Podróż «Wędrowca do Świtu»Tekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Podróż «Wędrowca do Świtu»
Podróż «Wędrowca do Świtu»
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 40,90  32,72 
Podróż «Wędrowca do Świtu»
Podróż «Wędrowca do Świtu»
Podróż «Wędrowca do Świtu»
Audiobook
Czyta Agnieszka Greinert, Jerzy Zelnik
25 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ 3

Samotne Wyspy

[no image in epub file]

ZIEMIA NA HORYZONCIE! – zawołał człowiek na oku. Łucja, która właśnie rozmawiała z Rinsem na pokładzie rufowym, szybko zeszła po drabinie i, podśpiewując radośnie, pobiegła na dziób. Po drodze przyłączył się do niej Edmund, a kiedy wspięli się na pokład dziobowy, zastali już tam Kaspiana, Driniana i Ryczypiska. Był chłodny ranek, niebo nie nabrało jeszcze barwy, a na bardzo ciemnym morzu bieliły się tu i ówdzie grzywy fal. I oto przed nimi, nieco na prawo, widniała najbliższa z Samotnych Wysp, Felimata, jak niskie, zielone wzgórze pośród morza. Poza nią majaczyły szare zbocza siostrzanej wyspy Dorn.

– Nasza stara Felimata! Nasz stary Dorn! – zawołała Łucja, klaszcząc w dłonie. – Och, Edmundzie, ileż to czasu upłynęło od chwili, gdy widzieliśmy ją po raz ostatni!

– Nigdy nie mogłem dociec, jak to się stało, że te wyspy należą do narnijskiej Korony – powiedział Kaspian. – Czy to Wielki Król Piotr je podbił?

– Och, nie – odrzekł Edmund. – Należały do Narnii jeszcze przed naszym przybyciem, za czasów Białej Czarownicy.

(Nawiasem mówiąc, sam nie wiem, jak doszło do tego, że te odległe wyspy stały się częścią narnijskiej Korony; jeśli się kiedyś dowiem, a opowieść okaże się ciekawa, może opiszę to w innej książce.)

– Czy mamy tu przybić do brzegu, panie? – zapytał Drinian.

– Nie sądzę, aby było warto – powiedział Edmund. – Za na szych czasów Felimata była prawie bezludna i nic nie wskazuje na to, że coś się zmieniło. Ludzie mieszkają głównie na Dornie oraz na Awrze – to trzecia wyspa, jeszcze jej nie widać. Na Felimacie są tylko pasterze strzegący wielkich stad owiec.

– A więc trzeba będzie okrążyć przylądek – powiedział Drinian – i wylądować na Dornie. A to oznacza, że musimy użyć wioseł.

– Szkoda, że omijamy Felimatę – odezwała się Łucja. – Bardzo bym chciała znowu po niej pochodzić, wśród tej cudownej trawy i koniczyny. I było tam tak samotnie... mam na myśli ten miły rodzaj samotności.

– I ja bym chętnie rozprostował nogi – powiedział Kaspian. – Coś wam powiem. Dlaczego nie mielibyśmy wziąć łodzi, przybić do brzegu i odesłać ją z powrotem, a potem przejść przez wyspę i wrócić na pokład „Wędrowca do Świtu” łodzią, którą by nam Drinian przysłał po opłynięciu przylądka?

Gdyby Kaspian miał już to doświadczenie, jakie zdobył później, nigdy by nie uczynił tej propozycji, ale w tym momencie wszystkim wydawała się ona wspaniała.

– Och, zróbmy tak! – zawołała Łucja.

– Popłyniesz z nami? – zapytał Kaspian Eustachego, który pojawił się na pokładzie z zabandażowaną ręką.

– Zrobię wszystko, byle tylko zejść z tej przeklętej łajby – odpowiedział Eustachy.

– Przeklętej? Co masz na myśli? – zapytał Drinian.

– W cywilizowanym kraju, z jakiego pochodzę – odparł Eustachy – statki są tak duże, że kiedy się przebywa w środku, trudno w ogóle zauważyć, że się jest na morzu.

– Po co wobec tego w ogóle wypływać w morze? – zdziwił się Kaspian. – Kapitanie, każ spuścić łódź.

Król, Ryczypisk, Łucja, Edmund i Eustachy zeszli do łodzi, która przewiozła ich na brzeg Felimaty. Marynarze powiosłowali z powrotem, a oni stanęli na piaszczystej plaży i popatrzyli na „Wędrowca do Świtu” stojącego w oddali na kotwicy. Z tej odległości wydawał się zaskakująco mały.

