Ostatnia bitwaTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Ostatnia bitwa
Ostatnia bitwa
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 40,90  32,72 
Ostatnia bitwa
Ostatnia bitwa
Ostatnia bitwa
Audiobook
Czyta Agnieszka Greinert, Jerzy Zelnik
25  20,75 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


C.S. LEWIS

OSTATNIA BITWA


Ilustrowała

PAULINE BAYNES


Przełożył

ANDRZEJ POLKOWSKI


Tytuł oryginału:

THE CHRONICLES OF NARNIA.

THE LAST BATTLE

The Last Battle copyright © 1956 by C.S. Lewis Pte. Ltd.

Copyright renewed 1984 by C.S. Lewis Pte. Ltd.

The Chronicles of Narnia®, Narnia® and all book titles, characters and locales original to The Chronicles of Narnia are trademarks of C.S. Lewis Pte. Ltd.

Use without permission is strictly prohibited.

Illustrations by Pauline Baynes; Copyright © 1956 by C.S. Lewis Pte. Ltd.

Coloured art by Pauline Baynes; copyright c 1998 by C.S Lewis Pte.Ltd

Copyright © for the Polish translation by Andrzej Polkowski

Published by Media Rodzina

under license from the CS Lewis Company Ltd.

Wszelkie prawa zastrzeżone. Przedruk lub kopiowanie całości albo fragmentów książki – z wyjątkiem cytatów w artykułach i przeglądach krytycznych – możliwe jest tylko na podstawie pisemnej zgody wydawcy.

www.narnia.com

ISBN 978-83-7278-883-2

Harbor Point Sp. z o.o.

Media Rodzina

ul. Pasieka 24, 61-657 Poznań

tel. 61 827 08 60, faks 61 827 08 66

www.mediarodzina.pl mediarodzina@mediarodzina.pl

Konwersja: eLitera s.c.


Spis treści

Karta redakcyjna

ROZDZIAŁ 1. Nad Kotłem

ROZDZIAŁ 2. Lekkomyślność króla

ROZDZIAŁ 3. Małpa w pełni chwały

ROZDZIAŁ 4. Co stało się tej nocy

ROZDZIAŁ 5. Pomoc dla króla

ROZDZIAŁ 6. Nocny wypad

ROZDZIAŁ 7. Głównie o karłach

ROZDZIAŁ 8. Jakie nowiny przyniósł orzeł

ROZDZIAŁ 9. Wielkie zgromadzenie na Wzgórzu Stajni

ROZDZIAŁ 10. Kto wejdzie do Stajni?

ROZDZIAŁ 11. Wszystko dzieje się coraz szybciej

ROZDZIAŁ 12. Przez drzwi Stajni

ROZDZIAŁ 13. Jak karły nie dały się oszukać

ROZDZIAŁ 14. Noc spada na Narnię

ROZDZIAŁ 15. Dalej wzwyż i dalej w głąb

ROZDZIAŁ 16. Pożegnanie z Krainą Cieni


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

ROZDZIAŁ 1

Nad Kotłem


DALEKO NA ZACHODZIE, za Latarnianym Pustkowiem, opodal Wielkiego Wodospadu, żył u schyłku dziejów Narnii pewien szympans. Był tak stary, że nikt już nie pamiętał, kiedy po raz pierwszy pojawił się w tych okolicach. Trudno wyobrazić sobie małpę sprytniejszą, brzydszą i bardziej pomarszczoną. Mieszkał w drewnianym, wymoszczonym liśćmi domku, zawieszonym w rozwidleniu wielkiego drzewa. Nazywano go Krętaczem.

W tej części puszczy rzadko spotyka się mówiące zwierzęta, ludzi czy karły, lecz Krętacz miał sąsiada i przyjaciela – osła zwanego Łamigłówkiem. W każdym razie obaj utrzymywali, że są przyjaciółmi, choć wiele wskazywało raczej na to, iż Łamigłówek wcale nie jest przyjacielem Krętacza, tylko jego sługą. To osioł wykonywał każdą cięższą pracę. Kiedy szli razem nad rzekę, Krętacz napełniał wodą wielkie skórzane bukłaki, ale to Łamigłówek dźwigał je z powrotem. Kiedy potrzebowali czegoś z miasta, to Łamigłówek wędrował w dół rzeki z pustymi koszami na grzbiecie i wracał z koszami pełnymi i ciężkimi. Natomiast Krętacz zjadał wszystkie najlepsze smakołyki, co uzasadniał w ten sposób: „Jak dobrze wiesz, Łamigłówku, nie mogę jeść trawy i ostu jak ty, więc chyba rozumiesz, że muszę to sobie czymś wynagrodzić”. A osioł zawsze odpowiadał: „Ależ oczywiście, Krętaczu, oczywiście. Doskonale to rozumiem”. Łamigłówek nigdy się nie żalił, ponieważ wiedział, że Krętacz jest od niego o wiele mądrzejszy; i tak już nadzwyczaj miło z jego strony, że przyjaźni się z osłem. Kiedy Łamigłówek próbował wyrazić swoje zdanie na jakiś temat, Krętacz zawsze mu przerywał: „Posłuchaj, Łamigłówku, wiem lepiej od ciebie, co trzeba zrobić. Wiesz przecież, że nie jesteś mądry”. A osioł odpowiadał: „Tak, tak, Krętaczu, masz świętą rację. Nie jestem zbyt mądry”. Potem wzdychał i robił to, co mu szympans powiedział.

