Kaznodzieja

Tekst
Z serii: Saga o Fjallbace #2
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Kaznodzieja
Kaznodzieja
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 59,98  47,98 
Kaznodzieja
Audio
Kaznodzieja
Audiobook
Czyta Marcin Perchuć
29,99  21,89 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Lato 1979

Ostrożnie otworzyła oczy. Czaszkę rozsadzał jej ból. Zaczynał się u nasady włosów. Dziwne, ale otwarcie oczu nic nie zmieniło, nadal miała przed sobą gęstą ciemność. Przeraziła się, że oślepła. Może to przez bimber, który pili poprzedniego wieczoru. Nasłuchała się o ludziach, którzy oślepli po wypiciu bimbru. Ale po chwili zaczęła dostrzegać jakieś zarysy i zrozumiała, że z jej wzrokiem nie stało się nic złego, że to w tym miejscu, gdzie jest, nie ma światła. Spojrzała w górę. Jeśli jest na dworze, zobaczy niebo i gwiazdy albo sierp księżyca. Zdała sobie jednak sprawę, że latem nigdy nie bywa tak ciemno. Panowałby jedynie charakterystyczny dla północnej Europy szary półmrok.

Pomacała wokół. Przesypała między palcami garść próchnicy, od której bił słodkawy, duszny zapach. Pomyślała, że chyba jest pod ziemią, i ogarnął ją paniczny, klaustrofobiczny strach. Nie miała pojęcia, w jak dużym pomieszczeniu się znajduje, ale wyobraziła sobie, że ściany przybliżają się coraz bardziej i zaraz ją otoczą. Dotknęła gardła. Wydawało jej się, że za chwilę nie będzie miała czym oddychać. Zmusiła się do kilku spokojnych, głębokich oddechów, by opanować panikę.

Zrobiło jej się zimno i zdała sobie sprawę, że jest naga, że nie ma na sobie nic oprócz majtek. Bolało ją w wielu miejscach. Dygocząc z zimna, podciągnęła kolana pod brodę i objęła ramionami. Panikę zastąpił przeszywający na wskroś strach. Jak się tu znalazła? Dlaczego? Kto ją rozebrał? Przeczucie mówiło jej, że wolałaby nie znać odpowiedzi. Przydarzyło jej się coś złego. Nie wiedziała co, i strach paraliżował ją jeszcze bardziej.

Na jej dłoń padł promień światła. Odruchowo spojrzała w kierunku jego źródła. W gęstych ciemnościach dojrzała jasną szparkę. Z trudem wstała i zaczęła wzywać ratunku. Cisza. Wspięła się na palce, by tam sięgnąć, ale bez skutku. Na twarzy poczuła spadające z góry krople. Po chwili zmieniły się w strużkę. Uzmysłowiła sobie, że bardzo chce jej się pić. Bez zastanowienia, odruchowo otworzyła usta, by chciwie pić wielkimi łykami. Początkowo większa część płynu ściekała bokiem, ale po chwili nabrała wprawy i piła chciwie. Nieco później wydało jej się, że wszystko pogrąża się we mgle i zaczyna wirować.

Linda obudziła się wcześnie jak nigdy, ale próbowała jeszcze spać. Spędziła z Johanem cały wieczór, a właściwie noc. Z niewyspania czuła się jak na kacu. Po raz pierwszy od miesięcy usłyszała krople deszczu uderzające o dach. Pokoik, który jej przygotowali Jacob i Marita, znajdował się pod samą kalenicą i krople spadały na dachówki tak głośno, że ich odgłos odbijał się echem w głowie.

