Noc w Monte CarloTekst

Z serii: Stolen Brides #2
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Caitlin Crews
Noc w Monte Carlo

Tłumaczenie:

Ewelina Grychtoł

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Renzo Crisanti nie znosił Anglii.

Nie podzielał zachwytu nad zatłoczoną, hałaśliwą londyńską metropolią. Jeszcze bardziej nie lubił wiecznie zachmurzonej brytyjskiej wsi, jakże różnej od jego rodzinnej Sycylii. Anglia była zbyt ponura dla człowieka, który z zalanych słońcem uliczek włoskiego miasteczka przeszedł do kariery kierowcy rajdowego, ścigającego się jednymi z najszybszych samochodów na świecie.

O tej porze roku zdecydowanie wolałby znaleźć się w swoim rodzinnym miasteczku, położonym w górach w okolicach Taoriny. Zamiast zasłony deszczu miałby przed sobą ciepłe morze i skąpany w słońcu szczyt Etny.

Niestety, obecnie znajdował się w Winchester. Nad pocztówkową starówką wznosiła się imponująca katedra, ale Renzo i tak wolałby surowy, dziki krajobraz Sycylii. Walcząc z uczuciem osaczenia, przejechał przez centrum i skierował się ku przedmieściom.

Żałował, że kilka tygodni temu nie zrobił tego, co podpowiadał mu instynkt. „Trzymaj się od niej z daleka”, szepnął cichy głos w jego głowie na widok Sophie Carmichael-Jones.

Znalazł się w Monako ze względu na coroczne wyścigi samochodowe, w których niegdyś regularnie brał udział. Wprawdzie zakończył karierę kilka lat temu, ale uznał, że warto się na nich pokazać; choćby po to, by pozyskać nowych klientów dla swojej sieci luksusowych hoteli.

Właśnie siedział w kasynie z grupą przyjaciół, kiedy zobaczył ją.

Renzo znał wiele pięknych kobiet, ale ta natychmiast zwróciła jego uwagę. Miała krwistoczerwone usta i ostro zarysowane brwi, a jej ciemne włosy były ściągnięte w luźny kok. Jej uszy ozdabiały duże srebrne kolczyki. Wyglądała elegancko. Seksownie. Długie nogi sprawiały, że wydawała się krucha i delikatna, a arystokratyczne rysy potęgowały to wrażenie.

W jej złotobrązowych oczach widniał bezbrzeżny smutek.

Gdy ich spojrzenia się spotkały, Renzo zapomniał, co właśnie chciał powiedzieć. Nieczęsto przydarzało się to komuś, kto zawdzięczał karierę skupieniu i pewnej ręce. Bez zastanowienia wstał od stolika, przemierzył parkiet i stanął przed piękną nieznajomą. Na jego widok wyraźnie wstrzymała oddech, a jej policzki zaróżowiły się lekko.

– Musisz mi powiedzieć dwie rzeczy – odezwał się, niepomny otaczającego ich tłumu. – Po pierwsze, twoje imię. Po drugie, dlaczego jesteś smutna. Jesteśmy w Monte Carlo, cara. Tutaj dozwolona jest wyłącznie radość.

– Nie jestem smutna – odparła po włosku, z wyraźnym brytyjskim akcentem. – To sugerowałoby, że w grę wchodzą emocje. „Zrezygnowana” pasuje dużo lepiej.

– Jesteś zbyt młoda i zbyt piękna, żeby być zrezygnowana.

Uśmiechnęła się lekko i na ten widok Renzo natychmiast zapragnął ją pocałować.

– Natomiast ty wydajesz się zbyt wyrafinowany na czcze pochlebstwa.

Renzo musiał być w gorączce. To jedyne wytłumaczenie. Wyciągnął rękę i ujął jej dłoń.

– Pozwól, że będę z tobą szczery – powiedział, porzucając zwyczajowy flirt. – Pragnę cię, cara. Nie obchodzi mnie, kim jesteś ani jakie masz plany na wieczór. Pożądam cię. Pragnę smakować twoje ciało raz po raz, tak długo, aż będę mógł je rozpoznać w najgłębszych ciemnościach. Chcę zrobić z tobą wszystko, a potem zrobić to jeszcze raz. I jeszcze raz. Aż nic z nas nie zostanie.

– Nie wierzę w taką namiętność.

– Uwierzysz.

Nieznajoma zadrżała. Obejrzała się za siebie, a potem z powrotem skupiła na nim uwagę. Renzo wyczuł jej milczącą zgodę.