Pewnego wiosennego ranka przechadzali się obaj nad brzegiem Kotła. Kotłem nazywano wielki staw położony u stóp gór na zachodnich kresach Narnii. Z gór, z hukiem podobnym do nigdy nie przemijającego grzmotu burzy, spadał do Kotła Wielki Wodospad, a z drugiej strony wypływała Wielka Rzeka biegnąca przez całą Narnię. Wodospad sprawiał, że woda w Kotle wciąż wirowała, pieniła się i bulgotała, jakby ją ktoś gotował, i stąd właśnie pochodziła jego nazwa. A najbardziej woda kipiała wczesną wiosną, gdy w dalekich górach poza Narnią, na Zachodnim Odludziu, tam gdzie rzeka bierze swój początek, topniały śniegi.

Kiedy tak przyglądali się wściekłym igraszkom wody w Kotle, Krętacz wskazał na coś ciemnym, nie owłosionym palcem i powiedział:

– Patrz! Co to jest?

– Co jest co? – zapytał Łamigłówek.

– To coś żółtego, co właśnie spadło z wodospadu. O! Znowu się pokazało. Unosi się na powierzchni wody. Musimy zobaczyć, co to jest.

– Musimy? – zapytał Łamigłówek.

– Ależ oczywiście – odrzekł Krętacz. – To może być coś bardzo pożytecznego. Bądź dzielnym osłem, Łamigłówku, wskocz do Kotła i wyłów to, żebyśmy mogli zobaczyć, co to jest.

– Wskoczyć do Kotła? – zapytał osioł, strzygąc długimi uszami.

– A może znasz jakiś inny sposób, aby to wyciągnąć? – zdziwił się szympans.

– Ale... ale... czy nie lepiej, żebyś ty to zrobił? Bo, widzisz, to ty chcesz się dowiedzieć, co to jest. Ja wcale nie jestem tego ciekaw. No, i masz ręce. Jeśli chodzi o łapanie różnych rzeczy, jesteś tak dobry jak człowiek albo karzeł. Ja mam tylko kopyta.

– No wiesz, Łamigłówku, nie sądziłem, że może ci coś takiego wpaść do głowy. Naprawdę, nigdy bym się tego po tobie nie spodziewał.

– O co ci chodzi, co ja takiego znowu powiedziałem? – zapytał osioł pokornym tonem, widząc, że Krętacz poczuł się naprawdę bardzo urażony. – Ja tylko mówiłem, że...

– Żebym to ja wskoczył do wody – przerwał mu szympans. – Tak jakbyś nie wiedział, jak delikatne płuca mają wszystkie małpy i jak łatwo się zaziębiają! Dobrze. Zrobię to. I tak już przemarzłem na tym okropnym wietrze. Ale zrobię to. Prawdopodobnie umrę. Dopiero wtedy będziesz mnie żałował. – Szympans mówił tak, jakby za chwilę miał się rozpłakać.

– Och, nie, nie! Błagam cię, nieee! – zaryczał Łamigłówek. – Wcale nie miałem tego na myśli, naprawdę, uwierz mi. Przecież wiesz, jaki jestem głupi, wiesz, że nie potrafię myśleć o dwu rzeczach naraz. Zupełnie zapomniałem o twoich słabych płucach. Ależ oczywiście, że tam wskoczę. Nie wolno ci nawet o tym myśleć. Przyrzeknij mi, Krętaczu, że tego nie zrobisz!

Więc szympans przyrzekł, a osioł powlókł się, stukając kopytami po skalistej krawędzi Kotła, aby znaleźć jakieś miejsce, w którym dałoby się do niego ostrożnie wejść. Woda była z pewnością lodowata, ale o wiele bardziej przerażało go to, że pieniła się i bulgotała jak w prawdziwym kotle. Zatrzymał się, dygocąc z zimna i ze strachu. Upłynęła cała minuta i wciąż nie mógł się odważyć, gdy usłyszał za sobą głos Krętacza:

– Może jednak ja powinienem to zrobić, Łamigłówku?

Kiedy osioł to usłyszał, odpowiedział szybko:

 

– Nie, nie! Przecież mi przyrzekłeś. Już wchodzę! – I skoczył.

