Kaznodzieja

Tekst
Z serii: Saga o Fjallbace #2
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Kaznodzieja
Kaznodzieja
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 59,98  47,98 
Kaznodzieja
Audio
Kaznodzieja
Audiobook
Czyta Marcin Perchuć
29,99  21,89 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Wstrzymał oddech. Wiedział, że powinien był sam zadzwonić i powiedzieć, że będzie musiał wrócić do pracy, ale w typowo męski sposób zostawił to na później. Z drugiej strony Erika dobrze wie, jaką ma pracę. Dla komisariatu w Tanumshede lato było szczególnie gorącym okresem. Krótkie urlopy musieli brać po kolei, a i tak nie mieli gwarancji, że je wykorzystają w całości. Wszystko zależało od tego, ile komisariat będzie miał takich spraw, jak pijaństwo, pobicia i inne wydarzenia towarzyszące turystyce. Nie mówiąc już o morderstwie, bo to osobna kategoria.

Erika powiedziała coś, co mu umknęło.

– Powiedziałaś: odwiedziny? Kto? Twój kuzyn? – Patrik westchnął. – Nie, a co mam powiedzieć? Pewnie, że byłoby przyjemniej, gdybyśmy mogli być wieczorem sami, ale skoro już jadą… Zostają tylko na tę jedną noc?… Okej, kupię krewetki na kolację. Tak będzie prościej. Nie będziesz musiała stać przy kuchni. Będę w domu koło siódmej. Całuję.

Włożył telefon do kieszeni i wrócił do przeglądania zawartości pudeł. Zainteresowała go teczka z napisem „Zaginieni”. Ktoś bardzo sumienny zebrał kiedyś wszystkie zgłoszenia o zaginięciach, którymi zajmowała się policja. Patrik pomyślał, że właśnie tego szukał. Najpierw wytarł pobrudzone kurzem palce o własne szorty i otworzył cienką teczkę. Po kilku minutach przewracania kartek wiedział, że znalazł to, o co mu chodziło. Powinien od początku pamiętać o tej sprawie, zważywszy na to, że niewiele zaginięć pozostało niewyjaśnionych. Cóż, wiek robi swoje. Czuł, że nie ma mowy o zbiegu okoliczności. Miał przed sobą dwa zgłoszenia z 1979 roku – oba dotyczyły kobiet. Nigdy ich nie znaleziono. Dwa szkielety znalezione w Wąwozie Królewskim.

Wracając do swego pokoju, Patrik zabrał ze sobą całą teczkę. Położył ją na biurku.

Tylko konie mogły ją tu zatrzymać. Zdecydowanymi ruchami umiejętnie czyściła kasztanowatego wałacha. Praca fizyczna była dla niej swoistym wentylem. Dzięki niej mogła dać upust frustracji. Do dupy z tym wszystkim! Mieć siedemnaście lat i nie móc o sobie decydować! Niech tylko osiągnie pełnoletność, zaraz zwieje z tej cholernej dziury. Od razu przyjmie ofertę fotografa, który ją zaczepił na ulicy w Göteborgu. Kiedy już zostanie modelką w Paryżu i będzie zarabiać furę pieniędzy, powie im, gdzie sobie mogą wsadzić to swoje zasrane wykształcenie. Fotograf powiedział jej, że wartość modelki zmniejsza się z każdym rokiem. To znaczy, że traci szansę na cały rok takiego życia tylko dlatego, że staremu odbiło z wykształceniem. Przecież do chodzenia po wybiegu nie trzeba wykształcenia, a jak już będzie miała dwadzieścia pięć lat i będzie za stara, to wyjdzie za jakiegoś milionera i będzie mogła się śmiać z gróźb starego, że ją wydziedziczy. Stać ją będzie, żeby w jeden dzień wydać na zakupy tyle, ile jest wart cały ten jego majątek.

Fantastyczny braciszek też nie ułatwia sprawy. Lepiej wprawdzie mieszkać u niego i u Marity niż w domu, ale tylko niewiele lepiej. Taki jest do wyrzygania solidny. Nigdy nie zrobi błędu, za to ona jest zawsze wszystkiemu winna.

– Linda?

Boże, nawet w stajni nie zostawią jej w spokoju.

– Linda? – W jego głosie słychać było ponaglenie. Wiedział, że siostra jest w stajni, nie miała szans umknąć.

– Ojejej, znowu. Co jest?

– Niepotrzebnie odpowiadasz takim tonem. Nie wymagam wiele, ale mogłabyś być grzeczniejsza.

W odpowiedzi zaklęła pod nosem. Jacob postanowił nie zwracać na to uwagi.

– Pomyślałeś o tym, że jesteś moim bratem, a nie ojcem?

– Wiem o tym bardzo dobrze, ale jak długo mieszkasz pod moim dachem, ponoszę za ciebie odpowiedzialność.