Łucja była wciąż boso (bo, jak pamiętacie, zrzuciła swoje buty, gdy wpadła do morza), ale wcale się tym nie przejmowała, skoro czekał ją spacer po puszystej murawie. Cudownie było znaleźć się znowu na lądzie i wdychać zapach ziemi i trawy, choć początkowo grunt zdawał się kołysać pod nogami, jak to zwykle bywa, gdy się zejdzie ze statku po długiej podróży. Na wyspie było o wiele cieplej niż na pokładzie i Łucja z radością brodziła po rozgrzanym piasku plaży. Wysoko w górze śpiewał skowronek.

Ruszyli w głąb wyspy, wspinając się na zbocze dość stromego, choć niezbyt wysokiego wzgórza. Na szczycie spojrzeli jeszcze raz za siebie, gdzie na ciemnej wodzie „Wędrowiec do Świtu” jaśniał jak wielki, błyszczący owad, sunąc powoli na wiosłach ku północnemu zachodowi. A potem przeszli przez grzbiet wzgórza i wkrótce stracili okręt z oczu.

Teraz ujrzeli wyspę Dorn, oddzieloną od Felimaty szerokim na milę kanałem, a za nią, po lewej stronie, wyspę Awrę. Widać też było doskonale bielejący na Dornie port Narrowhaven.

– Hej, a co to takiego? – powiedział nagle Edmund.

W zielonej dolinie, w którą wchodzili, zobaczyli sześciu lub siedmiu uzbrojonych, groźnie wyglądających ludzi siedzących pod drzewem.

– Myślę, że lepiej będzie nie mówić im, kim jesteśmy – powiedział Kaspian.

– Ale dlaczego, wasza królewska mość? – zapytał Ryczypisk, który zgodził się, by Łucja niosła go na barana.

– Przyszło mi do głowy – odrzekł Kaspian – że już od dawna mogli nie mieć kontaktu z Narnią. Bardzo możliwe, że nie uznają naszej władzy. A jeśli tak, to nie byłoby zbyt bezpiecznie ujawniać się przed czasem.

– Mamy przecież miecze, panie – powiedział Ryczypisk.

– Tak, Ryczypisku, nie zapomniałem o tym – odparł Kaspian – ale jeżeli mielibyśmy podbijać te wyspy na nowo, to wolałbym tu powrócić z nieco większą armią.

Byli już blisko obozujących pod drzewem ludzi. Jeden z nich – wysoki, czarnowłosy mężczyzna – zawołał na ich widok:

– Mile witamy, obcy przybysze!

– I my was witamy – odparł Kaspian. – Czy na Samotnych Wyspach jest jeszcze gubernator?

– A jest, jest, jako żywo – odpowiedział mężczyzna. – Gubernator Gumpas. Jego samowystarczalność przebywa w Narrowhaven. Ale usiądźcie i napijcie się z nami.

Kaspian podziękował uprzejmie i – chociaż ani jemu, ani reszcie nie bardzo przypadła do gustu ta nowa znajomość – wszyscy usiedli pod drzewem. Nie zdążyli jednak nawet podnieść do ust ofiarowanych im kubków, gdy czarnowłosy mężczyzna dał znak swoim towarzyszom i w mgnieniu oka cała piątka została pochwycona przez silne ręce. Próbowali się bronić, ale szybko ulegli przewadze napastników. Po chwili każdy stał już rozbrojony, z rękami związanymi na plecach. Tylko Ryczypisk miotał się jeszcze rozpaczliwie w uścisku swego przeciwnika, gryząc go z furią.

– Ostrożnie z tym zwierzakiem, Teks – powiedział przywódca bandy – nie zrób mu krzywdy. Głowę daję, że dostaniemy za niego więcej niż za całą resztę.

– Tchórz! Nędzny tchórz! – zaskrzeczał Ryczypisk. – Oddaj mi rapier i puść moje ręce, jeśli tylko starcza ci odwagi!

– Fiu-fiu-fiu – zagwizdał łowca niewolników (bo, jak się chyba domyślacie, tym właśnie był czarnowłosy przywódca bandy). – Toż to cudo mówi! Nigdy jeszcze czegoś takiego nie trafiłem. Niech mnie diabli porwą, jeśli nie wezmę za niego co najmniej dwustu krescentów[2].

– A więc wiemy już, kim jesteś – powiedział Kaspian. – Łowca ludzi i handlarz żywym towarem! Mam nadzieję, że jesteś z tego dumny.

– No, no, no – odezwał się handlarz. – Nie zaczynaj mi tu prawić kazań. Im bardziej będziecie posłuszni, tym mniej będzie to was kosztować. Nie robię tego dla przyjemności. Zarabiam na życie, jak każdy.

– Dokąd chcesz nas zabrać? – zapytała Łucja, wymawiając każde słowo z pewnym trudem.

– Do Narrowhaven. Akurat jutro mamy dzień targowy.

– Czy jest tu gdzieś konsul brytyjski? – zapytał Eustachy.