Najpierw wielka masa spienionej wody oślepiła go i wdarła mu się do pyska. Potem przykryła go całkowicie na kilka sekund, a gdy za moment wynurzył się już w innym, odległym miejscu, od razu porwał go wir i poniósł, obracając wokoło, coraz szybciej i szybciej, aż do samego wodospadu. Spadająca z wysoka woda wtłoczyła go pod powierzchnię tak głęboko, iż zdawało mu się, że już dłużej nie wytrzyma bez oddechu. A kiedy wynurzył głowę i znalazł się wreszcie niedaleko owej żółtej rzeczy, którą miał wyłowić – ta dostała się pod wodospad i zniknęła pod wodą. Gdy znowu ją zobaczył, pływała dalej niż przedtem. W końcu, śmiertelnie wyczerpany, potłuczony i odrętwiały z zimna, złapał ją zębami i powoli dopłynął do brzegu. Wygramolił się z trudem, niosąc to coś w pysku i potykając się o to kopytami, bo było ciężkie, zimne i obślizgłe, jak nasiąknięty wodą dywanik sprzed kominka.

Rzucił to przed Krętaczem i stał, ociekając wodą, dygocąc z zimna i próbując złapać oddech. Ale szympans nawet na niego nie spojrzał i nie zapytał, jak się czuje. Krążył wokół tego czegoś, całkowicie pochłonięty rozwijaniem tego, macaniem i obwąchiwaniem. W końcu w oczach pojawił mu się jakiś niedobry błysk i powiedział:

– To jest skóra lwa.

– Eu... ou... au... och, naprawdę? – wysapał Łamigłówek.

– I zastanawiam się... zastanawiam... zastanawiam – mówił Krętacz do siebie, bo rzeczywiście myślał nad czymś bardzo intensywnie.

– A ja zastanawiam się, kto zabił tego biednego lwa – rzekł Łamigłówek. – Trzeba to pochować. Musimy urządzić pogrzeb.

– Och, nie przejmuj się tak, przecież to nie był mówiący lew – powiedział Krętacz. – Za Wodospadem, na Zachodnim Odludziu, nie ma mówiących zwierząt. Ta skóra musiała należeć do jakiegoś niemego, dzikiego lwa.

(Nawiasem mówiąc, szympans miał rację. Kilka miesięcy temu pewien myśliwy – człowiek – zabił i odarł ze skóry lwa w dalekich ostępach Zachodniego Odludzia. Ale to wydarzenie nie jest częścią naszej opowieści.)

– Ale pomyśl, Krętaczu – odezwał się Łamigłówek – nawet jeśli ta skóra należała jedynie do niemego, dzikiego lwa, to czy nie powinniśmy jednak sprawić jej przyzwoitego pogrzebu? Chodzi mi o to, że wszystkie lwy są... są trochę... no, uroczyste... Chyba rozumiesz, co mam na myśli. Ze względu na... wiesz kogo. Rozumiesz?

– Nie dręcz swojej biednej łepetyny jakimiś pomysłami, Łamigłówku. Wiesz dobrze, że myślenie nie jest twoją najsilniejszą stroną. Zrobimy ci z tej skóry bardzo przyzwoity płaszcz na zimę.

– Oj, to chyba nie jest dobry pomysł – skrzywił się osioł. – To by wyglądało... to znaczy, inne zwierzęta mogłyby pomyśleć... Chcę powiedzieć, że nie czułbym się...

– O czym ty właściwie mówisz? – zapytał Krętacz, drapiąc się z dołu do góry, jak to zwykle robią małpy.

– Myślę, że byłoby brakiem szacunku wobec Wielkiego Lwa, samego Aslana, gdyby taki osioł jak ja chodził sobie w lwiej skórze – powiedział Łamigłówek z niesłychaną jak na niego stanowczością.

– Tylko bardzo cię proszę, nie zaczynaj się upierać – rzekł Krętacz. – Co taki osioł jak ty może wiedzieć o tego rodzaju sprawach? Wiesz przecież, że myślenie nie jest twoją specjalnością, Łamigłówku, więc pozwól mi myśleć za siebie. Dlaczego nie traktujesz mnie tak jak ja ciebie? JA nie uważam, że potrafię wszystko. Wiem, że w pewnych sprawach jesteś ode mnie lepszy. Właśnie dlatego pozwoliłem ci wskoczyć do Kotła: wiedziałem, że zrobisz to lepiej niż ja. Teraz moja kolej. Akurat nadarza się coś, co ja mogę zrobić, a czego ty nie potrafisz. Czy mnie nigdy nie będzie wolno czegoś zrobić? Naprawdę, bądź trochę bardziej sprawiedliwy. I nie upieraj się.

– No, jeśli tak to ujmujesz...

– Powiem ci coś. Dobrze by było, gdybyś pobiegł żwawym truchtem w dół rzeki, do Targobrodu, i zobaczył, czy nie mają tam pomarańczy lub bananów.

– Jestem taki zmęczony, Krętaczu – poskarżył się osioł.