Nie marnował czasu. Pociągnął ją w stronę bocznego wyjścia, którym mogli opuścić kasyno, nie zwracając na siebie uwagi fotoreporterów. Kilka minut później pędzili w stronę jego willi, położonej na wzgórzu nad miastem, skąd rozciągał się wspaniały widok na Lazurowe Wybrzeże.

– Nazywam się Renzo Crisanti – powiedział, ponieważ z jakiegoś powodu zależało mu, żeby znała jego imię. – A ty, bellissima, wciąż nie zdradziłaś mi swojego imienia.

Nieznajoma obróciła się do niego. Smukłe kształty jej ciała przywodziły mu na myśl samochody, które kochał i z którymi obcował tak samo, jak zamierzał obcować z nią. Umiejętnie. W skupieniu. Z tą samą pasją, która wyniosła go na szczyt.

– Możesz mi mówić Elizabeth – powiedziała.

Teraz Renzo pomyślał, że to było jej pierwsze kłamstwo.

Zaparkował na poboczu i wysiadł z samochodu, starając się opanować gniew. Deszcz ustał, ale noc wciąż była chłodna. Renzo postawił kołnierz swojej skórzanej kurtki i niecierpliwie spojrzał na zegarek. Miał do pomówienia z kobietą, z którą miał się tu spotkać. Tu, w środku nocy, w obcym kraju. Jak gdyby go wezwano. Jak gdyby on, Renzo Crisanti, był tak miękki i podatny na wpływy, że przejechał pół Europy dla kobiety, z którą już się przespał.

Kątem oka zauważył ruch. Od strony stojącej w oddali rezydencji zbliżała się do niego ciemna postać.

Sophie.

Sophie, która bez ostrzeżenia oddała mu swoją niewinność.

Sophie, która tamtej gorącej nocy w Monako przedstawiła mu się jako Elizabeth.

Sophie, która go okłamała i wymknęła się przed świtem. Nie znał nawet jej prawdziwego imienia. Dowiedział się dopiero później, gdy otworzył list i przeczytał przesłany anonimowo wycinek z gazety. Krótki artykuł informował o zbliżającym się ślubie Sophie Carmichael-Jones i hrabiego Langston.

Jego Sophie nazajutrz miała zostać żoną innego mężczyzny.

Renzo zmusił się, by rozluźnić zaciśnięte pięści. Pogodna, leniwa beztroska była jego znakiem rozpoznawczym. Nikt nie wiedział, że to tylko maska, pod którą skrywał się Sycylijczyk z krwi i kości; żywiołowy, wybuchowy temperament, który nauczył się trzymać pod ścisłą kontrolą.

Przez tę kobietę nie poznawał sam siebie.

Sophie poślizgnęła się lekko na mokrej trawie, ale udało jej się utrzymać równowagę. Dźwięk jej przyspieszonego oddechu sprawił, że Renzowi szybciej zabiło serce. Mimo ciemności był pewien, że to ona. To, co powiedział w Monte Carlo, było prawdą.

Rozpoznałby ją wszędzie.

Jej charakterystyczny chód. Jej zapach. Charakterystyczne, ciche skomlenie w chwili, gdy…

Nie. To nie był dobry moment. Powinien się skupić na tym, co muszą ustalić, zanim rano weźmie ślub.

Miała na sobie proste spodnie, wysokie skórzane buty i koszulę z długim rękawem. Ubrania przylegały do jej smukłego ciała, a ciemnobrązowe włosy opadały na ramiona. Zatrzymała się przed Renzem, któremu stanęła przed oczami tamta noc. To, jak siedziała nago na łóżku i śmiała się z jego żartu, upinając włosy w koczek na czubku głowy.

Działo się to w chwili, kiedy posiadł ją już trzy razy.

Jego żądza była niepowstrzymana. Minęły całe tygodnie, a ona nie zmalała ani na jotę. Dręczyła go nawet bardzej, ponieważ teraz dokładnie wiedział, co go omija.

– Renzo… – Sophie uniosła głowę, by spojrzeć mu w oczy.

– Jak miło znów cię widzieć, Sophie – odparł po angielsku, w języku, w którym nie rozmawiali nigdy wcześniej.

Sophie zadrżała. Renzo zignorował to. Musiał pamiętać, po co tu przyszedł.

Po to, by zapłaciła za to, co zrobiła.

– Moje gratulacje – warknął, nie ukrywając gniewu. – Przeczytałem o ślubie w gazecie. To już jutro, prawda?

