Siostrzeniec CzarodziejaTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


C.S. LEWIS

SIOSTRZENIEC CZARODZIEJA


Ilustrowała

PAULINE BAYNES


Przełożył

ANDRZEJ POLKOWSKI


Tytuł oryginału:

THE CHRONICLES OF NARNIA.

THE MAGICIAN’S NEPHEW

The Magician’s Nephew copyright © 1955 by C.S. Lewis Pte. Ltd.

Copyright renewed 1983 by C.S. Lewis Pte. Ltd.

The Chronicles of Narnia®, Narnia® and all book titles, characters and locales original to The Chronicles of Narnia are trademarks of C.S. Lewis Pte. Ltd.

Use without permission is strictly prohibited.

Illustrations by Pauline Baynes; Copyright © 1955 by C.S. Lewis Pte. Ltd.

Coloured art by Pauline Baynes; copyright c 1998 by C.S Lewis Pte.Ltd

Copyright © for the Polish translation by Andrzej Polkowski

Published by Media Rodzina

under license from the CS Lewis Company Ltd.

Wszelkie prawa zastrzeżone. Przedruk lub kopiowanie całości albo fragmentów książki – z wyjątkiem cytatów w artykułach i przeglądach krytycznych – możliwe jest tylko na podstawie pisemnej zgody wydawcy.

www.narnia.com

ISBN 978-83-7278-882-5

Harbor Point Sp. z o.o.

Media Rodzina

ul. Pasieka 24, 61-657 Poznań

tel. 61 827 08 60, faks 61 827 08 66

www.mediarodzina.pl mediarodzina@mediarodzina.pl

Konwersja: eLitera s.c.


Spis treści

Karta redakcyjna

Mapa

Dedykacja

ROZDZIAŁ 1. Złe drzwi

ROZDZIAŁ 2. Digory i jego wuj

ROZDZIAŁ 3. Las Między Światami

ROZDZIAŁ 4. Dzwon i młotek

ROZDZIAŁ 5. Żałosne Słowo

ROZDZIAŁ 6. Wuj Andrzej zaczyna mieć kłopoty

ROZDZIAŁ 7. Co się wydarzyło przed domem

ROZDZIAŁ 8. Walka pod latarnią

ROZDZIAŁ 9. Stworzenie Narnii

ROZDZIAŁ 10. Pierwszy żart i inne sprawy

ROZDZIAŁ 11. Digory i jego wuj mają kłopoty

ROZDZIAŁ 12. Przygoda Truskawka

ROZDZIAŁ 13. Nieoczekiwane spotkanie

ROZDZIAŁ 14. Zasadzenie drzewa

ROZDZIAŁ 15. Koniec tej historii i początek wszystkich innych

Przypisy


Rodzinie Kilmerów


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

ROZDZIAŁ 1

Złe drzwi


TO, O CZYM WAM OPOWIEM W TEJ KSIĄŻCE, zdarzyło się dawno temu, kiedy wasz dziadek był jeszcze dzieckiem. Jest to bardzo ważna historia, ponieważ znajdziecie tu wyjaśnienie, w jaki sposób zaczęły się wszystkie przejścia z naszego świata do Narnii.

W owym czasie Sherlock Holmes mieszkał wciąż na Baker Street, a Bastable’owie poszukiwali skarbu na Lewisham Road. Każdy chłopiec musiał codziennie nosić sztywny kołnierzyk (jak do dziś w Eton), a uczył się w szkole przeważnie jeszcze bardziej nieznośnej niż dzisiaj. Za to jedzenie było lepsze, a co do słodyczy, to nie będę wam opowiadał, jak mało kosztowały i jak smakowały, żeby wam ślina na próżno nie napływała do ust. W tych to czasach żyła sobie w Londynie dziewczynka, która się nazywała Pola Plummer.

Mieszkała w jednym z owych połączonych ze sobą domów, które ciągnęły się długim rzędem wzdłuż całej ulicy. Pewnego ranka bawiła się w ogrodzie na tyłach swojego domu, gdy znad muru sąsiedniego ogrodu wyjrzała twarz jakiegoś chłopca. Zaskoczyło to Polę, bo w tamtym domu nigdy nie było dzieci; mieszkał w nim tylko pan Ketterley, stary kawaler, ze swoją siostrą, starą panną. Patrzyła więc ze zdumieniem na twarz chłopca, która w dodatku była niezwykle brudna, tak brudna, że nie byłaby wcale brudniejsza, gdyby ów chłopiec umazał sobie ręce w ziemi, potem się rozpłakał, a potem długo wycierał łzy rękami. Prawdę mówiąc, to właśnie przed chwilą robił.

– Cześć! – powiedziała Pola.