– Tak, ale jesteś też przemoczony i przemarznięty. Musisz się rozgrzać. Ostry trucht dobrze ci zrobi. A prócz tego dzisiaj w Targobrodzie jest jarmark.

No i oczywiście Łamigłówek poszedł. Gdy tylko Krętacz został sam, ruszył powłócząc kończynami – czasem na dwu, a czasem na czterech nogach – do swojego drzewa. Skacząc z gałęzi na gałąź, a przy tym robiąc miny i skrzecząc coś do siebie, dotarł do swego domku. Wśliznął się do środka i znalazł igłę, nici i wielkie nożyce, był bowiem mądrym szympansem i karły nauczyły go szycia. Wziął do ust kłębek nici (grubych, bardziej przypominających sznurek), tak że policzki wydęły mu się, jakby ssał ogromny cukierek toffi. Igłę wetknął między wargi, a nożyce chwycił lewą ręką. Potem zszedł z drzewa i powłócząc nogami, pobiegł do lwiej skóry. Ukucnął przy niej i od razu zabrał się do roboty.

Szybko zorientował się, że cała skóra jest dla Łamigłówka za długa, natomiast szyja – za krótka. Wyciął więc spory kawał skóry i uszył z niej wysoki kołnierz na długą szyję osła. Potem odciął łeb i wstawił kołnierz pomiędzy łeb i ramiona. Po obu stronach rozcięcia skóry umocował sznurek, tak by ją można było związywać na piersiach i brzuchu. Za każdym razem, gdy przelatywał jakiś ptak, Krętacz przestawał szyć i spoglądał niespokojnie w górę, ponieważ nie chciał, by ktokolwiek widział, co robi. Ale żaden z dostrzeżonych ptaków nie należał do mówiących ptaków, więc szympans nie musiał się lękać.

Łamigłówek wrócił późnym popołudniem. Nie biegł truchtem, lecz – zwyczajem osłów – człapał spokojnie brzegiem rzeki.

– Nie było żadnych pomarańczy – powiedział – ani żadnych bananów. Jestem okropnie zmęczony. – I położył się.

– Chodź tu i przymierz swój nowy płaszcz z lwiej skóry – rzekł Krętacz.

– Och, daj mi spokój z tą starą skórą – jęknął osioł. – Przymierzę ją jutro rano. Jestem za bardzo zmęczony.

– Jesteś przede wszystkim bardzo niemiły, Łamigłówku. Jeśli TY jesteś zmęczony, to co JA mam powiedzieć? Gdy ty zażywałeś cudownego, odświeżającego spaceru wzdłuż rzeki, ja harowałem ciężko przez cały dzień, aby ci uszyć płaszcz. Palce tak mi zesztywniały, że ledwo trzymam nożyce. A ty nawet nie podziękujesz... nawet nie spojrzysz na ten płaszcz... i w ogóle nie obchodzi cię... i... i...

– Mój kochany Krętaczu! – zawołał Łamigłówek, zrywając się na cztery nogi. – Tak mi przykro. Zachowałem się okropnie. Oczywiście, bardzo chcę przymierzyć ten płaszcz. Ach, jak on wspaniale wygląda! Może od razu go przymierzę? Błagam cię, pozwól mi!

– No więc stań spokojnie – powiedział szympans.

Skóra była dla niego trochę za ciężka, ale w końcu, ciągnąc, pchając, dysząc i sapiąc, udało mu się nałożyć ją na osła. Zawiązał mu ją pod brzuchem i na piersiach, przymocował lwie łapy do oślich nóg i lwi ogon do oślego ogona. Z otwartej paszczy lwa wystawał duży kawał szarego, oślego pyska, a zwłaszcza jego długi nos. Nikt, kto choć raz widział prawdziwego lwa, nie dałby się nabrać na tę maskaradę. Ale gdyby spojrzał teraz na Łamigłówka ktoś, kto nigdy lwa nie widział, mógłby go wziąć za lwa, jeśliby tylko nie podchodził za blisko i gdyby nie było za jasno, i gdyby Łamigłówek nie rżał rozpaczliwie po oślemu i nie stukał kopytami.

– Wyglądasz wspaniale, wspaniale – rzekł szympans. – Gdyby cię teraz ktoś zobaczył, pomyślałby, że to sam Aslan, Wielki Lew.

– To by było straszne – powiedział Łamigłówek.

– Wcale nie. Każdy by robił to, co byś mu kazał.

– Ale ja wcale nie chcę nikomu rozkazywać!

– Pomyśl tylko, ile dobrego mógłbyś zrobić! – zapalił się Krętacz. – Nie bój się, ja ci będę doradzać. Będę ci wymyślał rozsądne zarządzenia. I każdy będzie musiał je wykonać, nawet sam król. Moglibyśmy w ten sposób uporządkować wszystko w całej Narnii.

– A czy teraz wszystko nie jest w porządku? – zapytał Łamigłówek.