Również po raz pierwszy od dawna w pokoju panował przyjemny chłód. Upały trwały od prawie dwóch miesięcy. Było to najgorętsze lato stulecia. Piekące słońce początkowo ją cieszyło. Po jakimś czasie straciło urok nowości, a od kilku tygodni nienawidziła budzić się w przepoconej pościeli. Tym przyjemniej było odetchnąć świeżym, chłodnym powietrzem napływającym pod belkowany dach. Linda odrzuciła cienką kołdrę i rozkoszowała się przyjemną temperaturą. Wyjątkowo postanowiła wstać, zanim zaczną ją wyganiać z łóżka. Byłoby miło nie jeść śniadania samotnie. Z kuchni dochodziły odgłosy nakrywania do stołu. Linda włożyła krótkie kimono i wsunęła nogi w kapcie.

Jej wczesne pojawienie się w kuchni zdziwiło wszystkich. Za stołem siedziała cała rodzina: Jacob, Marita, William i Petra. Rozmawiali cicho. Umilkli, gdy Linda opadła na puste krzesło i zaczęła smarować kromkę chleba.

– Miło, że choć raz chcesz nam dotrzymać towarzystwa, ale wolałbym, żebyś włożyła na siebie coś więcej. Ze względu na dzieci.

Zemdliło ją od tej obłudy. Chciała mu zrobić na złość. Postarała się, żeby poły cienkiego kimona rozsunęły się i błysnęła naga pierś. Jacob pobladł ze złości, ale z jakiegoś powodu nie podjął wyzwania. Dał jej spokój. William i Petra wpatrywali się w nią jak urzeczeni. Zrobiła do nich kilka min i zaczęli chichotać. Pomyślała, że dzieciaki są naprawdę przemiłe, ale Jacob i Marita na pewno to zepsują. Przez to bogobojne wychowanie dzieci stracą całą radość życia.

– Proszę się uspokoić i siedzieć porządnie przy stole. Petra, zdejmij nogę z krzesła, usiądź ładnie jak duża dziewczynka. Williamie, zamykaj buzię, kiedy jesz, nie życzę sobie widzieć otwartej buzi pełnej jedzenia.

Uśmiech znikł z twarzyczek dzieci. Siedziały wyprostowane jak ołowiane żołnierzyki o pustym spojrzeniu. Linda westchnęła w duchu. Czasem myślała, że to dziwne, iż ona i Jacob są rodzeństwem. Była przekonana, że żadne inne nie różni się tak bardzo jak oni. To straszna niesprawiedliwość, że brat jest ulubieńcem rodziców. Wychwalają go pod niebiosa, a jej ciągle się czepiają. Czy to jej wina, że urodziła się przypadkiem, nieplanowana, kiedy rodzice już zdążyli uwierzyć, że czasy pieluch mają za sobą? Albo że choroba Jacoba na długo przed jej narodzinami zniechęciła ich do powtórnego narażania się na coś podobnego? Choroba była poważna, niemal śmiertelna, Linda dobrze to rozumiała, ale to nie powód, żeby ją za to karać. Przecież to nie jej wina, że zachorował.

Całe to cackanie się z Jacobem, które zaczęło się od jego choroby, trwało jakby z rozpędu również potem, gdy już uznano, że jest zdrowy. Rodzice zachowywali się, jakby każdy dzień jego życia był darem od Boga. Ją natomiast uważali za niewyczerpane źródło kłopotów i powód do irytacji. Z Jacobem i dziadkiem było jeszcze gorzej. Rozumiała wprawdzie, że po tym, co dziadek uczynił dla Jacoba, łączyły ich szczególne więzy, ale czy musiało to oznaczać, że dla innych wnuków nie ma już miejsca? Dziadek umarł, zanim Linda się urodziła, więc nie doświadczyła jego obojętności, ale od Johana wiedziała, że ona i Robert nie cieszyli się jego względami. Całą uwagę skupiał na Jacobie. Z nią na pewno byłoby tak samo, gdyby dziadek jeszcze żył.

