Ostatnia bitwaTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Ostatnia bitwa
Ostatnia bitwa
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 40,90  32,72 
Ostatnia bitwa
Ostatnia bitwa
Ostatnia bitwa
Audiobook
Czyta Agnieszka Greinert, Jerzy Zelnik
25 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Głupcze i tyranie! Czy nie widzisz, że robię wszystko, na co mnie stać?

Kiedy Tirian zrozumiał, że koń jest jednym z jego umiłowanych poddanych, opanowała go taka wściekłość, że nie wiedział już, co czyni. Miecz króla uniósł się w górę, róg jednorożca pochylił się w dół. Uderzyli jednocześnie. W następnej chwili obaj Kalormeńczycy leżeli martwi: jeden bez głowy, drugi z dziurą w piersiach.

ROZDZIAŁ 3

Małpa w pełni chwały


PANIE KONIU! PANIE KONIU! – zawołał Tirian, gdy tylko przeciął uprząż. – Jak to się stało, że ci cudzoziemcy cię zniewolili? Czy Narnia została zaatakowana? Czy była jakaś bitwa?

– Nie, panie – odparł koń, dysząc ciężko. – Aslan powrócił. To wszystko dzieje się z jego polecenia. Aslan rozkazał...

– Strzeżmy się, panie! – powiedział Klejnot. Tirian spojrzał i zobaczył, że ze wszystkich stron pędzą ku nim Kalormeńczycy, a wraz z nimi trochę mówiących zwierząt. Dwaj mężczyźni zginęli, nie zdążywszy wydać okrzyku, tak że reszta zorientowała się w sytuacji dopiero po chwili. Ale teraz wiedzieli już dobrze, co się stało. Większość wymachiwała krzywymi szablami.

– Szybko! Na mój grzbiet – powiedział Klejnot.

Król wskoczył na grzbiet swego przyjaciela, który zawrócił w miejscu i ruszył galopem. Gdy tylko stracili z oczu pogoń, jednorożec zmienił kilka razy kierunek, przebył jakiś strumień i zawołał, nie zwalniając biegu:

– Dokąd, panie? Do Ker-Paravelu?

– Zatrzymaj się, przyjacielu – rzekł król.

Ześliznął się z białego grzbietu jednorożca i stanął przed nim.

– Klejnocie – rzekł – uczyniliśmy rzecz straszną.

– Zostaliśmy brutalnie sprowokowani – odpowiedział Klejnot.

– Ale tak skoczyć na nich, nie spodziewających się niczego... bez ostrzeżenia... gdy nie mieli broni w ręku... tfu! Jesteśmy mordercami, Klejnocie. Pozbawiłem się honoru na zawsze.

Klejnot spuścił głowę. On też odczuwał głęboki wstyd.

– I w dodatku – powiedział król – ten koń mówił, że to z rozkazu Aslana. Szczur mówił to samo. Wszyscy twierdzą, że Aslan powrócił. A jeśli to prawda?

– Ależ, panie mój, jak Aslan mógłby rozkazać coś tak okropnego?

– On nie jest OSWOJONYM lwem. Skąd możemy wiedzieć, co jest według niego słuszne, a co nie? My, mordercy. Klejnocie, mój przyjacielu, ja wracam. Złożę swój miecz, oddam się w ręce tych Kalormeńczyków i poproszę, aby mnie zaprowadzili przed oblicze Aslana. Niech od razu wymierzy mi sprawiedliwość.

– A więc pójdziesz na spotkanie śmierci – rzekł ze smutkiem jednorożec.

– Czy sądzisz, że dbam o to, jeśli taki będzie wyrok Aslana? Przecież taka śmierć nie ma żadnego znaczenia. Czyż nie lepiej umrzeć niż czuć straszliwy lęk, że oto Aslan powrócił, lecz wcale nie jest podobny do Aslana, w którego wierzyliśmy i za którym tak długo tęskniliśmy? To tak, jakby pewnego dnia wzeszło słońce i okazało się słońcem czarnym.

– Tak – powiedział cicho Klejnot. – Albo jakby się chciało napić wody, a ona okazała się sucha. Masz rację, panie. To już koniec. Pójdźmy tam i oddajmy się w ich ręce.

– Nie ma potrzeby, byśmy szli obaj.

– Jeżeli naprawdę łączy nas miłość – rzekł jednorożec – to pozwól mi iść z tobą. Jeśli zginiesz, a Aslan nie okaże się Aslanem, cóż warte będzie moje życie?

