Płonące dziewczyny

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Płonące dziewczyny
Płonące dziewczyny
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 74,98  59,98 
Płonące dziewczyny
Płonące dziewczyny
Audiobook
Czyta Marcin Hycnar
39,99  28,79 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

1  Okładka

2  Strona tytułowa

3  Spis treści

4  Strona redakcyjna

5  Pro­log

6  Roz­dział 1

7  Roz­dział 2

8  Roz­dział 3

9  Roz­dział 4

10  Roz­dział 5

11  Roz­dział 6

12  Roz­dział 7

13  Roz­dział 8

14  Roz­dział 9

15  Roz­dział 10

16  Roz­dział 11

17  Roz­dział 12

18  Roz­dział 13

19  Roz­dział 14

20  Roz­dział 15

21  Roz­dział 16

22  Roz­dział 17

23  Roz­dział 18

24  Roz­dział 19

25  Roz­dział 20

26  Roz­dział 21

27  Roz­dział 22

28  Roz­dział 23

29  Roz­dział 24

30  Roz­dział 25

31  Roz­dział 26

32  Roz­dział 27

33  Roz­dział 28

34  Roz­dział 29

35  Roz­dział 30

36  Roz­dział 31

37  Roz­dział 32

38  Roz­dział 33

39  Roz­dział 34

40  Roz­dział 35

41  Roz­dział 36

42  Roz­dział 37

43  Roz­dział 38

44  Roz­dział 39

45  Roz­dział 40

46  Roz­dział 41

47  Roz­dział 42

48  Roz­dział 43

49  Roz­dział 44

50  Roz­dział 45

51  Roz­dział 46

52  Roz­dział 47

53  Roz­dział 48

54  Roz­dział 49

55  Roz­dział 50

56  Roz­dział 51

57  Roz­dział 52

58  Roz­dział 53

59  Roz­dział 54

60  Roz­dział 55

61  Roz­dział 56

62  Roz­dział 57

63  Roz­dział 58

64  Roz­dział 59

65  Roz­dział 60

66  Roz­dział 61

67  Roz­dział 62

68  Roz­dział 63

69  Roz­dział 64

70  Roz­dział 65

71  Roz­dział 66

72  Roz­dział 67

73  Roz­dział 68

74  Roz­dział 69

75  Roz­dział 70

76  Epi­log

77  Podzię­ko­wa­nia

78  Przy­pisy koń­cowe

Tytuł ory­gi­nału: The Bur­ning Girls

Redak­cja: Anna Brze­ziń­ska

Korekta: Słowne Babki, Beata Wój­cik

Pro­jekt okładki: Agata Dąbrow­ska

Redak­tor pro­wa­dzący: Kata­rzyna Monika Słup­ska

Copy­ri­ght © C.J. Tudor, 2021

Copy­ri­ght © for the Polish edi­tion by Wydaw­nic­two Czarna Owca, War­szawa 2021

Copy­ri­ght © for the Polish trans­la­tion by Tomasz Wyżyń­ski, 2021

Wszel­kie prawa zastrze­żone. Niniej­szy plik jest objęty ochroną prawa autor­skiego i zabez­pie­czony zna­kiem wod­nym (water­mark).

Uzy­skany dostęp upo­waż­nia wyłącz­nie do pry­wat­nego użytku.

Roz­po­wszech­nia­nie cało­ści lub frag­mentu niniej­szej publi­ka­cji w jakiej­kol­wiek postaci bez zgody wła­ści­ciela praw jest zabro­nione.

Wyda­nie I

ISBN 978-83-8143-664-9


Kon­wer­sję do wer­sji elek­tro­nicz­nej wyko­nano w sys­te­mie Zecer.

Dla wyso­kiego Neila, ślicz­nej Betty i kosma­tej Doris.

PŁO­NĄCE DZIEW­CZYNY: (Z Wiki­pe­dii, wol­nej ency­klo­pe­dii)

Laleczki z gałą­zek, ele­ment tra­dy­cji nie­wiel­kiej wio­ski Cha­pel Croft w hrab­stwie Sus­sex. Upa­mięt­niają „męczen­ni­ków z Sus­sex” – ośmioro miesz­kań­ców wsi spa­lo­nych na sto­sie w okre­sie prze­śla­do­wań pro­te­stan­tów za pano­wa­nia kró­lo­wej Marii Tudor (1553–1558). Dwie męczen­nice były mło­dymi dziew­czę­tami. Laleczki pali się w ogni­sku w cza­sie dorocz­nej cere­mo­nii w rocz­nicę egze­ku­cji.

Pro­log

„Jakim męż­czy­zną jestem?”

Ostat­nio czę­sto zada­wał sobie to pyta­nie.

„Służę Bogu. Jestem kapła­nem. Speł­niam wolę Pana”.

 

Ale czy to wystar­cza?

Patrzył na nie­wielki pobie­lany dom. Dach kryty strze­chą, jasno­fio­le­towy powoj­nik na ścia­nach ską­pa­nych w bled­ną­cym świe­tle słońca póź­nego lata. Na drze­wach ćwier­kały ptaki. Wśród krza­ków leni­wie bzy­kały psz­czoły.

