brzegu drzwi.

– Faith wyraziła się dość jasno; nie życzy sobie zaangażowania policji w tę sprawę. Nie macie prawa…

– Faith jest pani córką?

Waha się przez chwilę, jakby potwierdzenie nawet tak prostego faktu oznaczało zdradę.

– Tak.

– Taksówkarz, który ją znalazł, bardzo się martwił jej stanem. Podobnie jak my.

Somer kładzie mi rękę na ramieniu i gestem wskazuje na coś za naszymi plecami. Nie muszę nawet przenosić wzroku – niemal słyszę szelest firanek.

– Czy moglibyśmy wejść do środka, pani Appleford? Tylko na chwilę. Będzie nam łatwiej rozmawiać.

Kobieta zerka na drugą stronę ulicy. Ona również zauważyła wścibskich sąsiadów.

– W porządku, ale tylko na kilka minut, dobrze?

Ściany dużego pokoju są pomalowane na bladofioletowo. Sofa i fotele teoretycznie miały pasować kolorem, ale odcień jest zupełnie nie taki. Poza tym meble są zbyt duże jak na tę przestrzeń. Nigdy nie przestaje mnie zdumiewać fakt, iż ludzie nie mierzą swoich pokojów przed kupnem wyposażenia. W powietrzu czuć mocny zapach odświeżacza powietrza. Lawendowego, na wypadek gdybyście się nie domyślili.

Kobieta nie prosi, żebyśmy usiedli, więc stoimy zakłopotani na wąskim pasku dywanu między fotelami i szklanym stolikiem kawowym.

– Czy pani córka była tutaj zeszłej nocy, pani Appleford?

Kiwa głową.

– Przez cały czas?

– Tak. Nigdzie nie wychodziła.

– A zatem widziała ją pani podczas śniadania.

Kolejne skinięcie.

– O której to było? – Somer dyskretnie wyciąga notes z kieszeni.

Kobieta obejmuje się ramionami. Próbuję nie wyciągać wniosków z mowy jej ciała, ale nie ułatwia mi sprawy.

– Mniej więcej za piętnaście ósma, tak sądzę. Wyszłam z Nadine tuż przed ósmą, ale Faith zaczynała dzisiaj później. Powinna wyjść około dziewiątej, żeby zdążyć na autobus.

A więc tak naprawdę nie wie, co jej córka robiła dziś rano. To, że pewne rzeczy zazwyczaj przebiegają codziennie w ten sam sposób, nie oznacza jeszcze, że zawsze tak będzie.

– Nadine to również pani córka, tak? – pyta Somer.

Kobieta kiwa głową.

– Podrzucam ją do szkoły w drodze do pracy. Jestem recepcjonistką w przychodni w Summertown.

– A Faith?

– Uczęszcza do szkoły zawodowej w Headington. Właśnie dlatego jeździ autobusem. To po przeciwnej stronie miasta.

– Czy miała pani jakiś kontakt z Faith w ciągu dzisiejszego dnia?

– Wysłałam jej esemesa gdzieś około dziesiątej, ale nie odpowiedziała na niego. To był tylko link do artykułu o Meghan Markle. Wiecie państwo – ślub, suknia. Faith interesują tego typu rzeczy. Zajmuje się modą. Ma do tego prawdziwy talent.

– Czy brak odpowiedzi na wiadomość był czymś nietypowym?

Kobieta zastanawia się przez chwilę, a potem wzrusza ramionami.

– Można tak powiedzieć.

– Czy Faith ma chłopaka? – wtrąciłem się do rozmowy.

Kobieta mruży oczy podejrzliwie.

– Nie. Nie w tej chwili.

– Ale powiedziałaby pani, gdyby jakiegoś miała?

– Faith niczego przede mną nie ukrywa, jeśli to właśnie pan sugeruje. – Spogląda na mnie ostro.

– Jestem pewna, że tak właśnie jest – stara się ją ułagodzić Somer. – Po prostu próbujemy dojść do tego, kto mógłby coś takiego zrobić. Jeśli był to ktoś, kogo znała…

– Nie miała chłopaka. Faith nie chce mieć chłopaka.

Zapada milczenie.

Somer zerka na Ev. Może ty spróbujesz?

– Czy była pani w domu, kiedy taksówkarz przywiózł Faith? – zaczyna Everett.

Kobieta spogląda na nią i kiwa głową.

– Normalnie by mnie tu nie było, ale zapomniałam okularów do czytania, więc wpadłam po nie do domu.

Ev i Somer wymieniają kolejne spojrzenie. Domyślam się, co im przyszło do głowy: gdyby pani Appleford przypadkiem nie było w domu, dziewczyna mogłaby spróbować zataić całą sprawę również przed nią. Jestem coraz bardziej przekonany, że Ev ma rację: w tej sprawie coś się nie zgadza.

Podchodzę bliżej.

– Czy wie pani, dlaczego Faith postanowiła nie rozmawiać z nami o tym zdarzeniu, pani Appleford?

