Wybierz miłość

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Caitlin Crews

Wybierz miłość

Tłumaczenie: Pola Szafulera

HarperCollins Polska sp. z o.o.

Warszawa 2021

Tytuł oryginału: Unwrapping the Innocent’s Secret

Pierwsze wydanie: Harlequin Mills & Boon Limited, 2019

Redaktor serii: Marzena Cieśla

Opracowanie redakcyjne: Marzena Cieśla

© 2019 by Caitlin Crews

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o., Warszawa 2021

Wydanie niniejsze zostało opublikowane na licencji Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Harlequin i Harlequin Światowe Życie są zastrzeżonymi znakami należącymi do Harlequin Enterprises Limited i zostały użyte na jego licencji.

HarperCollins Polska jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A. Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-672 Warszawa, ul. Domaniewska 34A

www.harpercollins.pl

ISBN 978-83-276-7478-4

Konwersja do formatu EPUB, MOBI: Katarzyna Rek / Woblink

ROZDZIAŁ PIERWSZY

– Słucham? – zapytał sekretarz z niedowierzaniem w głosie. Pascal Furlani podzielał jego emocje, a nie był on człowiekiem akceptującym istnienie uczuć, chyba że akurat przynosiły mu jakieś korzyści.

– Pozwoliłem sobie skompilować kolejną listę kandydatów – kontynuował Guglielmo tym samym tonem, ponieważ nie był typem sekretarza, który bał się dzielić swoimi opiniami i uczuciami. – Wszystkie poprzednie nie spotkały się bowiem z pańską aprobatą.

Pascal wyczuł uszczypliwość tych słów. Specjalnie nie stanął przy oknie wychodzącym na jedną z najbogatszych dzielnic Rzymu, zamiast tego skierował wzrok na szklaną przegrodę, która oddzielała go od reszty jego eleganckiego, nowoczesnego biura. Było to doskonałe antidotum na zgiełk i wielką wagę rzymskiej historii, którą do granic możliwości przesycone było miasto. Pascal zbyt dobrze wiedział, jak wyglądało liczące sobie trzy tysiące lat miasto, od zapomnianych ulic po najbardziej znane place. Rozumiał, jak to jest dorastać pozostawionym samemu sobie, ignorowanym w cieniu ruin wspaniałego imperium. Był nieślubnym, odrzuconym synem mężczyzny, którego obchodziły jedynie jego prawnie usankcjonowane powinności, więc całkowicie się wypiął na własne błędy przeszłości. Pascal uczciwie zapracował na każdy centymetr tej przestrzeni z oszałamiającym widokiem, jednak większą dumę czuł na myśl o tym, co udało mu się stworzyć w środku murów firmy Furlani. Uznał to za przyzwoity początek, kiedy jego osobisty majątek przewyższył nie tylko majątek jego ojca, ale także wszystkich prawowitych dzieci ojca. Łącznie. Osiągnął ten kamień milowy w pierwszym roku po wypadku.

Wypadek.

Usta Pascala zacisnęły się w grymasie, kiedy przed jego oczami pojawiły się nieprzyjemne obrazy z czasów, o których wolał zapomnieć na zawsze. Jedyny fragment swojego życia, w którym stracił chwilowo koncentrację. Kiedy był tak bliski całkowitego zapomnienia o sobie. Nigdy nie zapomni, że ojciec wyrzucił go ze swojego życia z taką łatwością, jakby wyrzucał śmieci. Nie zamierzał nigdy mu wybaczyć. Zdecydował się dominować nad ojcem z dystansu i nie poświęcać mu nawet odrobiny swojej uwagi. Nie miał w tej kwestii żadnych wątpliwości, już odkąd był małym chłopcem – z wyjątkiem tej jednej, godnej pożałowania zimy.

W przypadku Pascala powiedzenie, że powstał z popiołów, nie miało wymiaru wyłącznie metaforycznego. Przejechał palcami po bliznach na szczęce, które opowiadały historię bolesnego wypadku samochodowego. Nawet je lubił, przypominały mu, kim był, co przeżył i jak niewiele brakowało, by porzucił swoje ambicje i cele na rzecz oddania się nic nieznaczącej pokusie… W każdym razie biuro przypominało mu, dokąd chce zmierzać i co jest w stanie osiągnąć swoją silną wolą i determinacją. Jego eleganckie, bogate życie było jedyną formą rewanżu wobec ojca, który się go wyparł, i matki, która zostawiła go samego na pastwę losu.