Jacob myśli, że zjadł wszystkie rozumy, bo jest piętnaście lat starszy. Łatwo strugać ważniaka, kiedy się ma zapewnioną przyszłość. Ile razy stary mówił, że jest dumny z takiego syna, że Jacob z pewnością będzie dobrze zarządzać rodzinnym majątkiem. Dlatego Linda przypuszczała, że właśnie on pewnego dnia przejmie cały ten kram. Na razie może sobie udawać, że mu nie zależy na pieniądzach, ale ona swoje wie. Ludzie podziwiają Jacoba za to, że pomaga młodym, którzy zeszli na manowce, ale wiadomo, że z czasem odziedziczy i dwór, i majątek – ciekawe, co wtedy zostanie z jego społecznictwa.

Zachichotała. Jacob wściekłby się, gdyby wiedział, że siostra co wieczór wymyka się z domu. A gdyby jeszcze wiedział, z kim się spotyka, wygłosiłby niezłe kazanie. Łatwo gadać o solidarności z biednymi, dopóki nie przekraczają progu naszego domu. Gdyby Jacob wiedział, że Linda umawia się z Johanem, wściekłby się z jeszcze jednego, poważniejszego powodu. Otóż Johan był ich kuzynem, a waśń między rodzinami trwała już od bardzo dawna. Zaczęło się jeszcze przed jej urodzeniem, ba, jeszcze przed urodzeniem Jacoba. Od czego się zaczęło, nie wiedziała. Wiedziała tylko, że rodziny się nie lubią, co zresztą przydawało pikanterii randkom z Johanem. Dobrze się czuła w jego towarzystwie. Był wprawdzie nieśmiały, ale o całe dziesięć lat starszy, co dodawało mu pewności siebie, o jakiej chłopcy w jej wieku mogliby tylko marzyć. Nie przeszkadzało jej, że są kuzynami. W dzisiejszych czasach kuzyni mogą się nawet ze sobą żenić. Linda nie miała tego w planach, ale też nie miała nic przeciwko, żeby razem z Johanem spróbować tego czy tamtego, byle w tajemnicy.

– Masz coś do mnie czy tylko sprawdzasz?

Jacob westchnął głęboko i położył jej rękę na ramieniu. Próbowała się cofnąć, ale przytrzymał ją.

– Nie rozumiem, skąd ta złość. Młodzi ludzie, którymi się zajmuję, daliby wszystko, żeby mieć taki dom i takie życie jak ty. Mogłabyś się zachowywać dojrzalej, okazać choć trochę wdzięczności. Tak, chciałem coś powiedzieć, mianowicie że Marita nakryła do stołu, więc przebierz się i chodź jeść.

Puścił jej ramię, wyszedł ze stajni i ruszył w kierunku domu. Linda odłożyła zgrzebło, mrucząc pod nosem, a potem poszła się przebrać. Jednak zgłodniała.

Martin miał złamane serce. Kolejny raz. Nie umiałby nawet powiedzieć który. I wcale przez to nie bolało mniej. Myślał, tak jak poprzednio, że dziewczyna, która złożyła głowę na poduszce obok, jest tą jedyną, tą na zawsze. Wiedział, że jest już zajęta, a mimo to naiwnie wierzył, że jest dla niej czymś więcej niż rozrywką i dni jej dotychczasowego partnera są policzone. Nie domyślał się, że niewinny wyraz jego ładnej twarzy jak muchy do miodu przyciąga kobiety starsze, ustatkowane i już znudzone swoimi partnerami. Nie znaczyło to jednak wcale, że zamierzają ich porzucić dla miłego dwudziestopięcioletniego policjanta, choć nie miały nic przeciwko temu, żeby figlować z nim w łóżku, by zaspokoić zmysły i utwierdzić się w swojej kobiecości. Oczywiście Martin nie miał nic przeciwko fizycznej stronie romansu, miał zresztą duży talent w tej dziedzinie. Problem polegał na tym, że był niezwykle uczuciowy. Martin Molin był tak podatny na miłość, że musiało się to kończyć płaczem i zgrzytaniem zębów. Kolejne kobiety wycofywały się, wracając do nudnego, ale statecznego i dobrze znanego życia.

Martin siedział za biurkiem. Westchnął głęboko i całym wysiłkiem woli skupił się na swoim zadaniu. Żaden z dotychczasowych telefonów nic nie dał, ale została mu jeszcze długa lista komend rejonowych. Awarię tak bardzo potrzebnej mu elektronicznej bazy danych przypisał prześladującemu go pechowi. Tylko dlatego musi tkwić przy telefonie, wybierając kolejne numery i szukając osoby pasującej do rysopisu denatki.