– Cześć! – odpowiedział chłopiec. – Jak masz na imię? – Pola. A ty?

– Digory – odrzekł chłopiec.

– Ojej! Jakie śmieszne imię! – zawołała Pola.

– Twoje jest jeszcze bardziej śmieszne.

– O, na pewno nie! – zaperzyła się Pola.

– A właśnie że tak – upierał się Digory.

– W każdym razie JA na pewno MYJĘ twarz – powiedziała Pola. – Bardzo by ci się to przydało, zwłaszcza że... – i urwała. Chciała powiedzieć „że na pewno przedtem ryczałeś”, ale w porę pomyślała, że nie byłoby to ładnie z jej strony.

– No dobra, więc płakałem – powiedział Digory podniesionym głosem jak ktoś tak nieszczęśliwy, że jest mu już wszystko jedno. – Mogę się założyć, że ty byś też ryczała, gdybyś mieszkała na wsi, miała kucyka i ogród nad rzeką i gdyby ci potem kazano żyć w takiej ohydnej dziurze...

– Londyn nie jest żadną dziurą – oburzyła się Pola. Ale chłopiec, zbyt przejęty swoimi nieszczęściami, nie zwrócił na to uwagi i ciągnął dalej:

– ...i gdyby twój ojciec był daleko, w Indiach... i gdybyś musiała mieszkać z ciotką i wujem, który jest stuknięty... a wszystko dlatego, że twoja matka wymaga stałej opieki, bo jest chora i chyba... chyba umrze... – Wyrzucił to z siebie i wykrzywił się jak ktoś, kto próbuje powstrzymać łzy.

– Przepraszam cię, nie wiedziałam. Okropnie mi przykro – powiedziała cicho Pola. A ponieważ zapadło milczenie i nie wiedziała, co powiedzieć, a także by zwrócić uwagę Digory’ego na coś mniej ponurego, zapytała: – Czy pan Ketterley naprawdę zwariował?

– Albo zwariował, albo jest w tym wszystkim jakaś tajemnica. Na najwyższym piętrze ma swój gabinet i ciotka Letycja wciąż mi przypomina, żebym się nie ważył tam chodzić. Już to wydaje się trochę podejrzane, no nie? Ale na tym nie koniec. Gdy tylko wuj próbuje coś do mnie powiedzieć przy stole – nigdy nawet nie próbuje odezwać się do NIEJ – ona zawsze go ucisza. „Nie zawracaj chłopcu głowy, Andrzeju”, mówi, albo: „Jestem pewna, że Digory wcale nie ma ochoty TEGO słuchać”, albo: „Digory, może byś tak wyszedł i pobawił się w ogrodzie?”

– Ale o czym właściwie chce ci powiedzieć?

– Nie mam pojęcia. Nigdy nie zdąży powiedzieć tyle, żebym się zorientował, o co mu chodzi. Ale jest jeszcze coś. Pewnej nocy, a prawdę mówiąc, zeszłej nocy, szedłem do swojej sypialni i właśnie mijałem schody na poddasze, gdy usłyszałem stamtąd jakieś wycie. Jestem tego pewny.

– Może on tam trzyma pod kluczem swoją żonę, która też jest szalona?

– No właśnie, też o tym pomyślałem.

– Albo może fałszuje pieniądze?

– Albo może był kiedyś piratem, jak ten tajemniczy gość z początku Wyspy Skarbów, i ukrywa się przed swoimi kompanami...

– No wiesz, to okropnie ciekawe! – zawołała Pola. – Nie wiedziałam, że twój dom jest tak ciekawym miejscem.

– Możesz uważać, że to ciekawe, ale nie bardzo by ci się podobało, gdybyś musiała tam sypiać. Na przykład budzisz się w nocy i słyszysz kroki wuja Andrzeja, skradającego się korytarzem do twojej sypialni. Niezbyt przyjemne, prawda? On ma takie straszne oczy.

 

W ten właśnie sposób Pola i Digory poznali się i zaprzyjaźnili, a ponieważ letnie wakacje akurat się zaczynały i żadne z nich nie wyjeżdżało w tym roku nad morze, spotykali się odtąd prawie codziennie.