„Gniazdo nie­pra­wo­ści. W naj­bar­dziej nie­win­nym oto­cze­niu”.

Ruszył powoli krótką ścieżką. Żołą­dek ści­skał mu strach. Przy­po­mi­nało to ból fizyczny, skręt kiszek. Uniósł rękę, lecz drzwi się otwo­rzyły, nim zastu­kał.

– Och, Bogu dzięki, że ojciec przy­szedł!

Matka stała w drzwiach, ugi­na­jąc się na nogach. Rzad­kie brą­zowe włosy przy­le­pione do czaszki. Prze­krwione oczy, szara, pomarsz­czona skóra.

„Oto, co się dzieje, gdy pojawi się Sza­tan”.

Wszedł do środka. W domu śmier­działo. Kwa­śny zapach brudu. Jak do tego doszło? Popa­trzył na schody. Ciem­ność na szczy­cie wyda­wała się gęsta od zła. Poło­żył rękę na porę­czy. Nogi odma­wiały mu posłu­szeń­stwa. Zaci­snął powieki i oddy­chał głę­boko.

„Służę Bogu”.

– Pokaż mi.

Zaczął wcho­dzić po scho­dach. Na pię­trze znaj­do­wało się troje drzwi. Z jed­nych wyj­rzał chło­piec w popla­mio­nym T-shir­cie i szor­tach; miał mar­twy wyraz twa­rzy. Zamknął drzwi na widok postaci w czar­nym stroju.

Otwo­rzył sąsied­nie drzwi. Poczuł cie­pło i smród. Przy­ło­żył rękę do ust i pró­bo­wał nie zwy­mio­to­wać.

Łóżko było zapla­mione krwią i eks­kre­men­tami. Do słup­ków w naroż­ni­kach przy­wią­zano sznury, ale wisiały luźno. Na mate­racu leżała otwarta skó­rzana walizka. W środku znaj­do­wały się akce­so­ria przy­mo­co­wane moc­nymi skó­rza­nymi paskami: duży kru­cy­fiks, Biblia, woda świę­cona, kawałki muślinu.

Dwóch przed­mio­tów bra­ko­wało. Leżały na pod­ło­dze. Skal­pel i długi ząb­ko­wany nóż. Były lep­kie od krwi. Ciało ota­czała ciem­no­czer­wona kałuża.

Prze­łknął ślinę. Zaschło mu w ustach.

– Wielki Boże, co tu się stało?!

– Mówi­łam ojcu, mówi­łam, że dia­beł…

– Dość!

Zauwa­żył przed­miot leżący na noc­nym sto­liku. Pod­szedł. Małe czarne pudełko. Patrzył na nie przez chwilę, po czym odwró­cił się w stronę matki sto­ją­cej w drzwiach. Zała­mała ręce i spoj­rzała na niego bła­gal­nie.

– Co teraz zro­bimy?!

„My”. On też ponosi odpo­wie­dzial­ność. Popa­trzył na zakrwa­wione, oka­le­czone ciało leżące na pod­ło­dze.

„Jakim męż­czy­zną jestem?”

– Przy­nieś ścierki i środki czysz­czące. Natych­miast.

„WELDON HERALD”, CZWAR­TEK,

24 MAJA 1990

ZAGI­NIĘ­CIE NASTO­LA­TEK

Poli­cja wysto­so­wała apel o pomoc w poszu­ki­wa­niu dwóch nasto­la­tek zagi­nio­nych w Sus­sex: Merry Lane i Joy Har­ris. Obie mają po pięt­na­ście lat i ist­nieje podej­rze­nie, że mogły razem uciec z domu. Joy widziano po raz ostatni 12 maja wie­czo­rem na przy­stanku auto­bu­so­wym w Hen­field. Tydzień póź­niej, 19 maja, Merry znik­nęła ze swo­jego domu w Cha­pel Croft, pozo­sta­wia­jąc list poże­gnalny.

Poli­cja nie podej­rzewa, że dziew­częta padły ofiarą prze­stęp­stwa, ale nie­po­koi się o ich los i ape­luje, by skon­tak­to­wały się z bli­skimi.

„Nie zosta­nie­cie uka­rane. Rodzice się o was mar­twią. Chcą wie­dzieć, czy jeste­ście bez­pieczne. Może­cie w każ­dej chwili wró­cić do domu”.

Joy, drob­nej budowy, sto sześć­dzie­siąt osiem cen­ty­me­trów wzro­stu, ma dłu­gie jasne włosy i deli­katne rysy twa­rzy. Była ubrana w różowy T-shirt, deka­ty­zo­wane dżinsy i buty spor­towe marki Dun­lop Green Flash.

Merry, szczu­pła, sto sie­dem­dzie­siąt trzy cen­ty­me­try wzro­stu, ma krót­kie ciemne włosy. Nosiła luźny szary swe­ter, dżinsy i czarne trampki.

Osoby, które widziały poszu­ki­wane nasto­latki, są pro­szone o kon­takt z poste­run­kiem poli­cji w Weldon pod numer 01323 456723 albo o tele­fon na linię orga­ni­za­cji Cri­me­stop­pers, 0800 555 111.