Po dwóch godzinach dzwonienia rozsiadł się na krześle i rzucił długopis. Żadnego ze zgłoszeń o zaginięciach nie dało się połączyć z rysopisem ofiary. Co dalej?

Cholerna niesprawiedliwość. Jest przecież starszy od tego smarkacza i to on powinien prowadzić śledztwo. Wiadomo, świat jest niewdzięczny. Tyle lat płaszczył się przed Mellbergiem i proszę, co z tego ma. Jadąc do Fjällbacki, brał zakręty z taką prędkością, że gdyby nie policyjne oznakowanie na samochodzie, zobaczyłby w lusterku niejeden uniesiony do góry środkowy palec. Niechby spróbowali, pieprzeni turyści, już on im pokaże.

Rozpytać się wśród sąsiadów! To zadanie dla praktykanta, nie dla policjanta z dwudziestopięcioletnim stażem. W sam raz dla tego smarkacza Martina. Ernst chętnie podzwoniłby sobie i pogadał z kolegami z sąsiednich rejonów.

Gotował się w środku, ale w jego przypadku był to stan naturalny. Trwał od wczesnego dzieciństwa. Ernst miał choleryczne usposobienie, przez co niezbyt nadawał się do pracy wymagającej kontaktu z ludźmi. Z drugiej strony cieszył się szacunkiem wśród chuliganerii. Wiedziały łobuzy, że dla własnego dobra nie ma co podskakiwać Lundgrenowi.

Jechał przez Fjällbackę. Na widok policyjnego samochodu wyciągały się szyje i ręce. Domyślił się, że wiadomość już się rozeszła po całej miejscowości. Ingrid Bergmans torg był zastawiony samochodami parkującymi niezgodnie z przepisami. Ernst musiał jechać w żółwim tempie i z zadowoleniem obserwował, jak ludzie wybiegają z kawiarnianego ogródka. Bardzo dobrze. Jeśli wracając, zastanie tu jeszcze jakieś samochody, z przyjemnością poświęci chwilę, żeby zepsuć humor ich właścicielom. Na przykład każe dmuchać w balonik. Widział przecież, że wielu z nich siedziało nad kuflem zimnego piwa. Jak dobrze pójdzie, zabierze niejedno prawko.

W uliczce u wylotu Wąwozu Królewskiego było ciasno, ale jakoś mu się udało wcisnąć samochód. Mógł przystąpić do chodzenia od drzwi do drzwi. Zgodnie z przewidywaniami nikt nic nie widział. Ludzie, którzy zwykle wiedzą nawet to, że sąsiad zza ściany puścił bąka, okazywali się ślepi i głusi, gdy pytała policja. Chociaż – musiał przyznać – może naprawdę nic nie słyszeli. Latem pijacy wracający nad ranem do domu robią tyle hałasu, że żeby spać, trzeba się nauczyć nie zwracać uwagi na dźwięki dochodzące z ulicy. Wściec się można.

Dopiero w ostatnim domu, najdalej od wylotu wąwozu, trafił na coś ciekawego. Niby nic wielkiego, ale zawsze coś. Dziadek wstał na sikanie koło trzeciej i słyszał podjeżdżający samochód. Powiedział nawet, że była dokładnie za kwadrans trzecia, ale nie zawracał sobie głowy wyglądaniem przez okno, więc nie umiał nic powiedzieć o kierowcy ani o samochodzie. Tyle tylko, że nie był to nowy samochód, miał swoje lata. Był kiedyś instruktorem jazdy i jeździł w życiu tyloma samochodami, że był pewien: to był grat.

 

Super: dwie godziny chodzenia po domach, żeby się dowiedzieć, że morderca prawdopodobnie przywiózł szczątki koło trzeciej, a samochód to jakiś starszy model. Niewiele.

Trochę mu się humor poprawił, gdy wracając do komisariatu, przejeżdżał przez plac i zobaczył, że pojawiły się kolejne nieprawidłowo parkujące samochody. No to teraz sobie podmuchamy, aż będzie furczeć w płucach.

Długi dzwonek do drzwi przerwał Erice mozolną wędrówkę z odkurzaczem po domu. Pot lał się z niej strumieniami. Zanim otworzyła drzwi, odgarnęła z czoła mokre kosmyki. Musieli naprawdę gnać, żeby dojechać tak szybko.

– Cześć, grubasku!

Natychmiast znalazła się w mocnych objęciach, przekonując się przy okazji, że nie tylko ona się poci. Nos tkwiący pod pachą Conny’ego podpowiadał, że w porównaniu z nim pachnie jak róża.

Wydostała się z objęć Conny’ego, żeby przywitać się z jego żoną Brittą, z którą dotąd spotkała się zaledwie parę razy. Podały sobie ręce. Dłoń Britty była wiotka i wilgotna jak śnięta ryba. Erika wzdrygnęła się. Musiała się zmusić, by nie wytrzeć ręki o spodnie.