Zawrócili i poszli ramię przy ramieniu, roniąc gorzkie łzy.

Gdy tylko pojawili się na skraju wyrębu, Kalormeńczycy zawyli dziko i rzucili się na nich z bronią w rękach. Ale król wyciągnął ku nim rękojeść swego miecza i rzekł:

– Ja, który byłem królem Narnii, a teraz jestem tylko zhańbionym rycerzem, oddaję się pod sąd Aslana. Zaprowadźcie mnie do niego.

– I ja poddaję się również – dodał Klejnot.

Posępni mężczyźni otoczyli ich zwartym tłumem. Cuchnęli czosnkiem i cebulą, a białka ich oczu połyskiwały groźnie w brązowych twarzach. Założyli jednorożcowi sznur na szyję, a królowi odebrali miecz i związali ręce na plecach. Jeden z nich, w hełmie zamiast turbanu, sprawiający wrażenie dowódcy, zerwał z głowy Tiriana złoty diadem i pospiesznie ukrył w swoich szatach. Poprowadzili więźniów na ogołocone z drzew wzgórze. A oto, co tam ujrzeli.

W środku wyrębu, na szczycie wzgórza, stała niewielka, przypominająca stajnię chatka ze słomianym dachem i z zamkniętymi drzwiami.

Przed chatą na trawie siedziała małpa. Tirian i Klejnot, którzy spodziewali się zobaczyć Aslana i nie słyszeli jeszcze o małpie, zdumieli się na jej widok. Małpą był, oczywiście, Krętacz we własnej osobie, tyle że wyglądał teraz dziesięć razy brzydziej niż wówczas, gdy mieszkał nad Kotłem, bo ubrano go w szkarłatny surdut, niezbyt dopasowany, jako że szyty na karła. Na nogach miał ozdobione drogimi kamieniami pantofle, nie leżące zbyt dobrze, bo – jak wiecie – stopy małpy bardziej przypominają ręce. Na głowie tkwiło mu coś w rodzaju korony z papieru. Obok piętrzył się stos orzechów, z którego co jakiś czas brał do ust jeden, rozgryzał z trzaskiem i wypluwał łupiny gdzie popadnie. W dodatku raz po raz zadzierał poły szkarłatnego surduta, żeby się podrapać. Przed szympansem stała spora grupa mówiących zwierząt, na każdej twarzy malował się strach i oszołomienie. Kiedy ujrzano, kim są jeńcy, rozległy się piski i skowyty.

– O wielki Krętaczu, Rzeczniku Aslana – powiedział dowódca Kalormeńczyków – przyprowadziliśmy ci jeńców. Dzięki naszej zręczności i odwadze, a także z woli wielkiego Tasza, wzięliśmy żywcem tych morderców.

– Dajcie mi miecz tego człowieka – rzekł Krętacz.

Podali mu więc miecz króla wraz z pochwą i pasem, a szympans zawiesił go sobie na szyi, co sprawiło, że wyglądał jeszcze głupiej niż przedtem.

– Później postanowimy, co z nimi zrobić – powiedział, wypluwając łupinę w stronę więźniów. – Mam teraz co innego na głowie. Oni mogą poczekać. A wy wszyscy słuchajcie mnie. Najpierw chcę powiedzieć coś na temat orzechów. Gdzie się podział wódz wiewiórek?

– Tu jestem, panie – odezwała się czerwona wiewiórka, występując z tłumu i składając nerwowy ukłon.

– Ach, więc to ty, tak? – Szympans rzucił na nią nieprzyjemne spojrzenie. – A więc słuchaj uważnie. Chcę... to znaczy Aslan chce... więcej orzechów. To, co mi przyniesiono, zakrawa na kpinę. Musicie przynieść więcej, rozumiesz? Dwa razy tyle. Mają tu leżeć przed jutrzejszym zachodem słońca i żeby mi nie było wśród nich małych i pustych.

W gromadzie wiewiórek rozległ się pomruk przerażenia. Wódz zebrał całą swą odwagę i powiedział:

– Czy możemy usłyszeć to polecenie z ust samego Aslana? Gdyby zechciał nas przyjąć...

– Ale nie zechce – uciął Krętacz. – Okaże wam wielką łaskę, choć i tak większość z was wcale na to nie zasługuje, i wyjdzie na kilka minut wieczorem. Wtedy wszyscy go zobaczycie. Nie będzie jednak żadnego tłoczenia się wokół niego i męczenia waszymi przyziemnymi sprawami. Jeśli ktoś chce coś mu powiedzieć, może to uczynić za moim pośrednictwem. Ja zdecyduję, czy sprawa zasługuje na to, by zaprzątać jego uwagę. A tymczasem lepiej będzie, jeśli wszystkie wiewiórki natychmiast pójdą po orzechy. I radzę wam, żeby leżały tu do jutrzejszego wieczoru, bo, daję słowo, gorzko tego pożałujecie.