– Jeśli zwróci pan uwagę na swój tablet, proszę pana – rozległ się przesadnie spokojny głos sekretarza – to przygotowałem tam dla pana wybór dziedziczek, uporządkowany pod względem pozycji społecznej.

Budynek, w którym się znajdowali, wypełniony był po brzegi jego wizją. Jego pieniędzmi. Jego ludźmi działającymi, by urzeczywistniać jego marzenia. Kolejnym celem było znalezienie żony.

To, czy Pascal chciał się ożenić, miało z tym niewiele wspólnego. Żona sprawiłaby, że wyglądałby na bardziej ustabilizowanego i spokojnego. Jeśliby się ożenił, może tabloidy dałyby sobie spokój z tworzeniem sensacji z nim w roli głównej, co na pewno spotkałoby się z aprobatą zarządu. Małżonka mogłaby też zapewnić Pascalowi prawowitych spadkobierców jego fortuny i władzy. Jego dzieci nigdy nie musiałyby cierpieć tak jak on z powodu braku ojca i jego nazwiska. W dodatku ślub położyłby kres narzekaniom w firmie, jakoby Pascal był w jakiś sposób mniej godny zaufania niż inni dyrektorzy generalni, ponieważ był samotny, a oni wszyscy mieli idealne żony i dzieci. Oczywiście nikt nie wspominał o ich kochankach na boku i nieślubnych dzieciach, nigdy. Pascal odsunął rękę od blizny, która choć dawno już wyblakła, dziś wprawiała go w nostalgiczny nastrój. Zbliżał się grudzień. Pascal doskonale wiedział, jaki czas nadchodzi i dlaczego w jego myślach na nowo pojawił się temat wypadku. Nie zamierzał jednak obchodzić tej rocznicy, nigdy zresztą tego nie robił.

Spojrzał na wyraźnie zniecierpliwionego sekretarza.

– Co pozwala ci twierdzić, że ta kompilacja zdesperowanych bywalczyń salonów będzie bardziej atrakcyjna niż poprzednia? – zapytał Pascal.

– Szukamy osób dla pana atrakcyjnych? Moim kryterium było bardziej znalezienie kogoś w miarę odpowiedniego.

Pascal był pewien, że dostrzegł cień uśmiechu na twarzy sekretarza.

– Ostrożnie, Guglielmo – mruknął. – Bo zacznę podejrzewać, że nie traktujesz tego przedsięwzięcia poważnie.

Guglielmo wskazał na tablet leżący na marmurowym stole. Pascal podniósł go, wzdychając, i zaczął lustrować wzrokiem propozycje. Pani taka a taka, córka kogoś ze szlachetnym rodowodem, absolwentka prestiżowej uczelni, córka chińskiego filantropa, dwie kobiety z Francji o korzeniach sięgających rodziny królewskiej, argentyńska spadkobierczyni wychowana na fortunie z hodowli bydła. Wszystkie były piękne i spełnione na swój sposób, jedna prowadziła fundację charytatywną, druga grała na flecie w światowej klasy orkiestrze. Pascal upewnił się, że o żadnej z nich nie plotkowały tabloidy. Wystrzegał się skandali jak ognia. Nie zamierzał mieć żadnych mrocznych sekretów, ujawniających się w najgorszym możliwym momencie. Życie Pascala było wystarczającym skandalem. Jego istnienie przez długi czas było tajemnicą, a później stało się skandalem podłapanym przez magazyny plotkarskie. Nieślubne, odrzucone dziecko magnata morskiego. Zawsze czuł się naznaczony okolicznościami swojego urodzenia i złymi wyborami rodziców. W związku z tym pragnął żony z nieskalaną reputacją.

– Nie wygląda pan na zadowolonego – zauważył oschle Guglielmo. – Obawiam się, że znalezienie dziedziczki o nieskazitelnej przeszłości i dobrej pozycji społecznej nie jest najłatwiejszym zadaniem i po prostu kończą nam się opcje.

– Jestem przecież umówiony na spotkanie z jedną z poprzednich kandydatek dziś wieczorem – przypomniał mu Pascal.

– Wiem, sam zarezerwowałem państwu stolik niedługo po tym, jak poinformował mnie pan, że poprzednie spotkanie było „kompletną porażką”.

