3 książki za 35 oszczędź od 50%

Łowca cieni

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Łowca cieni
Łowca cieni
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 78,90  63,12 
Łowca cieni
Łowca cieni
Audiobook
42,90 
Szczegóły
Łowca cieni
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Plik jest zabezpieczony znakiem wodnym


Skuggjägaren

Copyright © Camilla Grebe 2019

Published by agreement with Ahlander Agency

Copyright © 2021 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2021 for the Polish translation by Elżbieta Ptaszyńska-Sadowska

(under exclusive license to Wydawnictwo Sonia Draga)

Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz

Zdjęcie autorki: © Viktor Fremling

Redakcja: Jolanta Olejniczak-Kulan

Korekta: Iwona Wyrwisz, Marta Chmarzyńska, Edyta Malinowska-Klimiuk

ISBN: 978-83-8230-130-4

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail: info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/WydawnictwoSoniaDraga

E - wydanie 2021

SPIS TREŚCI

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

16

17

18

19

20

21

22

23

24

25

26

27

28

29

30

31

32

33

34

35

36

37

38

39

40

41

42

43

44

45

46

47

48

49

50

51

52

53

54

55

56

57

58

59

60

61

Przypisy

Dla Katariny

„Nolite te bastardes carborundorum”.

Nie daj się zgnębić sukinsynom.

Margaret Atwood, Opowieść podręcznej

Czy słowa mogą łagodzić ból lub leczyć?

Czy jakakolwiek opowieść może sprawić, że niepojęte stanie się pojęte? Zamieni się w coś możliwego do zrozumienia, na co da się spojrzeć z boku, a nawet pewnego dnia da się to zostawić za sobą – jak miejsce, w którym przebywamy bardzo długo, ale po gruntownym przemyśleniu postanawiamy je opuścić?

Czy jeśli dodam słowo do słowa, złożę kawałki zdań i zdołam tchnąć życie w historię, jaka się z nich wyłania, stanie się ona tratwą, która wyprowadzi mnie z mroku?

Muszę spróbować.

Oto moja opowieść, moja tratwa. Zaczyna się od Elsie Svenns.

To pierwsza bohaterka książki. A także jej pierwsza ofiara. Oczywiście nie wie o tym w późny lutowy wieczór 1944 roku, gdy przykucnąwszy, siedzi przy dziecku na komendzie policji w sztokholmskiej dzielnicy Klara.

Elsie

Sztokholm, luty 1944

1

Chłopiec, który ma chyba nie więcej niż pięć lat, jest ubrany w łachmany i zawszony. Jego brudne włosy niemal się ruszają.

– Gdzie mieszka twoja ciocia? – Elsie pyta kolejny raz.

Ale mały nie odpowiada, tylko zacisnąwszy usta, wpatruje się w swoje rozpadające się buty.

Jego matka, wariatka Sara, leży na oddziale kobiecym miejscowego aresztu i trzeźwieje, ojciec nie jest znany, przynajmniej o ile wiadomo Elsie i policjantom, którzy niecałą godzinę wcześniej przywlekli kobietę na posterunek przy Mäster Samuelsgatan.

Wąskim korytarzem prowadzącym do kwater funkcjonariuszy stanu wolnego przechodzi dwóch mężczyzn w cywilnych ubraniach. Jednego z nich Elsie rozpoznaje jak przez mgłę. Podobno pracuje dla tajnych służb, które monitorują zagrożenia dla bezpieczeństwa królestwa. Ale o takich sprawach nie mówi się głośno, nawet tutaj, na komendzie policji.

Mężczyźni pozostawiają za sobą słabą smugę papierosowego dymu. Gdy chłopiec wciąż tylko szura stopą po podłodze, Elsie wzdycha bezradnie. Próbowała już wszystkiego – przemawiała do niego i łagodnie, i ostrzej, dała mu ciepłego mleka. Mały dostał nawet jedno z ciastek migdałowych, które policjanci przynieśli rano z piekarni przy Drottninggatan. Nic nie pomogło.

Patrząc na to dziecko, Elsie nie potrafi przestać myśleć o rodzinie, którą mogłaby mieć.