Biedne wiewiórki rozbiegały się w popłochu, jakby je gonił pies. Nowy rozkaz był dla nich ciężkim ciosem. Zjadły już prawie wszystkie orzechy, jakie zdołały zebrać na zimę, a z tego, co im pozostało, dały szympansowi o wiele więcej, niż mogły, by przeżyć do lata.

Wtem z tłumu rozległ się głęboki, niski głos należący do włochatego dzika z wielkimi kłami:

– Ale DLACZEGO nie możemy zwyczajnie zobaczyć Aslana i porozmawiać z nim? Kiedy pojawiał się w Narnii za dawnych czasów, każdy mógł z nim mówić twarzą w twarz.

– Nie wierzcie w to – odparł szympans. – A nawet jeśli kiedyś tak było, to teraz czasy są inne. Aslan mówi, że okazywał wam zbyt wiele łagodności i że zamierza to zmienić. Tym razem chce was trochę okrzesać. Tym razem nauczy was wreszcie, że nie jest oswojonym lwem!

Tłum zwierząt wybuchnął długimi zawodzeniami, piskami i skomleniami, a potem zaległa głęboka cisza, bardziej ponura od lamentów.

– Jest jeszcze coś, co musicie sobie wbić do głów – ciągnął szympans. – Jak słyszałem, niektórzy z was mówią, że jestem małpą. Otóż nie jestem żadną małpą. Jestem człowiekiem. Jeśli wyglądam jak małpa, to tylko dlatego, że jestem bardzo stary. Żyję już na tym świecie setki lat. I właśnie dlatego, że jestem taki stary, jestem bardzo mądry. A ponieważ jestem taki mądry, Aslan chce rozmawiać tylko ze mną i z nikim więcej. Tłum głupich zwierzaków nie będzie zawracać mu głowy. Jeśli zajdzie taka potrzeba, powie mi, co macie robić, a ja wam to przekażę. A wtedy, radzę wam po dobroci, róbcie to szybko, bo Aslan nie zamierza dłużej znosić żadnych bzdur!

Głuchą ciszę przerywał tylko płacz małego borsuka i głos jego matki próbującej go uspokoić.

– Na tym nie koniec. Jeszcze o jednej sprawie chcę wam powiedzieć kilka słów – mówił dalej szympans, wsadzając sobie nowy orzech do ust. – Słyszałem, jak niektóre konie mówią: pospieszmy się i skończmy tę robotę przy wycinaniu drzew jak najszybciej, bo wówczas znowu będziemy wolne. Otóż możecie od razu wybić to sobie z łbów. I dotyczy to nie tylko koni. Każdy, kto jest zdolny do pracy, będzie pracować – teraz i w przyszłości. Aslan uzgodnił to z królem Kalormenu, Tisrokiem, jak nazywają go nasi ciemnoskórzy przyjaciele. Wszystkie konie, byki i osły zostaną posłane do Kalormenu, aby na siebie pracować, ciągnąc i nosząc na grzbiecie ciężary, jak to robią konie i im podobne zwierzęta w innych krajach. A wszystkie zwierzęta kopiące i ryjące, jak krety, króliki czy karły, pójdą do pracy w kopalniach Tisroka. A...

 

– Nie, nie – zaskowyczały zwierzęta. – To nie może być prawda. Aslan nigdy by nas nie sprzedał w niewolę królowi Kalormenu.

– Co za bzdury! Przestańcie wrzeszczeć! – zawołał szympans opryskliwie. – Kto tu mówi o niewoli? Wcale nie będziecie niewolnikami. Dostaniecie zapłatę, i to bardzo dobrą. Wasze zarobki będą wpłacane do skarbu Aslana, a on użyje ich dla dobra wszystkich.

Tu spojrzał wymownie, prawie puszczając oko, na wodza Kalormeńczyków. Ten skłonił się i przemówił w kwiecistym kalormeńskim stylu:

– Wasza czcigodna przemądrzałość, Rzeczniku Aslana! Tisrok, oby żył wiecznie, całkowicie i jednomyślnie popiera waszą czcigodność w tym rozsądnym planie.