Wszystko to było tak niesprawiedliwe, że łzy napłynęły jej do oczu. Powstrzymała je, jak wiele razy wcześniej. Nie zamierzała sprawiać Jacobowi przyjemności, umożliwiając mu wystąpienie w roli zbawcy. Wiedziała, że brat aż się pali, aby ją nawrócić na właściwą drogę, ale wolałaby umrzeć, niż dać z siebie zrobić taką szmatę, jaką sam był. Grzeczne dziewczynki może i idą do nieba, ale Linda zamierzała iść znacznie dalej. Lepiej zginąć z hukiem, niż strachliwie przemykać przez życie jak jej brat. Ale on myśli, że wszyscy go kochają.

– Masz na dziś jakieś plany? Przydałaby mi się pomoc w domu – powiedziała Marita.

Przygotowywała kanapki dla dzieci. Była pełna matczynych uczuć. Miała pospolitą twarz i lekką nadwagę. Linda była zdania, że Jacob mógłby się bardziej postarać. Wyobraziła sobie brata i bratową w sypialni. Na pewno robią to raz w miesiącu, z obowiązku i przy zgaszonym świetle, a bratowa ma na sobie koszulę do kostek. Na myśl o tym zachichotała. Spojrzeli na nią zdziwieni.

– Halo, Marita zadała ci pytanie. Mogłabyś jej dziś pomóc w domu? To nie pensjonat, wiesz?

– Tak, słyszałam, co mówiła. Nie musisz zaraz zrzędzić. Nie, nie mogę jej dziś pomóc. Muszę… – zastanawiała się chwilę, szukając wymówki. – Muszę się przyjrzeć Scirocco. Wczoraj trochę kulał.

Przyjęli to z niedowierzaniem. Linda przybrała groźną minę, szykując się do walki, ale ku jej zaskoczeniu nikt się do niej nie kwapił, chociaż kłamstwo było oczywiste. Wygrała. Czeka ją kolejny dzień lenistwa.

Miał nieprzepartą ochotę wyjść na deszcz i spojrzeć w niebo, poczuć na twarzy spływające krople. Niestety dorosłemu człowiekowi pewne rzeczy nie przystoją, zwłaszcza gdy jest w pracy. Martin powściągnął impuls, ale był zachwycony. Jedna wielka ulewa spłucze całą duchotę i spiekotę, trzymające świat w uścisku od dwóch miesięcy. Przez otwarte na oścież okno wdychał zapach deszczu, który opryskał część biurka, ale nie wyrządził żadnej szkody, bo Martin odsunął papiery. Warto było to zrobić, żeby poczuć tchnienie chłodu.

Patrik zadzwonił i uprzedził, że zaspał, więc Martin przyszedł do komisariatu pierwszy. Od czasu ujawnienia wpadki Ernsta nastrój w pracy był dość paskudny, więc cieszył się, że może w ciszy i spokoju przemyśleć ostatnie wydarzenia. Nie zazdrościł Patrikowi obowiązku powiadomienia krewnych kobiety, chociaż rozumiał, że muszą wiedzieć, co się z nią stało, że to pierwszy etap długiego procesu żałoby. Pewnie nawet nie wiedzą, że zaginęła. Wiadomość będzie dla nich szokiem. Przede wszystkim jednak trzeba było ich znaleźć. Jednym z zadań Martina było skontaktowanie się z niemiecką policją. Oby dało się z nimi rozmawiać po angielsku, w przeciwnym razie będzie miał problem. Słyszał, jak Patrik dukał, rozmawiając z przyjaciółką Tanji, a ze szkoły zostało mu w głowie tyle, by mógł ocenić, że niemiecki nie należy do jego mocnych stron.

Właśnie chwytał słuchawkę, by zadzwonić do Niemiec, kiedy usłyszał głośny dzwonek telefonu. Słysząc, że dzwonią z zakładu medycyny sądowej z Göteborga, poczuł, jak jego puls przyspiesza. Sięgnął po wypełniony zapiskami notes. W zasadzie raportu powinien wysłuchać Patrik, ale na razie musiał wystarczyć Martin.