– Kto taki?

Ale na długo przedtem, zanim Eustachy zmęczył się próbami wyjaśnienia, o co mu chodzi, przywódca bandy uciął krótko:

– Dobra, dobra. Mam już dosyć tego ględzenia. Ta mysz to wielka gratka, ale ten tutaj zagadałby na śmierć nawet osła. No, braciszkowie, zabieramy się stąd.

Przywiązano ich do długiej liny i cały orszak ruszył ku wybrzeżu. Tylko Ryczypisk nie szedł na własnych nogach, niósł go jeden z porywaczy. Nie mógł już gryźć, bo związano mu pysk, ale mógł jeszcze mówić i rzeczywiście miał wiele do powiedzenia. Łucja dziwiła się, że jakikolwiek człowiek może znieść te wszystkie obelgi, które mysz wyrzucała z siebie przez cały czas pod adresem handlarza niewolników. Ale on nic sobie z tego nie robił, a nawet wtrącał co jakiś czas, gdy Ryczypisk przerywał dla nabrania oddechu: „No, dalej, powiedz coś jeszcze!” albo: „Psiajucha, trudno w to uwierzyć, ale mówi tak, jakby wiedział, co mówi”, albo: „Czy to jedno z was tak ją wytresowało?” Te uwagi tak rozwścieczyły Ryczypiska, że w końcu zachłysnął się zbyt wielką liczbą słów, które chciał wyrzucić z siebie jednocześnie, więc tylko krótko zabulgotał i ucichł.

Doszli w końcu do małej wioski nad cieśniną dzielącą Felimatę od Dornu. Na piasku leżała długa łódź, a w pewnej odległości od brzegu kołysał się jakiś brudny, prymitywnie wyglądający statek.

– A teraz, droga młodzieży – powiedział handlarz – tylko bez awantur, a nie będzie powodów do płaczu. Wszyscy do łodzi.

W tym momencie z jednego z domów (wyglądającego na gospodę) wyszedł jakiś postawny, brodaty mężczyzna i powiedział:

– Hej, Glino, widzę, że masz świeży towar?

Handlarz, który najwidoczniej nazywał się Glino, skłonił się nisko i powiedział przymilnym głosem:

– A tak, wasza wysokość, jest tego trochę.

– Ile chcesz za tego chłopca? – zapytał mężczyzna, wskazując na Kaspiana.

– Och, wiedziałem, że wasza wysokość od razu wyłowi najlepszego – odrzekł Glino. – Nie ma mowy o wciśnięciu waszej wysokości towaru drugiej klasy. Ten chłopiec, hm, prawdę mówiąc, chciałbym go zatrzymać dla siebie. Bardzo mi się spodobał. Tak. Mam takie miękkie serce, że właściwie nie powinienem się w ogóle brać za to zajęcie. Ale dla klienta takiego jak wasza wysokość...

– Powiedz mi swoją cenę, ty hieno – przerwał mu mężczyzna chłodno. – Czy myślisz, że mam ochotę wysłuchiwać tego bajdurzenia, które jest częścią twojego brudnego zawodu?

 

– Trzysta krescentów, wasza wysokość, tylko trzysta krescentów dla waszej wysokości, bo dla każdego innego...

– Dam ci sto pięćdziesiąt.

– Och, błagam! – nie wytrzymała Łucja. – Błagam, nie rozdzielajcie nas, cokolwiek z nami zrobicie. Nie wiecie, że... – i urwała, widząc, że nawet teraz Kaspian nie chce zdradzić, kim jest naprawdę.

– A więc sto pięćdziesiąt – powtórzył mężczyzna. – Jeśli o ciebie chodzi, panienko, to przykro mi, ale nie mogę cię kupić. Rozwiąż mojego chłopca, Glino. I słuchaj uważnie: traktuj pozostałych dobrze, póki są w twoich rękach, bo pożałujesz.

– Dobrze? – powiedział Glino. – Czy słyszano, by ktokolwiek z mojej branży dbał o swoją trzódkę lepiej ode mnie? Ja o nich dbam jak o własne dzieci!

– Zdaje się, że tym razem powiedziałeś prawdę – zauważył mężczyzna ponuro.

Teraz nadeszła okropna chwila. Kaspian został uwolniony z więzów, jego nowy pan powiedział: „Chodź ze mną, chłopcze”, Łucja wybuchnęła płaczem, a Edmund zrobił się biały jak papier. Ale Kaspian odwrócił się do nich i powiedział:

– Głowa do góry. Jestem pewien, że wszystko dobrze się skończy. Do zobaczenia!

– Hej, panienko – odezwał się Glino. – Nie przejmuj się tym wszystkim i nie zepsuj mi swojego wyglądu do jutrzejszego targu. Bądź miłą dziewczynką, a nie będziesz miała powodu do płaczu. Rozumiemy się?

Przewieziono ich łodzią na statek i zamknięto w długim, ciemnym i brudnym pomieszczeniu pod pokładem, gdzie zastali już więcej takich jak oni nieszczęśników. Glino był po prostu piratem i właśnie wrócił z kolejnej wyprawy, podczas której jego ludzie porywali, kogo tylko zobaczyli na okolicznych wyspach. Dzieci nie spotkały tu nikogo znajomego, więźniowie byli w większości Galmijczykami i Terebintyjczykami. Usiedli na nędznej słomie i zaczęli rozmyślać, co się stało z Kaspianem, próbując co jakiś czas uciszyć Eustachego, który bezustannie oskarżał wszystkich – prócz siebie – o to, co się stało.

Dla Kaspiana los okazał się bardziej łaskawy. Jego nowy właściciel poprowadził go wąską ścieżką pomiędzy dwoma domami, a potem na otwartą przestrzeń poza wioską. Tutaj zatrzymał się, odwrócił i popatrzył na chłopca.

– Nie musisz się mnie lękać, chłopcze – powiedział. – Będę cię dobrze traktował. Kupiłem cię ze względu na twoją twarz. Bardzo mi kogoś przypominasz.

– Czy mogę zapytać, kogo, panie? – spytał Kaspian.

– Przypominasz mi mojego króla, Kaspiana, władcę Narnii.

Wtedy Kaspian zdecydował się postawić wszystko na jedną kartę.

– Panie mój – rzekł – ja jestem twoim królem. Jestem Kaspian, król Narnii.

– Wolnego, mój chłopcze! – zawołał mężczyzna. – Masz na to jakieś dowody?

– Pierwszym jest moja twarz. Drugim fakt, że wiem, kim jesteś. Jesteś jednym z siedmiu baronów narnijskich, których mój wuj Miraż wysłał za morze i na poszukiwanie których wyprawiłem się w tę podróż. Jesteś więc albo Argozem, albo Bernem, albo Oktezjanem, albo Restimarem, albo Mavramornem, albo... albo... och, zapomniałem imion pozostałych. A w końcu, jeśli tylko dostanę miecz, udowodnię każdemu w uczciwym pojedynku, że jestem Kaspianem, synem Kaspiana, prawowitym Królem Narnii, Panem na Ker-Paravelu, Cesarzem Samotnych Wysp!

– Wielkie nieba! – zawołał mężczyzna. – To głos jego ojca i ten sam styl! Wasza królewska mość, przyjmij mój hołd! – I tak jak stał, ukląkł w szczerym polu i ucałował rękę króla.

– Pieniądze, które waszmość za nas wyasygnował, zostaną zwrócone z naszego skarbca – powiedział Kaspian.

– Jeszcze ich Glino nie ma w swej sakiewce – przerwał mu baron Bern, bo on to właśnie był – i wierzę, że ich nigdy mieć nie będzie. Już ze sto razy błagałem jego samowystarczalność gubernatora, by wyplenił ten handel żywym towarem.

– Baronie Bernie – rzekł Kaspian – musimy pomówić o sytuacji na tych wyspach. Ale najpierw pragnę usłyszeć o losach waszmości.

– Krótka to historia – odpowiedział Bern. – Razem z moimi sześcioma towarzyszami zawędrowałem aż tutaj, pokochałem dziewczynę z tych wysp i stwierdziłem, że mam już dość morza. Nie było po co wracać do Narnii, dopóki wuj waszej królewskiej mości wciąż dzierżył berło, więc ożeniłem się i osiadłem tutaj.

– A jaki jest ten gubernator, Gumpas? Czy wciąż uznaje władzę króla Narnii?

– W słowach – tak. Wszystko robi się tutaj w imię króla Narnii. Ale nie sądzę, by Gumpas bardzo się ucieszył, gdyby dowiedział się, że przybył tu prawdziwy, żywy król. A gdyby wasza królewska mość stanął przed nim sam, nie uzbrojony... cóż, pewno by się nie wyparł swojej zależności od Narnii, ale po prostu by oznajmił, że nie ma powodu ci wierzyć. Zycie waszej królewskiej mości byłoby w niebezpieczeństwie. A co właściwie sprowadza was na te wody?

– Tam, za przylądkiem, jest mój okręt – powiedział Kaspian. – Mam za sobą siłę około trzydziestu mieczy, gdyby przyszło walczyć. Czy nie powinniśmy dotrzeć do mojego okrętu, zaatakować Glina i uwolnić moich przyjaciół?

– Nie radzę tego czynić – odparł Bern. – Jak tylko zacznie się walka, z Narrowhaven wyruszą dwa lub trzy okręty, by wesprzeć Glina. Wasza królewska mość musi zrobić wrażenie, że ma ze sobą o wiele potężniejszą armię, i wykorzystać blask swego imienia i tytułu. Gumpas ma zajęcze serce i może się przestraszyć.

Porozmawiali jeszcze chwilę, a potem zeszli na brzeg morza, nieco na zachód od wioski, i tutaj Kaspian wyjął mały róg i zagrał. (Nie był to, oczywiście, magiczny róg narnijski, Róg Królowej Zuzanny; ten król zostawił swojemu regentowi Zuchonowi, przykazując mu, by użył go tylko wtedy, gdy kraj znajdzie się w śmiertelnym niebezpieczeństwie.) Oczekujący sygnału Drinian rozpoznał od razu królewski róg i skierował „Wędrowca do Świtu” ku brzegowi. Spuszczono szalupę i w ciągu kilku minut Kaspian i baron Bern byli już na pokładzie, zapoznając kapitana z rozwojem wydarzeń. Drinian, podobnie jak uprzednio Kaspian, chciał od razu ścigać statek z niewolnikami i dokonać abordażu, ale Bern powtórzył swoje argumenty.

– Steruj prosto na północny wschód, kapitanie, a potem wokół wyspy Awry, gdzie są moje posiadłości. Ale najpierw każ wciągnąć królewski proporzec, wywiesić za burty wszystkie tarcze i zapełnić pokład bitewny tyloma ludźmi, ilu tam się zmieści. Gdy oddalimy się na jakieś pięć strzałów z łuku, już na otwartym morzu, wywieś flagi sygnałowe z rozkazem.

– Z rozkazem? Dla kogo? – zapytał Drinian.

– Dla kogo? Dla tych wszystkich pozostałych okrętów, których nie mamy. Dobrze by było, żeby Gumpas myślał, że czekają na nasz rozkaz.

– Och, teraz rozumiem – powiedział Drinian, zacierając ręce. – Oni odczytają nasze sygnały. Co nadamy? „Do całej floty: okrążyć Awrę od południa i zatrzymać się w...”

– W Bernstead – podpowiedział mu baron Bern. – Tak będzie najlepiej. Cała droga tej floty – oczywiście, gdyby tam BYŁY jakieś okręty – jest poza polem obserwacji z Narrowhaven.

Kaspianowi żal było reszty towarzyszy uwięzionych marnie pod pokładem statku Glina, ale trudno mu było nie cieszyć się resztą dnia. Późnym popołudniem (musieli płynąć przy użyciu wioseł), zrobiwszy najpierw zwrot przez sterburtę i opłynąwszy Dorn od północnego wschodu, a następnie, znowu sterując w lewo, wokół południowo-zachodniego przylądka Awry, wpłynęli do wygodnej przystani na południowym brzegu wyspy, gdzie włości Berna sięgały aż do morza. Wszyscy jego ludzie – wielu z nich zobaczyli przy pracy w polu – byli wolnymi obywatelami tego szczęśliwego i dobrze zagospodarowanego lenna.

Tutaj zeszli na ląd wraz z załogą i zostali podjęci królewską ucztą w niskim, podpartym kolumnami domu z widokiem na zatokę. Bern oraz jego pełna wdzięku żona i wesołe córki podnieśli ich trochę na duchu. Kiedy zapadła ciemność, Bern wysłał swojego człowieka łodzią na Dorn, aby poczynił pewne przygotowania (nie powiedział jakie) na następny dzień.

ROZDZIAŁ 4

Co zrobił Kaspian

[no image in epub file]

NASTĘPNEGO RANKA baron Bern zbudził wcześnie swoich gości i po śniadaniu poradził Kaspianowi, by rozkazał swym ludziom nałożyć pełen rynsztunek bojowy.

– I pamiętajcie – dodał – niech wszystko będzie tak przygotowane i wyczyszczone, jakby to był poranek przed pierwszą bitwą w wielkiej wojnie między szlachetnymi monarchami na oczach całego świata.

Tak zrobiono, a potem popłynęli trzema barkami – Kaspian ze swoimi ludźmi i Bern z częścią swoich – do Narrowhaven. Na łodzi Kaspiana powiewała królewska chorągiew, a towarzyszył mu herold.

Kiedy dopłynęli do nabrzeży portu, Kaspian zobaczył, że zgromadził się tam spory tłum.

– Po to właśnie wysłałem swojego człowieka zeszłego wieczoru – powiedział Bern. – To są wszystko moi przyjaciele, uczciwi ludzie.

