Kaznodzieja

Tekst
Z serii: Saga o Fjallbace #2
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Kaznodzieja
Kaznodzieja
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 59,98  47,98 
Kaznodzieja
Audio
Kaznodzieja
Audiobook
Czyta Marcin Perchuć
29,99  21,89 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Nie mogę, mam okres. Daj, ja to zrobię.

Rozpięła mu spodnie. Johan położył się na wznak. Pod zamkniętymi powiekami ujrzał migoczące niebo.

Minął zaledwie jeden dzień od znalezienia zwłok kobiety, a Patrika już zaczęła dręczyć niecierpliwość. Przecież gdzieś ktoś się dziwi, że jej nie ma. Zastanawia się, niepokoi, jest pełen coraz gorszych przeczuć. I te przeczucia miały się sprawdzić. Najbardziej zależało mu na ustaleniu tożsamości kobiety. Chciał powiadomić tych, którzy ją kochali. Nie śmierć jest najgorsza, lecz niepewność. Nie można przeżyć żałoby, dopóki się nie wie, kogo lub co się opłakuje. Niełatwo przekazać taką wiadomość, ale Patrik umiał już brać na siebie ten obowiązek. Wiedział, że jest nieodłączną częścią jego pracy. Pomagać i wspierać. Ale przede wszystkim trzeba ustalić, co się przydarzyło osobie, którą kochali.

Wczorajsze telefony Martina okazały się bezowocne. Sprawa identyfikacji kobiety skomplikowała się jeszcze bardziej. W najbliższej okolicy nikt nie zgłosił zaginięcia, co oznaczało, że pole poszukiwań należy rozszerzyć na całą Szwecję, a może jeszcze dalej. Wydawało się to przedsięwzięciem wręcz karkołomnym, więc szybko odrzucił tę myśl. Stwierdził, że policja jest jedynym rzecznikiem nieznanej kobiety.

Martin zapukał delikatnie do drzwi.

– Jak mam szukać dalej? Mam rozszerzyć zasięg poszukiwań? Zacząć od wielkich miast czy… – Uniósł brwi i ramiona w pytającym geście.

Patrik poczuł ciężar odpowiedzialności. Żadnych wskazówek, ale przecież od czegoś trzeba było zacząć.

– Zacznij od wielkich miast. Göteborg jest już załatwiony, więc sprawdź Sztokholm i Malmö. Niedługo powinniśmy dostać wstępny raport z zakładu medycyny sądowej. Jeśli będziemy mieli szczęście, będzie się o co zaczepić.

– Okej.

Martin wyszedł, uderzywszy dłonią w drzwi, i skierował się do swojego pokoju. Usłyszał głośny sygnał z dyżurki i zawrócił na pięcie, by wpuścić interesanta. Zwykle robiła to Annika, a pod jej nieobecność wszyscy na zmianę.

Dziewczyna była wyraźnie zdenerwowana. Drobna, długie jasne warkocze i wielki plecak.

– I want to speak to someone in charge.

Mówiła z twardym akcentem, domyślał się, że niemieckim. Martin otworzył jej i kiwnął, żeby weszła. Potem zawołał w głąb korytarza:

– Patrik, ktoś do ciebie.

Poniewczasie przyszło mu na myśl, że może powinien ją zapytać, o co chodzi, ale Patrik już wychylił głowę ze swego pokoju i dziewczyna zmierzała w jego kierunku.

– Are you the man in charge?

Przez moment Patrika kusiło, aby posłać ją dalej, do Mellberga, który formalnie był szefem komisariatu, ale zmienił zdanie, bo była bardzo zdenerwowana. Postanowił jej oszczędzić tego przeżycia. Przekazać Mellbergowi ładną dziewczynę to jak posłać owieczkę na rzeź. Zwyciężył instynkt opiekuńczy.

– Yes, how can I help you?

Gestem zaprosił ją, aby weszła i usiadła na krześle naprzeciw biurka. Zręcznie zdjęła olbrzymi plecak i ostrożnie oparła o ścianę przy drzwiach.

– My English is very bad. You speak German?1.

Patrik poszperał w pamięci, by przypomnieć sobie, czego nauczył się w szkole. Odpowiedź zależy od tego, co ona rozumie przez speak German. Umiałby zamówić piwo i poprosić o rachunek, ale domyślał się, że nie przyszła tu w takiej sprawie.