– Ale się narobiło na tym waszym odludziu.

Była to aluzja do sekcji zwłok Alex Wijkner, którą lekarz sądowy Tord Pedersen przeprowadził półtora roku wcześniej. Od niej zaczęło się jedno z nielicznych dochodzeń komisariatu w Tanumshede w sprawie o morderstwo.

– Tak, można by pomyśleć, że coś jest nie tak z naszą wodą. W statystykach zabójstw niedługo dogonimy Sztokholm.

Mówili żartobliwym tonem, charakterystycznym dla osób, które z racji zawodu często stykają się ze śmiercią i rozmaitymi nieszczęściami i muszą sobie z tym radzić na co dzień, co bynajmniej nie zmniejszało świadomości powagi sytuacji.

 

– Już zrobiliście sekcję? Pomyślałem sobie, że w takim upale ludzie zabijają się jeszcze częściej niż zwykle – mówił Martin.

– To by się nawet zgadzało. Rzeczywiście łatwiej wybuchają podczas upałów, ale od paru dni mamy dołek. Dlatego poszło nam szybciej, niż sądziliśmy.

– No to słucham. – Martin wstrzymał oddech. Powodzenie śledztwa zawsze w dużej mierze zależy od tego, co jest w protokole z sekcji.

– Cóż, macie do czynienia z bardzo niesympatycznym sprawcą. Ustalenie przyczyny śmierci było stosunkowo proste. Została uduszona, natomiast to, co wyrabiał z nią przed śmiercią, jest bardzo osobliwe.

Pedersen zrobił przerwę, chyba po to, by założyć okulary.

– Tak? – Martin nie umiał ukryć zniecierpliwienia.

– Niech no spojrzę… Prześlę to również faksem… Hmmm – przebiegał wzrokiem tekst, a Martinowi ręka aż się spociła od zaciskania na słuchawce.

– O, już mam. Czternaście złamań w różnych miejscach. Do wszystkich doszło przed śmiercią, sądząc po różnym stopniu zrośnięcia.

– Chcesz powiedzieć, że…

– Chcę powiedzieć, że ktoś przez mniej więcej tydzień łamał jej ręce, nogi i palce u rąk i nóg.

– Zrobił to za jednym razem czy co jakiś czas? Da się to stwierdzić?

– Jak już powiedziałem, stopień zrośnięcia się tych złamań jest różny, zatem w mojej ocenie musiały powstawać w ciągu całego tygodnia. Zapisałem też, w jakiej kolejności najprawdopodobniej zostały dokonane. Dołączyłem to do materiałów, które przesłałem faksem. Oprócz tego miała trochę powierzchownych ran ciętych o różnym stopniu zagojenia.

– Obrzydliwe. – Martin nie potrafił się powstrzymać od komentarza.

– Jestem gotów zgodzić się z tą opinią – odparł sucho Pedersen. – Cierpienia, jakie jej zadano, musiały być straszne.

Przez chwilę kontemplowali w milczeniu okrucieństwo ludzkiej natury. Potem Martin pytał dalej:

– Czy znaleźliście na ciele jakieś ślady, które mogą nam się przydać?

– Tak, spermę. Znajdźcie tylko podejrzanego, a badanie DNA pozwoli udowodnić mu winę. Oczywiście sprawdzimy elektroniczną bazę danych, ale rzadko udaje się tam coś znaleźć, bo jest za mała. Można tylko pomarzyć o dniu, w którym da się w niej odszukać DNA każdego obywatela. Wtedy wszystko stanie się prostsze.

– Pomarzyć można, czemu nie. Ale to mało realne ze względu na ograniczenie wolności jednostki i tak dalej.

– Jeżeli tego, co zrobiono tej kobiecie, nie można nazwać ograniczeniem wolności jednostki, nie wiem, co by to miało być…

Rzeczowy zazwyczaj Tord Pedersen wdał się w rozważania filozoficzne. Martin uznał, że musiał się bardzo przejąć losem kobiety. Lekarz sądowy, jeśli chce sypiać w nocy, raczej nie pozwala sobie na takie rzeczy.