– Bo nie chce. – Kobieta się najeża. – To powinno wam wystarczyć, prawda?

– Ale jeśli została zgwałcona…

– Nie została – odpowiada bez wahania, z pełnym przekonaniem.

– Jak może być pani tego pewna?

– Powiedziała mi. – Jej spojrzenie twardnieje. – Faith mi to powiedziała. A moja córka nie kłamie.

– Nie twierdzę, że Faith kłamie. Absolutnie nie. – Nie patrzy teraz na mnie. – Proszę posłuchać, wiem, że śledztwa w sprawie gwałtu bywają dość traumatyczne. Nie winiłbym nikogo za to, że chce sobie oszczędzić bólu… ale czasy się zmieniły. Mamy odpowiednio wyszkolonych oficerów… posterunkowa Everett…

– To nie był gwałt.

– Bardzo się cieszę, ale nadal pewnie mamy do czynienia z ciężkim przestępstwem. Napaść. Poważne uszkodzenie ciała…

– Ile jeszcze razy mam to powtarzać? Nie było żadnego przestępstwa i Faith nie zamierza wnosić oskarżenia. Zostawcie nas już w spokoju. Bardzo proszę.

Spogląda na nas wszystkich po kolei. Chce, żebyśmy w końcu wyszli, mówiąc, że Faith może się z nami skontaktować, jeśli zmieni zdanie. Ale my nie wychodzimy. Ja nie wychodzę.

– Pani córka zaginęła bez śladu na ponad dwie godziny – mówi Ev łagodnym tonem. – Od dziewiątej do jedenastej z minutami, kiedy to pan Mullins znalazł ją idącą wzdłuż Marston Ferry Road, w koszmarnym stanie, zapłakaną, z ubłoconym ubraniem i złamanym jednym obcasem. Coś jednak musiało się stać.

Pani Appleford robi się czerwona.

– Z tego, co rozumiem, to był głupi żart primaaprilisowy, który trochę się wymknął spod kontroli.

Ale nikt z obecnych w pokoju w to nie wierzy. Nawet ona.

– Jeśli to rzeczywiście był tylko żart, to chciałbym, żeby Faith sama to potwierdziła – mówię wreszcie. – Jeżeli jednak nie był, to niewykluczone, że osoba, która wyrządziła krzywdę pani córce, zrobi to ponownie. Jakaś inna dziewczyna może stać się ofiarą i przejść taką samą traumę. Nie wierzę, żeby którakolwiek z was tego chciała.

Pani Appleford spogląda mi w oczy. Nie był to szach mat, ale nie zamierzam ułatwiać jej odmowy.

– Rozumiem, że Faith jest w tej chwili w domu? – ciągnę.

– Tak. Siedzi w ogrodzie.

Dla świeżego powietrza? Żeby zapalić? A może uciec od tego cholernego fioletu? Całkowicie ją popieram, pod każdym względem.

Pani Appleford nabiera powietrza w płuca.

– No dobrze, pójdę zapytać, czy zechce z wami porozmawiać, ale nie będę jej zmuszała. Jeśli odmówi, będzie to jej decyzja.

Lepsze to niż nic.

– W porządku. Zaczekamy tutaj.

Kiedy drzwi się za nią zamykają, zaczynam obchodzić pokój. Widzę obrazy – sami impresjoniści, głównie Monet. Stawy, lilie wodne i tym podobne. Pewnie jestem cyniczny, ale podejrzewam, że to jedyne reprodukcje w odpowiednim odcieniu fiołkowego.

– Bardzo bym chciała odwiedzić to miejsce. – Ev wskazuje na jeden z mostów w Giverny. – Jedna z rzeczy do zrobienia, jeśli wygram na loterii. I znajdę kogoś do towarzystwa w podróżach. – Krzywi się. – Tadż Mahal i Bora Bora też, oczywiście.

Somer spogląda na nią i uśmiecha się. Stoi przy kominku, przeglądając zdjęcia rodzinne.

– Ja też chcę odwiedzić Bora Bora.

Widzę, jak Ev rzuca Somer znaczące spojrzenie, po którym ta się uśmiecha i odwraca wzrok, kiedy dostrzega, że zauważyłem.

– Chyba dobrze by było, gdybym poszła się rozejrzeć za toaletą, jeśli wie pan, co mam na myśli. – Ev spogląda na mnie.

Kiwam głową, a ona szybko wyślizguje się z pokoju. Niemal natychmiast słyszę odgłos kroków na korytarzu i w pokoju pojawia się pani Appleford.

– Jest gotowa porozmawiać…

– Dziękuję.

– …ale tylko z kobietą – kończy. – Nie z panem.

Spoglądam na Somer, która kiwa głową.

– Nie ma sprawy, sir.

Spoglądam z powrotem na kobietę, przyklejając do ust swój najbardziej czarujący i usłużny uśmiech.