– Mówię trochę – odpowiedział łamaną niemczyzną i wykonał gest mający mówić „tak sobie”.

To ją najwyraźniej zadowoliło. Mówiła powoli i wyraźnie, aby mu ułatwić zrozumienie. Ku swemu zdziwieniu Patrik stwierdził, że rozumie więcej, niż sądził, może nie każde słowo, ale ma ogólne pojęcie.

Przedstawiła się jako Liese Forster. Była tu w zeszłym tygodniu, żeby zgłosić zaginięcie swojej koleżanki, Tanji. Rozmawiała – tu, w komisariacie – z jakimś policjantem. Powiedział, że się odezwie, gdy będzie coś wiedział. Czeka od tygodnia, a nadal nikt się do niej nie odezwał. Była wyraźnie zaniepokojona. Patrik uznał, że to bardzo poważna sprawa.

Tanja i Liese spotkały się w pociągu jadącym do Szwecji. Obie pochodziły z północnych Niemiec, ale nie znały się wcześniej. Z miejsca się polubiły. Według Liese stały się sobie bliskie jak siostry. Liese nie miała konkretnego planu podróży po Szwecji i Tanja zaproponowała, aby pojechała z nią do niewielkiej miejscowości na zachodnim wybrzeżu – do Fjällbacki.

– Dlaczego właśnie Fjällbacki? – zapytał Patrik, starając się mówić poprawnie.

Odpowiedziała z pewnym ociąganiem. Była to jedyna rzecz, o której Tanja nie rozmawiała z nią otwarcie, i Liese przyznała, że nie wie. Tanja powiedziała tylko, że ma tam do załatwienia pewną sprawę, a potem mogą razem jechać dalej. Najpierw jednak musi coś znaleźć. Wyglądało na to, że sprawa jest delikatna, więc Liese nie pytała. Po prostu cieszyła się, że podróżują razem, i gotowa była towarzyszyć Tanji bez względu na to, po co jechała do Fjällbacki.

Zamieszkały na kempingu Sälvik, a po trzech dniach Tanja zniknęła. Wyruszyła rankiem, mówiąc, że musi coś załatwić i wróci wczesnym popołudniem. Nadeszło popołudnie, potem wieczór, wreszcie noc. Niepokój Liese rósł w miarę przesuwania się wskazówek zegara. Rankiem w biurze informacji turystycznej na Ingrid Bergmans torg spytała o drogę do najbliższego komisariatu policji. Zgłosiła zaginięcie. Chce się dowiedzieć, co się stało.

Patrik był zdumiony. O ile mu było wiadomo, w komisariacie nie zanotowano żadnego zgłoszenia o zaginięciu. Poczuł ucisk w żołądku. Zapytał, jak Tanja wygląda. Odpowiedź potwierdziła jego przypuszczenia. Wszystko, co Liese mówiła o przyjaciółce, wskazywało na martwą kobietę z Wąwozu Królewskiego, a kiedy z ciężkim sercem pokazał jej fotografię zmarłej, szloch potwierdził jego domysły. Martin mógł już przestać dzwonić po komisariatach. Poza tym należało zażądać wyjaśnień od osoby odpowiedzialnej za to, że zgłoszenie zaginięcia Tanji nie zostało przyjęte. Zmarnowali wiele godzin na niepotrzebne poszukiwania. Patrik nie miał wątpliwości, gdzie szukać winnego.

Gdy Erika się obudziła, Patrik zdążył już wyjechać do pracy. Inaczej niż zwykle, spała głęboko, nic jej się nie śniło. Spojrzała na zegarek. Dziewiąta – i żadnych odgłosów z parteru.

Chwilę później nastawiła kawę i zaczęła nakrywać do śniadania dla siebie i dla gości. Zjawiali się w kuchni po kolei, bardzo zaspani, ale przy jedzeniu szybko się ożywili.

– Wybieracie się na Koster, tak?

Pytanie Eriki podyktowane było zarówno uprzejmością, jak i chęcią pozbycia się gości.

Conny i jego żona wymienili spojrzenia.

– Wiesz, rozmawialiśmy wczoraj o tym z Brittą. Pomyśleliśmy, że skoro już tu jesteśmy i pogoda jest ładna, może wybralibyśmy się na jedną z pobliskich wysp. Zdaje się, że macie łódkę, prawda?

– Tak… – przyznała niechętnie Erika. – Ale nie jestem pewna, czy Patrik zgodzi się ją pożyczyć. Ze względu na ubezpieczenie i tak dalej… – zmyśliła na poczekaniu. Zrobiło jej się słabo na samą myśl, że mieliby zostać kilka godzin dłużej.

– Oczywiście, ale pomyśleliśmy, że może byś nas podrzuciła w jakieś fajne miejsce. Potem zadzwonimy, kiedy będziemy chcieli wracać.

Nie odpowiedziała od razu, bo nie mogła znaleźć słów. Conny uznał to za zgodę. Erika nakazała sobie cierpliwość. Wzywała na pomoc niebiosa i wmawiała sobie, że nie warto wywoływać konfliktu z rodziną, by na kilka godzin oszczędzić sobie jej widoku. W dodatku w ciągu dnia nie będzie musiała się z nimi zadawać, a pod wieczór sobie pojadą, zanim Patrik wróci z pracy. Erika postanowiła, że ugotuje coś ekstra i miło spędzą wieczór. W końcu Patrik ma urlop. Kto wie, jak będzie, kiedy urodzi się dziecko, ile będą mieli czasu dla siebie – trzeba korzystać, póki można.

Po długich naradach Floodowie w końcu zapakowali wszystko, co trzeba do opalania, i poszli na przystań. Pomalowana na błękitno drewniana łódź była nieduża. Wsiadanie na przystani Badholmen było kłopotliwe i Erice, zważywszy na jej obecne kształty, przyszło z dużym trudem. Godzinę krążyła, szukając dla swoich gości „bezludnych skał, a najlepiej jakiejś plaży”. Wreszcie znalazła zatoczkę, którą inni jakoś przeoczyli, a potem skierowała łódkę do brzegu. Okazało się, że sama nie zdoła wygramolić się z łódki na pomost, i upokorzona musiała prosić o pomoc spacerujących plażowiczów.

Spocona, zgrzana, zmęczona i wściekła jechała z przystani do domu, ale dojeżdżając do klubu żeglarskiego, zmieniła zdanie i zamiast jechać do Sälvik, skręciła w lewo. Objechała górę, minęła boisko, blokowisko Kullen i zaparkowała samochód przed biblioteką. Zwariuje, jeśli będzie przez cały dzień bezczynnie tkwić w domu. Niech Patrik mówi, co chce. I tak mu pomoże!

Ernst wrócił do komisariatu i na miękkich nogach szedł do pokoju Hedströma. Kiedy Patrik zadzwonił do niego na komórkę i twardym tonem polecił stawić się natychmiast, Ernst pomyślał, że szykuje się coś niedobrego. Szukał w pamięci, na czym mogli go przyłapać, ale było tego trochę za dużo, żeby zgadywać. Był mistrzem chodzenia na skróty, a z fuszerowania uczynił prawdziwą sztukę.

– Siadaj.

Potulnie wykonał polecenie, robiąc naburmuszoną minę, która miała go osłonić przed nadchodzącą burzą.

– Co się stało, że ci nagle tak pilno? Właśnie coś załatwiałem. Tak się przypadkiem złożyło, że odpowiadasz za śledztwo, ale to cię nie upoważnia do ściągania mnie na gwałt i zmuszania do rzucania wszystkiego.

Najlepszą obroną jest atak, ale w tym wypadku, sądząc po chmurnej minie Patrika, nie była to właściwa strategia.

– Przyjąłeś tydzień temu zgłoszenie o zaginięciu niemieckiej turystki?

Kurwa. Całkiem zapomniał. Ta mała blondynka zjawiła się, gdy akurat zaczynała się przerwa na lunch, więc pozbył się jej jak najszybciej, żeby iść coś zjeść. Przecież z tych zgłoszeń o zaginionych koleżankach nigdy nic nie wynika, bo albo padły nawalone w jakimś rowie, albo poszły z przypadkowo spotkanym facetem. Niech to szlag, beknie za to, nie ma cudów. Że też nie powiązał tej sprawy ze znalezionymi wczoraj zwłokami. Łatwo się mądrzyć po fakcie. Teraz trzeba minimalizować szkody.

 

– Tak, chyba tak.

– Chyba! – Łagodny na co dzień głos Patrika zagrzmiał tubalnie. – Albo przyjąłeś, albo nie przyjąłeś, trzeciej możliwości nie ma. A jeśli przyjąłeś… to pytam, gdzie jest to zgłoszenie. – Patrik był tak wściekły, że aż się zacinał. – Zdajesz sobie sprawę, ile czasu przez to straciliśmy?

– Przyznaję, pechowo się złożyło, ale skąd miałem wiedzieć…

– Nie masz wiedzieć, masz wykonywać swoje obowiązki! Mam nadzieję, że to się nigdy nie powtórzy. Musimy nadrobić stracone cenne godziny.

– Może mógłbym coś… – Ernst mówił uniżenie, z pokornym wyrazem twarzy. Klął w duchu, że ten pętak odzywa się do niego w ten sposób, ale widać Hedström wkradł się w łaski Mellberga i nie ma sensu jeszcze pogarszać sytuacji.

– Już dość zrobiłeś. Ja i Martin zajmiemy się śledztwem, a ty bieżącymi sprawami. Jest zgłoszenie o włamaniu do willi w Skeppstad. Rozmawiałem już z Mellbergiem, możesz sam tam jechać.

Na znak, że rozmowa skończona, Patrik odwrócił się do Ernsta plecami i zaczął energicznie stukać w klawiaturę.

Ernst wyszedł wolnym krokiem. I o co taka afera, o jeden przeoczony raport. Przy okazji musi pogadać z Mellbergiem. Jak można powierzać śledztwo tak niezrównoważonemu facetowi? Oj tak, już on mu powie.

Siedzący naprzeciw pryszczaty chłopak mógł być modelowym przykładem totalnego zobojętnienia. Jego twarz wyrażała poczucie całkowitej beznadziei, wbitej mu do głowy dawno temu. Jacob znał te objawy i traktował jak osobiste wyzwanie. Był przekonany, że potrafi nadać życiu chłopaka nowy kierunek, ale na ile mu się to uda, będzie zależało od tego, czy sam chłopak tego zechce.

Gmina wyznaniowa Jacoba znała i ceniła jego działalność na rzecz młodzieży. Iluż zagubionych młodych ludzi trafiło do jego domu, który później opuszczali jako pożyteczni członkowie społeczności. Aspekt religijny został na użytek otoczenia nieco rozmyty, żeby łatwiej było uzyskać dofinansowanie od państwa. Zawsze znajdą się bezbożnicy krzyczący o sektach, gdy zetkną się z czymś, co kłóci się z ich wyobrażeniem o religii.

Szacunek, jakim się cieszył, zawdzięczał głównie własnym zasługom, ale nie mógł zaprzeczyć, że częściowo wynikał z faktu, że był wnukiem Ephraima Hulta, Kaznodziei. Dziadek nie był wprawdzie członkiem tej samej wspólnoty religijnej, ale sława, jaką cieszył się na całym zachodnim wybrzeżu, odbijała się szerokim echem również w innych wspólnotach, niezależnych od oficjalnego Kościoła. Dla niego Kaznodzieja był pospolitym oszustem, tak samo jak dla innych duchownych wygłaszających niedzielne kazania do pustych ławek, ale tak zwane Wolne Kościoły nie przejmowały się tym.

Praca z młodzieżą nieprzystosowaną i uzależnioną wypełniała życie Jacoba od prawie dziesięciu lat, ale nie dawała już takiej satysfakcji jak na początku. Uczestniczył w tworzeniu ośrodka w Bullaren, ale praca nie wypełniała już pustki towarzyszącej całemu jego życiu. Miał w sobie jakiś defekt, a pościg za tym czymś przerażał go. Tak długo wierzył, że twardo stoi na ziemi, a teraz czuł, że ziemia ugina mu się pod stopami. Wpadał w trwogę na myśl o otwierającej się przed nim czeluści, która pochłonie go całego, duszę i ciało. Ileż to razy wymądrzał się, mówił, że wątpliwości są pierwszym narzędziem szatana. Nie mógł wówczas wiedzieć, że i jego dopadną.

Odwrócił się od chłopaka i spojrzał przez okno wychodzące na jezioro, ale widział jedynie własne odbicie w szybie. Mocny, zdrowy mężczyzna – stwierdził ironicznie. Ciemne włosy nosił krótko ostrzyżone. Marita strzygła go sama, i robiła to naprawdę dobrze. Wrażliwa twarz o delikatnie żłobionych, a przecież męskich rysach. Był przykładem człowieka średniej budowy, ani specjalnie szczupłym, ani tęgim. Ale jego największym atutem były oczy. Były intensywnie niebieskie i miały niezwykłą zdolność: spoglądały łagodnie i przenikliwie zarazem. Te oczy pomogły mu przekonać wiele osób do wkroczenia na właściwą drogę. Wiedział o tym i potrafił z tego korzystać.