– Ale brzuszysko! Masz tam bliźniaki, czy co?

Erika bardzo nie lubiła takich komentarzy, ale zdążyła już pogodzić się z tym, że ludzie czują się upoważnieni nie tylko do komentowania, ale nawet do poufałego dotykania jej brzucha. Zdarzało się, że macali ją po brzuchu zupełnie obcy ludzie, którzy specjalnie w tym celu do niej podeszli. Domyślała się, że zaraz się zacznie, i rzeczywiście – już po chwili poczuła na brzuchu dłonie kuzyna.

– Będzie z niego piłkarz! Z takim kopem musi być chłopak. Dzieciaki, chodźcie dotknąć!

Erika nie miała siły protestować i po chwili została zaatakowana przez cztery rączki lepiące się od lodów. Zostawiały ślady na jej białej koszulce. Na szczęście Lisa i Victor – lat sześć i osiem – szybko stracili zainteresowanie.

– A co na to dumny ojciec? Pewnie liczy dni, co? – Conny nie czekał na odpowiedź, a Erika przypomniała sobie, że umiejętność prowadzenia rozmowy nie należy do jego mocnych stron. – Pamiętam, jak nasze smarkacze przyszły na świat. Niesamowite przeżycie. Ale przekaż mu, żeby ci tam nie zaglądał, bo na długo straci całą ochotę.

Zarechotał i szturchnął łokciem Brittę, która odpowiedziała niechętnym spojrzeniem. Erika zdała sobie sprawę, że czeka ją bardzo długi dzień. Oby Patrik wrócił do domu na czas.

Patrik delikatnie zapukał do pokoju Martina. Pozazdrościł mu porządku. Biurko było tak czyste, że mogłoby służyć za stół operacyjny.

– Jak ci idzie? Znalazłeś coś?

Za odpowiedź wystarczył mu wyraz zniechęcenia malujący się na twarzy Martina i potrząśnięcie głową. Szkoda. Na tym etapie śledztwa najważniejsze jest ustalenie tożsamości kobiety. Przecież ktoś musi jej szukać!

– A ty? – Martin kiwnął głową, wskazując na teczkę w ręku Patrika. – Znalazłeś, czego szukałeś?

– Zdaje się, że tak.

Patrik wziął krzesło stojące pod ścianą i postawił obok Martina.

– Zobacz. Pod koniec lat siedemdziesiątych we Fjällbace zaginęły dwie kobiety. Aż się dziwię, że zapomniałem. Przecież wtedy to była wiadomość z pierwszych stron gazet. W każdym razie mam materiały zebrane w śledztwie.

Teczka, którą położył na biurku, była mocno zakurzona. Martina aż swędziały ręce, żeby ją wytrzeć. Powstrzymało go ostrzegawcze spojrzenie Patrika, który otworzył teczkę i pokazał mu znajdujące się z wierzchu zdjęcia.

– To Siv Lantin, zaginęła w noc świętojańską 1979 roku. Miała dziewiętnaście lat. – Patrik wyciągnął kolejne zdjęcie. – A to Mona Thernblad, zaginęła dwa tygodnie później, miała osiemnaście lat. Nie odnaleźli ich mimo bardzo rozległych poszukiwań, także w wodach przybrzeżnych i tak dalej – wszędzie, gdzie można sobie wyobrazić. W jakimś rowie znaleziono rower należący do Siv, i to wszystko. W przypadku Mony nie znaleziono żadnego śladu poza jednym sportowym butem.

– Teraz i mnie się przypomniało. Był jakiś podejrzany, prawda?

Patrik przerzucił pożółkłe dokumenty i wskazał palcem nazwisko.

– Johannes Hult. A co najciekawsze, jego brat, Gabriel Hult, zadzwonił na policję z informacją, że widział Johannesa, gdy w noc zaginięcia Siv jechał z nią samochodem w kierunku swojego gospodarstwa w Bräcke.

– I jak policja potraktowała to doniesienie? Przecież jeśli się donosi na własnego brata jako podejrzanego o morderstwo, to musi się za tym kryć coś jeszcze.

– Hultowie są skłóceni od lat, wszyscy o tym wiedzieli. W związku z tym, jak się zdaje, policja podeszła do tej informacji nieufnie, ale trzeba było to sprawdzić, więc Johannes został kilkakrotnie przesłuchany. Ale poza zeznaniem brata nie znaleziono przeciwko niemu żadnych dowodów. Było tylko słowo przeciw słowu, więc go puścili.

– I co się z nim stało?

– Nie jestem pewien, ale wydaje mi się, że wkrótce potem odebrał sobie życie. Szkoda, że nie ma Anniki. W mgnieniu oka mielibyśmy aktualne dane. W teczce jest tego niewiele.

– I jesteś pewien, że te dwa szkielety to szczątki tych kobiet?

– Pewności nie mam, ale jest duże prawdopodobieństwo. Mamy do czynienia z dwoma zaginięciami kobiet z końca lat siedemdziesiątych i z dwoma szkieletami, dosyć starymi. Jakie jest prawdopodobieństwo, że to zbieg okoliczności? Ale oczywiście dopóki nie zobaczę protokołu lekarza sądowego, nie będę miał pewności. Postaram się, żeby jak najprędzej dostał te dokumenty.

Patrik rzucił okiem na zegarek.

– O cholera, muszę przyśpieszyć. Obiecałem, że wrócę do domu wcześniej. Przyjechał kuzyn Eriki. Muszę na wieczór przygotować krewetki i tak dalej. Mógłbyś dopilnować, żeby patolog to dostał? I wymieńcie się informacjami z Ernstem, może dowiedział się czegoś ciekawego.

Gdy wyszedł z komisariatu, odniósł wrażenie, jakby się zderzył ze ścianą, taki był upał. Podszedł szybko do samochodu, żeby znaleźć się w klimatyzowanym wnętrzu. Jeżeli jego ten upał zwala z nóg, może sobie tylko wyobrażać, jak się czuje Erika. Biedactwo.

Pech, że akurat dziś wypadły te odwiedziny. Domyślał się jednak, że trudno jej było odmówić. Ale skoro Floodowie jutro mają jechać dalej, zmarnują im tylko jeden wieczór. Włączył klimę i ruszył do Fjällbacki.

– Rozmawiałeś z Lindą? – Laine nerwowo zaciskała dłonie. Nie znosił tego jej nawyku.

– Nie ma o czym. Ma robić, co jej każę, i tyle.

Gabriel nawet nie spojrzał na żonę i nie przerwał pisania. Odpowiadał zdawkowo, ale Laine nie dawała się zbyć tak łatwo. Niestety. Pragnąłby – już od wielu lat – aby jego żona częściej przedkładała milczenie nad mowę. Bardzo by na tym zyskała.

Gabriel Hult miał osobowość księgowego. Uwielbiał zestawiać przychody i rozchody i na koniec robić bilans. Z całego serca nie znosił zaś wszystkiego, co wiązało się z uczuciami i nie miało nic wspólnego z logiką. Mawiał, że człowiek powinien być zawsze schludny i dlatego mimo letniego upału miał na sobie koszulę i nienagannie odprasowany garnitur, chociaż z cieńszego materiału. Ciemne włosy, z wiekiem przerzedzone, zaczesywał do góry, nie próbując ukrywać łysiny na środku głowy. Całości dopełniały okrągłe okulary, zawsze na czubku nosa. Spoglądał znad nich protekcjonalnie. Najważniejsza jest sprawiedliwość – to była jego życiowa dewiza. Życzyłby sobie, aby kierowały się nią również osoby z najbliższego otoczenia, zamiast całą energię i siły poświęcać na wytrącanie go ze stanu doskonałej równowagi, a tym samym obrzydzać mu życie. Wszystko byłoby prostsze, gdyby go słuchały, zamiast wymyślać jakieś głupstwa.

Jego największym zmartwieniem była Linda. Jacob w okresie dojrzewania nie przysparzał mu tylu kłopotów. Wyobrażał sobie, że dziewczynki są spokojniejsze i bardziej uległe od chłopców. Tymczasem na głowę spadło mu nastoletnie monstrum, które zawsze ma inne zdanie i robi wszystko, aby spaskudzić sobie życie. Nie podobał mu się głupi pomysł zostania modelką. Wprawdzie ładna z niej dziewczyna, ale rozum niestety odziedziczyła po matce i w twardym świecie mody nie miałaby najmniejszych szans.

– Laine, rozmawialiśmy już o tym, nie zmieniłem zdania. Nie ma mowy, żeby Linda jechała na sesję zdjęciową do jakiegoś podejrzanego fotografa, który po prostu chce ją rozebrać. Linda ma się uczyć i już, nie ma o czym dyskutować.

– Ale ona za rok skończy osiemnaście lat, a wtedy i tak zrobi, co będzie chciała. Nie lepiej ją teraz wspierać, niż ryzykować, że za rok odejdzie od nas na zawsze?

– Linda wie, kto jej daje pieniądze, i zdziwiłbym się bardzo, gdyby zniknęła, nie zapewniając sobie stałego dopływu gotówki. Zapewni go sobie, jeśli będzie się uczyć. Obiecałem jej comiesięczną sumę w zamian za kontynuowanie nauki i obietnicy tej zamierzam dotrzymać. I nie życzę sobie więcej o tym rozmawiać.

Laine nadal splatała i rozplatała dłonie. Zrozumiała, że przegrała, i ze zwieszonymi ramionami wyszła z pokoju. Zamknęła delikatnie drzwi. Gabriel westchnął z ulgą. Denerwowało go jej gadanie. Po tylu latach małżeństwa powinna wiedzieć, że raz podjętej decyzji nie zmieni.

Zadowolenie i spokój wróciły dopiero, gdy znów zabrał się do pisania. Komputerowe programy do księgowania nie zdobyły jego uznania. Uwielbiał mieć przed sobą wielką księgę rachunkową z wypisanymi porządnie szeregami cyfr, sumowanymi na każdej stronie. Skończył i zadowolony rozparł się na krześle. Oto świat, nad którym sprawuje kontrolę.

Przez chwilę Patrik pomyślał, że chyba się pomylił. Czy to możliwe, żeby to był ten sam cichy, spokojny dom, z którego wyjechał dziś rano? Poziom hałasu przekraczał wszelkie dopuszczalne normy. Dom wyglądał, jakby ktoś wrzucił do środka granat. Wszędzie walały się nieznane mu sprzęty, inne leżały nie tam, gdzie powinny. Wyraz twarzy Eriki powiedział mu, że powinien był zjawić się już godzinę, a jeszcze lepiej dwie godziny temu.

Ze zdumieniem doliczył się zaledwie dwójki dzieci i dwojga dorosłych. Zdziwił się, bo robili zamieszanie jak całe przedszkole. Telewizor był nastawiony bardzo głośno, na kanał z kreskówkami Disneya. Nieduży chłopczyk biegał za jeszcze mniejszą dziewczynką z plastikowym pistoletem w dłoni. Rodzice rozsiedli się wygodnie na werandzie. Wielki, fajtłapowaty z wyglądu facet radośnie machnął Patrikowi na powitanie, ale nie zawracał sobie głowy wstawaniem z kanapy. Nie chciał się odrywać od półmiska z ciastkami.

Patrik poszedł do kuchni, do Eriki. Rzuciła mu się w ramiona.

– Kochany, zabierz mnie stąd. Musiałam ciężko zgrzeszyć w poprzednim wcieleniu, że mnie to spotkało. Te dzieci to wcielone diabły, a Conny to – Conny. Jego żona się prawie nie odzywa, kwaśna jak cytryna. Ratunku! Niech się stąd wyniosą jak najprędzej.

– Idź, spokojnie weź prysznic, a ja się zajmę gośćmi. Przecież jesteś cała mokra.

– Dziękuję, prawdziwy anioł z ciebie. Przygotowałam kawę. Piją już po trzeciej filiżance, ale Conny zaczął dawać do zrozumienia, że ma ochotę na coś mocniejszego. Sprawdź, co mamy.

– Załatwię to. Kochanie, już cię tu nie ma, bo jeszcze się rozmyślę.

Dostał całusa, a potem Erika z trudem zaczęła wdrapywać się po schodach do łazienki.

– Ja chcę lody!

Victor zaczaił się za Patrikiem, celując do niego z pistoletu.

– Niestety, nie mamy w domu lodów.

– To idź kupić.

Patrik czuł, jak go ogarnia wściekłość na to bezczelne dziecko, ale postarał się mówić uprzejmie i spokojnie.

– Nie mam zamiaru. Na werandzie są ciastka, możesz sobie wziąć.

– Ja chcę lody!!! – dzieciak wrzeszczał, podskakując. Ze złości aż poczerwieniał na buzi.

– Powiedziałem, nie ma lodów! – Patrik tracił cierpliwość.

– LODY, LODY, LODY…

Victor nie dawał za wygraną, ale z oczu Patrika prawdopodobnie wyczytał, że przebrał miarę. Umilkł i wycofał się z kuchni. Pobiegł z płaczem do rodziców, którzy siedzieli na werandzie, zupełnie nie zwracając uwagi na hałasy dobiegające z kuchni.

– TAATAA, ten wujek jest niedobry! Ja chcę LODY! LODY!

Patrik udawał, że nie słyszy, i z dzbankiem z kawą w dłoni poszedł się przywitać. Conny wstał i wyciągnął rękę. Następnie Patrik miał wątpliwą przyjemność uścisnąć rybią dłoń Britty.

– Victor jest na etapie sprawdzania, jak daleko może się posunąć. Nie chcielibyśmy ograniczać rozwoju jego osobowości. Chodzi o to, by sam się zorientował, gdzie przebiega granica między jego życzeniami a życzeniami otoczenia.

 

Britta z czułością spojrzała na syna. Patrik przypomniał sobie, że jest psychologiem. Cóż, jeśli ma takie poglądy na wychowanie, zapewne Victor, gdy podrośnie, będzie miał częsty kontakt z przedstawicielami tego zawodu. Conny zdawał się nie zwracać na nic uwagi. Uciszył syna, wkładając mu do buzi spory kawałek ciastka. Sądząc po pulchnych kształtach dziecka, była to sprawdzona metoda. Patrik musiał przyznać, że rzeczywiście jest skuteczna i w swej prostocie bardzo pociągająca.

Erika wróciła spod prysznica ze znacznie weselszą miną. Patrik właśnie stawiał na stole krewetki z dodatkami. Zdążył też przywieźć pizzę dla dzieci, domyślając się, że tylko to zapobiegnie całkowitej katastrofie.

Zasiedli do stołu. Erika już otwierała usta, by zachęcić do jedzenia, kiedy Conny zanurzył obie ręce w krewetkach i nałożył sobie jedną garść, potem drugą, wreszcie trzecią. W misce zostało mniej niż połowa.

– Mmm, pycha. Macie przed sobą człowieka, który zna się na krewetkach. – Conny poklepał się po brzuchu i rzucił się do jedzenia.

Patrik pomyślał o dwóch kilogramach nieprzyzwoicie drogich krewetek. Westchnął w duchu i nałożył sobie garstkę. Nie zajęła wiele miejsca na talerzu. Erika w milczeniu zrobiła to samo i podała miskę Britcie, która z ponurą miną nałożyła sobie resztę.

Po nieudanej kolacji przygotowali gościom spanie w pokoju gościnnym i poszli do siebie, wymawiając się tym, że Erika musi odpocząć. Patrik pokazał Conny’emu, gdzie trzyma whisky, po czym z ulgą poszedł na górę. Tam był spokój.

Położyli się do łóżka i Patrik zaczął opowiadać, co się wydarzyło w ciągu dnia. Już dawno przestał przed nią ukrywać, co się dzieje w pracy. Wiedział, że nikomu tego nie powtarza. Gdy doszedł do dwóch zaginionych kobiet, nadstawiła ucha.

– Pamiętam, czytałam o tym. Myślicie, że to ich kości?

– Jestem tego prawie pewien. W przeciwnym razie byłby to wręcz niewyobrażalny zbieg okoliczności. Gdy tylko dostaniemy protokół lekarza sądowego, ruszymy ze śledztwem na poważnie. Na razie trzeba brać pod uwagę najróżniejsze możliwości.

– Nie przydałaby ci się pomoc przy wyszukiwaniu materiałów z tamtego okresu?

– Nie, nie, powinnaś odpoczywać. Nie zapominaj, że jesteś na zwolnieniu.

– Tak, ale ostatnio ciśnienie miałam w normie. Poza tym zaczynam wariować od siedzenia w domu. Nawet nie zaczęłam nowej książki.

Książka o Alexandrze Wijkner i jej tragicznej śmierci odniosła wielki sukces. Erika dostała umowę na następną książkę o zbrodni, która wydarzyła się w rzeczywistości. Ciężko się nad nią napracowała, kosztowała ją również wiele pod względem emocjonalnym, i po złożeniu jej w wydawnictwie nie miała siły pisać kolejnej. Sprawę rozstrzygnęło nadciśnienie, a w konsekwencji zwolnienie lekarskie. Z pewną niechęcią odłożyła pracę nad nową książką do czasu, aż urodzi się dziecko. Ale bezczynność ją męczyła.

– Przecież Annika jest na urlopie, więc tego nie zrobi. Poza tym to wcale nie łatwa praca. Trzeba wiedzieć, gdzie szukać, a ja wiem. Mogłabym zajrzeć tu i ówdzie…

– Nawet mowy nie ma. Jak dobrze pójdzie, Conny i jego dzika zgraja wyjadą jutro rano, a ty masz potem odpoczywać, słyszysz? Teraz siedź cicho, bo chcę pogadać z dzidziusiem. Trzeba zaplanować jego karierę piłkarską.

– Albo jej.

– Albo jej. Chociaż w takim przypadku niech raczej gra w golfa. Damska piłka nożna nie jest jeszcze zbyt dochodowa.

Erika westchnęła, ale posłusznie ułożyła się na wznak, by im ułatwić rozmowę.

– Nie zorientowali się, że się wymykasz z domu? – Johan leżał na boku obok Lindy, łaskocząc ją słomką.

– Nie, Jacob mi ufa. – Linda zmarszczyła czoło i zaczęła przedrzeźniać poważny głos brata. – Słyszał o tym na kursie „nawiązywania dobrego kontaktu z młodzieżą”. Najgorsze, że większość to kupuje. Niektórzy traktują to jak wyrocznię. Może jak człowiek dorasta bez ojca, to gotów jest wszystko kupić. – Ze złością odepchnęła słomkę. – Przestań, słyszysz?

– Bo co, pożartować nie można?