– No proszę! Widzicie? – powiedział szympans z zadowoleniem. – Wszystko jest uzgodnione. I wszystko to dla waszego dobra. Dzięki pieniądzom, jakie zarobicie, będziemy mogli uczynić Narnię krajem naprawdę wartym tego, by w nim żyć. Będziemy mieli mnóstwo pomarańczy i bananów. Będziemy mieli drogi, wielkie miasta, szkoły, urzędy, baty, wędzidła, siodła, klatki, psie budy, więzienia, och, będziemy mieli wszystko, czego dusza zapragnie.

– Ale my wcale nie chcemy tego wszystkiego – odezwał się stary niedźwiedź. – Chcemy być wolni. I chcemy usłyszeć samego Aslana.

– Nie zaczynaj zbędnych dyskusji – uciął szympans – bo to jest coś, czego nie znoszę. Jestem człowiekiem, a ty jesteś tylko tłustym, głupim niedźwiedziem. Co ty w ogóle wiesz o wolności? Myślisz, że wolność to robienie tego, co ci się podoba? Dowiedz się, że jesteś w błędzie. To wcale nie jest prawdziwa wolność. Prawdziwa wolność polega na tym, że będziesz robić to, co ja ci powiem.

– H-n-n-h – chrząknął niedźwiedź i podrapał się po głowie, ponieważ w żaden sposób nie mógł pojąć tego, co usłyszał.

– Proszę o głos! – zabeczało nagle cienkim głosem wełniste jagnię, tak młode, że wszystkich zdumiała jego śmiałość.

– Co tam znowu? – zapytał szympans. – Mów, tylko szybko.

– Proszę mi darować, ale nie mogę zrozumieć. Co my mamy wspólnego z Kalormeńczykami? My należymy do Aslana – oni do Tasza. Mówią, że Tasz ma cztery ręce i głowę szakala. Na jego ołtarzu zabijają ludzi. Nie wierzę, żeby istniał ktoś taki jak Tasz, ale gdyby nawet istniał, jak Aslan mógłby być jego przyjacielem?

Wszystkie zwierzęta odwróciły głowy i spojrzały bacznie na szympansa, bo było to najlepsze z pytań, jakie dotychczas zadano. Krętacz podskoczył i splunął w stronę jagnięcia.

– Głupi, zarozumiały brzdącu! – wrzasnął piskliwie. – Idź do mamy i napij się mleka. Co ty możesz pojąć z takich spraw? Ale wy wszyscy – posłuchajcie! Tasz to tylko inne imię Aslana. Te wszystkie stare bajdy, że niby to my mamy rację, a Kalormeńczycy się mylą, to najczystsza głupota. Teraz wiemy już lepiej, jak się to wszystko przedstawia. Kalormeńczycy używają tylko innych słów, ale i nam, i im chodzi o to samo. Tasz i Aslan to tylko dwa imiona – wiecie dobrze Kogo. Dlatego między nimi a nami nigdy nie może być żadnej różnicy zdań. Wbijcie sobie to do głów, tępe zwierzaki. Tasz jest Aslanem. Aslan jest Taszem.

Wiecie, jak ponurą minę może mieć czasem wasz pies. Pomyślcie o tym, a potem wyobraźcie sobie twarze mówiących zwierząt: wszystkich tych uczciwych, pokornych, oszołomionych ptaków, niedźwiedzi, dzików, borsuków, królików, kretów i myszy. Wszystkie miały miny o wiele bardziej ponure niż wasz pies. Wszystkie ogony opadły, wszystkie wąsy zwieszały się smutno. Gdybyście zobaczyli te twarze, pękłoby wam serce z żalu. A wśród tego ponurego tłumu tylko jedno zwierzę wcale nie wyglądało na zmartwione.

Był to rudy kot, wielki kocur w kwiecie wieku, siedzący w pierwszym rzędzie z dumnie podniesioną głową, z ogonem zwiniętym schludnie wokół łap. Wpatrywał się uparcie w szympansa i wodza Kalormeńczyków, nie mrugnąwszy ani razu powieką.

– Proszę mi wybaczyć – odezwał się teraz z wyszukaną uprzejmością – ale to mnie bardzo interesuje. Czy twój przyjaciel z Kalormenu myśli tak samo?

– Nie ulega najmniejszej wątpliwości – rzekł Kalormeńczyk – że ten oświecony szympans... to znaczy człowiek... ma całkowitą rację. ASLAN to ni mniej, ni więcej, tylko to samo co TASZ.