Ale nie dziś. Dręczące go demony sprawiały, że z trudem koncentrował się na cudzych problemach. Lepiej mu się słuchało chłopaka, gdy nie musiał na niego patrzeć. Przestał się wpatrywać we własne odbicie w szybie, przeniósł wzrok na jezioro i ciągnący się dziesiątkami kilometrów las. Powietrze nad jeziorem drżało od gorąca. Tanio kupili to gospodarstwo, zapuszczone na skutek wieloletnich zaniedbań, i wszyscy się naharowali, żeby je doprowadzić do obecnego stanu. Nie mieli luksusów, ale było świeżo, czysto i przyjemnie. Przedstawiciel władz gminy zawsze mówił z podziwem o domu i pięknym otoczeniu, rozwodząc się nad jego korzystnym wpływem na biedną, nieprzystosowaną młodzież. Dotychczas nie było żadnych problemów z dotacjami, przez dziesięć lat działalności wszystko szło bardzo dobrze. Problem tkwił w jego umyśle, a może w duszy?

Być może stresy codziennego życia pchnęły go w złym kierunku, kiedy znalazł się na rozdrożu. Nie zawahał się przyjąć siostry pod swój dach. Któż, jeśli nie on, miałby jej pomóc złagodzić niepokój, uśmierzyć jej bunt? W tych psychologicznych zmaganiach siostra okazała się jednak silniejsza od niego, z każdym dniem coraz bardziej świadoma samej siebie. Jacob tymczasem cały czas był zirytowany, co z wolna nadwątlało jego najważniejsze zasady. Łapał się na tym, że chwilami zaciska pięści i myśli, że głupie dziewczynisko zasługuje na to, aby rodzina zwinęła swoje opiekuńcze skrzydła. Ale to by było nie po chrześcijańsku, więc poświęcał całe godziny na kontemplowanie własnej duszy i studiowanie Biblii w nadziei, że znajdzie siłę.

Nadal okazywał spokój i ufność. Wiedział, że ludzie chcą mieć w nim oparcie. Jeszcze nie był gotów zrezygnować ze swego wizerunku. Od kiedy pokonał wyniszczającą chorobę, walczył o to, by nie utracić kontroli nad własnym życiem. Ale wysiłek, jaki wkładał w zachowywanie pozorów, wyczerpał jego siły. Stał coraz bliżej przepaści. Co za ironia, że po tylu latach koło się zamknęło. Ta wiadomość sprawiła, że stało się to, co wydawało się niemożliwe. Zwątpił. Wprawdzie tylko na chwilę, ale i tak powstała rysa, maleńkie pęknięcie w mocnej tkance jego egzystencji. I to pęknięcie zaczęło się rozszerzać.

Jacob odsunął te myśli i zmusił się do skupienia na chłopaku i jego marnym życiu. Pytania zadawał automatycznie. Tak samo automatycznie prezentował pełen empatii uśmiech, trzymany w zanadrzu dla kolejnej czarnej owcy.

Jeszcze jeden dzień. Jeszcze jeden złamany człowiek do poskładania. To się nigdy nie skończy. A przecież nawet Bóg odpoczywał siódmego dnia.

Odebrawszy gości, którzy opalając się na wyspie, spiekli się na raka, Erika niecierpliwie wyczekiwała, aż Patrik wróci. Szukała też oznak, że Conny z rodziną przystępują do pakowania manatków, ale było już wpół do szóstej i nic nie wskazywało na to, żeby się zbierali do drogi. Przez chwilę zastanawiała się, jak taktownie zapytać, czy nie powinni wkrótce jechać, ale wrzaski dzieci przyprawiły ją o tak silny ból głowy, że uznała, iż nie należy tego odkładać na później. Z ulgą usłyszała kroki Patrika na schodach i poczłapała się z nim przywitać.

– Cześć, kochanie.

Musiała stanąć na palcach, by go pocałować.

– Witaj. Nie pojechali jeszcze? – zapytał cicho Patrik, zaglądając do salonu.

– Nie. I nie wygląda na to, żeby mieli taki zamiar. Co robić? – powiedziała równie cicho Erika, wywracając oczami dla podkreślenia niezadowolenia.