Jej narzeczony Axel pochodził z Norrlandii, był wielki jak niedźwiedź i miał złote serce. Ale cztery lata temu prom, którym chciano przetransportować dwa plutony batalionu inżynieryjnego Boden z zachodniego na wschodni brzeg jeziora Armasjärvi w Tornedalen, wywrócił się. Woda była lodowata, a żołnierze ciężko uzbrojeni – mimo potężnej postury i wielkiej siły Axel nie miał szans.

 

Zaledwie miesiąc po jego śmierci Elsie zorientowała się, że jest w ciąży. Było już za późno, by cokolwiek z tym zrobić, zresztą i tak nie chciała iść do jakiejś pokątnej „położnej” i narażać się na wykrwawienie gdzieś na posadzce w piwnicy.

Na wiosnę potajemnie urodziła córkę. Przez przyjaciół poznała Valdemara i Hilmę, małżeństwo, które obiecało się zająć małą Britt-Marie, przynajmniej dopóki Elsie nie uporządkuje swojego życia.

„Uporządkowanie życia” oznaczało w praktyce wyjście za mąż. Nie pojawił się jednak żaden kandydat, toteż gdy oddawała córeczkę Hilmie i Valdemarowi wraz z obrączką zaręczynową otrzymaną od Axela, podejrzewała, że już nigdy nie odzyska dziecka.

Nie było dnia, by nie myślała o Britt-Marie i Axelu, o rodzinie, której los jej poskąpił. Tymczasem życie toczyło się dalej, taka bowiem jego natura. W końcu również ona stworzyła sobie wcale nie taką złą egzystencję, daleko od wioski w szwedzkiej parafii Korsholm w Österbotten, gdzie się urodziła.

Pracuje jako siostra policyjna w dzielnicowej komendzie Klara, a mieszka u wdowy w jednym z nowych domów czynszowych przy Körsbärsvägen niedaleko Roslagstull. Dom jest wyposażony we wszelkie nowoczesne wygody, włącznie z wannami i elektrycznymi kuchenkami uruchamianymi na żetony. Stanowi przeciwieństwo nędznych mieszkań zastępczych przy Valhallavägen, gdzie wcześniej wdowa mieszkała z trójką swoich dzieci.

Każdego dnia Elsie wsiada do tramwaju i z Östra station jedzie do Norrmalmstorg, a potem krótko idzie na piechotę do komendy przy Mäster Samuelsgatan.

Życie równie dobre jak każde inne.

I nieskończenie lepsze od życia jej matki czy babki. Chociaż wręcz trudno to pojąć, obecnie kobiety mogą robić niemal wszystko to, co mężczyźni – pracować zawodowo, głosować, bawić się, mieszkać w pojedynkę. Tak, a nawet pracować na policji, w samym sercu świata mężczyzn.

Märta Karlsson wstaje od stołu w restauracji Trzy Puchary przy Regeringsgatan. Zatoczywszy się, chwyta się krzesła, aby nie upaść. Potem pochyla się nad blatem, podkrada chleb z koszyka i dyskretnie chowa go do torebki.

Mężczyzna, który stoi obok, jest ubrany w wełniane palto i kapelusz, a w ręce trzyma teczkę z błyszczącej skóry. Bierze kobietę pod ramię, po czym chwiejnym krokiem oboje ruszają między stolikami ku wyjściu.

Tego wieczoru miała szczęście, prawdziwe szczęście. Bo ten facet to gruba ryba, człowiek o sporej władzy i – przede wszystkim – z pieniędzmi. Dobrze płaci, o czym przekonała się już wcześniej. Poza tym jest szybki i ładnie pachnie – nie cuchnie obrzydliwie potem ani nie śmierdzi mu z ust, czego ona nie znosi.

– Czy da się pani zaprosić na papierosa? – pyta po wyjściu na zewnątrz.

Märta owija się szczelniej płaszczem i łapie ulicznej latarni, ponieważ ziemia faluje jej pod nogami. Zimne żelazo pali ją w skórę jak ogień, puszcza więc metalowy słup i energicznie rozciera sobie dłonie jedną o drugą.