Gdy tylko Kaspian postawił nogę na nabrzeżu, tłum zaczął wiwatować na jego cześć, skandując: „Nar-nia! Nar-nia! Niech żyje król!” W tej samej chwili – a i to było zasługą posłańców Berna – w całym mieście zaczęły bić dzwony. Kaspian rozkazał swemu chorążemu wznieść wysoko królewską chorągiew, a heroldowi grać na trąbce, a potem każdy z jego ludzi dobył miecza i przybrał najsroższą, choć wcale nie ponurą minę, i w błyszczącym pochodzie, ze szczękiem oręża, wkroczyli do miasta. Ulica zadrżała, a w dobrze wyczyszczonym rynsztunku słońce zapłonęło tak, że trudno było na nich zbyt długo patrzeć.

Z początku jedynymi ludźmi, którzy ich witali, byli ci, których powiadomił posłaniec Berna – ci, którzy wiedzieli, co to wszystko oznacza i bardzo tego pragnęli. Ale potem na ulice wyległy wszystkie dzieci, jako że wszystkie dzieci lubią takie pochody, a te z Narrowhaven nie miały okazji widywać ich zbyt często. Wkrótce przyłączyli się do nich uczniowie, ponieważ również lubili pochody, a poza tym wiedzieli, że im więcej hałasu i zamieszania, tym większa szansa na to, że tego ranka nie będzie lekcji. A potem wszystkie stare kobiety wystawiły głowy z drzwi i okien i zaczęły trajkotać między sobą i wiwatować, bo przecież to był król, a czym jest gubernator w porównaniu z królem? I wszystkie młode kobiety przyłączyły się do nich z tej samej przyczyny, a także i dlatego, że Kaspian, Drinian i pozostali rycerze byli tacy przystojni! A wszyscy młodzieńcy poszli zobaczyć, na co patrzą dziewczęta. I tak, zanim orszak Kaspiana dotarł do bram zamku, prawie całe miasto wyległo na ulice, wrzeszcząc i wiwatując, aż hałas usłyszał Gumpas, który miotał się w swym zamku, próbując tak pomieszać i pofałszować rachunki, formularze, przepisy i prawa, aby ukryć swoje matactwa i oszustwa. Przed bramą zamku herold królewski zagrał na trąbce i zawołał:

– Otworzyć bramę przed królem Narnii, który przybywa w odwiedziny do swego zaufanego i umiłowanego sługi, gubernatora Samotnych Wysp!

W tamtych czasach na Wyspach wszystko robiono w wyjątkowo niechlujny i bałaganiarski sposób. Na dźwięk trąbki otworzyły się w bramie małe drzwiczki i wyszedł z nich rozczochrany człeczyna w starym, brudnym kapeluszu zamiast hełmu i z równie starą, zardzewiałą piką w ręku. Na widok połyskujących w słońcu postaci zamrugał i wybełkotał:

– Nie-żecie-aczyć-gotaczalności – (co miało oznaczać: „Nie możecie zobaczyć jego samowystarczalności”). – Nie ma widzeń bez aąroszenia rócz ędzy dzieątą i siatą w każdą rugą ootę siąca.

– Odkryj swą głowę przed Narnią, psie! – zagrzmiał baron Bern i trzepnął go dłonią w rękawicy, zrzucając mu kapelusz z głowy.

– He... ee... O co tu ściwie chodzi?... – zaczął odźwierny, ale nikt nie zwracał na niego uwagi. Dwóch ludzi Kaspiana przecisnęło się przez drzwiczki i uporawszy się z ryglami i sztabami (wszystko było strasznie zardzewiałe), rozwarło szeroko oba skrzydła bramy. Król i jego orszak wkroczyli na dziedziniec. Tu zastali nieco ludzi ze straży gubernatora, którzy wałęsali się bez celu, podczas gdy inni wychodzili z różnych drzwi, najczęściej obcierając sobie usta rękami. Chociaż ich rynsztunek znajdował się w opłakanym stanie, wyglądali na żołnierzy, których stać na walkę, gdyby tylko ktoś ich poprowadził, albo gdyby wiedzieli, co się w ogóle dzieje – był to więc niebezpieczny moment. Ale Kaspian nie dał im czasu na myślenie.

– Gdzie jest kapitan? – zapytał.

– Ja nim jestem, w większym lub mniejszym stopniu, jeśli wiecie, co mam na myśli – odezwał się rozmamłany, dandysowaty młodzieniec, nie mający na sobie ani kawałka zbroi.

– Jest naszym życzeniem – rzekł Kaspian – by nasza królewska wizytacja naszych posiadłości na Samotnych Wyspach stała się dla naszych lojalnych poddanych, jeśli to możliwe, okazją do radości, a nie strachu. Gdyby tak nie było, miałbym coś do powiedzenia na temat stanu rynsztunku i broni twoich ludzi. Ale ponieważ tak jest, przebaczam ci. Każ otworzyć beczułkę wina, aby twoi ludzie mogli wypić nasze zdrowie. Jutro w południe chcę widzieć ich tu, na dziedzińcu, i żeby mi wyglądali jak żołnierze pod bronią, a nie jak włóczędzy. Dopilnuj tego, jeśli nie chcesz się narazić na nasze najgłębsze niezadowolenie.