Sophie zrobiło się niedobrze.

Mogłaby to złożyć na karb szokujących wieści, jakie dostała od lekarza dwa dni wcześniej. Uznać to za jeden z objawów rozwijającego się w niej życia. Wypadku jednego na milion, który dowodził, że to, co się stało w Monako, nie było snem; że wszystko, co robiła z przystojnym nieznajomym, zdarzyło się naprawdę.

Ale nie to sprawiało, że ściskał jej się żołądek. Chodziło o sposób, w jaki patrzył na nią Renzo.

Jakby jej nienawidził. Nie mogła tego znieść.

Jej nieobecny ojciec, bardziej przypominający komputer niż człowieka, to jedno. To samo jej chłodny, zdystansowany narzeczony. Ale Renzo był jedyną rzeczą w jej życiu, która nie stanowiła części ponurego marszu ku wypełnieniu świętego obowiązku. Od dzieciństwa wiedziała, że jedynym celem jej życia jest wyjście za mąż. Wysłuchała setek historii o czcigodnych przodkach, którzy będą się przewracać w grobach, jeśli ich ród dotknie najlżejszy cień skandalu.

Nie było w tym światła, ciepła ani nadziei. Sophie była zimna, zamarznięta na kość. Od dzieciństwa uczono ją, że rzeczy, które rozgrzewają ciało, jak mocny alkohol, pożądanie i skąpe stroje, są niedozwolone dla córy rodu Carmichael-Jones.

Dokładnie pamiętała każdy szczegół tamtej nocy. Każdy łyk mocnego alkoholu, którego nigdy dotąd nie odważyła się spróbować. Każdy deser, którego odmówiła, by idealnie prezentować się w białej ślubnej sukni. Każdą rzecz, jaką robiła z Renzem, bardziej nieokiełznaną i szokującą od poprzedniej…

– Dlaczego tu jestem?

Wydawał się zniecierpliwiony. Znudzony. Sophie przejął nagły chłód. Dobrze znała ten ton, tak chętnie używany przez jej ojca i narzeczonego. Byli poważnymi, zajętymi ludźmi, których nie obchodziły sprawy kobiet. Ten głos mówił jej, że nie jest osobą. Jej życie nie było życiem, ale listą zasad i potencjalnych konsekwencji.

Dawna Sophie uciekłaby, skarcona i zawstydzona. Ale dawnej Sophie już nie było. Została zrujnowana, w każdym znaczeniu tego słowa.

Wyprostowała się.

– To ty chciałeś się spotkać.

– Chcesz ze mną pogrywać, cara? – Renzo uniósł brwi. – Wysłałaś mi wycinek z gazety informujący o twoim rychłym zamążpójściu. Moje gratulacje.

 

– Wycinek z gazety…? – powtórzyła Sophie. Ale w chwili, gdy zadawała to pytanie, już wiedziała.

Poppy.

Kochana Poppy, jej najlepsza przyjaciółka. Romantyczka, która ponad wszystko pragnęła jej szczęścia. Która nie rozumiała, że szczęście nie jest jej przeznaczone.

– Chciałaś, żebyśmy się tu spotkali – mówił gniewnie Renzo. – Dlatego przyjechałem. Przybiegłem do ciebie jak wierny pies.

Rozejrzał się teatralnie, ale w promieniu mil nie było niczego prócz pól i żywopłotów. Żadnych oczu. Żadnych zmartwionych krewnych, którzy zapieraliby się do grobowej deski, że zależy im wyłącznie na szczęściu Sophie.

Stateczna rezydencja, gdzie miało się odbyć wesele, kryła się za najbliższym wzgórzem. Sophie, która nigdy dotąd nie wymknęła się z domu, czuła mieszankę strachu i ekscytacji. To było naprawdę godne pożałowania. Jak to możliwe, że przez dwadzieścia sześć lat nie uświadomiła sobie, jak smutne jest jej życie?

Tymczasem Renzo mówił dalej.

– A teraz, skoro złapaliśmy się nawzajem na gorącym uczynku, może mi powiesz, dlaczego mnie wezwałaś, żebym wziął udział w najnowszym epizodzie twojego chaotycznego i melodramatycznego życia?

Sophie przełknęła ślinę. Słowa „melodramatyczne” i „chaotyczne” nigdy dotąd nie pasowały do jej życia. Nigdy, aż do spotkania z nim. Otworzyła usta, ale nie wydobył się z nich żaden dźwięk.