– A więc Aslan nie znaczy WIĘCEJ niż Tasz? – zapytał kot z naciskiem.

– W żadnej mierze – odpowiedział Kalormeńczyk, patrząc kotu prosto w twarz.

– Czy to ci wystarczy, Imbirze? – zapytał Krętacz.

– Och, z pewnością – odrzekł chłodno kot. – Bardzo dziękuję za odpowiedź. Chciałem się tylko upewnić. Myślę, że zaczynam wszystko rozumieć.

Aż do tej chwili król i Klejnot milczeli, czekając, aż szympans sam każe im mówić, ponieważ uważali, że nie ma sensu mu przerywać. Ale teraz, gdy Tirian spojrzał na nieszczęśliwe twarze swoich poddanych i zrozumiał, że skłonni są już uwierzyć we wszystko, nawet w to, iż Aslan i Tasz to jedna osoba, nie mógł dłużej wytrzymać.

– Małpo! – zawołał wielkim głosem. – Kłamiesz! To wszystko przeklęte kłamstwa. Kłamiesz jak Kalormeńczyk. Kłamiesz jak każda małpa!

Zamierzał mówić dalej i zapytać, w jaki sposób okrutny bóg Tasz, żywiący się krwią swego ludu, może być tą samą osobą co dobry Lew, którego krew wybawiła całą Narnię. Gdyby mu pozwolono mówić, panowanie szympansa skończyłoby się jeszcze tego samego dnia, zwierzęta dostrzegłyby prawdę i powstały przeciw kłamcy. Ale zanim wypowiedział następne słowo, dwóch Kalormeńczyków uderzyło go pięściami w usta, a trzeci podciął mu z tyłu nogi. Gdy upadł, Krętacz zaskrzeczał wściekłym i przerażonym głosem:

– Zabrać go! Zabrać go! Zabierzcie go gdzieś, gdzie nie będzie mógł słyszeć nas, a my jego. Przywiążcie go do drzewa. Osądzę go... to znaczy Aslan go osądzi... w innym czasie.

ROZDZIAŁ 4

Co stało się tej nocy


KRÓL, OSZOŁOMIONY CIOSAMI i powaleniem na ziemię, nie bardzo wiedział, co się z nim dzieje. Odzyskał świadomość dopiero wówczas, gdy Kalormeńczycy rozwiązali mu ręce, przycisnęli brutalnie plecami do pnia jesionu i owinęli mocno grubym sznurem. Sznur wpijał mu się boleśnie w kostki u nóg, w kolana, pas i pierś, ale najbardziej przeszkadzało mu w tej chwili co innego: nieznośnie swędząca strużka krwi z rozciętej wargi. Tak już często bywa, że najtrudniej znieść drobne przykrości.

Ze swojego miejsca wciąż widział stajnię na szczycie wzgórza i siedzącego przed nią szympansa. Słyszał nawet jego głos i od czasu do czasu odpowiedzi z tłumu Narnijczyków, ale nie mógł zrozumieć słów.

„Bardzo bym chciał wiedzieć, co zrobili z Klejnotem”, myślał król.

W końcu w tłumie zapanowało ogólne poruszenie i po chwili wszyscy zaczęli się rozchodzić w różnych kierunkach. Część zwierząt przeszła obok przywiązanego do drzewa Tiriana. Patrzyły na niego z przerażeniem i współczuciem, ale żadne nie odezwało się ani słowem. Wkrótce wszyscy zniknęli i w lesie zapanowała cisza. A potem godzina za godziną mijały i Tirian poczuł najpierw okropne pragnienie, później dotkliwy głód, a gdy nadszedł zmierzch – dojmujący chłód. Rozbolały go plecy. Słońce zaszło i zapadł wieczór.

Kiedy było już prawie zupełnie ciemno, Tirian usłyszał delikatny odgłos miękkich łapek i ujrzał zbliżającą się ku niemu grupkę małych stworzeń. Po lewej stronie kroczyły trzy myszy, w środku królik, po prawej dwa krety. Te ostatnie niosły na plecach niewielkie worki, tak że w pierwszej chwili król nie mógł się zorientować, co to za stworzenia. Zwierzęta otoczyły króla, oparły swoje chłodne łapki na jego kolanach i złożyły na nich sapiące, zwierzęce pocałunki. (Mogły bez trudu dosięgnąć kolan króla, bo narnijskie mówiące zwierzęta są większe od niemych zwierząt tych samych gatunków w Anglii.)