Mężczyzna wyjmuje srebrne etui z wygrawerowaną tarczą herbową, ona jednak nie jest obeznana ze światem wykwintnych panów i nie potrafi powiedzieć, o jaki ród chodzi. Zresztą guzik ją to obchodzi. Bierze papierosa i pochyla się do przodu, gdy on z wprawą pstryka kciukiem zapalniczkę. Potem wciąga dym głęboko w płuca.

– O w mordę – mamrocze pod nosem. – Porządny tytoń. Dawno takiego nie paliłam.

Uśmiecha się szeroko i obraca ku niemu twarz, ale tylko na tyle, by mógł zobaczyć jedynie lewą stronę jej ust. Tę, za którą zachowały się jeszcze wszystkie zęby.

Teraz on przypala sobie papierosa.

– Idziemy? – pyta, wskazując na brukowaną ulicę, która rozciąga się przed nimi w ciemności.

Oboje ruszają w kierunku mieszkania Märty przy Norra Smedjegatan. Od czasu do czasu mijają w mroku pojedynczych przechodniów. Zbliżający się chodnikiem z naprzeciwka nieznajomy skłania głowę i uchyla kapelusza.

Mężczyzna w wełnianym palcie szybko zerka w bok.

– Pssst – szepcze Märta, gdy po dotarciu na miejsce wchodzą na klatkę schodową.

– Obiecuję, że będę cicho jak mysz – odpowiada zniżonym głosem jej towarzysz, łapiąc ją za pośladek.

Ona chichocze i ciągnie go za sobą przez dziedziniec w stronę oficyny. Wolną ręką strzepuje sobie z włosów płatki śniegu, aby starannie ułożone loki nie rozkręciły się pod wpływem wilgoci.

Na drugim piętrze wyjmuje klucz i otwiera niewielkie drzwi prowadzące do jakiejś nory.

Wszedłszy do środka, od razu przekręca klucz w zamku i chowa go w szparze między deskami podłogi – zdarza się bowiem, że jej klienci próbują się wymknąć, nie dotrzymawszy umowy.

Mężczyzna chwyta ją od tyłu za piersi. Ugniata je i ściska. Märta zaciska zęby, żeby nie jęczeć z bólu. Przez chwilę pozwala mu na to, po czym wymyka się i zapala świecę w lampce wiszącej przy wejściu.

W pomieszczeniu, w którym ledwie można stać prosto, miejsca starcza jedynie na kozetkę i jedno krzesło. Nie ma w nim okien, ale na jednej ścianie tuż pod sufitem znajduje się mały lufcik. Pod nim stoi worek z ziemniakami, a obok leżą dwie rozwalone drewniane skrzynki, które jej mąż Karl obiecał naprawić. Naprzeciw wejścia widać drugie drzwi – prowadzące do izby, gdzie Märta mieszka ze swoimi dziećmi i mężem. Są tak niskie, że trzeba się porządnie schylić, aby przez nie przejść.

Właśnie słychać zza nich krzyk dziecka.

To Holger, jej najmłodszy.

Od dwóch tygodni ma gorączkę i pluje krwią i Märta już nie wie, co ma z nim począć. Nie stać jej na pójście do lekarza, a z salwatoriankami, które pracują w okolicy, woli nie rozmawiać, bo one wszystkie chyba uważają, że ona, matka, nie potrafi zająć się własnymi dziećmi.

Żeby tylko Holger nie obudził reszty, myśli. Po chwili płacz ucicha. Najwyraźniej udało mu się zasnąć.

Ściąga z nóg zdecydowanie zbyt cienkie buty i rzuca płaszcz na krzesło. Potem odwraca się do mężczyzny. Bierze od niego palto oraz kapelusz i kładzie je na swoim płaszczu. Następnie chwyta koniec jego paska, rozluźnia go wprawnym ruchem i rozpina guziki spodni.

Spodnie zsuwają się na podłogę, tworząc kopczyk wokół bladych łydek.

Märta sięga ręką między uda mężczyzny i stwierdza, że jego przyrodzenie jest całkiem sflaczałe.

Śmieje się cicho.

– Coś nietęgo to wygląda.

– Słucham?

– Z tą łupinką raczej trudno będzie się zabawić.

Jej śmiech staje się coraz głośniejszy i przechodzi w rechot.

– Masz za zimne dłonie – odpowiada mężczyzna i cofa się o krok.

– Do tej pory nikt się nie skarżył. Nawet jak nie stanie, to i tak zapłata się należy. Uprzedzam, żeby pan wiedział.

Chociaż blask świecy nie daje wiele światła, Märta dostrzega jednak, że wyraz twarzy jej klienta z sekundy na sekundę się zmienia. Jego oczy się zwężają, szczęki napinają, a usta wykrzywiają w cierpkim grymasie. Postąpiwszy krok do przodu, chwyta ją za nadgarstki i syczy przez zęby:

– Żadna dziwka nie będzie tak do mnie mówiła.

Krople śliny padają na jej twarz, odwraca ją więc od niego.

– Ej, puszczaj.

Nagle uderza ją w policzek z taką siłą, że Märta traci równowagę i pada na podłogę.

– Jesteś tylko plugawą małą kurwą. Rozumiesz?

W jej oczach jest więcej zdziwienia niż strachu. Przecież spotykali się już nieraz i zawsze był eleganckim panem, takim, co to nie bije ani nie pije i zawsze płaci.

Dżentelmenem.

Kopie ją w bok, nawet nie tak mocno, mimo to cała zawartość żołądka podchodzi jej do gardła. Wymiociny zapychają nos, zmuszając ją do prychnięcia z obrzydzenia.

Przywykła do bicia – i przez klientów, i przez męża – dlatego prawie przestała na nie reagować. Nie jest jednak ryzykantką, w jej profesji nie wolno pozwalać sobie na coś takiego. Bo wtedy nie ma co liczyć na długie życie.

Podczołgawszy się do niskich drzwi prowadzących do mieszkania, otwiera je. Potem na czworaka wpełza do kuchni.

Holger siedzi na podłodze przed kuchenką i patrzy na nią ogromnymi błyszczącymi oczami. Wystające z nocnej koszuliny ręce są chude i sine. Na piersi widać jakieś plamy. W pierwszej chwili Märta sądzi, że to krew, ale potem przekonuje się, że on zwymiotował.

– Holger – mówi do niego. – Musisz…

W następnej sekundzie mężczyzna łapie ją za kostki u nóg i ciągnie do tyłu. Głowa uderza o podłogę.

Machając na oślep rękami, próbuje chwycić coś w ręce, ale natrafia jedynie na lnianą ścierkę zwisającą z szafki. Ściąga ją, a wraz z nią naczynia, które leżały na niej do wyschnięcia, podczas gdy klient wlecze ją po podłodze z powrotem do klitki. Kawałki rozbitych talerzy rozsypują się po kuchni.

Ale Märta nadal się nie boi.

Chleb, przemyka jej przez głowę. Ten, który wzięła z Trzech Pucharów. Musi pamiętać, żeby potem dać go Holgerowi. Powinien koniecznie coś zjeść po tym, jak zwrócił kolację.

– Holger – woła.

Mężczyzna ciągnie ją do izby, centymetr po centymetrze.

Twarz syna o wytrzeszczonych oczach i jego zarzygana koszulina znikają z pola widzenia. Märta nie ma się czym bronić, ale wciąż ściska w ręce lnianą ścierkę, a wraz z nią drewnianą warząchew i parę porcelanowych skorup.

On zatrzaskuje drzwi, pochyla się i wyjmuje coś ze swojej teczki. Rozlega się metaliczny dźwięk.

– Połóż się na plecy!

Gdy ona nie reaguje, kopie ją w brzuch. Tak mocno, że zatyka jej dech.

Chwyta ją, obraca, a jednocześnie wolną ręką łapie za włosy. Potem z całej siły uderza głową o podłogę.

Łup, łup, łup.

Märta krzyczy przejęta przerażeniem.

Po raz pierwszy tego wieczoru naprawdę się wystraszyła – bo w miogotlliwym blasku świecy zobaczyła, co on trzyma w ręce.

– Panno Svenns?

Elsie zrywa się z miejsca, lekko dyga i obciąga trochę za ciasną spódnicę od munduru.

– Tak, panie sierżancie?

Cederborg stoi w drzwiach na szeroko rozstawionych nogach ze starym numerem „Wiadomości Policyjnych” w dłoni. Mrużąc głęboko osadzone oczy, przez chwilę jak gdyby się waha, po czym kontynuuje:

– Panna Svenns uda się z funkcjonariuszami Bobergiem i Starkiem na Norra Smedjegatan. Dostaliśmy powiadomienie o dzikiej awanturze w jednym z tamtejszych mieszkań, ale wszystkie radiowozy są zajęte, a Åberga i Zetterquista nie mogę nigdzie złapać.

Tego wieczoru Åberg i Zetterquist patrolowali na piechotę strefę numer trzy. Prawdopodobnie nie zauważyli mrugających lampek w sygnalizatorze pożarowym i dlatego nie oddzwonili na komendę. Radiowozy zaś nie były dostępne, przynajmniej tym razem, bo jest ich w całym Sztokholmie tylko osiem.

– Diabli wiedzą, gdzie oni się podziewają – mamrocze sierżant. – Pewnie jak zwykle stoją gdzieś w jakiejś bramie i kurzą. Lenie patentowane.

Gdy ze złością syczy przez zęby ostatnie słowa, Elsie nerwowo sięga po swój płaszcz i rękawiczki leżące na krześle obok. Jej torebka spada na podłogę i przypadkiem się otwiera, a ze środka wysypuje się kilka kartek żywnościowych.

– To znaczy, jeśli panna Svenns ma czas – dodaje sucho sierżant.

Elsie oblewa się rumieńcem i szybko zbiera swoje rzeczy.

– A chłopiec? Co z nim…

– Musi poczekać razem z matką w areszcie – przerywa jej. – W tamtym mieszkaniu na Norra Smedjegatan pewnie aż roi się od dzieci, dlatego chcę, żeby panna Svenns też tam poszła.

– Tak jest, panie sierżancie.

– I proszę zachować ostrożność!

Elsie z przejęciem kiwa głową. Wkłada czapkę i ostatni raz obrzuca spojrzeniem małego, który bawi się strzępem papieru zaciemniającego przypiętego pinezkami do ramy okna. Ma szkliste oczy i raz po raz kaszle jak gruźlik. Z małego nosa ciekną smarki, które w blasku lampy połyskują siarkową żółcią.

Boberg i Stark czekają na zewnątrz, kuląc się przed wiatrem. W ciemności wirują płatki śniegu.

– Panna Svenns – wita ją policjant Boberg i jego twarz nagle się rozjaśnia.

Elsie go lubi. Zawsze jest uprzejmy i nierzadko częstuje ją papierosem albo lurą nazywaną kawą. Można by niemal przypuszczać, że jest nią zainteresowany, w w i a d o m y sposób.

Ale Boberg ma żonę. Jest ojcem.

Uśmiecha się znowu i wyciera sobie czerwony nos.

Kiedy Elsie spogląda w jego przyjazne oczy, czuje ukłucie w okolicy serca i myśli o tym, jak wszystko mogłoby wyglądać, gdyby nie ta nieszczęsna wojna. Jest w stanie znosić próbne alarmy, racjonowanie żywności i podrabianą kawę. Może także wytrzymać bez ciepłej wody i nowych ubrań. Nie przeszkadzają jej też ohydne rury drenażowe rozłożone w parku i mające służyć do ochrony tych, którzy w razie nalotu bombowego nie zdążą się ukryć w bezpiecznym miejscu. Ale utratę własnej przyszłości – z Axelem i ich małą córeczką – opłakuje w każdej sekundzie. To zżera ją w nocy i zadręcza w dzień, jak złośliwe zwierzątko, dla którego nigdy nie chciała być mamką.

 

Szybko pokonują krótki odcinek dzielący ich od Drottninggatan, a potem skręcają w prawo. W ciemności przejeżdża omnibus. Pod murami domów leżą wielkie sterty drewna na opał, a w nich gnieżdżą się tłuste miejskie szczury. Mijająca ich grupka podchmielonych bon vivantów prawdopodobnie zmierza do jakiegoś lokalu albo speluny. Mimo zimna wszyscy mają rozpięte marynarki, a ich wąskie czarne krawaty powiewają na wietrze jak chorągiewki. Każdy jedną ręką trzyma się za głowę, żeby nie pozwolić wiatrowi porwać kapelusza z szerokim rondem.

Przed Hôtel de Suède stoi skulona gromadka odświętnie ubranych spacerowiczów, a tuż obok dorożkarz uruchamia agregat gazu generatorowego. Dokładnie naprzeciwko lśnią przeszklone wykusze hotelu Regina i idealnie wypolerowane mosiężne drzwi. Axel lubił żartować, że kiedyś spędzą w nim noc poślubną i wynajmą sobie ten sam pokój, w którym w 1917 roku nocował Lenin.

Wiatr unosi w powietrze jakąś starą ulotkę. Na widok tytułu Rosyjskie bomby nad Sztokholmem Elsie przeszywa dreszcz.

Niecały tydzień temu Rosjanie zrzucili bomby na szwedzką ziemię – być może przez pomyłkę, być może z pełną premedytacją, zdania są podzielone. W Eriksdal została uszkodzona wieża ciśnień, a na Ringvägen pod wpływem fali uderzeniowej szyby w oknach popękały jak cienki lód.

– Lepiej, żeby na miejscu panna Svenns trzymała się raczej z tyłu – odzywa się Boberg. – Mężczyzna, który dzwonił, mówił, że w jednym z mieszkań doszło do bijatyki i że brzmiało to tak, jakby cały dom miał się zaraz zawalić.

– Dobrze – zgadza się Elsie, wdzięczna, że towarzyszy jej dwóch solidnych funkcjonariuszy. Nieczęsto zdarzało się jej uczestniczyć w tego rodzaju akcjach, zwłaszcza o tej godzinie. Każdy doskonale wie, że o tej porze dnia żadna kobieta nie powinna pokazywać się sama tutaj, na Bagnie, jak nazywano tę część dzielnicy Klara.

Idą w dół Hamngatan i wkrótce wyłaniają się przed nimi zarysy domu towarowego Sidenhuset oraz teatru Blanche. Z daleka słychać też przenikliwe skrzypienie tramwaju wjeżdżającego na Norrmalmstorg.

Mróz szczypie w policzki, a gdy odbijają w prawo, w Norra Smedjegatan, wiatr zmusza Elsie do opuszczenia głowy i wtulenia twarzy w ramiona.

– Chodzi o Karla Karlssona – oznajmia Stark, który do tej pory nie odezwał się ani słowem.

Ten potężny policjant zawsze jest posępny i małomówny, a ona nie potrafi rozstrzygnąć, czy to wynika z jego nieśmiałości, czy raczej z nieokrzesania. Może i z jednego, i z drugiego. Albo też Stark należy do licznej grupy funkcjonariuszy, którzy uważają, że w policji nie ma miejsca dla kobiet.

– Znowu ten Karlsson? – dziwi się Elsie.

Karl Karlsson to notoryczny pijus i awanturnik. Przez ostatnie dziesięć lat regularnie, i to nierzadko, trafiał do więzienia na Långholmen. Jego żona Märta Karlsson również była obiektem zainteresowania instytucji porządku publicznego. Jako osoba znana ze zgubnej miłości do butelki i z nierządu, kilkakrotnie została ukarana zarówno za prostytucję, jak i włóczęgostwo.

Chwilę później docierają pod właściwy adres na Norra Smedjegatan.

– To tutaj – mówi Boberg, pchając bramę.

Wchodzą na ciemną klatkę schodową i na moment zatrzymują się w skupieniu. Słychać jedynie czyjeś pokasływanie i krzyk dziecka dochodzący zza grubych murów.

– Wygląda na to, że jest spokojnie – stwierdza Boberg.

Po chwili zapala się światło i w sieni pojawia się jakiś mężczyzna. Jest niski i przygarbiony, ubrany w pasiastą koszulę bez kołnierzyka i grube spodnie robocze. Przedstawia się jako Stark, dozorca, ten, który zawiadomił policję o awanturze.

Otwiera drzwi na podwórze, po czym zwraca się do Boberga:

– Tylko uważajcie, panowie, na tego Karlssona. Kiedy pije, robi się niebezpieczny.

Ziemię pokrywa cienka warstwa śniegu przecięta ścieżką wydeptaną w kierunku wychodka. Pod ścianami leżą sterty drewna, a oparty o rynnę rower ma wygięte przednie koło. Plamy na fasadzie po odpadniętym w wielu miejscach tynku nadają budynkowi nędzny wygląd starego kundla dotkniętego parchem.

Przechodzą do oficyny. Tu strop jest niższy, a klatkę schodową wypełnia odór śmieci, gotowanego jedzenia i dymu.

– Drugie piętro – bąka Stark i rusza po wąskich kamiennych schodach na górę.

Elsie odsuwa się na bok, aby przepuścić Boberga, który sprężyście bierze po dwa stopnie naraz, wskutek czego jego bagnet kołysze się w tę i z powrotem na czarnym pasie. Przed drzwiami na pierwszym piętrze stoją narzędzia – blaszane wiadro, łopata i oskard oparty styliskiem o posadzkę.

Idą wyżej. Stark puka do drzwi, ale nikt nie otwiera. Szybko zerka na kolegę, po czym naciska klamkę. Drzwi uchylają się ze skrzypieniem.

Pomieszczenie jest ciasne, wilgotne i zalatuje w nim wymiocinami i mokrą wełną. W słabym blasku lampy naftowej stojącej na stole Elsie dotrzega dzieci przycupnięte na podłodze przed kuchenką. Jest ich niemało, dolicza się siedmiorga, wszystkie wyglądają na mniej niż dziesięć lat. Oprócz dwóch materacy z końskiego włosia na podłodze wala się też kilka skłębionych zniszczonych koców. Przy samej kuchence deski są usiane skorupami potłuczonych naczyń.

– Jak się macie? – odzywa się Boberg, zdejmując z głowy karakułową czapkę ze złotym emblematem.

Żadne z dzieci nie odpowiada, wszystkie przysuwają się ciasno jedno do drugiego i w końcu wyglądają jak jedna nierozerwalna istota – bezkształtna masa złożona z ciał i skołtunionych czupryn.

Podczas gdy Boberg i Stark sprawdzają wąską kuchnię, Elsie przykuca obok nich.

– Dobry wieczór – mówi. – Nazywam się Elsie Svenns i jestem policyjną siostrą. Powiecie mi, co się stało?

Maluchy spoglądają na nią pełnymi strachu oczami i milczą. Podobnie jak chłopiec czekający na komendzie sprawiają wrażenie, jakby odjęło im mowę. Elsie podejmuje jeszcze jedną próbę, ale na próżno. Albo są bardzo wystraszone, albo jak wszyscy na Bagnie nie lubią przedstawicieli władzy.

Wstaje więc i podchodzi do kuchenki, żeby poszukać ewentualnych śladów, które by im podpowiedziały, co się tutaj wydarzyło. Na podłodze siedzi dwuletni szkrab. Ma tak brudną buzię, że Elsie nie może nawet dostrzec rysów twarzy. Posklejane włosy opadają na nienaturalnie chude ramionka. Ubranie, zrobione chyba ze starych szmat, jest brudne i pełne dziur. Malec – nie sposób nawet rozpoznać, czy to chłopiec, czy dziewczynka – ssie kawałek szmatki, którą ma owinięty kciuk.

Po lewej stronie znajdują się niskie drzwi, sięgające Elsie zaledwie do pachy. Może prowadzą do dawnej spiżarni.

Popycha je delikatnie, schyla się i wchodzi do środka.

W pomieszczeniu, w którym zamiast okna jest tylko mały lufcik w jednej ścianie, panuje prawie całkowita ciemność. Elsie mruga kilkakrotnie, aby oczy oswoiły się z mrokiem. W końcu dostrzega kozetkę i krzesło. A potem odkrywa coś, od czego włosy jeżą się jej na karku. Jęknąwszy, upuszcza torbę na podłogę.

Na podłodze leży na plecach kobieta z ramionami rozciągniętymi na boki. Zadarta do pasa spódnica odsłania łono. Z ust coś wystaje – zdaje się, że do gardła ma wepchniętą warząchew. W jednym kąciku widać cienką strużkę krwi. Ręce są pokrwawione, a po wewnętrznych stronach dłoni coś błyszczy – główki gwoździ? – jakby została przybita, ukrzyżowana na wytartych podłogowych deskach. Oczy ma matowe, jak gdyby pokrywała je cienka warstwa kurzu.

Gdy Elsie zamierza się pochylić, aby sprawdzić puls tej biedaczki, do środka wciska się Boberg i odpycha ją na bok.

– Boże, uchowaj – mamrocze, przykucając obok głowy kobiety. Po chwili zduszonym głosem dodaje: – To Märta Karlsson. Nie żyje.

Sekundę później krzyczy:

– Uważaj!

Elsie za późno odkrywa ciemną postać, która nagle wyłania się z cienia w głębi klitki. Jest tylko ciemniejszą plamą na tle czarnego jak smoła tła.

– Uciekaj! – wrzeszczy Boberg, na co ona natychmiast reaguje. Pochyla się i wybiega przez niskie drzwi, wymija dzieci i Starka w kuchni i pędzi do wyjścia. Ale zbyt wąska spódnica ogranicza jej ruchy, jego kroki są coraz bliżej.

Postać złożona z ciemności i cienia jest szybsza od niej.

Mężczyzna dogania ją na klatce i chwyta. Unosi ją nad posadzką. Sekundę później z potężną siłą ciska ją w dół kamiennych schodów, a ona turla się po nich jak szmaciana lalka. Łokcie obijają się o stopnie, szczęka uderza w beton i w następnej chwili słychać trzask kości, gdy nos rozbija się o ścianę. W końcu tył głowy opada na ziemię i fala mdłości wzbiera w jej ciele.

Wtedy mężczyzna dopada ją znowu.

Jego ciemne oczy błyszczą nad Elsie, czuć od niego alkoholem.

Powinien dać jej spokój, powinien uciekać dalej, ukryć się w ciemnościach Bagna, bo przecież ona nie może mu w niczym zaszkodzić. Jednak on robi co innego. Łapie ją za ramiona, podnosi, patrzy jej w oczy, a potem z rozmachem ciska na posadzkę.

Elsie słyszy dziwny chrzęst i czuje, jak coś zimnego wbija się jej w tył głowy.

Po chwili pojawia się ból i wtedy staje się dla niej jasne, że mężczyzna nadział jej czaszkę na ostry koniec oskarda, który stał oparty o ścianę. Potem klatka schodowa zaczyna się rozmywać i ból znika.

Obok niej wyłania się Boberg.

Gdy pochyla się nad nią, Elsie dostrzega w jego twarzy niedowierzanie i przerażenie, ale oprócz tego widzi coś jeszcze – młodą parę dzielącą się papierosem na Mosebacke oraz drewniane barki przycumowane przy Strandvägen. Widzi Britt-Marie śpiącą spokojnie w swoim łóżeczku, podczas gdy Valdemar popija kawę przygotowaną przez Hilmę. Widzi cały Sztokholm – wszystkich, którzy żyją w nim teraz, i tych, którzy żyli w nim przed nimi.

A wśród tego wszystkiego stoi jej matka, która umarła na hiszpankę. Obok niej czeka Axel, leniwie pochylony nad jedną ze starych górskich krów, które jego rodzina miała przed wojną. Wygląda młodo i krzepko i uśmiecha się od ucha do ucha.

Wyciąga do niej rękę, a ona podaje mu swoją.