Usta Renza wygięły się w czymś, czego nie można było nazwać uśmiechem. A potem wyciągnął rękę i chwycił jej podbródek dłonią odzianą w skórzaną rękawiczkę.

Wbrew jej woli natychmiast zrobiło jej się gorąco.

– Jakie kłamstwa zamierzasz mi dzisiaj opowiedzieć? – szepnął.

– Odnalazłeś mnie – powiedziała Sophie. Ledwo trzymała się na nogach. – Nie chciałam…

Nie wiedziała, co powiedzieć. Dotąd sądziła, że Renzo zdobył skądś jej numer. Pewnego dnia po prostu dostała esemes o następującej treści:

„Tu Renzo. Rozumiem, że chcesz się spotkać?”

Co ona sobie właściwie wmawiała? Że próbuje ją szantażować? Dlatego przyszła?

Nigdy dotąd nikogo nie okłamała. Po co miałaby to robić? Ludzie za dużo o niej wiedzieli, więc po prostu robiła to, czego od niej oczekiwano. Po ukończeniu szkoły zajmowała się wyłącznie starannie wybraną działalnością charytatywną, by nie dostarczać swojemu ojcu ani przyszłemu mężowi powodów do niepokoju. Żadnych imprez. Żanych skandali. Zgodziła się nawet poślubić człowieka ciepłego i wrażliwego niczym ceglany mur.

Tak naprawdę nikt nie zapytał jej o zgodę. Hrabia Randall Grant, zwany Dalem, po prostu wręczył jej pierścionek po krótkiej przemowie na temat połączenia ich rodzin. Cały jej opór ograniczył się do milczenia, które trwało kilka sekund dłużej, niż powinno. Patrząc na wyciągniętą dłoń Dala, na moment wyobraziła sobie, że mu odmawia…

Nie. Nie mogła się sprzeciwić woli rodziców. Dlatego powiedziała „tak”, jak gdyby zadano jej pytanie.

Schowała rodowy pierścionek w sejfie ojca, tłumacząc, że nie chce się z nim obnosić, dopóki nie zostanie żoną Dala. Chciała żyć tak, jakby nic się nie zmieniło, ale od tej pory tylko odliczała czas.

Aż poznała Renza.

ROZDZIAŁ DRUGI

– Zrób to – warknął Renzo, wyrywając Sophie z zamyślenia. – Powiedz mi w twarz kolejne kłamstwo. Zobacz, co się stanie.

Sophie nie wiedziała, co na to odpowiedzieć. Była pewna, że jego wiadomość jest groźbą. Że przyjechał, żebu zrobić jej coś złego.

Czy też podświadomie liczyła, że ją uratuje…?

Jeśli tak, to się myliła. Nikt nie mógł jej uratować.

Spróbowała się wyrwać, ale Renzo mocno ją trzymał. I nagle do niej dotarło. Kolejny mężczyzna stał przed nią i zmuszał ją do rzeczy, których nie chciała robić. Miała dość zginania karku. Dość podejmowania za nią decyzji.

– Dlaczego przyjechałeś? – zapytała. – Wątpię, bym była jedyną kobietą, z jaką kiedykolwiek spędziłeś noc. Ścigasz je wszystkie?

– Nie. Ale zwykle nie przedstawiają mi się fałszywymi imionami.

– Skąd wiesz, skoro nigdy nie starasz się z nimi spotkać?

Wyraz jego twarzy się zmienił. Wciąż widniał na niej gniew, ale też coś innego. Zaskoczenie. Jak gdyby rzuciła mu wyzwanie.

Całkiem możliwe, że to zrobiła.

– Potrafię sobie wyobrazić tylko jeden powód, dla którego kobieta mogłaby chcieć spotkać się ze mną w przeddzień ślubu z innym mężczyzną. – Głos Renza był tak zimny, że ojciec Sophie mógłby się od niego uczyć. – Tym dla ciebie jestem? Kochankiem na zawołanie?

Tym razem, kiedy spróbowała się uwolnić, puścił ją.

– Jesteś tutaj, prawda?

– Owszem – odparł Renzo, a w jego głosie zabrzmiała złowroga nuta. – I nie pozwolę pokazywać sobie, gdzie moje miejsce.

– Nie wiem, o co…

– Powinienem był wiedzieć, że zadaję się z kimś z wyższych sfer. – Każde słowo było jak policzek. – Od nas, plebejuszy, nie można wymagać za wiele.

Serce Sophie biło tak mocno, jakby miało zaraz połamać jej żebra.