Początek ich wspólnych przygód wiąże się ściśle z tym, że to lato było jednym z najbardziej mokrych i chłodnych, jakie pamiętali. Taka pogoda zmusza do siedzenia w domu, a siedzenie w domu sprzyja odkrywaniu i poznawaniu jego zakamarków. Ileż odkryć można zrobić, wędrując z kawałkiem świecy po wielkim, starym domu, a właściwie – po domach. Pola odkryła bowiem już wcześniej w klatce schodowej na strychu swego domu małe drzwi, za nimi zbiornik na wodę, a za nim ciemne miejsce, do którego można było się wcisnąć. To ciemne miejsce przypominało długi tunel z prostopadłą, ceglaną ścianą po jednej stronie i ukośnie opadającym dachem domu po drugiej. Między dachówkami były od czasu do czasu szczeliny, przez które sączyło się dzienne światło. Tunel nie miał podłogi z desek; chodziło się po drewnianych krokwiach, rozdzielonych tylko cienką warstwą tynku. Gdyby się na niej przypadkiem stanęło, można by wpaść przez sufit do pokoju położonego niżej. Na początku tunelu, tuż za zbiornikiem, Pola urządziła sobie Jaskinię Przemytników. Z kawałków starych skrzyń i połamanych kuchennych taboretów zrobiła coś w rodzaju podłogi. Trzymała tutaj żelazną kasetkę z różnymi skarbami i powieść, którą pisała, miała tam też zwykle kilka jabłek. Było to wymarzone miejsce, by w spokoju wypić sobie butelkę imbirowego piwa. Puste butelki jeszcze bardziej upodabniały je do prawdziwej jaskini przemytników.

Digory’emu Jaskinia bardzo się podobała. Pola nie pokazała mu swojej powieści, ale chłopca i tak bardziej zainteresowały dalsze odkrycia.

– Słuchaj, Polu, jak daleko biegnie ten tunel? Chodzi mi o to, czy kończy się tam, gdzie twój dom?

– Nie. Ta ściana nie wychodzi na dach. Ciągnie się dalej. Nie mam pojęcia dokąd.

– A więc może się ciągnąć przez cały rząd domów.

– Na pewno. Ale... słuchaj, Digory, coś mi wpadło do głowy.

– Co?

– Przecież w ten sposób możemy dostać się do innych domów!

– Tak, żeby nas złapali i wzięli za złodziei. Dziękuję, to nie dla mnie.

– Nie bądź taki przemądrzały. Myślałam o tym domu za waszym.

– No i co myślałaś?

– Och, głupiś, przecież to pusty dom. Tata mówi, że zawsze stał pusty, odkąd tu mieszkamy.

– Chyba powinniśmy go zwiedzić – rzekł Digory. Był o wiele bardziej podniecony, niż na to wskazywał ton jego głosu. Bo oczywiście myślał – tak jak i wy byście pomyśleli – o wszystkich możliwych przyczynach, dla których dom mógł stać pusty przez tak długi czas. O tym samym myślała Pola. Żadne z nich nie wypowiedziało słowa „duchy”. Oboje jednak czuli, że jeśli już się raz coś zaproponowało, to byłoby głupio tego nie zrobić.

– No to co, idziemy tam zaraz? – zapytał Digory.

– Dobrze – zgodziła się Pola.

– Nie musisz, jeśli nie masz ochoty – dodał Digory.

– Jeśli ty się nie boisz, to i ja nie.

– Musimy tylko się zastanowić, po czym poznamy, że jesteśmy już w tamtym domu.

Postanowili wyjść na klatkę schodową poddasza i zmierzyć ją krokami tak długimi, jak odległość między jedną krokwią a drugą. To dałoby im pojęcie, ile krokwi przypada na jedno pomieszczenie poddasza. Do tego trzeba dodać ze cztery krokwie na korytarz między dwoma poddaszami w domu Poli i tę samą liczbę na drugie pomieszczenie, w którym była sypialnia służącej. W ten sposób mieliby długość całego domu. Podwojenie tej odległości doprowadzi ich do końca domu Digory’ego. Jeśli będą tam jakieś drzwi, to znaczy, że prowadzą na poddasze pustego domu.

– Chociaż wcale nie byłbym taki pewien, że jest naprawdę pusty – powiedział Digory.

– Dlaczego?

– Założę się, że ktoś tam potajemnie mieszka, ktoś, kto wychodzi tylko w nocy, z latarnią. Nie zdziwiłbym się, gdybyśmy odkryli bandę gotowych na wszystko złoczyńców i dostali za to nagrodę. Przecież to niemożliwe, by dom stał pusty przez te wszystkie lata i żeby nie było w tym jakiejś tajemnicy.

– Ojciec mówił, że tam nawala kanalizacja – powiedziała Pola.

– Aha! Dorośli zawsze wyjaśniają wszystkie zagadki w bardzo nudny sposób.

Rozmawiali teraz w świetle dziennym, wpadającym przez okienko w klatce schodowej poddasza, a nie przy świetle migocącej świecy w Jaskini Przemytników, więc wydawało im się o wiele mniej prawdopodobne, by w pustym domu straszyło.