– Królu, panie nasz! Miłościwy panie! – przemówiły cienkimi głosikami. – Bardzo nam ciebie żal. Nie śmiemy cię rozwiązać, bo Aslan bardzo by się gniewał. Ale przyniosłyśmy ci kolację.

I natychmiast jedna mysz wspięła się zwinnie po ubraniu Tiriana, usadowiła na sznurze, który oplatał jego pierś, i zmarszczyła swój tępy nos tuż przed jego twarzą. Potem druga mysz wspięła się i zawisła pod pierwszą. Reszta zwierząt zaczęła im podawać różne rzeczy.

– Najpierw się napij, wasza królewska mość, a zobaczysz, że odzyskasz apetyt – powiedziała pierwsza mysz i Tirian spostrzegł, że przystawiono mu do ust maleńką drewnianą czarkę, nie większą niż skorupka od jajka, tak że prawie nie poczuł smaku wina. Ale gdy ją opróżnił, mysz przesłała czarkę z powrotem na ziemię, gdzie ją ponownie napełniono i podano w górę. W ten sposób po jakimś czasie zupełnie nieźle zaspokoił pragnienie, zwłaszcza że zwykle lepiej się to robi, gdy pije się małymi porcjami, niż wypijając wszystko duszkiem.

– Tu jest trochę sera, najjaśniejszy panie – powiedziała pierwsza mysz – ale nie za dużo, bo później chciałoby ci się pić. Po serze nakarmiono go owsianymi ciasteczkami ze świeżym masłem, a na zakończenie znowu podano mu trochę wina. – A teraz dajcie mi tu wody – powiedziała pierwsza mysz. – Umyję królowi twarz. Widzę na niej krew.

Po chwili Tirian poczuł na twarzy chłodną gąbkę. Bardzo go to orzeźwiło.

– Moi mali przyjaciele – rzekł – jakże mam wam dziękować za to wszystko?

– Wcale nie musisz dziękować, panie – odpowiedziały ciche głosiki. – Przecież nie mogłyśmy postąpić inaczej. MY nie chcemy żadnego innego króla. Jesteśmy twoimi poddanymi. To tylko szympans i Kalormeńczycy nastają na twe życie i honor. Walczyłybyśmy z nimi do ostatniej kropli krwi i prędzej dałybyśmy się posiekać na kawałki, niż pozwoliłybyśmy im ciebie związać. Ale nie możemy przecież walczyć przeciw Aslanowi.

– Myślicie, że to naprawdę Aslan? – zapytał król.

– Ależ tak, oczywiście – odrzekł królik. – Zeszłej nocy wyszedł z szopy. Wszyscy go widzieliśmy.

– Jak on wygląda?

– Jak straszny, wielki lew – odpowiedziała jedna z myszy.

– I myślicie, że to naprawdę Aslan zabija leśne nimfy i sprzedaje was w niewolę królowi Kalormenu?

– Tak, to jest straszne – powiedziała druga mysz. – Lepiej byłoby umrzeć, zanim to wszystko się zaczęło. Ale nie ma co do tego żadnych wątpliwości. Wszyscy mówią, że to są rozkazy Aslana. I widzieliśmy go. Nie sądziliśmy, że Aslan taki będzie. Przecież... przecież my tak za nim tęskniliśmy!

– Zdaje się, że tym razem wrócił bardzo rozgniewany – dodała pierwsza mysz. – Musieliśmy wszyscy zrobić coś bardzo złego. Aslan na pewno przyszedł, żeby nas za to ukarać. Ale mógłby nam chociaż powiedzieć za co!

– Zdaje mi się, że to, co teraz robimy, też może być złe – odezwał się królik.

– Nic mnie to nie obchodzi – powiedział zapalczywie jeden z kretów. – Zrobiłbym to jeszcze raz.

– Cicho! Bądź ostrożny! – uciszyły go głosy innych. – Bardzo nam, miłościwy panie, przykro, ale musimy już wracać. Co by to było, gdyby nas tu przyłapano.

– Idźcie zaraz, moje kochane zwierzęta – rzekł Tirian. – Za całą Narnię nie chciałbym sprowadzić nieszczęścia na żadne z was.

– Dobranoc, dobranoc – zapiszczały, pocierając nosami jego kolana. – Wrócimy tu, jak będziemy mogły.

A potem wszystkie czmychnęły cicho w ciemność i las zrobił się jeszcze bardziej pusty i zimny niż przedtem.

Zapłonęły gwiazdy i czas mijał wolno – wyobraźcie sobie tylko jak wolno! – podczas gdy król stał w ciasnych więzach pod drzewem, zesztywniały i obolały. Lecz w końcu coś się wydarzyło.

W oddali pojawiło się czerwone światełko. Potem znikło na chwilę i znowu zapłonęło, tym razem większe i silniejsze. Później król ujrzał ciemne sylwetki uwijające się tu i tam w czerwonym blasku: przynosiły jakieś ciężary i zrzucały je na ziemię. Po chwili zrozumiał, na co patrzy. Było to ognisko, do którego znoszono wielkie wiązki drzewa. Teraz rozgorzało wielkim płomieniem; rozpalono je na samym szczycie wzgórza. Tirian widział oblaną czerwonym blaskiem Stajnię, a pomiędzy sobą i ogniskiem – tłum zwierząt i ludzi. Tuż przy ogniu garbił się dziwacznie szympans. Mówił coś do tłumu, lecz Tirian nie słyszał słów. Potem szympans podszedł do drzwi i wówczas ze Stajni wyszło coś czworonożnego – coś, co kroczyło dość sztywno – i stanęło przed tłumem.

Rozległ się ryk, skowyt i zawodzenie tak głośne, że król zrozumiał tylko parę słów.

– Aslan! Aslan! – wołały zwierzęta. – Przemów do nas! Pociesz nas! Przestań się na nas gniewać!

Z tej odległości Tirian nie mógł przyjrzeć się dokładniej temu stworzeniu, widział tylko, że jest żółte i włochate. Nigdy nie widział Wielkiego Lwa. Prawdę mówiąc, nigdy nie widział nawet zwykłego lwa. Nie miał pewności, czy to, co widzi, nie jest rzeczywiście prawdziwym Aslanem. Nie spodziewał się też, że Aslan może wyglądać tak jak to niezgrabne stworzenie, stojące bez słowa przed tłumem. Skąd jednak mógł wiedzieć na pewno? Przemknęły mu przez głowę straszne myśli, ale zaraz przypomniał sobie tę bzdurę, że Tasz i Aslan to jedna osoba. Nie, to wszystko musi być oszustwem.

 

Szympans zbliżył teraz ucho do głowy żółtego stworzenia, jakby słuchał tego, co ono mu szepce. Potem odwrócił się do tłumu i przemówił, a tłum znów wybuchnął żałosnym lamentem. Żółte stworzenie odwróciło się niezgrabnie i powróciło – można by prawie powiedzieć: pokuśtykało – do Stajni, a szympans zamknął za nim drzwi. Zgaszono ognisko, bo czerwony blask nagle zniknął, i Tirian został sam w chłodzie i ciemności.

Myślał o innych królach, którzy żyli i zmarli w Narnii w dawnych czasach, i doszedł do wniosku, że żaden z nich nie był tak nieszczęśliwy jak on. Wspominał pradziada swego pradziada, króla Riliana, porwanego przez Czarownicę, gdy był jeszcze młodym królewiczem, i więzionego przez nią w mrocznych jaskiniach pod krainą Północnych Olbrzymów. Ale wszystko dobrze się skończyło, bo gdzieś z zaświatów przybyło nagle dwoje tajemniczych dzieci i uwolniło go, tak że mógł wrócić do Narnii i panować w niej długo i szczęśliwie. „Tak, ale ze mną jest inaczej”, westchnął z żalem. Potem sięgnął myślami jeszcze wcześniej i przypomniał sobie dzieje ojca Riliana, Kaspiana Żeglarza, którego chciał zamordować niegodziwy wuj, król Miraz, i jak Kaspian uciekł do lasu i żył pośród karłów. Ale i ta historia zakończyła się szczęśliwie, bo i jemu pomogły dzieci – tym razem czworo – które przybyły z innego świata, zwyciężyły w wielkiej bitwie i osadziły go na tronie jego ojca. „Tak, ale to było dawno, dawno temu”, pomyślał z żalem. „Takie rzeczy dziś już się nie zdarzają”. A potem wspomniał (bo od najmłodszych lat zawsze interesował się historią), jak ta sama czwórka dzieci, która pomogła Kaspianowi, przebywała w Narnii ponad tysiąc lat temu i dokonała wówczas najbardziej zadziwiających, wielkich czynów. Te dzieci zwyciężyły straszną Białą Czarownicę i zakończyły erę Stuletniej Zimy, a potem panowały długo (wszyscy czworo razem) w Ker-Paravelu i nie były już dziećmi, lecz mężnymi królami i umiłowanymi królowymi, a ich panowanie nazwano później Złotym Wiekiem Narnii. I Aslan często pojawiał się w tej i we wszystkich innych starych opowieściach, jakie Tirian pamiętał. „Aslan i dzieci z innego świata”, pomyślał. „Zawsze pojawiali się w najgorszych, najbardziej beznadziejnych chwilach. Och, gdyby tak się stało i teraz!”