– Kobieta, z którą się spotkałem, diametralnie różniła się od tej ze zdjęć w internecie.

– Wie pan, jest to nieodłączna część randkowania w cyfrowej rzeczywistości.

– Guglielmo. Na zdjęciach, które mi pokazałeś, była słodko wyglądającą, konserwatywnie ubraną blondynką. Pojawiła się z niebiesko-różowym irokezem i rękawem tatuaży. W ten sposób podobała mi się bardziej, jeśli mam być szczery, ale nie mogę paradować z księżniczką punk rocka przed zarządem. Gdybym mógł, z chęcią bym to zrobił.

– Kobieta, z którą spotykasz się dziś wieczorem, jest bardzo aktywna w mediach społecznościowych i nie ma w niej cienia punk rocka. Sprawdziłem – odparł Guglielmo.

– Być może dziś wieczorem zaniemówię z zachwytu i nie będziemy musieli już dłużej szukać.

– Nadzieja umiera ostatnia – mruknął asystent.

Po odprawieniu Guglielma do domu Pascal usiadł w pustym biurze i wlepił wzrok w przestrzeń. Kątem oka widział mrugające powiadomienia przypominające mu o pilnych mejlach gromadzących się w jego skrzynce. Nie był w stanie zajmować się teraz obowiązkami.

Ponownie jedyną rzeczą w jego głowie była ona. Jego anioł, największa pokusa. Kobieta, która niemalże go zrujnowała.

Jest grudzień, przypomniał sobie. Zawsze tak jest w grudniu. Nadejdzie Nowy Rok, a ona znowu zniknie z jego głowy, tak jak zazwyczaj. Wtem rozległ się dzwonek telefonu przywracający go do rzeczywistości, daleko od zapomnianej wioski w Dolomitach. Tam, gdzie rozbił się i spalił – dosłownie. A ona opiekowała się nim, dopóki nie wrócił do pełni sił. Dzisiejszego wieczoru, obiecał sobie, pozostawi przeszłość daleko w tyle i skupi się na budowaniu kolejnego etapu swojej świetlanej przyszłości.

 

– Myślę, że to ważne, byśmy od samego początku wyznaczyli wyraźne granice – poinformowała go na wstępie towarzyszka, gdy spotkali się na umówionej kolacji. Przyjechała spóźniona, wyraźnie pewna siebie i świadoma swojej pozycji w duńskiej szlachcie. Przyszła do jednej z najbardziej ekskluzywnych restauracji w Rzymie z nosem zadartym tak wysoko, jakby Pascal zasugerował, żeby spotkała się z nim w jednej z tych lepkich, plastikowych restauracji fast food. Jej wyraz twarzy wcale się nie poprawił, gdy podano im drinki.

– Oczywiście celem każdej fuzji jest zabezpieczenie linii – oznajmiła.

– Zabezpieczenie linii?

– Jestem gotowa zobowiązać się do urodzenia spadkobiercy. Rozpoczęcie i zakończenie relacji w ciągu czterech lat. Myślę też, że najlepiej jest uzgodnić z góry i na piśmie, że poczęcie potomstwa powinno się odbywać w kontrolowanych warunkach.

Pascal był pewien, że prowadził bardziej romantyczne rozmowy o produkcji przemysłowej.

– Czy to linia produkcyjna? – zapytał oschłym głosem. – Jakaś fabryka?

– Mam już doskonałego specjalistę do spraw płodności, dyskretnego i zdolnego, który może zapewnić każdemu satysfakcję i spełnienie wszystkich wymogów, dzięki czemu prawidłowe DNA przenosi się na następne pokolenie.

Pascal wzdrygnął się, gdy beznamiętnie wypowiedziała to zdanie. Miał nużące randki, przesadnie seksualne, bezpośrednie. Nigdy jednak nie spotkał się z tak… mechanicznym podejściem.

– Patrzysz na mnie, jakbym powiedziała coś szokującego – zauważyła partnerka.

– Ach, wybacz. – Pascal silił się na uśmiech, mimo że czuł się co najmniej niezręcznie. – Sugerujesz, że mamy stworzyć potomstwo w laboratorium? Rozumiem, że tradycyjny sposób do ciebie nie przemawia?

– To umowa czysto biznesowa – odparła chłodno. – Spodziewam się, że gdzie indziej zrealizujesz swoje pragnienia i potrzeby. Podobnie jak ja. Oczywiście dyskretnie. Nie znoszę skandalu.