– Możesz oszacować, kiedy zmarła?

– Tak, mam wyniki badań przeprowadzonych na miejscu przez techników. Po uzupełnieniu o własne spostrzeżenia mogę podać dość dokładny czas.

– Słucham.

– Według mnie zmarła między osiemnastą a dwudziestą trzecią w wieczór poprzedzający znalezienie zwłok w wąwozie.

– Nic bliżej? – Martin był rozczarowany.

– Zgodnie ze szwedzkim zwyczajem w takich przypadkach nie podaje się przedziału krótszego niż pięć godzin, więc tyle ci mogę powiedzieć. Z drugiej strony prawdopodobieństwo, że tak właśnie było, wynosi aż dziewięćdziesiąt pięć procent, czyli bardzo dużo. Mogę za to potwierdzić, co zapewne podejrzewaliście, mianowicie że Wąwóz Królewski nie był miejscem zbrodni. Została zamordowana gdzie indziej i przeleżała tam kilka godzin po śmierci, co widać po plamach opadowych.

– Zawsze coś – powiedział Martin. – A szkielety? Udało się coś ustalić? Dotarła do ciebie informacja o podejrzeniach Patrika?

– Tak, dotarła. Ale jeszcze z nimi nie skończyliśmy. Identyfikacja na podstawie uzębienia nie jest łatwa, są trudności ze znalezieniem kart pacjentów z lat siedemdziesiątych. Pracujemy nad tym. Damy znać, jak się dowiemy więcej. Na razie mogę powiedzieć tyle, że to kości kobiet, wiek też by się zgadzał. Badanie kości miednicy jednej z nich wskazuje, że rodziła, co również zgadza się z tymi danymi. A najciekawsze, że oba szkielety mają podobne złamania jak denatka. Między nami mówiąc, pozwolę sobie zaryzykować stwierdzenie, że u wszystkich trzech ofiar są niemal identyczne.

Martin ze zdumienia upuścił długopis na podłogę. Ładna sprawa im spadła na głowę! Sadystyczny morderca, który czeka dwadzieścia cztery lata, by popełnić kolejną okrutną zbrodnię. Wolał nawet nie myśleć o innej możliwości. Że morderca nie czekał dwudziestu czterech lat, tylko policja nie znalazła pozostałych ofiar.

– I też miały rany cięte?

– Trudno stwierdzić, ponieważ nie mamy materiału organicznego, ale owszem, na kościach są zadrapania, które mogą wskazywać, że ofiarom zrobiono to samo.

– A przyczyna śmierci w ich przypadku?

– Ta sama co u tej Niemki. Wgniecenia kości w obrębie szyi są takie jak po uduszeniu.

Martin cały czas szybko notował.

– Masz dla mnie jeszcze coś ciekawego?

– Tylko tyle, że szkielety były prawdopodobnie zakopane, na kościach są resztki ziemi. Może jej badanie przyniesie coś jeszcze. Nie jest jeszcze gotowe, więc musicie uzbroić się w cierpliwość. Na zwłokach Tanji Schmidt i kocu, na którym leżały, też było trochę ziemi. Porównamy ją z próbkami ze szkieletów. – Pedersen zrobił krótką pauzę. – Czy śledztwo prowadzi Mellberg?

W jego głosie dał się słyszeć niepokój. Martin uśmiechnął się ironicznie, ale zaraz go uspokoił:

– Nie, Patrik. Inna rzecz, komu przypadną zaszczyty, jeśli uporamy się z tą sprawą…

Roześmiali się obaj, chociaż Martinowi nie było za bardzo do śmiechu.