I zawołał:

– Aslanie! Aslanie! Aslanie! Przybądź i udziel nam pomocy!

Ale odpowiedziała mu tylko cisza, niezmienna ciemność i chłód. – Nie proszę o swoje życie! – zawołał król. – Niech zginę! Przyjdź i wybaw całą Narnię!

Ale noc i las wciąż były takie same, natomiast coś zmieniło się w samym Tirianie. Nawet sobie tego w pełni nie uświadamiał, lecz zaczął odczuwać słabą nadzieję i jakby przypływ siły. „Och, Aslanie, Aslanie”, szeptał do siebie, „jeśli nie przyjdziesz sam, ześlij nam chociaż pomoc z zaświatów”. A potem, nie wiedząc prawie, co czyni, zawołał wielkim głosem:

– Dzieci! Dzieci! Przyjaciele Narnii! Prędko! Przybywajcie! Wzywam was poprzez wszystkie światy, wzywam was, ja, Tirian, Król Narnii, Pan na Ker-Paravelu, Cesarz Samotnych Wysp!

I natychmiast zapadł w sen (jeśli to był sen), najbardziej żywy ze wszystkich, jakie dotąd miał. Wydało mu się, że stoi w jasno oświetlonej komnacie, w której wokół okrągłego stołu siedzi siedmioro ludzi. Dwoje z nich – mężczyzna z białą brodą i kobieta z mądrymi, wesołymi oczami – było bardzo wiekowych. Miejsce po prawej stronie starca zajmował chłopiec, z pewnością młodszy od Tiriana, ale z twarzą króla i rycerza. Podobnie wyglądał inny młodzieniec, po prawej ręce starej kobiety. Twarzą do Tiriana siedziała jasnowłosa dziewczyna, młodsza od dwóch młodzieńców, a po obu jej rękach – chłopiec i dziewczynka jeszcze młodsi niż ona. Ich stroje wydały się Tirianowi bardzo dziwaczne.

Nie miał jednak czasu zastanawiać się nad takimi szczegółami, bo nagle najmłodszy chłopiec i obie dziewczynki zerwali się z miejsc, a jedno z nich wydało z siebie cichy jęk. Stara kobieta wzdrygnęła się i wstrzymała oddech. Starzec musiał również zrobić jakiś gwałtowny ruch, bo kielich z winem, który stał tuż przy jego prawej ręce, spadł na podłogę. Tirian usłyszał brzęk tłuczonego szkła.

Wówczas zdał sobie sprawę, że ci ludzie go widzą: wpatrują się w niego, jakby zobaczyli ducha. Zauważył jednak, że młodzieniec o królewskiej twarzy, siedzący po prawej ręce starca, nawet nie drgnął (chociaż pobladł bardzo), tylko zacisnął mocno pięść, a po chwili rzekł:

– Jeśli nie jesteś zjawą lub snem, przemów! Wyglądasz na Narnijczyka, a my wszyscy jesteśmy przyjaciółmi Narnii.

Tirian bardzo chciał przemówić. Próbował wykrzyknąć, że jest królem Narnii, który znalazł się w wielkiej potrzebie. Stwierdził jednak (jak to zdarza się w snach), że nie może wydobyć z siebie głosu.

Ten, który odezwał się do niego, powstał.

– Cieniu lub duchu, lub kimkolwiek jesteś – rzekł, wpatrując się w Tiriana – jeśli przychodzisz z Narnii, w imię Aslana, wzywam cię, przemów! Jestem Wielki Król Piotr.

Komnata zaczęła się kołysać w oczach Tiriana. Słyszał głosy siedmiorga ludzi, mówiących coś jednocześnie, ale wszyscy stawali się coraz bardziej bladzi i niewyraźni. Doszły do niego okrzyki: „Patrzcie! Blednie!”, „Rozpływa się!”, „Znika!” W następnej chwili, już zupełnie rozbudzony, wciąż stał przywiązany do drzewa, zziębnięty i odrętwiały. Las napełniało blade, posępne światło, zapowiadające wschód słońca. Ubranie miał mokre od rosy. Zbliżał się świt.

To przebudzenie należało chyba do najgorszych w jego życiu.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?