– Nie ma nic mniej skandalicznego od małżeństwa żyjącego w celibacie, oczywiście – rzucił Pascal ironicznie.

– Z pewnością nie ma potrzeby komplikowania funkcjonalnego małżeństwa takimi sprawami.

– Widzę, że pomyślałaś o wszystkim.

Godzinę później Pascal pożegnał swoją randkę skinieniem głowy i nieszczerą obietnicą, że jego ludzie się z nią skontaktują. Odwołał kierowcę i postanowił się przespacerować. Rzym był nagrodą samą w sobie. Miasto, w którym spędził smutne dzieciństwo i w którym odwrócił swój los, wstąpił do wojska, zdobył dyscyplinę, w którym zbudował swoje imperium i karierę. Wrócił myślami do tamtej nastrojowej grudniowej nocy sześć lat temu, kiedy dał się ponieść lekkomyślnemu kaprysowi. W Rzymie padał wtedy deszcz, dlatego pomyślał, że w Dolomitach może spaść śnieg i spontanicznie postanowił pojechać tam i nauczyć się jeździć na nartach.

Noc była wtedy chłodna, a powietrze wilgotne, tak jak dziś. Pascal pomyślał o dzisiejszym spotkaniu z najzimniejszą, najbardziej cyniczną kobietą, jaką mógł sobie wyobrazić. Wiedział, że musi się ożenić, ale jednak wyobrażał sobie, że będzie to… mniej chłodne, mniej metodyczne. Pragnął relacji pełnej ciepła. Do cholery, chciał sam spłodzić swoje dzieci. Co więcej, w żadnym wypadku nie miał zamiaru pójść w ślady ojca. Po ślubie Pascal nie miał zamiaru zdradzać żony. Nie planował wchodzić w żadne „układy” i zaspokajać swoje potrzeby „na boku”.

Telefon zabrzęczał mu w kieszeni. Wiedział, że dzwoni Guglielmo, tak jak zawsze po tych potwornych „randkach”, które polegały na niczym więcej jak weryfikacji przydatności drugiej osoby. Pascal wierzył jednak, że przebrnie przez nonsens związany z randkowaniem i dostanie dokładnie to, czego chce. Udało mu się w biznesie, dlaczego miałoby się nie udać w małżeństwie?

Nie odebrał telefonu. Nie miał jeszcze siły zmierzyć się ze wszystkimi sprawami, które na niego czekały. Zamiast tego zgubił się w krętych uliczkach wiecznego miasta. Rzym był świadectwem historii, monumentem, który jednak ciągle ulegał zmianie. Cóż za paradoks, pomyślał. Spacer po tym mieście zawsze go uspokajał, a wręcz utrzymywał go przy życiu przez kilka mrocznych lat. Nie było więc żadnego powodu, by dać się wciągnąć we wspomnienia małej, ustronnej wioski otoczonej stromymi górami, która kojarzyła mu się tylko z cierpieniem.

Zatrzymał się przy malutkiej fontannie. Woda wypływała z ust postaci wyrzeźbionej w kamieniu. W tej ciemności prawie uwierzył, że zaraz zobaczy jej odbicie w wodzie.

Słodka Cecylia, w połowie pielęgniarka, w połowie anioł. Kobieta tak urocza i tak niewinna, że prawie złamał dla niej każdą przysięgę, jaką kiedykolwiek złożył samemu sobie. Tak cudowna, że mało brakowało, a zostałby z nią w tej wiosce w górach. Sam pomysł był absurdalny. Nazywał się Pascal Furlani. Nie dla niego było pasterskie życie, na odludziu i poza zasięgiem wzroku. Do tej pory złożyła już pewnie śluby, jak przypuszczał, i została w pełni zakonnicą. Czy może jego ostatnia, na wpół senna noc sprawiła, że utraciła łaskę? Czy zamieszkałaby wówczas w wiosce obok zakonu? Tak czy inaczej z pewnością do tej pory zdążyła się już ustatkować, u boku jakiegoś mężczyzny lub oddana Bogu. Pascala nie nawiedzały raczej wspomnienia z dzieciństwa. Przeżył swoje i ruszył dalej. Opłakał śmierć matki, a potem pochował ją z większym szacunkiem, niż kiedykolwiek ona mu okazywała. Rzadko myślał o ojcu, wolał górować nad nim z dystansu. Jedynie wspomnienie o Cecylii nawiedzało go i nie dawało spokoju.

– Dość – mruknął do siebie Pascal.

Wyciągnął monetę z kieszeni i podrzucił ją w górę, patrząc, jak wpada do wody. Ostatnią lekkomyślną decyzję podjął tej nocy, kiedy to zdecydował się jechać jak szaleniec w góry w poszukiwaniu jednego z wielu ośrodków narciarskich we Włoszech. Był na zwolnieniu z wojska i jakiś demon zawładnął jego myślami. W tamtych czasach to wystarczyło, by skłonić go do lekkomyślnych czynów. To i butelka czegoś mocnego. Nigdy nie dotarł do ośrodka narciarskiego. Po złym skręcie wyskoczył z górskiej przełęczy. Stary rzęch, którym jechał – nienadający się do niczego poza wyrzuceniem go przez przednią szybę z wielką siłą – był jedynym powodem, dla którego żył. Samochód stanął w płomieniach od razu i gdyby nie to, że Pascal wypadł przez szybę i skończył na ziemi w lesie, też spłonąłby tego wieczoru. Ale nawet ogień był tak naprawdę szczęściem w nieszczęściu. Zaalarmował mieszkańców pobliskiej wioski. Znaleźli go w środku lasu tej ciemnej grudniowej nocy i zanieśli jego połamane ciało do lokalnego szpitala. Klinika połączona była z opactwem, gdzie zakonnice zaopiekowały się nim, aż odzyskał siły. Pascal był rozbity i w słabym stanie psychicznym. Proces zdrowienia trwał długo, po zdjęciu gipsu musiał nauczyć się na nowo chodzić. Jednak największy żal czuł nie z powodu ryzyka powikłań po wypadku czy tego, że nie będzie mógł już służyć w wojsku. Najbardziej bolało go to, że życie w zapomnianej wiosce było tak słodkie… łatwe. Kusiło go, by nigdy nie wyjeżdżać. Po części było to zasługą jego ulubionej zakonnicy. Wtedy jeszcze nie zakonnicy, poprawił się. Kiedy pomyślał o tym, co się między nimi wydarzyło, o jej uśmiechu i miękkich dłoniach, o nocy pełnej nieokiełznanej pasji, jego ciało aż zadrżało. Był człowiekiem sukcesu, a jednak stał teraz w ciemnym zakątku pięknego Rzymu pogrążony w melancholii.

Pascal skierował kroki w stronę swojego domu, trzech górnych pięter budynku, które wyremontował w nowoczesnym stylu, zachowując jednak antyczną fasadę. Kiedy dotarł do budynku, nie wszedł do środka. Zamiast tego udał się do swojego garażu i jakimś cudem, niemal nieświadomie, znalazł się w jednym ze swoich samochodów. Kierował się na północ. Tym razem nie był ani tak pijany, ani tak lekkomyślny jak sześć lat temu, lecz wciąż był to zaskakujący ruch.

Jechał przez sześć godzin, poprzez resztki nocy, aż do świtu. Po dotarciu do Werony zatrzymał się na śniadanie i mocną kawę. Kiedy espresso dostatecznie go ożywiło, zadzwonił do Guglielma, by mu powiedzieć, gdzie jest.

– Czy mogę zapytać, dlaczego jest pan tyle kilometrów od biura? Zakładam, że spotkanie zeszłej nocy nie poszło zgodnie z planem?

– Zakładaj, co zechcesz – odparł Pascal.

Pochylił się nad kolejnym espresso i zadał sobie wreszcie pytanie, co tak naprawdę planuje zrobić. Odpowiedź przyszła do niego później, gdy wrócił na drogę. Miesiące, które spędził pod opieką opactwa, były jedynym czasem w jego życiu, kiedy tak mocno oddalił się od swojej wizji na przyszłość i tego, kim był. Cecylia była dla niego niczym zaklęcie. Czarownica w habicie zakonnicy. Kiedy zerwał z nią kontakt poczuł, że postępuje właściwie. Skupił się na rozwoju własnej firmy, o czym zawsze marzył. A jednak… wciąż nie potrafił ruszyć dalej. Bez względu na to, ile imperiów zbudował i jak bardzo się wzbogacił, wciąż nawiedzało go jej wspomnienie. Najwyższy czas zdjąć z siebie jej urok.

Dwie godziny później znalazł się na tej samej górze, na której prawie zginął sześć lat temu. Był zimny, rześki poranek i Pascal traktował krętą drogę z dużo większym szacunkiem niż wtedy. Gdy dotarł na szczyt, zjechał na pobocze i spojrzał przed siebie na znajomą wioskę. Dookoła rozpościerały się pokryte śniegiem góry, a w dolinie widział pola poprzecinane krętą rzeczką. Na końcu wioski znajdował się kościół, a za nim opactwo i szpital, w którym dochodził do zdrowia. Zorientował się, że jego palce znów przesuwają się po starych bliznach. Aż się wzdrygnął na myśl, że mógłby teraz mieszkać w tej małej mieścinie zamiast opływać w luksusy w domu w Rzymie. Ponownie uruchomił samochód i ruszył w dół, aż dotarł do doliny. Wyglądała identycznie jak wtedy, kiedy ją opuścił. Serce waliło mu w piersi, gdy jechał znajomą drogą do kościoła. Znajdzie starego księdza i zapyta o Cecylię. Prawdą było, że jechał kilka godzin tylko po to, żeby się dowiedzieć, czy ona dalej tutaj jest. Mógł wysłać Guglielma, mógł polecieć helikopterem zamiast jechać w nocy jak szaleniec.

Nic dziwnego, że wykształciła się w nim pewnego rodzaju obsesja na punkcie kobiety, która się nim zaopiekowała. Nie było tam nikogo innego, kto zająłby jego uwagę. Aczkolwiek matka przełożona mówiła mu, że powinien spędzać czas na modlitwie. Pascal nie modlił się wtedy. Zamiast tego rozważał teraz modlitwę o wybawienie, ponieważ poddał się własnej fantazji bez absolutnie żadnego racjonalnego powodu. Wysiadł z nisko zawieszonego sportowego samochodu i przez chwilę stał obok niego. Było już południe i chociaż dzień był pogodny, wiał przeszywający, zimny wiatr. Pascal ubrany był na wykwintną kolację w Rzymie, a nie na wycieczkę w głąb lądu. Opatulił się szczelniej płaszczem i podszedł do masywnych drzwi kościoła. Zwietrzałe drzwi uchyliły się i wszedł do środka. Pachniało tu tak samo. Wyglądało tak samo. Oszołomiony wspomnieniami poczuł, że kręci mu się w głowie. Który mamy rok? – pomyślał. Kościół mógł się nie zmienić przez te sześć lat, ale Pascal zmienił się nie do poznania i musiał o tym pamiętać. Lustrował wzrokiem rzędy pustych ławek i świece migoczące w alkowach. Nigdzie ani śladu starego księdza. Wtem usłyszał jakiś szmer. Zrobił jeszcze kilka kroków i zobaczył praczkę szorującą podłogę przed ołtarzem na czworakach. Nie zauważyła go, więc szedł dalej w stronę ołtarza i przypominał sobie rozmowy z księdzem.

– Jaki jest sens całej tej władzy, której pożądasz, jeśli twoje serce jest puste? – zapytał go kiedyś starzec.

– Co ty wiesz o władzy i o sercu? – odpowiedział Pascal.

A on się roześmiał. Ale Pascal wiedział, że starzec nie żartował. Te podstępne słowa były kolejnym duchem, od którego nie mógł się opędzić. Stanął zaledwie kilka kroków od kobiety. Spodziewał się, że przestanie szorować podłogę, bo musiała go już usłyszeć, ale nie zrobiła tego. Nawet kiedy odchrząknął.

– Czy mógłbym zająć chwilę, signorina? – zapytał, a jego głos odbił się echem. Wtedy się poruszyła. Usiadła na kolanach i jednym płynnym ruchem wyciągnęła słuchawki z uszu. Następnie odwróciła się twarzą do niego i… wszystko się zatrzymało.

Ta twarz.

Jej twarz.

Widział ją w myślach tysiące razy.

Znał każdy milimetr jej twarzy w kształcie serca na pamięć. Jej puszyste brązowe włosy, pełne usta i delikatny nos. Przede wszystkim znał te oczy. Niebieskie, osadzone głęboko nad kośćmi policzkowymi.

To była Cecylia. Jego Cecylia.

– Mój Boże – szepnął. – To ty.

– To ja – odpowiedziała beznamiętnym głosem. W jej oczach widać było złowrogi blask.

 

– Nie możesz go mieć.