– Nie wiem, o czym mówisz.

– Ależ wiesz. Twoja krew jest błękitna niczym bezchmurne niebo. Nie po to mnie wezwałaś? Żebyśmy to sobie wyjaśnili? – Renzo rozejrzał się teatralnie, jakby mógł zobaczyć stąd rezydencję, z której od wieków rządzono hrabstwem. – Ostatecznie, kimże ja dla ciebie jestem? Bękartem sycylijskiej wieśniaczki, która wychowała mnie wśród wstydu i pogardy. Piorąc ubrania bogatych ludzi i ciesząc się, że ma za co kupić chleb.

– Nic o mnie nie wiesz… – zaczęła. Chciała się usprawiedliwić, ale nie znalazła żadnych argumentów.

– Wiem, że byłaś dziewicą, Sophie – przerwał. Po jego twarzy błąkał się drwiący uśmiech, ale on sam nie wydawał się przez to ani trochę mniej pociągający. – Tylko dlatego uwierzyłem w twoją niewinność. Myliłem się.

– Nie wiem, czego ode mnie chcesz.

– Kolejne kłamstwo. – Renzo zaśmiał się szyderczo. – Doskonale wiesz, czego od ciebie chcę.

– W takim razie cieszę się, że nareszcie możemy o tym porozmawiać – odparła Sophie, siląc się na chłodny ton. – Wybacz, że tamtej nocy nie było ku temu okazji.

– Owszem, bo byłaś zbyt zajęta wykradaniem się z powrotem do swojego wygodnego życia w złotej klatce. Nieprawdaż?

Sophie na moment odebrało mowę. Renzo idealnie podsumował jej zachowanie tamtego ranka, gdy uciekła od niego w panice, przepełniona przerażeniem i poczuciem winy.

A potem przypomniała sobie, że jest coś dużo ważniejszego, o czym powinien wiedzieć. Coś, przy czym jego stosunek do niej przestawał mieć jakiekolwiek znaczenie.

– Renzo… – zaczęła. Nie chciała mu o tym mówić, ale nie miała wyboru.

Ale Renzo nie zamierzał jej słuchać.

– Nie rozumiem tylko, dlaczego myślałaś, że wystarczy pstryknąć palcami, żebym zjawił się na twoim progu – wycedził.

– Nie wiem – odpała cicho Sophie. Przepełniało ją nieokreślone uczucie, podobne do strachu, lecz dużo bardziej nieznośne. – Ale tu jesteś, prawda?

Nie zdawała sobie sprawy, że się cofa, do momentu gdy poczuła za sobą maskę samochodu. Smukły, o niskim zawieszeniu, bardzo przypominał ten, którym Renzo jeździł w Monako.

Zza chmur wyszły gwiazdy, ale Sophie nie potrzebowała ich światła, by widzieć stojącego przed nią mężczyznę. Jego widok był na zawsze utrwalony w jej pamięci. Nawiedzał jej sny. Sam fakt, że stał przed nią we własnej osobie, sprawiał, że robiło jej się słabo.

Pamiętała każdy szczegół tamtej nocy w Monte Carlo. To był jej wieczór panieński. W pewnym momencie wstała od stołu, tłumacząc, że potrzebuje powietrza. Musiała zaczerpnąć tchu i choć na chwilę przestać udawać, że perspektywa poślubienia Randalla przepełnia ją radością. Lub czymkolwiek prócz ściskającego żołądek strachu. Pocieszała się myślą, że kiedy urodzi Dalowi wymaganych dwóch synów, będzie się mogła oddać szczęśliwemu, samotnemu życiu filantropki i wolontariuszki. Będą mogli żyć osobno, spotykając się tylko wtedy, gdy będzie tego wymagać sytuacja. Lub będą mogli współpracować, tak jakby ich nazwisko było marką, a oni jej ambasadorami. Tak, jak jej rodzice.

Przecież nie byli ze sobą nieszczęśliwi.

Ale nie byli też szczęśliwi.

Musiała po prostu zaakceptować to, co ją czekało. Nie rozumiała tylko, dlaczego w miarę, jak zbliżał się termin wesela, czuła się coraz mniej pogodzona z losem.

A potem podniosła głowę i zobaczyła jego.

Renzo miał na sobie ciemny garnitur podkreślający smukłą, atletyczną sylwetkę. Jego falujące brązowe włosy przywoływały na myśl upalne lato w egzotycznym kurorcie. Miał twarz poety, wysokie kości policzkowe i bursztynowe oczy drapieżnika.