– Bez pytania chyba nie będą tu siedzieć kolejny dzień? A może będą? – zaniepokoił się Patrik.

Erika prychnęła.

– Gdybyś wiedział, ile razy rodzice mieli latem gości, którzy prosili o przenocowanie, a potem siedzieli tydzień, oczekując jeszcze, że będą goszczeni i obsługiwani. Ludzie mają naprawdę nie po kolei. A rodzina zawsze jest najgorsza.

Patrik przestraszył się.

– Nie mogą tu siedzieć tydzień! Trzeba coś z tym zrobić. Nie mogłabyś im powiedzieć, że muszą wyjechać?

– Ja? Dlaczego ja?

– Przecież to twoja rodzina.

Erika musiała mu przyznać rację. Trzeba jakoś przełknąć tę pigułkę. Weszła do pokoju, żeby zapytać gości, jakie mają plany, ale nie zdążyła.

– Co będzie na kolację?

Wpatrywały się w nią cztery pary pełnych oczekiwania oczu.

– E… – Erikę aż zatkało. Co za bezczelność. W myślach zrobiła szybki remanent zamrażarki. – Spaghetti z sosem mięsnym. Za godzinę.

Wracając do kuchni, miała ochotę wymierzyć samej sobie kopniaka w tyłek.

– Co powiedzieli? Kiedy jadą?

Nie patrząc Patrikowi w oczy, odpowiedziała:

– Naprawdę nie wiem. Za godzinę będzie spaghetti z sosem mięsnym.

– Nic im nie powiedziałaś?

Teraz Patrik przewrócił oczami.

– To nie takie łatwe. Sam spróbuj, to się przekonasz – parsknęła ze złością Erika, z brzękiem wyciągając rondle i garnki. – Trzeba zacisnąć zęby na jeszcze jeden wieczór. Jutro im powiem. Posiekaj cebulę, nie mam siły sama gotować kolacji dla sześciu osób.

Przez chwilę milczeli. W końcu Erika nie mogła się już powstrzymać.

– Byłam dziś w bibliotece. Znalazłam różne rzeczy, może ci się przydadzą. Tam leżą. – Głową wskazała stół, na którym leżał spory stos wydrukowanych kartek.

– Przecież ci mówiłem, żebyś nie…

– Tak, wiem. Ale zrobiłam to, i to było dużo lepsze niż siedzenie w domu i gapienie się w ścianę. Więc przestań zrzędzić.

Patrik zdążył się już nauczyć, że czasem trzeba zamilknąć. Usiadł przy stole i przejrzał materiały. Z zainteresowaniem czytał artykuły o zaginięciu dwóch dziewczyn.

– Bardzo ciekawe! Zabiorę je jutro do pracy, żeby przejrzeć dokładnie. Wyglądają obiecująco.

Podszedł do stojącej przed kuchenką Eriki i objął od tyłu jej pęczniejący brzuch.

– Słuchaj, wcale nie chcę zrzędzić. Po prostu niepokoję się o ciebie i o dzidziusia.

– Wiem. – Erika odwróciła się i objęła go za szyję. – Ale naprawdę nie jestem z porcelany. Dawniej kobiety do samego końca pracowały w polu, często nawet rodziły na miejscu. Nic nam nie będzie, jeśli posiedzę w bibliotece i poprzewracam kartki.

– Dobrze – westchnął. – Żebyśmy tylko jeszcze pozbyli się tych lokatorów i więcej pobyli ze sobą. Obiecaj, że mi powiesz, jeśli będziesz chciała, żebym został w domu. W komisariacie pamiętają, że pracuję mimo urlopu, ale na pierwszym miejscu jesteś ty.

– Obiecuję. Pomóż mi dokończyć gotowanie, może dzieciaki się trochę uspokoją.

– Nie sądzę. Może przed jedzeniem dać im po szklaneczce whisky? Szybciej zasną – powiedział, uśmiechając się złośliwie.

– Okropny jesteś. Lepiej nalej Conny’emu i Britcie na poprawę nastroju.

Patrik zrobił, jak powiedziała, i z żalem spojrzał na butelkę swojej najlepszej słodowej whisky. Zawartość znikała bardzo szybko. Jeśli zostaną jeszcze kilka dni, jego kolekcja whisky już nigdy nie będzie taka jak kiedyś.