Roz­dział 1

Sytu­acja jest wysoce nie­for­tunna. – Biskup John Dur­kin uśmie­cha się dobro­dusz­nie.

Jestem pra­wie pewna, że biskup John Dur­kin pra­wie wszystko robi dobro­dusz­nie, nawet kupę.

Jest naj­młod­szym bisku­pem w histo­rii die­ce­zji obej­mu­ją­cej pół­nocną część hrab­stwa Not­tin­gham, uta­len­to­wa­nym mówcą i auto­rem kilku cenio­nych arty­ku­łów z dzie­dziny teo­lo­gii. Była­bym zdu­miona, gdyby się oka­zało, że ni­gdy nie pró­bo­wał cho­dzić po powierzchni jeziora.

Jest także palan­tem.

Wiem o tym ja, jego kole­dzy, cała kuria. Myślę, że w sekre­cie nawet on sam o tym wie.

Nie­stety, nikt mu tego nie powie. Z pew­no­ścią nie ja. Nie dzi­siaj. Nie w chwili, gdy trzyma w swo­ich gład­kich, wypie­lę­gno­wa­nych dło­niach moją przy­szłość, pracę i dom.

– Takie nie­przy­jemne wyda­rze­nie może zachwiać wiarą para­fian – odzywa się.

– Nie zachwiało ich wiarą. Są roz­gnie­wani i zasmu­ceni. Nie pozwolę, żeby to wyda­rze­nie znisz­czyło wszystko, cośmy osią­gnęli. Nie zosta­wię tych ludzi, kiedy mnie naj­bar­dziej potrze­bują.

– Czy rze­czy­wi­ście potrze­bują? W nabo­żeń­stwach uczest­ni­czy coraz mniej wier­nych. Odwo­łano zaję­cia. Sły­sza­łem, że grupy dzie­cięce zamie­rzają się prze­nieść do innej para­fii.

– To z powodu poli­cjan­tów krę­cą­cych się w pobliżu i żół­tych taśm. Ta spo­łecz­ność nie prze­pada za poli­cją.

– Rozu­miem, że…

Niczego nie rozu­mie. Dur­kin prze­bywa na tere­nie dziel­nicy robot­ni­czej tylko wtedy, gdy jego oso­bi­sty szo­fer przy­pad­kiem skręci w złą stronę, wio­ząc go do sali gim­na­stycz­nej.

– Jestem pewna, że to się wkrótce zmieni. Odzy­skam ich zaufa­nie.

Nie dodaję, że bar­dzo mi na tym zależy. Popeł­ni­łam błąd i muszę go napra­wić.

– Potrafi pani czy­nić cuda? – Nim odpo­wia­dam, Dur­kin cią­gnie gładko: – Pro­szę posłu­chać, Jack. Wiem, że bar­dzo się pani sta­rała, ale wpa­dła pani w kło­poty.

Sie­dzę sztywno na krze­śle, wal­cząc z pokusą sple­ce­nia rąk na piersi jak nadą­sana nasto­latka.

– Myśla­łam, że mamy obo­wią­zek nawią­zy­wać bli­skie związki z para­fia­nami.

– Nasz pod­sta­wowy obo­wią­zek to dbać o dobre imię Kościoła. Żyjemy w trud­nych cza­sach. Kościół prze­żywa kry­zys. Coraz mniej ludzi uczest­ni­czy w nabo­żeń­stwach. Toczymy trudną walkę nawet bez nega­tyw­nego roz­głosu w mediach.

Dur­kin tylko tym się przej­muje. Mediami. Naj­waż­niej­szy jest PR. Kościół i tak nie ma naj­lep­szej prasy, a ja wszystko schrza­ni­łam. Chcia­łam rato­wać małą dziew­czynkę, a zamiast tego ska­za­łam ją na śmierć.

– Więc wasza eks­ce­len­cja chce, żebym podała się do dymi­sji?

– W żad­nym wypadku. Byłoby wielką stratą, gdyby odszedł od nas ktoś pani kali­bru. – Łączy czubki pal­ców obu rąk. Naprawdę to robi. – Źle by to wyglą­dało. Byłoby przy­zna­niem się do winy. Musimy sta­ran­nie roz­wa­żyć następny krok.

Nie mam co do tego wąt­pli­wo­ści. Zwłasz­cza że to Dur­kin wpadł na pomysł, by mnie prze­nieść do Not­tin­gham. Jestem jego pro­te­go­waną. Dobrze sobie radzi­łam, zmie­ni­łam pod­nisz­czony kościół w ubo­giej dziel­nicy w ośro­dek życia miej­sco­wej spo­łecz­no­ści.

Aż do sprawy Ruby.

– Więc co wasza eks­ce­len­cja suge­ruje?

– Zmianę para­fii. Na jakiś czas. Poje­dzie pani do miej­sco­wo­ści znaj­du­ją­cej się mniej na widoku. Nie­wielki kościół w Sus­sex jest chwi­lowo pozba­wiony kapłana. Cha­pel Croft. Potrzebny jest tym­cza­sowy pastor do chwili nomi­na­cji następcy.