Natychmiast zrozumiała, że przyszedł po nią.

Dopiero później, gdy leżała w jego sypialni i liczyła w myślach popełnione grzechy, zrozumiała, że to był najgorszy z nich. Ponieważ nie odwróciła się, nie wróciła do koleżanek. Wiedziała, że pokusa będzie niemożliwa do przezwyciężenia, ale nie zrobiła nic, by się przed nią uchronić. Jedno spojrzenie Renza wystarczyło, by ugięły się pod nią kolana. Z trudem trzymała się na nogach, nie mówiąc o ucieczce.

Co gorsza, tym razem dokładnie wiedziała, do czego jest zdolny.

– Dlaczego tu jestem? – warknął.

Zbliżył się do niej z bezszelestną gracją, która wywoływała w niej poczucie zagrożenia. Seksualnego zagrożenia. Nie była pewna, czy zdołałaby stawić jakikolwiek opór.

– Każdy czyn ma swoje konsekwencje – powiedziała ostrożnie, tonem, jakiego zwykle używał jej ojciec. – Na pewno o tym wiesz.

– Ach. Zatem dochodzimy do sedna sprawy – parsknął Renzo. – Wszyscy jesteście tacy sami. Kij i marchewka, tak długo, aż osiągniecie to, co zamierzaliście. A ty zawsze dostajesz wszystko, czego chcesz. Prawda, Sophie?

Był zdecydowanie za blisko. Sophie miała nadzieję, że się zatrzyma, ale nie zrobił tego. Stanął między jej nogami i pochylił się tak, że nie miała wyboru; musiała się oprzeć o maskę.

Był nad nią, ale nie na niej. Ich ciała nawet się nie dotykały, ale równie dobrze mógłby trzymać ją za nadgarstki.

– Puść mnie – szepnęła z desperacją. Ale Renzo zachowywał się, jakby jej nie słyszał. Pochylał się nad nią, całkowicie ją unieruchamiając. Gdyby się ruszyła, otarłaby się o jego ciało.

– A zatem powiedz mi o konsekwencjach, cara – wymruczał. – Powiedz, jak cierpiałaś. Powiedz, jak ciężko ci było, bogatej i rozpieszczonej przyszłej hrabinie. Jak myślisz, jak wyobraża sobie ciebie twój hrabia? Czy sądzi, że jesteś w swojej sypialni? Ubrana w powłóczystą biel, wcielenie niewinności, którą kupił?

To prawda, że Sophie myślała o sobie jako o towarze. Ale usłyszeć to z ust innej osoby, to było zupełnie coś innego.

– Nie kupił mnie. Nie jestem krową.

– Nie jesteś też dziewicą, jakiej się spodziewa.

– Byłabym zdumiona, gdyby miał jakiekolwiek oczekiwania.

– Kiedy małżeństwo jest transakcją, kontrakt zostaje zawarty i przypieczętowany w małżeńskim łożu. Mam ci opisać, jak to się odbywa?

Na samą myśl o tym Sophie poczuła mdłości.

– Nie każdy jest tak… żywiołowy, jak ty.

– Powiesz mu, dlaczego? – zapytał Renzo. Nie uśmiechał się. – Kiedy przyjdzie, by posiąść swoją żonę, czy powiesz mu, kto jeszcze był między tymi bladymi udami, które winny należeć do niego? – To powiedziawszy, pochylił się jeszcze bardziej.

– Jesteś odrażający – oświadczyła. – A on i tak nie zauważy.

– Sądzę, że nie doceniasz swojego narzeczonego. Jaki jest sens bycia hrabią, jeśli nie możliwość zatknięcia flagi na niezdobytym szczycie i nazwania go swoim imieniem?

– Nie jestem… nie ma żadnej flagi…

– Dlaczego tak długo zachowałaś cnotę, jeśli nie dla niego?

Sophie wbijała palce w maskę samochodu, czując nieznośny, palący wstyd. Czy to ważne, jak traktował ją Dal? Złożyła mu obietnicę i złamała ją.

Spektakularnie.

Raz po raz.

– Chciałam czekać – powiedziała cicho, z trudem zachowując spokój. – A potem zmieniłam zdanie.

– To na pewno go ucieszy. Dobrze, że przynajmniej próbowałaś dochować mu wierności. – Sophie czuła na szyi oddech Renza. – Nie zapomnij opowiedzieć mu wszystkiego ze szczegółami. Założę się, że chciałby wiedzieć, ile razy krzyczałaś imię innego mężczyzny. Ile razy błagałaś, żeby nie przestawał.