– Co?! – krzyknął Krętacz. – Wszystko w porządku? A gdzie są pomarańcze i banany?

– No wiesz, chyba nie ma zbyt wiele takich stworzeń... prawdę mówiąc, chyba nie ma nikogo prócz ciebie, kto by chciał mieć pomarańcze i banany.

– A cukier? Może jest go za wiele? – zapytał Krętacz.

– No... tak... Na pewno świat byłby przyjemniejszy, gdyby było więcej cukru.

– Więc załatwione – rzekł szympans. – Ty będziesz udawał, że jesteś Aslanem, a ja ci będę mówił, co masz powiedzieć.

– Nie, nie, nie! – zaryczał Łamigłówek. – Nie mów takich okropnych rzeczy! To by było bardzo złe, Krętaczu. Może nie jestem zbyt mądry, ale tego jestem zupełnie pewny. A co będzie, gdy zjawi się prawdziwy Aslan?

– Myślę, że będzie bardzo zadowolony – rzekł Krętacz. – Bardzo możliwe, że to on podrzucił nam tę lwią skórę właśnie po to, abyśmy wszystko uporządkowali. A w ogóle, to wiesz dobrze, że się nie zjawi. Nie w tych czasach.

W tym momencie tuż nad ich głowami huknął przerażający grom. Ziemia zatrzęsła się i obaj upadli.

– A widzisz! – wysapał Łamigłówek, gdy tylko odzyskali oddech. – To był znak, ostrzeżenie. Wiedziałem, że rozmawiamy o czymś okropnie niegodziwym. Natychmiast zdejmij ze mnie tę przeklętą skórę!

– Mylisz się – powiedział spokojnie szympans (którego umysł pracował niesłychanie szybko). – To zupełnie inny znak. Właśnie chciałem powiedzieć, że jeśli prawdziwy Aslan, jak go nazywasz, chce, abyśmy uporządkowali wszystko w Narnii, posługując się tą skórą, to z pewnością da nam znak w postaci gromu i trzęsienia ziemi. Właśnie miałem to na końcu języka, tylko że znak nadszedł, zanim zdołałem to wypowiedzieć. Teraz MUSISZ to zrobić, Łamigłówku. I bardzo cię proszę, przestańmy już na ten temat dyskutować. Wiesz przecież, że nie rozumiesz tych spraw. Co osioł może wiedzieć o znakach?

ROZDZIAŁ 2

Lekkomyślność króla


OKOŁO TRZECH TYGODNI PÓŹNIEJ ostatni z królów Narnii siedział pod wielkim dębem rosnącym obok jego domku myśliwskiego, w którym często zatrzymywał się na jakieś dziesięć dni, ciesząc się piękną, wiosenną pogodą. Była to właściwie niska, pokryta strzechą chata, zbudowana na wschodnich krańcach Latarnianego Pustkowia, nieco powyżej połączenia dwóch rzek. Król lubił takie proste i beztroskie życie, z dala od spraw państwowych i całej dworskiej pompy Ker-Paravelu, królewskiej stolicy. Nazywał się Tirian i miał nieco ponad dwadzieścia lat. W ramionach był mocny i szeroki, mięśnie miał twarde, lecz broda zaledwie mu się sypała. Miał niebieskie oczy i śmiałą, szczerą twarz.

Tego wiosennego ranka towarzyszył mu tylko jego najlepszy przyjaciel, jednorożec Klejnot. Kochali się jak bracia i obaj wielokrotnie ratowali sobie życie na polach bitew. Szlachetne zwierzę stało tuż przy fotelu króla, wdzięcznie wygiąwszy szyję, polerując sobie błękitny róg o kremowobiały bok.

– Nie mogę dzisiaj iść na polowanie lub wziąć się do jakiejś roboty – rzekł król. – Nie potrafię myśleć o niczym innym, jak tylko o tej cudownej nowinie. Myślisz, że jeszcze dzisiaj dowiemy się czegoś więcej?

– To z pewnością najwspanialsza nowina, jaką usłyszano w tym kraju za życia naszego, naszych ojców i dziadów, panie – odpowiedział Klejnot. – Jeżeli jest prawdziwa.

– Jak mogłaby być nieprawdziwa? – zdziwił się król. – Już ponad tydzień temu przyleciały do nas pierwsze ptaki, oznajmiając, że Aslan jest wśród nas, że Aslan znowu przybył do Narnii! A potem przybiegły wiewiórki. Same go nie widziały, ale nie miały najmniejszej wątpliwości, że jest w puszczy. Później zjawił się jeleń. Mówił, że widział go na własne oczy, z daleka, w świetle księżyca, na Latarnianym Pustkowiu. Potem przybył ten ciemny człowiek z brodą, kupiec kalormeński. Wiesz, że Kalormeńczycy nie przejmują się Aslanem tak jak my, ale ten człowiek mówił o jego pojawieniu się w Narnii jak o rzeczy zupełnie pewnej. A tej nocy przyszedł bóbr; on też widział Aslana.