Zakończywszy rozmowę z Pedersenem, poszedł wyjąć kartki z faksu. Kiedy chwilę później zjawił się Patrik, Martin miał wszystko w małym palcu. Patrik wysłuchał jego sprawozdania. Był tak samo przybity jak on. Zanosiło się na wyjątkowo zagmatwaną sprawę.

Anna wyciągnęła się na dziobie łódki i w bikini smażyła się w słońcu. Dzieci odbywały poobiednią drzemkę w kajucie, Gustav stał przy sterze. Za każdym razem, gdy dziób łódki uderzał o powierzchnię wody, słone kropelki rozpryskiwały się na jej ciele, dając przyjemną ochłodę. Wystarczyło zamknąć powieki, aby przez chwilę zapomnieć o zmartwieniach i wmawiać sobie, że to prawdziwe życie.

– Anna, telefon do ciebie.

Głos Gustava wyrwał ją ze stanu bliskiego medytacji.

– Kto to? – Osłoniła dłonią oczy, żeby spojrzeć na wymachującego komórką Gustava.

– Nie przedstawił się.

Od razu się domyśliła, kto dzwoni. Poczuła lęk i supeł w żołądku. Ostrożnie przesunęła się w kierunku Gustava.

– Anna, słucham.

– Co to za jeden? – warknął Lucas.

Anna zawahała się.

– Mówiłam ci. Wybieram się na żagle ze znajomym.

– Jeszcze będzie mi wmawiać, że to znajomy – rzucił. – Jak się nazywa?

– Nic ci do…

Przerwał jej:

– Anno, jak SIĘ NAZYWA?

Słuchała jego głosu i z każdą sekundą jej opór słabł. Odpowiedziała cicho:

– Gustav af Klint.

– No, no. Proszę, jak wytwornie – powiedział szyderczo, ściszając głos. Zabrzmiała w nim groźba. – Jak śmiesz zabierać moje dzieci na wakacje z innym mężczyzną?

– Jesteśmy po rozwodzie, Lucas – odpowiedziała Anna, zakrywając ręką oczy.

– Wiesz bardzo dobrze, że to niczego nie zmienia. Jesteś matką moich dzieci, a to oznacza, że jesteśmy ze sobą związani na zawsze. Ty i moje dzieci.

– To dlaczego próbujesz mi je odebrać?

– Bo masz chwiejny charakter. Nigdy nie umiałaś nad sobą panować i szczerze mówiąc, nie wierzę, żebyś mogła się zajmować moimi dziećmi tak, jak na to zasługują. Wystarczy spojrzeć, jak żyjecie. Ty całymi dniami jesteś w pracy, a one siedzą w przedszkolu. Uważasz, że tak jest dla nich dobrze?

– Przecież muszę pracować. A ty? Jak byś to rozwiązał, gdyby sąd dał ci opiekę nad dziećmi? Też musisz pracować. Kto by się nimi zajął?

– Jest rozwiązanie. Dobrze wiesz jakie, Anno.

– Oszalałeś? Miałabym do ciebie wrócić po tym, jak złamałeś Emmie rękę? Nie mówiąc już o tym, co zrobiłeś mnie? – powiedziała piskliwym głosem i w tej samej chwili zrozumiała, że posunęła się za daleko.

– To nie moja wina! To był wypadek! A poza tym gdybyś nie była taka uparta, nie musiałbym się tak często denerwować!

Mogłaby mówić do ściany. Bez sensu ta rozmowa. Po tylu latach spędzonych z Lucasem wiedziała, że naprawdę myśli to, co mówi. Nigdy nie był winny, zawsze winę ponosił kto inny. Bił ją i jeszcze potrafił w niej wzbudzić poczucie winy, sprawić, żeby czuła się nie dość wyrozumiała, kochająca i uległa.