Patrzę na niego. Mam wra­że­nie, że zie­mia usuwa mi się spod nóg.

– Bar­dzo mi przy­kro, ale to wyklu­czone. W przy­szłym roku córka zdaje maturę. Nie mogę jej zawieźć na drugi koniec kraju.

– Uzgod­ni­łem już prze­nie­sie­nie z bisku­pem Gor­do­nem z die­ce­zji Weldon.

– Co takiego?! Jak to?! Biskup Gor­don szu­kał kogoś na to sta­no­wi­sko?! Na pewno musi ist­nieć bar­dziej odpo­wiedni miej­scowy kan­dy­dat…

Kiwa dło­nią, zby­wa­jąc moje pro­te­sty.

– Po pro­stu gawę­dzi­li­śmy. W trak­cie roz­mowy padło pani nazwi­sko. Wspo­mniał o waka­cie w Cha­pel Croft. Kom­pletny przy­pa­dek. – Przy­cho­dzi mi do głowy, że Dur­kin potrafi lepiej pocią­gać za sznurki niż ojciec Pino­kia. – Pro­szę wziąć pod uwagę pozy­tywne aspekty tej nomi­na­cji – cią­gnie. – Piękna oko­lica, świeże powie­trze, pola. Nie­wielka, bez­pieczna wio­ska. Będzie­cie zachwy­cone.

– Myślę, że wiem, co jest dobre dla mnie i Flo. Odpo­wiedź brzmi: nie.

– W takim razie muszę być bru­talny. – Spo­gląda mi w oczy. – To nie jest prośba.

Dur­kin nie bez powodu jest naj­młod­szym bisku­pem die­ce­zjal­nym. Nie ma to nic wspól­nego z dobro­dusz­no­ścią.

Zaci­skam pię­ści na kola­nach.

– Rozu­miem.

– Dosko­nale. Zaczyna pani pracę w przy­szłym tygo­dniu. Pro­szę pamię­tać, aby zabrać kalo­sze.

Roz­dział 2

Chry­ste!

– Znowu wzy­wasz imię Pana Boga nada­remno.

– Wiem, ale… – Flo kręci głową. – Co za zadu­pie!

Trudno nie przy­znać jej racji. Zatrzy­muję samo­chód i patrzę na kaplicę. W pobliżu stoi nasz nowy, nie­wielki dom. Można by go nawet uznać za ładny, gdyby nie to, że jest nie­po­ko­jąco prze­krzy­wiony, jakby za chwilę miał się roz­paść cegła po cegle.

Kaplica jest mała, kwa­dra­towa i brud­no­szara. Nie ma strze­li­stego dachu, krzyża ani witraży. Od frontu znaj­dują się cztery pro­sto­kątne okna, dwa na górze, dwa na dole. Mię­dzy gór­nymi oknami umiesz­czono zegar. Wokół bie­gnie ozdobny napis: „Wyko­rzy­stujmy czas, gdyż dni są złe”1.

Ładne. Nie­stety, ostat­nia litera w sło­wie „czas” się zatarła, więc napis brzmi: „Wyko­rzy­stujmy cza”.

Wysia­dam z samo­chodu. Parne powie­trze spra­wia, że ubra­nie natych­miast klei mi się do skóry. Wokół są tylko puste pola. Wio­ska składa się z około dwu­dzie­stu pię­ciu domów, pubu, sklepu i klubu. Sły­chać tylko ptaki i oka­zjo­nalne brzę­cze­nie psz­czoły. Ogar­nia mnie zde­ner­wo­wa­nie.

– Okej – mówię, sta­ra­jąc się nadać swo­jemu gło­sowi opty­mi­styczne brzmie­nie i nie ujaw­niać trwogi, którą czuję. – Wejdźmy do kaplicy i rozej­rzyjmy się.

– Nie obej­rzymy nowego miesz­ka­nia? – pyta Flo.

– Naj­pierw dom Boga. Potem dom jego dzieci.

Prze­wraca oczami, dając do zro­zu­mie­nia, że jestem męczącą idiotką. Nasto­let­nie dziew­częta potra­fią wiele wyra­zić za pomocą ruchów gałek ocznych. I tak dobrze, że w ogóle ją rozu­miem: po ukoń­cze­niu przez córkę pięt­na­stego roku życia próby nawią­za­nia komu­ni­ka­cji wer­bal­nej cza­sem przy­po­mi­nają próbę prze­bi­cia głową cegla­nego muru.

– Poza tym nasze meble cią­gle tkwią w kor­kach na auto­stra­dzie M25 – dodaję. – W kościele są przy­naj­mniej ławki.

Zamyka drzwi auta i wle­cze się za mną z ponurą miną. Zer­kam na nią: ciemne włosy ostrzy­żone na boba, kol­czyk w nosie (ciężko wywal­czony i zdej­mo­wany przed pój­ściem do szkoły) i duży apa­rat foto­gra­ficzny marki Nikon nie­mal stale wiszący na szyi. Czę­sto myślę, że moja córka byłaby ide­alną kan­dy­datką do zastą­pie­nia Winony Ryder w remake’u Soku z żuka.

Od drogi do kaplicy bie­gnie długa ścieżka. Przed bramą stoi odra­pana meta­lowa skrzynka na listy. Powie­dziano mi, że jeśli nikogo nie zastanę po przy­jeź­dzie, znajdę w niej klu­cze. Otwie­ram wieko, wkła­dam rękę do środka i – bingo! Wyj­muję dwa klu­cze Yale, z pew­no­ścią do chaty, i ciężki żela­zny klucz jak do bramy z Tol­kiena. Domy­ślam się, że to klucz do kaplicy.

– Cóż, przy­naj­mniej możemy wejść – mówię.

– Tak – odpo­wiada Flo z kamienną miną.

Igno­ruję ją i otwie­ram bramę. Ścieżka jest stroma i nie­równa. Po obu stro­nach widać nagrobki ster­czące z wyso­kiej trawy. Po lewej stoi wysoki pomnik. Ponury, szary obe­lisk. U pod­stawy leży coś, co przy­po­mina wią­zankę zwię­dłych kwia­tów. Jed­nak z bli­ska widać, że to nie kwiaty, tylko małe laleczki sple­cione z gałą­zek.

– Co to takiego? – pyta Flo, się­ga­jąc po apa­rat.

– Pło­nące dziew­czyny – odpo­wia­dam machi­nal­nie. Flo kuca i pstryka kilka zdjęć. – To tra­dy­cja Cha­pel Croft – dodaję. – Czy­ta­łam o niej w inter­ne­cie. Ludzie robią te figurki na cześć męczen­ni­ków z Sus­sex.

– Kogo?

– W okre­sie prze­śla­do­wań pro­te­stan­tów za pano­wa­nia kró­lo­wej Marii Tudor spa­lono na sto­sie grupę wie­śnia­ków. Przed kaplicą zgi­nęły dwie dziew­czyny.

 

Wstaje i krzywi się.

– I ludzie robią na ich pamiątkę te dzi­waczne figurki?

– Palą je w rocz­nicę ich śmierci.

– Coś jak z Blair Witch.

– Wła­śnie taka jest wieś. – Po raz ostatni zer­kam lek­ce­wa­żąco na laleczki. – Pełna dzi­wacz­nych zwy­cza­jów.

Flo wyj­muje komórkę i robi jesz­cze kilka zdjęć, praw­do­po­dob­nie by je wysłać przy­ja­cio­łom z Not­tin­gham („Popa­trz­cie, co robią te zwa­rio­wane wsio­chy”), po czym idzie za mną.

Docie­ramy do drzwi kaplicy. Wkła­dam do zamka żela­zny klucz. Cho­dzi ciężko i muszę go mocno naci­snąć, by się prze­krę­cił. Drzwi otwie­rają się ze skrzy­pie­niem, tro­chę jak z hor­roru. Otwie­ram je sze­rzej.

Na dwo­rze świeci sierp­niowe słońce, ale w kaplicy jest ciemno. Oczy przy­zwy­cza­jają się do mroku dopiero po chwili. Przez brudne okna wpa­dają pro­mie­nie słońca, oświe­tla­jąc dro­binki kurzu uno­szące się w powie­trzu.

Kaplica jest dziw­nie roz­pla­no­wana: nie­wielka nawa i sześć rzę­dów ławek naprze­ciwko ołta­rza. Po obu stro­nach drew­niane schody pro­wa­dzące na gale­rię, gdzie rów­nież stoją ławki. Przy­po­mina nie­wielki teatr albo arenę walk gla­dia­to­rów. Zasta­na­wiam się, jakim cudem prze­szła kon­trolę prze­ciw­po­ża­rową.

Wnę­trze pach­nie stę­chli­zną i sta­ro­ścią, co wydaje się dziwne, bo jesz­cze kilka tygo­dni temu kaplica była regu­lar­nie uży­wana. Podob­nie jak inne kościoły jest jed­no­cze­śnie duszna i zimna.

Na końcu nawy znaj­duje się nie­wielki obszar odgro­dzony żół­tymi barier­kami. Na jed­nej z nich wisi tabliczka z odręcz­nym napi­sem: „Uwaga! Nie­równa posadzka. Oblu­zo­wane płyty”.

– Zmie­niam zda­nie – mówi Flo. – Nie zadu­pie, ale prze­ra­ża­jące zadu­pie.

– Mogło być gorzej.

– Czyli?

– Kor­niki, grzyb, robaki?

– Zacze­kam na zewnątrz. – Odwraca się i wycho­dzi.

Nie idę za nią. Naj­le­piej odcze­kać. Nie mogę jej pocie­szyć. Zmu­si­łam ją do opusz­cze­nia mia­sta, które lubi, szkoły, w któ­rej dobrze się czuła, i przy­wio­złam do wsi, która ma do zaofe­ro­wa­nia tylko pola i woń kro­wiego łajna. Prze­ko­na­nie jej będzie wyma­gało tro­chę pracy.

Patrzę na drew­niany ołtarz.

– Boże, co ja tutaj robię?

– Mógł­bym pani w czymś pomóc?

Odwra­cam się.

Stoi przede mną męż­czy­zna. Szczu­pły i bar­dzo blady; kre­dową barwę cery pod­kre­ślają lśniące czarne włosy zacze­sane do tyłu we wdowi szpic. Mimo cie­pła ma na sobie ciemny gar­ni­tur i szarą koszulę bez koł­nie­rzyka. Wygląda jak wam­pir wybie­ra­jący się do klubu jaz­zo­wego.

– Prze­pra­szam, jesz­cze ni­gdy nie otrzy­ma­łam bez­po­śred­niej odpo­wie­dzi na podobne pyta­nie. – Uśmie­cham się i wycią­gam rękę. – Nazy­wam się Jack.

W dal­szym ciągu patrzy na mnie podejrz­li­wie.

– Jestem świec­kim admi­ni­stra­to­rem para­fii. Jak się pani tu dostała?

Zdaję sobie sprawę, że nie wło­ży­łam kolo­ratki, a jemu praw­do­po­dob­nie powie­dziano tylko, że przy­je­dzie pastor Bro­oks. Oczy­wi­ście mógłby wyszu­kać mnie w inter­ne­cie, ale wygląda jak zaby­tek z epoki gęsich piór i inkau­stu.

– Prze­pra­szam. Jack Bro­oks? Pastor Bro­oks? – Otwiera sze­rzej oczy. Lekko się rumieni. Wiem, że forma mojego imie­nia jest myląca. Przy­znaję, że spra­wia mi to przy­jem­ność. – O Boże… Pro­szę mi wyba­czyć. Po pro­stu…

– Nie tego się pan spo­dzie­wał?

– Nie.

– Kogoś wyż­szego, szczu­plej­szego, przy­stoj­niej­szego?

Nagle sły­szę krzyk:

– MAMO! – Odwra­cam się. W drzwiach stoi Flo. Jest blada, wytrzesz­cza oczy. W mojej gło­wie dźwię­czą dzwonki alar­mowe. – Tam jest dziew­czynka! Ona… chyba jest ranna! Musisz przyjść, natych­miast!

Roz­dział 3

Dziew­czynka ma nie wię­cej niż trzy­na­ście lat. Jest ubrana w sukienkę, która kie­dyś mogła być biała. Bose stopy… jest cała zalana krwią.

Włosy są pokryte rdzawą cie­czą, twarz czer­wo­nymi smu­gami, a sukienka ciem­no­kasz­ta­no­wymi pla­mami. Idzie ścieżką w naszą stronę, zosta­wia­jąc małe, krwawe ślady.

Patrzę na nią, roz­pacz­li­wie zasta­na­wia­jąc się, co się stało. Wpa­dła pod samo­chód?! Widzę na dro­dze jedno auto. Skąd tyle krwi?! Jak to moż­liwe, że jest w sta­nie cho­dzić?!

Zbli­żam się do niej ostroż­nie i kucam.

– Cześć, kocha­nie! Jesteś ranna? – Patrzy na mnie. Ma inten­syw­nie błę­kitne oczy, w któ­rych maluje się prze­ra­że­nie. Kręci głową. Nie jest ranna. Więc skąd tyle krwi? – To dobrze. Możesz mi powie­dzieć, co się stało?

– Zabił ją.

Dzień jest upalny, ale czuję chłodny dreszcz.

– Kogo?

– Pippę.

– Zadzwoń na poli­cję, Flo – mówię ostroż­nie.

Córka wyj­muje komórkę i spo­gląda na nią z nie­do­wie­rza­niem.

– Nie ma sygnału.

Cho­lera! Ogar­nia mnie déjà vu. Czuję mdło­ści. Krew, mała dziew­czynka… Tylko nie to, nie po raz drugi.

Odwra­cam się w stronę wam­pira wybie­ra­ją­cego się do klubu jaz­zo­wego. Cią­gle stoi przy drzwiach.

– Nie dosły­sza­łam pań­skiego imie­nia.

– Aaron.

– W kaplicy jest tele­fon sta­cjo­narny?

– Tak, w zakry­stii.

– Mógłby pan zadzwo­nić na poli­cję?

Waha się.

– Znam tę dziew­czynkę. To córka Har­pe­rów.

– Jak ma na imię?

– Poppy.

– Okej. – Uśmie­cham się uspo­ka­ja­jąco do małej. – Wezwiemy pomoc, Poppy.

Aaron w dal­szym ciągu się nie rusza. Szok, może nie­zde­cy­do­wa­nie? Tak czy ina­czej, nie zro­bił tego, o co pro­si­łam.

– Niech pan zadzwoni na poli­cję! – rzu­cam ostro.

Wcho­dzi do kaplicy. Nagle sły­szę war­kot pędzą­cego samo­chodu. Uno­szę oczy i widzę range rovera, który wyjeż­dża zza zakrętu i zatrzy­muje się z piskiem opon przed bramą. Kie­rowca otwiera drzwi.

– Poppy! – Z samo­chodu wyska­kuje bar­czy­sty męż­czy­zna i bie­gnie ścieżką w naszą stronę. – O Boże, Poppy, wszę­dzie cię szu­ka­łem! Ucie­kłaś?!

Pro­stuję się.

– To pana córka?

– Tak. Nazy­wam się Simon Har­per. – Mówi to z dumą, jakby był powszech­nie znaną posta­cią. – Kim pani jest, do licha?!

Gryzę się w język.

– Pastor Bro­oks, nowa gospo­dyni para­fii. Może mi pan powie­dzieć, co się tu wła­ści­wie dzieje? Pań­ska córka jest zalana krwią.

Marsz­czy brwi. Jest kilka lat star­szy ode mnie. Masywny, ale nie gruby. Bru­tal­ność wypi­sana na twa­rzy. Mam wra­że­nie, że nie jest przy­zwy­cza­jony do ostrych pytań, zwłasz­cza ze strony kobiet.

– Nic się nie stało.

– W cza­sie tek­sa­skiej masa­kry piłą mecha­niczną też nic się nie stało – wtrąca Flo.

Simon Har­per zerka na nią z iry­ta­cją, po czym znowu odwraca się w moją stronę.

– Mogę panią zapew­nić, pani pastor, że to po pro­stu nie­po­ro­zu­mie­nie. Poppy, podejdź do mnie. – Wyciąga rękę. Poppy chowa się za moimi ple­cami.

– Pana córka powie­działa, że ktoś został zabity.

– Co takiego?!

– Pippa.

– Och, na litość boską! – Har­per prze­wraca oczami. – To śmieszne.

– Może pozwólmy poli­cji zde­cy­do­wać, czy to naprawdę takie śmieszne.

– Peppa, a nie Pippa… Peppa to świ­nia.

– Słu­cham?

– To świń­ska krew.

Patrzę na niego. Czuję strużki potu spły­wa­jące po ple­cach. Sły­chać war­kot. Drogą powoli jedzie trak­tor. Simon Har­per wzdy­cha ciężko.

– Czy mogli­by­śmy wejść do domu i umyć Poppy? Nie mogę jej zabrać samo­cho­dem w takim sta­nie.

Zer­kam na stary dom.

– Pro­szę za mną.

Po raz pierw­szy wcho­dzę do nowego domu. Nie spo­dzie­wa­łam się, że zoba­czę go w takich oko­licz­no­ściach. Flo przy­nosi z ogrodu dwa pla­sti­kowe fote­liki i sadzamy Poppy na jed­nym z nich. Znaj­duję pod zle­wem dość czy­sto wyglą­da­jącą ście­reczkę i pół butelki mydła w pły­nie.

Zauwa­żam także latarkę i pająka wiel­ko­ści pię­ści.

– Zaj­rzę do auta – mówi Flo. – Zdaje się, że jest tam kilka nawil­ża­nych chu­s­te­czek i moja bluza od dresu, którą Poppy mogłaby wło­żyć.

– Świetny pomysł.

Wybiega z domu. „Dobra z niej dziew­czyna – myślę – mimo fochów”.

Zwil­żam ście­reczkę pod kra­nem i kucam obok Poppy. Zmy­wam jej z twa­rzy krew.

„Świń­ska krew. Jak mała dziew­czynka mogła się polać świń­ską krwią?!”

– Wiem, że wygląda to nie­ład­nie, ale zaraz wszystko wytłu­ma­czę – odzywa się Simon Har­per. Pró­buje mówić pojed­naw­czym tonem.

– Niczego nie oce­niam. To naj­waż­niej­sza zasada mojej pro­fe­sji.

Świa­do­mie kła­mię. Ście­ram krew z czoła i uszu Poppy. Zaczyna przy­po­mi­nać dziew­czynkę, a nie ucie­ki­nierkę z powie­ści Ste­phena Kinga.

– Chciałby pan coś wytłu­ma­czyć?

– Jestem wła­ści­cie­lem farmy. Farmy Har­pe­rów. Należy do naszej rodziny od wielu poko­leń. Mamy wła­sną rzeź­nię. Wiem, że są ludzie, któ­rzy tego nie pochwa­lają…

Nie wstaję.

– Moim zda­niem warto wie­dzieć, skąd pocho­dzi to, co jemy. Więk­szość dzieci z mojej poprzed­niej para­fii uwa­żała, że mięso rośnie samo z sie­bie w McDo­nal­dzie.

– Oczy­wi­ście… cóż, no wła­śnie. Sta­ramy się tak wycho­wy­wać córki, by rozu­miały, na czym polega praca na far­mie, nie trak­to­wały zwie­rząt zbyt sen­ty­men­tal­nie. Rosie, star­sza, ni­gdy nie miała z tym kło­po­tów, ale Poppy jest bar­dziej… wraż­liwa. – Wyczu­wam, że wraż­li­wość to eufe­mizm. Wygła­dzam włosy Poppy. Patrzy na mnie lśnią­cymi błę­kit­nymi oczami. W jej wzroku jest coś pustego. – Mówi­łem Emmie… to moja żona… że nie powinna pozwa­lać dziew­czyn­kom nada­wać im imion.

– Komu?

– Świ­niom. Poppy była zachwy­cona… ale potem oczy­wi­ście się do nich przy­wią­zała, zwłasz­cza do jed­nej.

– Peppy?

– Tak.

– Dziś rano zaczę­li­śmy świ­nio­bi­cie.

– Ach, rozu­miem…

– Poppy miała iść z Rosie na plac zabaw, ale… musiały zmie­nić plany. Wró­ciły wcze­śniej, a potem zoba­czy­łem Poppy sto­jącą…

Prze­rywa z oszo­ło­mioną miną. Wyobra­żam sobie dziecko wbie­ga­jące do rzeźni i widzące kosz­marną scenę.

– Dalej nie rozu­miem, jak się popla­miła krwią.

– Musiała się pośli­zgnąć i upaść na posadzkę. Póź­niej ucie­kła, zna pani dal­szy ciąg… – Spo­gląda na mnie. – Nawet nie ma pani poję­cia, jak mi przy­kro, ale pro­wa­dzimy gospo­dar­stwo rolne. Tak wygląda nasza praca.

Czuję lek­kie współ­czu­cie. Płu­czę ście­reczkę i usu­wam resztkę krwi z twa­rzy Poppy. Póź­niej wyj­muję z kie­szeni dżin­sów gumkę i wiążę jej wil­gotne włosy w kucyk.

Uśmie­cham się.

– Wie­dzia­łam, że w końcu zoba­czę śliczną dziew­czynkę.

Cią­gle nic. Tro­chę wytrąca mnie to z rów­no­wagi. Ale cza­sem tak działa trauma. Widy­wa­łam to już wcze­śniej. Praca pastorki w ubo­giej dziel­nicy mia­sta to nie tylko pie­cze­nie ciast i wyprze­daże gara­żowe. Czę­sto spo­tyka się ludzi mają­cych kło­poty, sta­rych i mło­dych. Jed­nak dzieci bywają mal­tre­to­wane nie tylko w mia­stach. To też wiem.

Odwra­cam się w stronę Simona.

– Poppy ma jakieś zwie­rzęta?

– Trzy­mamy kilka psów paster­skich, ale miesz­kają w budach.

– Może byłoby dobrze, gdyby Poppy miała wła­sne zwie­rzę. Nie­wiel­kie, na przy­kład cho­mika, któ­rym mogłaby się opie­ko­wać?

Przez chwilę myślę, że Simon przyj­mie moją pro­po­zy­cję. Póź­niej jego twarz znowu staje się nie­prze­nik­niona.

– Dzię­kuję, pani pastor, ale myślę, że wiem, jak postę­po­wać z córką.

O mało nie odpo­wia­dam, że ostat­nie wyda­rze­nia temu prze­czą. Flo wcho­dzi do kuchni z nawil­ża­nymi chu­s­tecz­kami i bluzą od dresu z podo­bi­zną Jacka Szkie­le­tona2.

– Może być?

Kiwam głową, czu­jąc ogar­nia­jące mnie znu­że­nie.

– Świet­nie.

Sto­imy przy drzwiach i patrzymy, jak Simon Har­per i Poppy wsia­dają do range rovera. Bluza od dresu Flo sięga Poppy do kolan. Odjeż­dżają.

Obej­muję Flo ramie­niem.

– Wła­śnie tak wygląda spo­kojna wieś.

– Rze­czy­wi­ście. Może mimo wszystko będzie zabaw­nie?

Śmieję się, a potem zauwa­żam wid­mową postać w czar­nym stroju idącą w stronę domu z dużym pudłem w rękach. Co robił tak długo w kaplicy?

– Przy­pusz­czam, że poli­cja już jedzie? – pytam.

– O nie. Zauwa­ży­łem Simona Har­pera i uzna­łem, że nie ma potrzeby dzwo­nić. – „Naprawdę, nie ma potrzeby?” Wydaje się, że Simon Har­per to bar­dzo wpły­wowa osoba w Cha­pel Croft. W wielu małych miej­sco­wo­ściach ist­nieje rodzina cie­sząca się powszech­nym sza­cun­kiem. Z powodu tra­dy­cji, stra­chu albo jed­nego i dru­giego. – Przy­po­mnia­łem sobie, że powi­nie­nem dać to pani pastor po przy­jeź­dzie – dodaje Aaron.

Wyciąga pudło w moją stronę. Na środku wypi­sano dru­ko­wa­nymi lite­rami moje nazwi­sko.

– Co to takiego?

– Nie wiem. Wczo­raj zosta­wiono to przed kaplicą.

– Kto zosta­wił?

– Nie zauwa­ży­łem. Pomy­śla­łem, że to miły poda­ru­nek.

– Może od poprzed­niego pastora? – suge­ruje Flo.

– Nie sądzę – odpo­wia­dam. – Nie żyje. – Zer­kam na Aarona, zda­jąc sobie sprawę, że moje słowa mogły zabrzmieć bez­dusz­nie. – Było mi bar­dzo przy­kro, gdy dowie­dzia­łam się o śmierci pastora Flet­chera. To musiał być szok.

– O tak.

– Zacho­ro­wał?

– Zacho­ro­wał? – Patrzy na mnie dziw­nie. – Nie powie­dzieli pani?

– Sły­sza­łam, że zmarł nie­spo­dzie­wa­nie.

– Ow­szem. Popeł­nił samo­bój­stwo.