Kiedy wymierzyli klatkę poddasza, musieli wziąć ołówek i dokonać obliczeń. Liczyli kilka razy, bo wyniki z początku wychodziły różne, a kiedy się wreszcie zgodziły, nie mieli wcale pewności, że uzyskali właściwą odległość. Spieszno im było rozpocząć odkrywczą wyprawę.

– Musimy być cicho – powiedziała Pola, gdy wcisnęli się w czarną dziurę za zbiornikiem na wodę. W Jaskini miała spory zapas świec, więc uznali, że podczas tak ważnej wyprawy każde powinno mieć swoją.

Tunel był ciemny i pełen kurzu unoszonego raz po raz powiewami przeciągu. Stąpali ostrożnie po krokwiach, odzywając się do siebie szeptem tylko wtedy, gdy któreś zauważało: „Jesteśmy teraz naprzeciw WASZEGO poddasza” albo: „Musimy być w połowie NASZEGO domu”. Płomyki świec migotały, ale nie zgasły ani razu; udało im się więc przejść sporą odległość bez potknięcia. W końcu doszli do niewielkich drzwi w ceglanej ścianie po prawej stronie. W drzwiach nie było, oczywiście, żadnej klamki, bo zostały zrobione po to, aby przez nie wchodzić do tunelu, a nie wychodzić. Na zewnątrz wystawał jednak język zasuwki (jakie bywają od wewnątrz w drzwiach starych szaf), którą na pewno dałoby się otworzyć, gdyby się bardzo chciało.

– Mam otworzyć? – zapytał Digory.

– Jeśli ty się nie boisz, to i ja nie – odpowiedziała Pola, używając tych samych słów co poprzednio. Oboje czuli, że sytuacja staje się coraz bardziej poważna, ale żadne nie miało zamiaru się wycofać. Digory przesunął z pewnym trudem język zasuwki. Drzwi się otworzyły i oślepił ich blask dziennego światła. Ku ich zaskoczeniu pomieszczenie, na które patrzyli, nie było wcale opuszczonym poddaszem, lecz umeblowanym pokojem. Na szczęście nikogo w nim nie było. Panowała głęboka cisza. Ciekawość Poli wzięła górę nad strachem. Zdmuchnęła świecę i weszła na palcach do dziwnego pokoju.

Wnętrze miało kształt poddasza (z pochyłym sufitem i nierównymi ścianami). Zawalone książkami półki zajmowały całe ściany. Na kominku płonął ogień (jak pamiętacie, było to bardzo deszczowe i chłodne lato), a przed kominkiem stał wysoki fotel zwrócony do Poli tyłem. Między fotelem a nią stał wielki stół, zajmujący cały środek pokoju, a na nim mnóstwo najróżniejszych przedmiotów: stosy zwykłych, drukowanych książek, grube księgi do pisania w twardych oprawach, kałamarze, pióra, kawałki wosku do pieczętowania, a nawet mikroskop. Ale uwagę Poli zwróciła przede wszystkim drewniana, jasnoczerwona tacka, na której leżało kilka błyszczących obrączek. Leżały parami: żółta i zielona razem, potem wolna przestrzeń i znowu obrączka żółta i zielona. Miały rozmiar zwykłych obrączek, ale tak błyszczały, że od razu przyciągały wzrok. Były to najcudowniejsze błyszczące małe rzeczy, jakie można sobie wyobrazić. Gdyby Pola miała o kilka lat mniej, na pewno z chęcią wsadziłaby sobie jedną do ust.

W pokoju panowała taka cisza, że Pola od samego początku słyszała tykanie zegara. A jednak, gdy postała chwilę nieruchomo, odkryła, że cisza nie jest całkowita. Usłyszała słaby – bardzo, bardzo słaby – dźwięk przypominający buczenie. Gdyby w tych czasach wynaleziono już odkurzacze, Pola pomyślałaby, że gdzieś daleko pracuje odkurzacz, gdzieś bardzo daleko, kilka pięter niżej. Prawdę mówiąc, ten dźwięk był nieco przyjemniejszy niż buczenie odkurzacza – bardziej melodyjny – lecz tak słaby, że ledwo się go słyszało.

– W porządku, nikogo tu nie ma – powiedziała przez ramię do Digory’ego. Chłopiec wszedł do środka i stanął obok niej, mrugając oczami. Był okropnie brudny. Zresztą Pola nie wyglądała teraz wcale lepiej.

– To mi się nie podoba – powiedział. – To wcale nie jest ten pusty dom. Lepiej zwiewajmy, zanim ktoś przyjdzie.

– Co to może być? – zapytała Pola, wskazując na kolorowe obrączki.

– Och, daj spokój! Im wcześniej...

Ale nie wypowiedział swej myśli do końca, bo naraz coś się wydarzyło. Stojący przed kominkiem fotel z wysokim oparciem nagle się poruszył i powstał z niego – jak w pantomimie demon z dziury w podłodze sceny – przerażający kształt dorosłego mężczyzny. Był to wuj Andrzej we własnej osobie. Digory miał rację: nie znajdowali się wcale w opuszczonym domu, lecz w jego domu, w zakazanym gabinecie wuja! Dzieci krzyknęły „O-o-och!” i zrozumiały straszną pomyłkę. Dopiero teraz do nich dotarło, że nie przeszły jeszcze obliczonej liczby krokwi.

Wuj Andrzej był bardzo wysoki i bardzo chudy. Miał gładko ogoloną twarz z ostro zakończonym nosem i jasnymi, błyszczącymi oczami. Na głowie kłębiła mu się wielka czupryna siwych włosów.

Digory zaniemówił, bo wuj Andrzej wyglądał tysiąc razy bardziej niepokojąco niż kiedykolwiek przedtem. Pola nie była jeszcze tak przestraszona, ale trwało to krótko. Bo oto wuj Andrzej bez wahania podszedł do drzwi i przekręcił klucz w zamku. Potem odwrócił się i popatrzył na dzieci płonącymi niezdrowo oczami, i uśmiechnął się, pokazując wszystkie zęby.

– Wspaniale! – powiedział. – Wreszcie moja głupia siostra nie będzie nam mogła przeszkadzać!

Takiego zachowania trudno się było spodziewać po dorosłym. Pola poczuła, że serce podchodzi jej do gardła, i razem z Digorym zaczęła się powoli cofać ku małym drzwiom, przez które tutaj weszli. Ale wuj Andrzej był szybszy. Pobiegł do drzwiczek, zamknął je i stanął przed nimi, zacierając ręce, a potem wyciągał sobie każdy palec z głośnym trzaskiem. A miał bardzo długie i bardzo białe palce.

– Jestem zachwycony, widząc was tutaj – powiedział. – Dwoje dzieci? To jest właśnie to, czego mi brakowało.

– Niech pan będzie tak dobry i wypuści nas, panie Ketterley – odezwała się Pola. – Zbliża się pora obiadu i muszę wrócić do domu.

– Jeszcze nie teraz, moja droga – odpowiedział wuj Andrzej. – To za wielka okazja, by z niej nie skorzystać. Potrzebnych mi było dwoje dzieci. Przeprowadzam właśnie niezwykle doniosły eksperyment. Próbowałem już na śwince morskiej i wszystko wskazuje, że to działa. Ale świnka morska nie potrafi mówić. Nie można też jej wytłumaczyć, jak się stamtąd wraca.

– Posłuchaj, wuju – rzekł Digory – naprawdę jest pora obiadu i będą nas za chwilę szukać. Musisz nas wypuścić.

– Muszę? – zapytał wuj Andrzej.

Digory i Pola popatrzyli na siebie. Bali się odezwać, ale ich spojrzenia wyrażały: „Czy to nie okropne?” i „Musimy go jakoś udobruchać”.

– Jeżeli pan nas teraz wypuści – powiedziała wreszcie Pola – to możemy wrócić po obiedzie.

– Tak? A skąd mogę mieć pewność, że wrócicie? – spytał wuj Andrzej z chytrym uśmiechem. Ale po chwili jakby zmienił zdanie. – No cóż, skoro naprawdę musicie iść, to chyba nie będę was zatrzymywał. Trudno oczekiwać, by takim młodym ludziom jak wy sprawiała przyjemność rozmowa z takim starym niedołęgą jak ja. – Westchnął i ciągnął dalej: – Nie macie pojęcia, jak bardzo czuję się czasami samotny. Ale nie ma o czym mówić. Idźcie na obiad. Chciałbym wam tylko coś dać, zanim pójdziecie. Nie co dzień zdarza mi się widzieć dziewczynki w tej mojej zatęchłej dziurze, a zwłaszcza, jeśli wolno mi tak powiedzieć, takie urocze młode damy jak ty.

Pola pomyślała, że może wuj Andrzej nie jest tak zwariowany, jak im się wydawało.

– Czy chciałabyś mieć pierścionek, moja kochana? – zapytał wuj.

– Ma pan na myśli jeden z tych żółtych lub zielonych? Są cudowne!

– Nie, zielonego ci dać nie mogę. Ale będę zachwycony, jeśli przyjmiesz żółty. Ze szczerego serca. Możesz sobie jeden przymierzyć.

Pola przestała się już zupełnie bać i nabrała pewności, że ten miły starszy pan wcale nie jest szaleńcem. Zresztą w błyszczących obrączkach było coś naprawdę dziwnie pociągającego. Podskoczyła do stołu i nachyliła się nad tacką.

– Ojej! – zawołała. – To dziwne buczenie jest tutaj głośniejsze! Zupełnie jakby się wydobywało z tych obrączek.

– Cóż za zabawny pomysł! – zaśmiał się wuj Andrzej. Zabrzmiało to bardzo naturalnie, ale Digory zdążył dostrzec niecierpliwy, pożądliwy wyraz jego twarzy.

– Pola! Nie bądź głupia! – zawołał. – Nie dotykaj tego!

Ale było już za późno. Zanim skończył, ręka Poli sięgnęła do tacki, by dotknąć jednej z obrączek. I w tej samej chwili, bez żadnego błysku, hałasu lub jakiegokolwiek innego ostrzeżenia, Pola znikła. Digory i jego wuj byli sami w pokoju.

 

ROZDZIAŁ 2

Digory i jego wuj


BYŁO TO TAK NIESPODZIEWANE i tak straszliwie niepodobne do niczego – nawet do najbardziej koszmarnych snów – że Digory nie mógł się powstrzymać od wrzaśnięcia. Ale był to krótki wrzask, bo ręka wuja Andrzeja błyskawicznie zatkała mu usta.

– Tylko nie krzycz! – syknął chłopcu do ucha. – Jeżeli narobisz hałasu, usłyszy to twoja matka. A chyba wiesz, co może się stać, gdy się przestraszy.

Digory później mówił, że okropna podłość takiego postępowania przyprawiała go o mdłości. Ale, rzecz jasna, nie próbował już wrzasnąć po raz drugi.

– No, już lepiej – powiedział wuj Andrzej. – Zapewne nie mogłeś się powstrzymać. To naprawdę wielki wstrząs, kiedy się po raz pierwszy widzi, jak ktoś znika. Nawet ja poczułem się dziwnie, kiedy znikła moja świnka morska.

– I też wtedy wrzasnąłeś, prawda? – zapytał Digory.

– Och, słyszałeś to! Mam nadzieję, że mnie nie szpiegowałeś.

– Nie, ja nikogo nie szpieguję – oburzył się Digory. – Ale co się stało z Polą?

– Możesz mi pogratulować, chłopcze – odrzekł wuj Andrzej, zacierając ręce. – Mój eksperyment się powiódł. Ta mała odeszła... znikła... z tego świata.

– Co jej zrobiłeś?

– Posłałem ją do... hm... do innego miejsca.

– Co takiego?! Co masz na myśli?

Wuj Andrzej usiadł i powiedział:

– No dobrze, zaraz ci wszystko wyjaśnię. Czy słyszałeś kiedyś o starej pani Lefay?

– Masz na myśli tę cioteczną babkę?

– Niezupełnie. Pani Lefay była moją matką chrzestną. To ta, na tej ścianie.

Digory spojrzał i zobaczył wyblakłą fotografię starej kobiety w czepku. Przypomniał sobie, że już kiedyś widział tę twarz w starym albumie, w rodzinnym domu na wsi. Zapytał wówczas matkę, kto to jest, ale ona nie chciała jakoś rozmawiać na ten temat. Digory pomyślał, że nie jest to wcale przyjemna twarz, wiedział jednak, iż dawne fotografie nie zawsze oddawały wiernie czyjeś rysy.

– Czy coś... czy czasem... z nią było coś nie w porządku, wuju?

– No cóż... – wuj Andrzej zachichotał – to zależy od tego, co się rozumie przez wyrażenie NIE W PORZĄDKU. Ludzie mają tak ciasne pojęcia. Z pewnością, gdy była stara, zachowywała się bardzo dziwnie. Robiła różne niemądre rzeczy. Dlatego musiano ją zamknąć.

– W takim specjalnym domu?

– Och, nie, nie – odpowiedział wuj Andrzej szybko. – To całkiem inna sprawa. Zamknięto ją w więzieniu.

– Ach, tak! – zawołał Digory. – A co takiego zrobiła?

– Ach, biedna kobieta! Była naprawdę niemądra. Chodziło o wiele różnych rzeczy. Ale nie musimy się w to zagłębiać. W każdym razie dla mnie była zawsze dobra.

– Ale, wuju, co to wszystko ma wspólnego z Polą? Naprawdę, chciałbym, żebyś...

– Wszystko w swoim czasie, mój chłopcze – przerwał wuj. – W każdym razie przed śmiercią wypuszczono panią Lefay na wolność, a ja byłem jednym z niewielu ludzi, z którymi chciała się widywać w ciągu swojej ostatniej choroby. Widzisz, ona nie lubiła zwykłych, ciemnych ludzi. Nietrudno mi to zrozumieć. Jeśli chodzi o mnie, to interesowałem się tymi samymi sprawami co ona. Na kilka dni przed śmiercią kazała mi podejść do takiego starego sekretarzyka, otworzyć tajemną szufladę i przynieść sobie małą kasetkę. Gdy tylko wziąłem kasetkę, poczułem w palcach dziwne, bolesne mrowienie; nie ulegało wątpliwości, że mam w rękach jakąś wielką tajemnicę. A ona kazała mi przysiąc, że gdy tylko umrze, spalę tę kasetkę z pewnymi ceremoniami, nie zaglądając do środka. Złożyłem przysięgę, ale jej nie dotrzymałem.

– No wiesz, wuju, postąpiłeś bardzo paskudnie – powiedział Digory.

– Paskudnie? – zdziwił się wuj Andrzej. – Ach, rozumiem, o co chodzi. Uważasz, że mali chłopcy powinni dotrzymywać przyrzeczeń. Święta racja, nie ulega wątpliwości, że tak właśnie powinno być i cieszę się, że tego cię nauczono. Ale musisz zrozumieć, że tego rodzaju zasady, choć są naprawdę najbardziej właściwe i słuszne dla małych chłopców... i służby... i kobiet... a nawet dla wszystkich ludzi w ogólności... przestają obowiązywać, gdy chodzi o prawdziwych uczonych, wielkich myślicieli i mędrców. Nie, mój chłopcze. Ludzie tacy jak ja, którzy posiedli tajemną wiedzę, nie podlegają tym pospolitym zasadom, podobnie jak nie korzystają z pospolitych przyjemności. Przeznaczeniem nas, wielkich samotników, są o wiele wyższe sprawy.

Gdy to powiedział, westchnął głęboko, a minę miał tak poważną, szlachetną i tajemniczą, że Digory przez chwilę myślał, iż usłyszał coś naprawdę wzniosłego. Ale zaraz przypomniał sobie zły wyraz jego twarzy w chwilę przed zniknięciem Poli. Wielkie słowa, jakie dopiero co usłyszał, przestały być wielkie. „Wszystko to oznacza – powiedział sobie w duchu – że on jest po prostu nieodpowiedzialny: myśli, że może robić, co mu się podoba, aby mieć to, co chce”.

– Przez długi czas – mówił dalej wuj Andrzej po chwili milczenia – nie ośmielałem się otworzyć tej kasetki, ponieważ wiedziałem, że może tam być coś bardzo niebezpiecznego. Moja matka chrzestna była BARDZO osobliwą kobietą. Zresztą powiem ci prawdę: ona była ostatnią spośród żyjących... przynajmniej w tym kraju... w której żyłach płynęła krew najprawdziwszych czarodziejek. Powiedziała mi, że za jej czasów były jeszcze dwie: jedna była księżną, druga posługaczką. Tak, mój chłopcze, rozmawiasz teraz z ostatnim... prawdopodobnie... człowiekiem, który ma za matkę chrzestną czarodziejkę! Tak, mój Digory. To jest coś, co będziesz wspominał, gdy sam będziesz już stary!

„Założę się, że była wiedźmą” – pomyślał Digory, a na głos zapytał:

– Ale co będzie z Polą?

– Ależ się do tego przyczepiłeś! – zawołał wuj Andrzej. – Tak jakby to było najważniejsze! Przede wszystkim postanowiłem zbadać samą szkatułkę. Była bardzo, bardzo stara. Już wtedy wiedziałem dostatecznie dużo, aby mieć pewność, że nie pochodzi ani z Grecji, ani ze starożytnego Egiptu, ani z Babilonu, ani z kraju Hetytów czy z Chin. Nie, musiała być starsza niż wszystkie te cywilizacje. Ach, to był naprawdę wielki dzień, gdy wreszcie odkryłem prawdę: szkatułka pochodziła z zaginionej wyspy Atlantydy. A wiesz, co to znaczy? To znaczy, że była o całe wieki starsza od tych wszystkich zabytków z epoki kamiennej, które się wykopuje w Europie. I wcale nie była prymitywnym, niezdarnie wykonanym przedmiotem jak tamte. Wiedz bowiem, że u samych początków dziejów Atlantyda była już wielkim miastem z pałacami, świątyniami i uczonymi.

Przerwał na chwilę, jakby oczekiwał, że Digory coś powie. Ale Digory’mu jego wuj coraz mniej się podobał, więc nie powiedział nic.

– W tym czasie – ciągnął wuj Andrzej – poczyniłem znaczne postępy w zgłębianiu nauk tajemnych. Nie będę ci tego dokładnie opisywał, bo jesteś jeszcze dzieckiem. W każdym razie doszedłem do takiej wiedzy, że mogłem z dużą dozą prawdopodobieństwa domyślać się, co może być w tej szkatułce. Rozmaite próby i doświadczenia pozwoliły mi coraz bardziej zawężać możliwości. Poznałem wówczas pewnych... hm... pewnych diabelskich, dziwnych osobników i przeszedłem przez różne niezbyt przyjemne doświadczenia. Właśnie wtedy posiwiałem. Tak, nie zostaje się magiem za darmo. Zapłaciłem za to ciężką utratą zdrowia. Ale to już minęło. I w końcu, w końcu POZNAŁEM prawdę.

Byli sami w pracowni na poddaszu, do której nikt nie miał wstępu, i trudno było przypuścić, by ktoś mógł ich podsłuchiwać, lecz w tym momencie wuj Andrzej nachylił się nad chłopcem i wyszeptał mu do ucha:

– Szkatułka z Atlantydy zawierała coś, co zostało przyniesione z innego świata, i to w czasach, gdy nasz świat dopiero się zaczynał.

– Ale co? – zapytał Digory, który wbrew sobie zaczął się już bardzo interesować tą niesamowitą opowieścią.

– Tylko pył – odrzekł wuj Andrzej. – Wspaniały, suchy pył. Nic szczególnego, na pierwszy rzut oka. Nic takiego, z pozoru, co warte byłoby trudów całego życia. Ale kiedy popatrzyłem na ten pył... a możesz być pewien, że bardzo uważałem, aby go przypadkiem nie dotknąć... i kiedy pomyślałem, że każde jego ziarenko było kiedyś w INNYM świecie... nie mam na myśli innej planety: te ciała niebieskie są częścią NASZEGO świata i można się tam w końcu dostać, jeśli się bardzo chce... a więc w prawdziwym Innym Świecie... w innej naturze... w innym wszechświecie... gdzieś, dokąd byś nie dotarł, choćbyś podróżował bez końca w przestrzeni kosmicznej... w świecie, do którego można się dostać tylko za pomocą magii, ach! – i urwał, zacierając ręce tak mocno, że stawy strzelały mu jak fajerwerki.

– Wiedziałem – ciągnął po chwili – że gdybym tylko potrafił znaleźć właściwą FORMĘ, ten pył przeniósłby mnie do miejsca, z którego pochodzi. To była największa trudność: uzyskać odpowiednią formę. Pierwsze eksperymenty nie dały oczekiwanego rezultatu. Próbowałem na świnkach morskich. Niektóre po prostu zdechły. Inne wybuchły jak małe bomby...

– To straszne okrucieństwo! – zawołał Digory, który miał kiedyś świnkę morską.

– Ależ ty masz zdolność do mijania się z sednem sprawy! – powiedział wuj Andrzej. – Przecież te stworzenia do tego właśnie służą. Sam je kupiłem. Zaraz... na czym skończyłem? Ach, tak. I w końcu udało mi się zrobić te obrączki: żółte obrączki. Tak, ale wówczas pojawiła się nowa trudność. Miałem już pewność, że taka żółta obrączka może wysłać do Innego Świata każde stworzenie, które jej dotknie. Jaki był jednak z tego pożytek, skoro wciąż nie potrafiłem ściągnąć ich z powrotem, żeby się dowiedzieć, co tam jest?

– A co z NIMI? – zapytał Digory. – Czy nie pomyślałeś, w co je pakujesz, wysyłając je gdzieś, skąd nie ma powrotu?

– Wciąż patrzysz na to wszystko z zupełnie niewłaściwego punktu widzenia – odpowiedział wuj Andrzej wyraźnie zniecierpliwiony. – Czy nie potrafisz zrozumieć, o co tu właściwie chodzi? O jak doniosły eksperyment? Przecież po to wysyłam kogoś do Innego Świata, żeby się dowiedzieć, jaki ten Świat jest.

– Więc dlaczego sam się nie wyślesz?

Digory nigdy jeszcze nie widział kogoś z tak zaskoczonym i urażonym wyrazem twarzy jak wuj Andrzej po usłyszeniu tego pytania.

– Ja?! Ja?! – zawołał. – Ten chłopiec zwariował! Chciałbyś, żeby człowiek w moim wieku i w moim stanie zdrowia narażał się na ryzyko straszliwego wstrząsu i wszystkich innych niebezpieczeństw związanych z nagłym przeniesieniem do zupełnie innego wszechświata? Nigdy jeszcze nie słyszałem czegoś równie niedorzecznego! Czy zdajesz sobie sprawę, co powiedziałeś? Pomyśl, co oznacza INNY świat: można tam spotkać... wszystko! Wszystko... rozumiesz?