Gdy w końcu przeprowadziła rozwód, uruchamiając całą dotychczas ukrytą energię, po raz pierwszy od lat poczuła się naprawdę silna, wręcz niepokonana. Nareszcie odzyskała swoje życie, wraz z dziećmi będzie mogła zacząć wszystko od nowa. Ale chyba zbyt łatwo to poszło. Lucas był tak wstrząśnięty tym, że w wybuchu wściekłości złamał córeczce rękę, iż zrobił się nadspodziewanie ustępliwy. Po rozwodzie rzucił się w wir kawalerskiego życia i zajęty kolejnymi podbojami zostawił Annę i dzieci w spokoju. Już jej się zdawało, że się wykaraskała, kiedy znudził się dotychczasowym życiem i przypomniał sobie o rodzinie. Gdy nic nie wskórał kwiatami, prezentami ani błaganiem o wybaczenie, przestał się cackać. Najpierw złożył pozew o opiekę nad dziećmi i odebranie ich Annie. Przedstawił całą serię całkowicie bezpodstawnych zarzutów, aby dowieść, że jest złą matką. Była to nieprawda, ale Lucas potrafił być tak przekonujący i czarujący, że Anna drżała, że a nuż mu się uda. Zdawała sobie sprawę, że w gruncie rzeczy nie chodziło mu o dzieci. Opieka nad dwojgiem małych dzieci byłaby nie do pogodzenia z jego życiem zawodowym, ale liczył, że uda mu się nastraszyć Annę i że sama do niego wróci. W chwilach słabości była gotowa to zrobić, chociaż wiedziała, że nie powinna, bo wtedy zginie. Postanowiła być twarda.

– Lucas, ta rozmowa nie ma sensu. Jesteśmy po rozwodzie, układam sobie życie na nowo, powinieneś zrobić to samo. To prawda, poznałam mężczyznę i musisz się z tym pogodzić. Dzieciom jest dobrze, mnie też. Nie możemy załatwić tej sprawy jak dorośli ludzie?

Na jej proszący ton odpowiedział milczeniem. Anna zrozumiała, że przekroczyła jakąś granicę. Zorientowała się, że Lucas odłożył słuchawkę, i pomyślała, że przyjdzie jej za to zapłacić. Drogo.

Lato 1979

Głowę rozsadzał jej ból tak piekielny, że rozdzierała sobie twarz paznokciami. Ten ból był prawie przyjemny w porównaniu z tamtym. Poza tym pomagał się skupić.

Dookoła nadal panowały ciemności, a jednak coś ją wybudziło z głębokiego odrętwienia bez snów. Nad głową ujrzała promień światła przesączający się przez szparkę. Powoli się rozszerzała. Odzwyczajona od światła nie widziała, ale słyszała, że ktoś przedostał się przez szparę, która urosła do rozmiaru otworu. Słyszała, jak schodzi po schodach, a potem zbliża się w ciemnościach. Była zbyt oszołomiona, by ocenić, czy powinna się bać, czy poczuć ulgę. Czuła jedno i drugie.

Ostatnich kroków do miejsca, w którym leżała zwinięta w kłębek, niemal nie było słychać. Nie padło ani jedno słowo. Poczuła, że ktoś głaszcze ją po głowie. Prawdopodobnie miało ją to uspokoić, ale prostota tego gestu sprawiła, że strach ścisnął jej serce.

Drżała, gdy ręka w ciemnościach przesuwała się po jej ciele. Przeszło jej przez myśl, że powinna stawić opór nieznanemu człowiekowi bez twarzy, ale zaraz o tym zapomniała. Ciemności były wszechogarniające, podobnie jak głaszcząca ją ręka, penetrująca skórę, nerwy, duszę. Z przerażeniem zdała sobie sprawę, że ma tylko jedno wyjście: musi się poddać.

Od głaskania ręka przeszła do zginania, wykręcania, ciągnięcia i rozdzierania. Nie zaskoczyło jej to. W pewnym sensie poczuła ulgę. Łatwiej radzić sobie z pewnością i bólem niż z niepewnością i lękiem przed tym, co się może stać.