– Zaprawdę, wierzę w to wszystko, panie mój – rzekł Klejnot. – Jeżeli wyrażam pewne powątpiewanie, to tylko dlatego, że moja radość jest zbyt wielka. To prawie za piękne, aby było prawdziwe.

– Tak – król westchnął, jakby go przeszył dreszcz szczęścia. – To przerasta wszelkie moje marzenia.

– Posłuchaj! – powiedział Klejnot, przechylając głowę i wystawiając uszy.

– Co to takiego? – zapytał król.

– To tętent kopyt, panie. Galopujący koń. Bardzo ciężki koń. To na pewno jeden z centaurów. Spójrz, już go widać.

Wielki, złotobrody centaur, z ludzkim potem na czole i końskim potem na bokach, podbiegł do króla, zatrzymał się w miejscu i pochylił głowę w ukłonie.

 

– Witaj, królu! – zawołał głębokim, byczym głosem.

– Hej! – krzyknął król i zaklaskał, rzucając spojrzenie ku drzwiom myśliwskiej chaty. – Czara wina dla szlachetnego centaura! Witaj, Runwidzie! Odsapnij trochę i powiedz nam, z czym przybywasz.

Z chaty wypadł giermek z wielką drewnianą czarą, pokrytą niezwykłym ornamentem. Wręczył ją centaurowi, a ten podniósł ją i rzekł:

– Piję najpierw za Aslana i prawdę, a potem za waszą królewską mość.

Wypił wino (starczyłoby dla sześciu zdrowych mężczyzn), nie odrywając ust od czary, i oddał ją paziowi.

– A teraz, Runwidzie – rzekł król – powiedz mi, czy masz jakieś nowe wieści o Aslanie?

Centaur spoważniał i zmarszczył brwi.

– Królu – rzekł – wiesz, jak długo już żyję, badając gwiazdy. My, centaury, żyjemy dłużej niż wy, ludzie, dłużej nawet niż wy, jednorożce. Nigdy, w całym moim życiu, nie widziałem wypisanych na niebie tak strasznych rzeczy jak od początku tego roku. Gwiazdy nie mówią ani o przyjściu Aslana, ani o pokoju, ani o radości. Wiem dość o gwiazdach, aby mieć pewność, że jeszcze nie było tak groźnych koniunkcji planet w ciągu ostatnich pięciuset lat. Właśnie zamierzałem przyjść i ostrzec waszą królewską mość, że nad Narnią zawisło jakieś wielkie nieszczęście, gdy tej nocy doszły mnie wieści o powrocie Aslana. Panie, nie wierz tym pogłoskom. To niemożliwe. Gwiazdy nigdy nie kłamią – kłamią tylko ludzie i zwierzęta. Gdyby Aslan miał naprawdę przybyć, wszystkie najłaskawsze gwiazdy spotkałyby się na jego cześć. To wszystko kłamstwa.

– Kłamstwa! – zawołał król z gniewem. – Czy jest takie stworzenie w Narnii albo i na całym świecie, które ośmieliłoby się kłamać w takiej sprawie? – I bezwiednie położył dłoń na rękojeści miecza.

– Tego nie wiem, panie mój i królu – rzekł Runwid. – Wiem jednak, że na ziemi są kłamcy, natomiast nie ma ich wśród gwiazd.

– Zastanawiam się – powiedział Klejnot – czy Aslan nie mógłby przybyć, mimo iż gwiazdy tego nie zapowiadają. On nie jest niewolnikiem gwiazd: jest ich stwórcą. Czyż wszystkie pradawne opowieści nie mówią, że on nie jest oswojonym lwem?

– Dobrze powiedziane, dobrze powiedziane, Klejnocie! – zawołał król. – To są właśnie te słowa: Aslan to nieoswojony lew. Powtarzają się we wszystkich opowieściach.

Runwid podniósł rękę i wychylił się do przodu, chcąc powiedzieć coś ważnego, gdy nagle wszyscy trzej odwrócili głowy na dźwięk zawodzącego głosu, który szybko się do nich przybliżał. Na zachodzie las był tak gęsty, że wciąż nie widzieli, kto tak woła, choć mogli już rozróżnić słowa.

– Biada! Biada! Biada! – zawodził głos. – Biada moim braciom i siostrom! Biada świętym drzewom! Pustoszą lasy! Wychodzą na nas z siekierami! Wyrąbują nas! Wielkie drzewa padają, padają, padają!

Jeszcze nie przebrzmiało ostatnie słowo, gdy zobaczyli, kto tak lamentuje. Z lasu wyszła postać tak wysoka, że jej głowa sięgała głowy centaura. Przypominała kobietę, lecz miała w sobie również coś drzewiastego. Bardzo trudno wyjaśnić to komuś, kto nigdy nie widział driady, ale nikt, kto widział jedną z nich choć raz, nie mógłby się pomylić: miała coś specjalnego w barwach, w głosie, we włosach. Król Tirian, jednorożec i centaur od razu poznali nimfę buku.