 

Kapitan gapił się na niego z rozdziawionymi ustami, gdy Bern zawołał:

– Trzy razy „hurra” na cześć króla!

Żołnierze, do których dotarło tylko coś o beczułce wina, wrzasnęli ochoczo. Teraz Kaspian rozkazał większej części swoich ludzi pozostać na dziedzińcu, a sam, z Bernem, Drinianem i czterema rycerzami, wkroczył do wielkiej sali zamkowej.

W dalekim końcu sali, za stołem, otoczony sekretarzami, siedział Jego Samowystarczalność Gubernator Samotnych Wysp. Gumpas był stetryczałym, niezbyt miło wyglądającym mężczyzną, z włosami, które kiedyś były rude, a teraz przeważnie siwe. Rzucił krótkie spojrzenie na wchodzących i zaraz powrócił do swoich papierów, mówiąc automatycznie:

– Żadnych widzeń bez uzgodnienia prócz jednej godziny między dziewiątą a dziesiątą wieczorem w każdą drugą sobotę miesiąca.

Kaspian dał znak Bemowi, a sam stanął z boku. Bern i Drinian podeszli do stołu, schwycili go z dwóch stron, podnieśli do góry i cisnęli daleko, aż potoczył się pod ścianę, rozsypując deszcz listów, raportów, kałamarzy, piór, wosku do pieczęci i dokumentów. Potem – niezbyt brutalnie, ale z taką siłą, jakby ich dłonie były stalowymi obcęgami – wyciągnęli Gum-pasa z fotela i opuścili na podłogę nieco dalej. Kaspian natychmiast zasiadł w fotelu i wsparł dłonie na nagim mieczu ustawionym między kolanami.

– Mój panie – powiedział z oczami utkwionymi w Gumpasie – nie przywitałeś nas tak, jak tego oczekiwaliśmy. Jestem królem Narnii.

– Nie było nic na ten temat w korespondencji – odrzekł gubernator. – Nic a nic w protokołach. Nie uzgadniano z nami takiej ewentualności. Wszystko to jest sprzeczne z przepisami. Chętnie jednak rozpatrzymy...

– I przybyliśmy tutaj, aby osobiście sprawdzić, jak wasza samowystarczalność pełni swój urząd – ciągnął Kaspian. – Są zwłaszcza dwa punkty, co do których żądam wyjaśnień. Po pierwsze, już od stu pięćdziesięciu lat nie pojawiają się w naszych dokumentach adnotacje, że wpłynęła stosowna danina, jaką te Wyspy obowiązane są płacić Koronie Narnii.

– To będzie właśnie tematem najbliższego posiedzenia Rady w przyszłym miesiącu – powiedział Gumpas. – Jeżeli ktoś postawi wniosek, by powołać komisję do zbadania finansowej historii Wysp i opracować raport na pierwsze posiedzenie Rady w przyszłym roku, to...

– Stwierdziłem także, że nasze prawa dość jasno stanowią, co następuje – ciągnął Kaspian, nie zwracając uwagi na jego słowa. – Jeśli danina nie zostanie dostarczona, cały dług ma być pokryty przez gubernatora Samotnych Wysp z jego prywatnego skarbca.

Dopiero teraz Gumpas zaczął okazywać objawy niepokoju.

– Och, to jest zupełnie niemożliwe – powiedział. – To ekonomiczny absurd... e-e-e-e... wasza królewska mość chyba żartuje...

Mówiąc to, Gumpas myślał gorączkowo, czy jest jakiś sposób uwolnienia się z rąk tych nieproszonych gości. Gdyby wiedział, że Kaspian ma tylko jeden okręt, a ze sobą tylko nieliczną załogę, dążyłby do zyskania na czasie, odpowiadając uprzejmie i pokornie, mając jednocześnie nadzieję otoczyć ich i wybić co do jednego po zapadnięciu nocy. Widział jednak poprzedniego dnia okręt wojenny żeglujący przez cieśninę i dający jakieś sygnały – zapewne innym okrętom z flotylli narnijskiej. Wówczas nie wiedział jeszcze, że to okręt króla, ponieważ nie było wiatru, który by rozwinął królewski proporzec i ukazał złotego lwa, czekał więc na rozwój wypadków. Teraz był przekonany, że Kaspian ma ze sobą całą flotę, czekającą w Bernstead. Gumpasowi po prostu nie przeszło nawet przez myśl, że ktoś mógłby wkroczyć do Narrowhaven z zamiarem podbicia wyspy, mając tylko pięćdziesięciu ludzi; z całą pewnością przekraczało to granice jego wyobraźni.

– Po drugie – mówił dalej Kaspian – pragnę wiedzieć, dlaczego zezwoliłeś, by ów ohydny i sprzeczny z naturą handel niewolnikami tak się tu rozplenił wbrew starożytnym obyczajom i prawom naszego państwa.

– To było konieczne, nie do uniknięcia – odpowiedział Gumpas. – To podstawa ekonomicznego rozwoju Wysp. Zapewniam waszą królewską mość, że nasz obecny, jakże imponujący dobrobyt właśnie od tego zależy.

– Jaką macie korzyść z niewolników?

– Towar na eksport, wasza królewska mość. Sprzedajemy ich głównie do Kalormenu, ale mamy także inne rynki zbytu. Jesteśmy poważnym ośrodkiem tego handlu.

– A więc wy sami ich nie potrzebujecie – zauważył Kaspian. – Czemu więc służą, prócz nabijania pieniędzmi kieszeni takich ludzi jak Glino?

– Będąc jeszcze młodzieńcem – odpowiedział Gumpas z miną, która miała oznaczać ojcowską pobłażliwość – wasza królewska mość z całą pewnością nie potrzebuje i nie musi rozumieć wszystkich problemów ekonomicznych, które tu wchodzą w grę. Mam odpowiednie statystyki, mam wykresy, mam...

– Niezależnie od mojego młodego wieku – rzekł Kaspian – wydaje mi się, że potrafię zrozumieć sens handlu niewolnikami równie dobrze jak wasza samowystarczalność. I jakoś nie widzę, by handel ten dawał Wyspom więcej mięsa lub chleba, lub piwa, lub wina, lub drzewa, lub kapusty, lub książek, lub instrumentów muzycznych, lub koni, lub uzbrojenia, lub czegokolwiek jeszcze, co warto mieć. Ale bez względu na to, czy coś daje, czy nie, musi się skończyć.

– Ależ to próba cofania wskazówek zegara historii – wykrztusił gubernator. – Czy wasza królewska mość nie wie, co to jest postęp, co to jest rozwój?

Widziałem coś takiego w zwykłym jajku – powiedział Kaspian. – W Narnii mówimy po prostu, że jajko się zepsuło. Ten handel musi się skończyć.

– Nie mogę wziąć na siebie żadnej odpowiedzialności za takie metody – rzekł Gumpas.

– Świetnie się składa – przerwał mu Kaspian – bo oto zwalniamy cię z twoich obowiązków. Baronie Bernie, zbliż się tutaj.

I zanim do Gumpasa dotarło, co się dzieje, już Bern klęczał przed królem, przysięgając rządzić Samotnymi Wyspami zgodnie ze starymi obyczajami, ustawami, tradycjami i prawami Narnii. A potem Kaspian powiedział: „Myślę, że już dość mamy gubernatorów” i uczynił Berna księciem, Księciem Samotnych Wysp.

– Co do ciebie, mój panie – rzekł do Gumpasa – to daruję ci dług za nie dostarczoną daninę, ale do jutra w południe musisz się wynieść z tego zamku razem ze swoimi ludźmi. Zamek jest obecnie rezydencją księcia.

– Wszystko to pięknie – odezwał się jeden z sekretarzy Gumpasa – ale może by tak skończyć tę komedię i przejść do interesów? Nasz prawdziwy problem, to...

– Prawdziwy problem polega na tym – rzekł książę – czy ty i cała reszta tej hałastry opuścicie zamek bez chłosty, czy też z chłostą. Wybór należy do was.

Kiedy wreszcie wszystko zostało miło i spokojnie wyjaśnione, Kaspian zażądał koni, których kilka – choć bardzo zaniedbanych – pozostało jeszcze w zamku, i z Bernem, Drinianem i paroma rycerzami wyjechał do miasta, kierując się w stronę targowiska niewolników. Był to długi, niski budynek w pobliżu przystani. To, co zobaczyli po wejściu do środka, przypominało każdą inną wyprzedaż: pełno było ludzi, ponad którymi wydzierał się ochrypłym głosem Glino:

– A teraz, panowie, numer dwadzieścia trzy. Świetny parobek z Terebintu, doskonały do kopalni lub galer. Nie ma jeszcze dwudziestu pięciu lat. Niezłe zęby. Dobry, krzepki osiłek. Ściągnij mu koszulę, Teks, niech panowie sami popatrzą. Oto muskuły, jakich wam potrzeba! Spójrzcie na ten tors. Dziesięć krescentów od pana w rogu. Pan chyba żartuje! Piętnaście! Osiemnaście! Osiemnaście po raz pierwszy za numer dwadzieścia trzy. Nikt nie podbija? Dwadzieścia jeden. Dzięki, panie. Dwadzieścia jeden po raz pierwszy...

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?