To było już za wiele. Sophie spróbowała go odepchnąć, ignorując dotyk jego ciepłej skóry. Ale to nic nie dało. Nie udało jej się poruszyć go ani o centymetr.

– Moje małżeństwo to nie twój interes! – wydyszała z rosnącą desperacją. Miała wrażenie, że znalazła się w pułapce.

Renzo napiął mięśnie, jakby chciał się na nią rzucić.

 

– Doprawdy? A jednak mnie tu ściągnęłaś, Sophie. Wbrew mojej woli.

Sophie znów spróbowała go odepchnąć, ale bez rezultatu.

– Nie chcesz tu być? W takim razie odejdź. Droga wolna.

– Dlaczego chciałaś się ze mną spotkać? – zapytał. Jego głos był spokojny, ale czarne oczy niebezpiecznie błyszczały w ciemności. – Popełniłaś błąd taktyczny, cara. Dałaś mi przewagę.

– Przewagę?

– Wiem, kim jesteś – powiedział Renzo z pewnym zadowoleniem, które Sophie odczuła niemal jak pieszczotę. A potem, kiedy zrozumiała sens jego wypowiedzi, jak cios pięścią. – I posiadam informacje, które z pewnością zaciekawiłyby twojego hrabiego.

– Informacje…?

Ale Sophie już wiedziała, co usłyszy. Choć w głębi duszy wciąż miała nadzieję, że okaże się człowiekiem, za jakiego go wzięła…

– Na przykład to, co jego narzeczona zrobiła pewnej pięknej nocy w Monako. Jak myślisz, ile by zapłacił, żeby twoje poczynania nie wyszły na jaw? Pewnie nie mniej niż gazety. Mógłbym jednym artykułem skompromitować dwa z najstarszych rodów w Anglii. Muszę ci wyznać, że upaja mnie ta władza.

– Ty… – Sophie prawie zaniemówiła. Właśnie spełniał się jej najgorszy koszmar. – Ty…

– Ostrożnie – warknął. – Radziłbym mnie nie obrażać. Może się okazać, że jestem gorszy niż wszystkie obelgi, jakie przyjdą ci do głowy.

To powiedziawszy, wyprostował się i zrobił krok do tyłu. Sophie nie ruszyła się z miejsca, niepewna, jak zareagować. Łzy cisnęły jej się do oczu. Nie potrafiła powstrzymać drżenia. A co najgorsze, jakaś jej część chciała, żeby wrócił.

– Po prostu jestem człowiekiem interesu – oznajmił, obojętnie obserwując, jak Sophie ostrożnie siada na masce. – Oczywiście, dla ciebie to coś złego. Ci, którzy nie muszą się martwić pieniędzmi, zawsze patrzą z góry na tych, którzy zarabiają na życie.

– Nie jestem…

Renzo uniósł brwi i Sophie mimo woli zamilkła.

– Wszystko, co w życiu osiągnąłem, powstało z niczego – oświadczył. – Nie mogę powiedzieć nic dobrego o człowieku, który zostawił moją ciężarną matkę, żeby sama zarabiała na chleb. Stałem się lepszym człowiekiem, niż on mógłby kiedykolwiek marzyć. Wiesz, jak tego dokonałem?

– Wiem. Zostałeś kierowcą rajdowym.

– Nie, Sophie. Po prostu nie przepuściłem żadnej okazji, jaką napotkałem na swojej drodze. Dlaczego tym razem miałoby być inaczej? – Patrzył, jak Sophie podnosi się i robi drżący krok w jego stronę. – O jakich konsekwencjach chciałaś ze mną porozmawiać?

I wtedy Sophie zrozumiała.

Zrozumiała, co podpowiedziało jej zdradzieckie serce. Zrozumiała, dlaczego przyszła tu w środku nocy, by jeszcze bardziej skomplikować trudną sytuację. Zrozumiała, że nie obchodzi jej żaden potencjalny szantaż. Przyszła, bo chciała zobaczyć mężczyznę, którego stworzyła w swojej głowie w Monako. Mężczyznę, który spojrzał przez tłum i wyłowił ją wzrokiem. Tylko ją. Nie jej nazwisko, nie fortunę jej ojca. Ją samą.

Mężczyznę, który ją posiadł, raz za razem. Mężczyznę, który poznał każdy centymetr jej ciała podczas niekończących się pieszczot, tam, w willi na wzgórzu, ponad migoczącymi światłami miasta. Który doprowadził ją do śmiechu, płaczu, krzyku.

Ale to była jedna noc. Tylko jedna noc. A on był tylko człowiekiem. Nie wybawicielem, jakiego stworzyła w swojej głowie. Nie odpowiedzią na podświadomą modlitwę.

Nigdy nie powinna była odpowiedzieć na jego esemes.

Położyła dłoń na brzuchu.

– Myślałam… – zaczęła, po czym przerwała, by spróbować odzyskać panowanie nad emocjami. – Chciałam…

– Mieć ciasteczko i zjeść ciasteczko, tak? – Jego uśmiech był ostry jak brzytwa. – Po co rezygnować z bękarta dla hrabiego, skoro można mieć obu?

– Wcale o tym nie myślałam!

– Ależ wręcz przeciwnie. – Renzo skrzywił się z nieskrywaną pogardą. – Myślisz, że nie znam tego typu kobiet, Sophie? Zdradzające narzeczone zmieniają się w mgnieniu oka w kłamliwe żony. A znudzone gospodynie domowe wszędzie zachowują się tak samo. Uwierz mi, Europa jest usłana szczątkami złamanych przysiąg. Nie jesteś tak wyjątkowa, jak mogłoby ci się wydawać.

Sophie zadrżała, słysząc tę bezwzględną ocenę. Co gorsza, nie potrafiła wymyślić żadnych argumentów na swoją obronę. Miał prawo wierzyć w to wszystko. Czy dała mu powód, by sądził, że jest inaczej?

To, co jej wydawało się cudowne i wyjątkowe, było tylko niemoralnym występkiem. Nie pozostało jej nic innego, jak opowiedzieć o wszystkim swojemu ojcu i mężowi. Wiedziała, jakich słów użyją. Zasługiwała na nie.

– Renzo… jest coś, o czym musisz wiedzieć.

– Wiem dostatecznie dużo – przerwał. – To, że uczyniłaś mnie nieświadomym wspólnikiem, jest niewybaczalne. Przez ciebie złamałem przysięgę.

– Jaką przysięgę?

– Wiele lat temu obiecałem sobie, że nigdy nie wezmę cudzej własności.

Sophie skrzyżowała ramiona na piersi i odsunęła się od samochodu.

– Masz rację. Nie powinnam była tu przychodzić.

– Mówiłem, żebyś ze mną nie pogrywała. – Głos Renza drżał z gniewu.

– Ja? W tej chwili to ty mi grozisz.

– Możesz to uznać za uprzejmość. Choć ty nie zachowałaś się uprzejmie, wplątując mnie w swoje intrygi.

Sophie skinęła głową. Nic innego jej nie pozostało. Nie mogła się przed nim odsłonić; nie mogła pozwolić, żeby jeszcze bardziej ją skrzywdził. Pozbawiona dawnej obojętności stała się bezbronna, wystawiona na atak.

– Możesz wyjść za swojego hrabiego albo nie, nie obchodzi mnie to – oświadczył Renzo. – Ale nie próbuj mnie w to wplątywać. Inaczej wezmę to za sygnał, że chcesz, bym podzielił się ze światem szczegółami naszej nocy w Monako.

Sophie przełknęła ślinę, z trudem powstrzymując łzy.

– Rozumiem.

Renzo nic więcej nie mówił. Obszedł samochód i wsiadł za kierownicę. A Sophie stała i patrzyła za nim jeszcze długo po tym, jak samochód zniknął w oddali.

Chciało jej się płakać.

Już wcześniej zdążyła się znienawidzić, a Renzo tylko dolał oliwy do ognia. Jutro poślubi Dala, tak jak zaplanowano. Zmusi się, by wypełniać swój małżeński obowiązek, a Dal albo doda dwa do dwóch, albo nie.

Dzieci często rodziły się za wcześnie.

Jak sobie pościeliła, tak się wyśpi.

Ogarnął ją dziwny spokój. Nawet jeśli Dal się dowie, to nie zepsuje ich relacji, bo nie było żadnej relacji. Ich związek od początku miał być biznesową transakcją. Jeśli będzie miała szczęście, może nawet puści ją wolno. To będzie musiało jej wystarczyć.

Dziecko, które nosiła, nie było dzieckiem Dala. Może nawet nigdy nie pozna swojego prawdziwego ojca. Ale nieważne, co się stanie, będzie jej dzieckiem.

I Sophie przysięgła, że będzie je kochać całym sercem.