– Sprawiedliwości, królu! – zawołała. – Stań w naszej obronie! Ratuj swój lud! Wyrąbują nas w całym Latarnianym Pustkowiu. Już czterdzieści wielkich pni moich braci i sióstr spoczywa na ziemi.

– Co mówisz, pani? Wyrąbują Latarniane Pustkowie? Mordują mówiące drzewa? – zawołał król wielkim głosem, zrywając się na nogi i dobywając miecza. – Jak śmią?! I kto się ośmielił? Na grzywę Aslana...

– A-a-a-a-a-a-ach! – Ciało driady wzdrygnęło się raz, drugi, trzeci, czwarty, jakby w nie godziły powtarzające się ciosy. A potem upadła, jakby jej ktoś podciął obie nogi. Przez chwilę widzieli ją leżącą martwą na trawie, a potem znikła. Zrozumieli, co się stało. Gdzieś, wiele mil stąd, właśnie ścięto jej drzewo.

Przez jakiś czas, z wielkiego bólu i gniewu, król nie mógł dobyć z siebie głosu. Potem powiedział:

– Chodźmy, przyjaciele. Musimy udać się w górę rzeki i odnaleźć nikczemników, którzy to uczynili. Idźmy tam tak szybko, jak potrafimy. Żaden z nich nie może ujść z życiem.

– Z największą ochotą, panie! – rzekł Klejnot.

Lecz Runwid znów zmarszczył czoło.

– Panie, bądź rozważny w swym słusznym gniewie. Dzieją się dziwne rzeczy. Jeśli w górze rzeki są jacyś uzbrojeni buntownicy, nas trzech nie wystarczy, aby im stawić czoło. Gdybyś zechciał zaczekać, aż...

– Nie będę czekał nawet jednej dziesiątej części sekundy! – zagrzmiał król. – Ja i Klejnot natychmiast wyruszymy w górę rzeki, ale ty pędź co tchu do Ker-Paravelu. Oto mój pierścień. Zbierz mi dwudziestu ludzi pod bronią, samych dobrych jeźdźców. Zbierz dwudziestkę mówiących psów, z dziesięciu karłów, samych dobrych łuczników, ze dwa leopardy i olbrzyma Głazonoga. Poprowadź ich za jeźdźcami tak szybko, jak to możliwe.

– Z największą ochotą, panie! – odpowiedział Runwid i od razu pogalopował doliną na wschód.

Król ruszył w drogę wielkimi krokami, mamrocząc coś do siebie i co chwila zaciskając pięści. Klejnot kroczył obok niego, milcząc, tak że ich pospiesznej wędrówce towarzyszyło tylko lekkie podzwanianie złotego łańcucha na szyi jednorożca i odgłos dwu stóp i czterech kopyt.

Szybko dotarli do rzeki i po zarośniętej trawą drodze skierowali się w górę jej biegu, mając wodę po lewej stronie, a puszczę po prawej. Wkrótce znaleźli się w okolicy, gdzie teren stawał się bardziej nierówny, a gęsty bór podchodził aż do samej wody. Stąd droga wiodła wzdłuż południowego brzegu i musieli się przeprawić przez rzekę. Woda sięgała Tirianowi do ramion, ale Klejnot (który jako czworonóg pewniej trzymał się piaszczystego gruntu) osłaniał go przed prądem swoim ciałem. Objąwszy go jedną ręką za szyję, król zdołał szczęśliwie przebyć wartką rzekę. Wciąż przepełniał go taki gniew, że nie zwracał uwagi na zimno wiosennych wód, nie zapomniał jednak o pieczołowitym wytarciu miecza kołnierzem płaszcza – jedyną suchą częścią stroju po wyjściu na drugi brzeg.

Wędrowali teraz na zachód, mając rzekę po prawej ręce, a Latarniane Pustkowie przed sobą. Nie uszli nawet mili, gdy obaj jednocześnie stanęli i przemówili. Król powiedział: „Co to takiego?”, a Klejnot: „Popatrz!”

– To tratwa – rzekł król Tirian.

Rzeczywiście. Po rzece szybko płynęła tratwa z połową tuzina wspaniałych pni, najwyraźniej świeżo ściętych i odartych z kory. Na przedzie siedział szczur wodny z długą tyczką do sterowania tratwą.

– Hej! Wodny szczurze! Co ty tam robisz? – zawołał król.

– Spławiam te drzewa do Kalormenu, panie! – odpowiedział szczur, przykładając rękę do ucha tak, jak gdyby miał na głowie kapelusz.

– Do Kalormenu! – zagrzmiał Tirian. – Co to znaczy? Kto wydał rozkaz, by ścinać drzewa?