Zrobiło mu się przykro. Aby to załagodzić, Linda nachyliła się i pocałowała go. Ma dziś zły dzień i tyle. Rano dostała okres, czyli przez tydzień nie będzie się kochać z Johanem. W dodatku na nerwy działał jej wspaniały braciszek i jego równie wspaniała małżonka.

– Niech ten rok minie jak najprędzej, żebym mogła zwiać z tej cholernej dziury!

Rozmawiali szeptem, żeby nikt nie odkrył ich kryjówki, ale dla podkreślenia swoich słów Linda uderzyła w ścianę stodoły.

– Tak bardzo chcesz stąd uciec? Ode mnie też?

Johanowi robiło się coraz bardziej przykro. Linda musiała się ugryźć w język. Kiedy już znajdzie się w wielkim świecie, nawet nie spojrzy na kogoś takiego jak Johan, ale dopóki musi tu być, Johan starczy za rozrywkę. Ale nie dłużej. Oczywiście on nie musi o tym wiedzieć. Przytuliła się do niego, zwinięta w kłębek jak mały kotek. Nie reagował, więc chwyciła jego ramię i otoczyła nim swoje ciało. Palce Johana jakby same z siebie zaczęły po nim wędrować. Linda uśmiechnęła się do siebie. Mężczyźni tak łatwo dają sobą manipulować.

– A nie możesz jechać ze mną?

Spytała, wiedząc doskonale, że Johan nigdy w życiu nie zdoła się wyrwać z Fjällbacki, a zwłaszcza oderwać się od brata. Czasem zastanawiała się, czy jak idzie do ubikacji, też pyta o zgodę Roberta.

Nie odpowiedział.

– Rozmawiałaś ze swoim starym? Co mówi na to, że chcesz stąd wiać?

– A co ma mówić? Przez ten rok może mi jeszcze zabraniać, ale jak tylko skończę osiemnaście lat, nie będzie miał nic do gadania. Co go zresztą doprowadza do szału. Czasem myślę, że najchętniej wpisałby nas do tych swoich ksiąg. Jacob – debet, Linda – kredyt.

– Jaki znowu debet?

Linda zaśmiała się.

– To pojęcia z dziedziny księgowości, nie przejmuj się.

– Ciekaw jestem, co by było, gdybym… – Johan utkwił spojrzenie gdzieś za nią i gryzł słomkę.

– Gdybyś co?

– Gdyby mój stary nie stracił wszystkich pieniędzy. Może wtedy my mieszkalibyśmy we dworze, a ty w domku z wujkiem Gabrielem i ciocią Laine.

– Ale by było. Mama na dożywociu w domku. Biedna jak mysz kościelna.

Linda odchyliła głowę i roześmiała się tak serdecznie, że Johan musiał ją uciszać, żeby jej nie usłyszeli w domu Jacoba i Marity, o rzut kamieniem od stodoły.

– Może ojciec by żył. Matka nie siedziałaby całymi dniami nad tymi albumami.

– Przecież to nie z powodu pieniędzy…

– A skąd wiesz? Skąd możesz wiedzieć, dlaczego to zrobił! – Jego głos stał się donośny, krzykliwy.

– Wszyscy wiedzą.

Lindzie nie podobało się, że rozmowa zeszła na ten temat. Nie miała odwagi spojrzeć Johanowi w oczy. Za milczącym porozumieniem rodzinna waśń i wszystko, co się z nią łączyło, były tematem zakazanym.

– Wszyscy tak myślą, ale gówno wiedzą. I jeszcze ten twój brat. Mieszka w naszym domu. Co za świństwo.

– To nie jego wina. – Linda czuła się dziwnie, broniąc brata, na którego zwykle tak psioczyła, ale rodzina to rodzina. – Dostał gospodarstwo od dziadka. Zresztą zawsze był gotów pierwszy stanąć w obronie Johannesa.

Johan wiedział, że Linda ma rację. Złość mu przeszła. Faktem jest, że strasznie go bolało, gdy Linda czasem mówiła o swojej rodzinie. Przypominała mu, co stracił. Nie miał wprawdzie odwagi jej tego powiedzieć, ale uważał, że Linda jest niewdzięczna. Ona i jej rodzina mają wszystko, podczas gdy jego rodzina nie ma nic. I gdzie tu sprawiedliwość?

Jednocześnie gotów był wszystko jej wybaczyć. Nigdy nie kochał nikogo tak gorąco. Płonął na sam widok jej leżącego obok smukłego ciała. Chwilami nie mógł uwierzyć w swoje szczęście, nie mógł pojąć, dlaczego ta cudowna istota marnuje czas, aby się z nim spotykać. Teraz jednak nie zamierzał się tym zajmować. Przyciągnął ją do siebie, zamknął oczy i wdychał zapach jej włosów. Odpiął guzik jej spodni, ale złapała go za rękę.