O tej porze roku prąd był tak silny, że tratwa minęła już króla i jednorożca. Szczur wodny obejrzał się jednak i krzyknął:

– To rozkaz Lwa, panie, samego Aslana!

Dodał coś jeszcze, ale tego już nie zrozumieli.

Król i Klejnot spojrzeli po sobie. Jeszcze przed żadną bitwą nie czuli takiego niepokoju jak w tej chwili.

– Aslan – powiedział w końcu Tirian cichym głosem. – Aslan. Czy to możliwe? Czy Aslan mógłby rozkazać wyrąbywać las i mordować driady?

– Chyba że driady zrobiły coś straszliwie złego... – mruknął Klejnot.

– Ale sprzedawać drewno Kalormeńczykom? Czy to możliwe?

– Nie wiem – odparł jednorożec zrezygnowany. – On nie jest oswojonym lwem.

– No cóż – powiedział król po chwili – musimy iść i stawić czoło tej przygodzie.

– Tylko to nam pozostało, panie – zgodził się jednorożec.

Żaden z nich nie zdawał sobie w tym momencie sprawy z lekkomyślności, jaką okazywali, idąc tylko we dwóch. Niestety, wiele zła miało wyniknąć z tego braku roztropności.

Nagle król objął ramieniem szyję przyjaciela i pochylił głowę.

– Klejnocie – powiedział cicho – co nas czeka? Straszne myśli przychodzą mi do głowy. Zaprawdę, byłoby lepiej, gdybyśmy wczoraj umarli.

– Tak – rzekł Klejnot. – Żyjemy za długo. Nie ma rzeczy gorszej od tego, co nam się przydarzyło.

Stali tak przez chwilę, po czym ruszyli w dalszą drogę.

Teren przed nimi podnosił się i na długo, zanim coś zobaczyli, usłyszeli posępne hak-hak-hak siekier rąbiących drzewa. Kiedy dotarli na szczyt wzniesienia, roztoczył się przed nimi widok na Latarniane Pustkowie. A kiedy król ogarnął je spojrzeniem, jego twarz zrobiła się biała jak papier.

Przez sam środek prastarej puszczy – tej puszczy, w której niegdyś rosły złote i srebrne drzewa, gdzie pewne dziecię z naszego świata zasadziło kiedyś Drzewo Opieki – otwierała się szeroka droga: ohydny, przypominający świeżą bliznę szlak zniszczenia, pełen błotnistych bruzd znaczących drogę, którą ciągnięto wyrąbane drzewa do Wielkiej Rzeki. Mnóstwo osób uwijało się przy robocie, strzelały bicze, rżały żałośnie konie, ciągnące zbyt ciężkie dla nich pnie. Króla i jednorożca uderzyło przede wszystkim to, że ponad połowę pracujących stanowili ludzie, a nie mówiące zwierzęta. A poza tym – ci ludzie nie mieli jasnych włosów jak wszyscy Narnijczycy: byli to ciemnoskórzy, brodaci mężczyźni z Kalormenu, wielkiego i znanego z okrucieństwa kraju leżącego daleko na południu – za Archenlandią i za pustynią. Widok jednego czy dwóch Kalormeńczyków – kupca lub posła – nie był w owych czasach w Narnii czymś niezwykłym, ponieważ oba państwa żyły wówczas ze sobą w zgodzie. Tirian nie mógł jednak pojąć, dlaczego jest ich aż tylu i dlaczego wycinają narnijską puszczę. Uchwycił mocno rękojeść miecza i odwinął lewą połę płaszcza. Szybkim krokiem zeszli ku wyrębowi.

Dwóch Kalormeńczyków uwijało się przy koniu zaprzężonym do olbrzymiej kłody. Właśnie w tym momencie, gdy zbliżył się do nich król, kłoda utknęła w grząskim gruncie.

– Dalej, synu leniwca! Ciągnij, ty gnuśna świnio! – wrzeszczeli Kalormeńczycy, strzelając z batów. Koń napierał do przodu z całej siły; oczy nabiegły mu krwią, a boki pokryła piana.

– Ciągnij, ty leniwy bydlaku! – zawołał jeden z ciemnoskórych mężczyzn i z rozmachem uderzył zwierzę batem. I wtedy stało się coś naprawdę okropnego.

Aż do tego momentu Tirian był przekonany, że konie używane przez Kalormeńczyków przy wyrębie są ich własnymi końmi, niemymi, otępiałymi zwierzętami, jak konie w naszym świecie. I chociaż skóra mu cierpła na widok bezmyślnego dręczenia przeciążonego zwierzęcia, w tej chwili myślał przede wszystkim o tym, że giną mówiące drzewa. Nawet mu na myśl nie przyszło, by ktokolwiek śmiał zaprząc jednego z narnijskich mówiących koni, a tym bardziej uderzyć go batem. Ale gdy okrutny cios spadł, koń zarżał dziko i zawołał, prawie wyjąc z bólu: