Inni ludzie

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Inni ludzie
Inni ludzie
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 71,89  57,51 
Inni ludzie
Audio
Inni ludzie
Audiobook
Czyta Franciszek Przybylski, Karolina Czarnecka, Marcin Januszkiewicz, Małgorzata Biela, Monika Borzym, Patryk Szwichtenberg, Paulina Puślednik, Szymon Falaciński
36,90 
Szczegóły
Audio
Inni ludzie
Audiobook
Czyta Marcin Hycnar
39,99 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

16

17

18

19

20

21

22

23

24

25

26

27

28

29

30

31

32

33

34

35

36

37

38

39

40

41

42

43

44

45

46

47

48

49

50

51

52

53

54

55

56

57

58

59

60

61

62

63

64

Epilog

Podziękowania

Przypisy końcowe

Tytuł oryginału: THE OTHER PEOPLE

Redakcja: Beata Wójcik

Projekt okładki: Magda Kuc

Zdjęcie na okładce: Magda Kuc

Korekta: Monika Łobodzińska-Pietruś

Redaktor prowadzący: Katarzyna Słupska

Copyright © C.J. Tudor, 2020

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa 2020

Copyright © for the Polish translation by Tomasz Wyżyński, 2020

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark).

Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku.

Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

Wydanie I

ISBN 978-83-8143-323-5


Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Dla mamy i taty. Najlepszych ludzi

Piekło to inni.

Jean-Paul Sartre

Śpi. Blada dziewczyna w białym pokoju. Otacza ją aparatura medyczna. Mechaniczni stróże, którzy wiążą ją ze światem żywych, by nie odpłynęła wieczną, ciemną rzeką.

Jedyne kołysanki śpiącej dziewczyny to regularne pikanie automatów i jej ciężki oddech. Wcześniej kochała muzykę. Uwielbiała śpiewać, grać. Widziała muzykę wszędzie – w ptakach, drzewach, morzu.

W rogu pokoju stoi niewielkie pianino. Klapa jest uniesiona, ale klawiaturę pokrywa cienka warstwa kurzu. Na szczycie pianina leży muszla o barwie kości słoniowej. Jej jedwabiste różowe wnętrze przypomina wnętrze małżowiny usznej.

Aparaty pikają i szumią.

Muszla drży.

Nagle w pokoju rozlega się dźwięk pianina, jedna nuta, wysokie cis.

Gdzieś upada inna dziewczyna.

1

Poniedziałek, 11 kwietnia 2016

autostrada M1 z Londynu do Leeds

Najpierw zauważył nalepki na tylnej szybie i zderzaku:

Trąb, jeśli swędzi cię tyłek.

Nie jedź za mną, zabłądziłem.

Jeśli prowadzisz auto tak jak ja, powinieneś uwierzyć w Boga.

Klakson się zepsuł – uważaj na palec.

Prawdziwi mężczyźni kochają Jezusa.

Dwuznaczne komunikaty. Ale jedno wydawało się zupełnie oczywiste: kierowca to wariat. Gabe mógłby się założyć, że nosi T-shirty z podobnymi sloganami i że ma w pracy zdjęcie małpy zasłaniającej łeb łapami, z podpisem: „Nie musisz być szalony, by tu pracować, ale to pomaga”.

Był zdziwiony, że właściciel auta widzi cokolwiek przez tylną szybę. Za to kierowcy stojący za nim w korkach mają co czytać. Gabe również utknął w korku. Długi rząd samochodów posuwał się w ślimaczym tempie, mijając robotników, którzy naprawiali autostradę M1. Wydawało się, że zaczęli pracę w poprzednim stuleciu i zamierzają ją kontynuować w następnym.

 

Westchnął i bębnił palcami o kierownicę, jakby mogło to przyśpieszyć jazdę znajdujących się przed nim aut albo bieg czasu. Był już prawie spóźniony. Jeszcze nie, niezupełnie. W dalszym ciągu istniała szansa, że wróci do domu na czas. Ale i tak stracił na to nadzieję. Opuściła go gdzieś w okolicy skrzyżowania numer dziewiętnaście, kiedy sprytniejsi kierowcy zaryzykowali jazdę wiejskimi drogami na podstawie nawigacji satelitarnej.

Jeszcze bardziej frustrujące było to, że dziś zdołał wyjść punktualnie. Powinien bez trudu dotrzeć do domu na szóstą trzydzieści, zdążyć na kolację i położyć Izzy spać. Obiecał Jenny – solennie obiecał – że dzisiaj się nie spóźni.

„Tylko raz w tygodniu. To wszystko, o co proszę. Jeden wieczór, kiedy zjemy razem kolację, przeczytasz córce bajkę na dobranoc i będziemy udawać, że jesteśmy normalną, szczęśliwą rodziną”.

To zabolało. Chciała go zranić.

Oczywiście mógłby powiedzieć, że rano odwozi Izzy do szkoły, bo Jenny musi pędzić na spotkanie z klientem. To on uspokoił córkę i posmarował jej brodę kremem antybakteryjnym, gdy podrapał ją złośliwy kot ze schroniska przygarnięty przez Jenny.

Ale nie powiedział. Bo oboje zdawali sobie sprawę, że Gabe poświęca córce zbyt mało czasu. Jenny była rozsądną kobietą, ale miała surowe zasady dotyczące życia rodzinnego. Jeśli ktoś je łamał, nieprędko wybaczała.

Kochał ją za to, że jest tak głęboko przywiązana do córki. Jego matka była bardziej przywiązana do taniej wódki; nawet nie znał swojego ojca. Przysiągł, że będzie inny, że zawsze znajdzie trochę czasu dla Izzy.

A teraz utknął w korku na autostradzie i prawdopodobnie znowu się spóźni. Jenny mu nie wybaczy. Nie tym razem. Nie chciał się zastanawiać, co to oznacza.

Próbował zadzwonić do żony, ale odezwała się poczta głosowa. Poziom naładowania baterii w komórce Gabe’a spadł poniżej jednego procentu, czyli telefon lada chwila przestanie działać. Na domiar złego zostawił dziś ładowarkę w domu. Mógł tylko siedzieć, walcząc z pokusą naciśnięcia pedału gazu i staranowania wozów stojących z przodu. Bębnił nerwowo palcami o kierownicę i patrzył na samochód oblepiony nalepkami.

W większości były stare, spłowiałe i pomarszczone. Auto również wydawało się zabytkiem. Stary ford cortina lub coś w tym rodzaju. Miał kolor popularny w latach siedemdziesiątych, przypominający przybrudzone złoto. Nadpsuty banan. Wieczorne niebo zasnute dymem. Umierające słońce.

Z przekrzywionej rury wydechowej buchały od czasu do czasu kłęby brudnoszarych spalin. Zderzak pokrywały plamy rdzy. Nie widział emblematu producenta pojazdu. Prawdopodobnie odpadł po drodze wraz z połową tablicy rejestracyjnej. Pozostały tylko litery T i N oraz część cyfry 6 albo 8. Zmarszczył brwi. Był pewien, że to niezgodne z przepisami. Ten cholerny samochód nie nadaje się do jazdy, prawdopodobnie nie jest ubezpieczony, nie prowadzi go wykwalifikowany kierowca. Lepiej się do niego nie zbliżać.

Zastanawiał się, czy nie zmienić pasa, gdy w tylnym oknie wśród łuszczących się nalepek pojawiła się twarz dziewczynki. Wyglądała na pięć albo sześć lat. Okrągła buzia, różowe policzki. Ładne jasne włosy związane w dwa kucyki.

Najpierw przyszło mu do głowy, że powinna być przypięta do fotelika.

Później pomyślał: „Izzy”.

Popatrzyła na Gabe’a i wytrzeszczyła oczy ze zdziwienia. Rozchyliła usta, odsłaniając puste miejsce po mlecznym zębie, który wypadł jakiś czas temu. Pamiętał, jak zawinął go w bibułkę i włożył jej pod poduszkę dla zębowej wróżki.

„Tata!” – szepnęła bezgłośnie.

Później ktoś wyciągnął do tyłu rękę, chwycił ją za ramię i zmusił, by usiadła. Zniknęła. Przepadła. Rozwiała się.

Patrzył na puste okno.

„Izzy”.

Niemożliwe.

Córka jest w domu, z matką. Prawdopodobnie ogląda Disney Channel, a Jenny szykuje kolację. Izzy nie może siedzieć w obcym samochodzie, jadąc Bóg wie gdzie, nieprzypięta do fotelika.

Kierowcę zasłaniały nalepki. Widział tylko czubek jego głowy nad napisem „Trąb, jeśli swędzi cię tyłek”. Pal to diabli! Zatrąbił. Później błysnął światłami. Wydawało się, że samochód z nalepkami lekko przyśpiesza. Z przodu kończyły się roboty drogowe; przestawało obowiązywać ograniczenie prędkości i można było jechać normalnie.

„Izzy”. Przyśpieszył. Prowadził nowego range rovera, szybkiego i zrywnego, a jednak odrapany stary gruchot się oddalał. Gabe nacisnął mocniej pedał gazu. Patrzył, jak wskazówka szybkościomierza wskazuje sto dziesięć, sto dwadzieścia, sto trzydzieści pięć kilometrów na godzinę. Zbliżał się, ale samochód z nalepkami nagle zjechał na środkowy pas i wyprzedził kilka aut. Gabe ruszył za nim, zajeżdżając drogę ciężarówce. Klakson prawie go ogłuszył. Miał wrażenie, że lada chwila wyskoczy mu z piersi serce: wydawało mu się, że to żywa istota z filmu Obcy – ósmy pasażer Nostromo.

Samochód z nalepkami niebezpiecznie lawirował wśród pojazdów. Gabe znalazł się między fordem focusem a toyotą znajdującą się z przodu. Cholera… Zerknął w lusterko, zjechał na pas wolnego ruchu, a później szybko wyprzedził toyotę. W tej samej chwili na pasie szybkiego ruchu pojawił się jeep. O mało nie uderzył w samochód Gabe’a, który nacisnął hamulec. Kierowca jeepa błysnął światłami awaryjnymi i pokazał mu środkowy palec.

– Pieprz się, wale!

Gruchot znajdował się teraz kilkaset metrów z przodu. W dalszym ciągu lawirował, jego tylne światła znikały w oddali. Gabe nie mógł go dalej ścigać. Było to zbyt niebezpieczne.

Poza tym powtarzał sobie, że musiał się pomylić. Na pewno. To nie może być Izzy. Wykluczone. W jaki sposób mogłaby się znaleźć w tamtym samochodzie? Jest zmęczony, zestresowany. Zapada zmrok. Musiała to być inna dziewczynka, podobna do Izzy. Bardzo podobna. Mająca jasne włosy związane w kucyki, identyczną szczerbę między przednimi zębami. Dziewczynka nazywająca kogoś tatą.

Z przodu pojawił się znak informacyjny: „Centrum handlowe, 800 metrów”. Może się tam zatrzymać, uspokoić, zatelefonować. Ale jest już spóźniony, powinien jechać do domu. Jednak co znaczy kilka dodatkowych minut? Pojawił się zjazd z autostrady. Jechać dalej? Skręcić? Jechać dalej? Skręcić? „Izzy”. W ostatniej chwili odbił kierownicą w lewo, przejechał czarno-żółtą linię i usłyszał gniewne klaksony kierowców. Ruszył w stronę centrum handlowego.

Gabe prawie nigdy nie zatrzymywał się w centrach handlowych przy autostradzie. Wydawały mu się przygnębiające, pełne nieszczęśliwych ludzi, którzy woleliby być gdzie indziej.

Stracił cenne minuty, biegając tam i z powrotem wzdłuż fast foodów. Szukał automatu telefonicznego i znalazł go w końcu w pobliżu toalet. Tylko jeden. Nikt nie korzysta już z automatów. Zmarnował kilka następnych minut, usiłując znaleźć drobne, aż wreszcie zrozumiał, że może skorzystać z karty. Wyjął z portfela kartę debetową, wsunął ją do otworu i zadzwonił do domu.

Jenny nigdy nie odbierała natychmiast. Zawsze była zajęta, zawsze robiła coś z Izzy. Czasami mówiła, że chciałaby mieć osiem par rąk. Pomyślał, że powinien spędzać więcej czasu w domu, pomagać.

– Halo!

Głos kobiety. Ale nie Jenny. Nieznajomy. Czyżby wystukał niewłaściwy numer? Rzadko telefonował na numer stacjonarny. Zawsze posługiwał się komórką. Sprawdził numer na wyświetlaczu automatu. Na pewno był to ich telefon.

– Halo? – znowu odezwał się głos. – Pan Forman?

– Tak, Forman. Kim pani jest, do licha?

– Komisarz Maddock.

Policjantka. W jego domu. Odbiera telefon.

– Gdzie pan jest, panie Forman?

– Na autostradzie M1. To znaczy w centrum handlowym. Wracam z pracy.

Jąkał się, jakby miał coś na sumieniu. Ale przecież jest winny, prawda? Wielu rzeczy.

– Powinien pan wrócić do domu, panie Forman. Natychmiast.

– Dlaczego? Co się dzieje? Co się stało?!

Długa cisza, męcząca, niepokojąca. Pomyślał, że zapowiada słowa, które całkowicie zniszczą jego życie.

– Chodzi o pana żonę… i córkę.

2

Poniedziałek, 18 lutego 2019 roku

centrum handlowe w Newton Green, autostrada M1, skrzyżowanie numer piętnaście, trzynasta trzydzieści

Chudy mężczyzna pił bardzo słodką czarną kawę. Rzadko zamawiał coś konkretnego. Raz, może dwa, poprosił o tost, a później prawie nic nie zjadł. Katie pomyślała, że wygląda staro jak na swój wiek. Ubranie wisiało na nim jak na strachu na wróble. Był wychudzony, miał głębokie bruzdy na twarzy, zapadnięte oczy, sterczące kości policzkowe. Palce trzymające kubek z kawą były długie i delikatne; odnosiło się wrażenie, że ostre kości za chwilę przebiją cienką skórę.

Katie mogłaby pomyśleć, że mężczyzna jest śmiertelnie chory na raka. Jej niania miała raka i wyglądała podobnie. Jednak wiedziała, że to nieprawda: on cierpiał na coś innego. Chorobę duszy i serca. Nie wyleczyliby go najlepsi lekarze na świecie ani najlepsze lekarstwa. Nic nie mogło go wyleczyć.

Kiedy zaczął odwiedzać centra handlowe, raz albo dwa razy na miesiąc, rozdawał ulotki. Katie wzięła jedną z nich. Fotografie małej dziewczynki. WIDZIAŁEŚ MNIE? Katie oczywiście znała tę twarz. Jej zdjęcie pojawiało się w telewizji. Podobnie jak zdjęcie jej matki.

W tamtym czasie chudy mężczyzna miał nadzieję. A przynajmniej jej cień. Szaloną nadzieję, która staje się czymś w rodzaju narkotyku. To wszystko, co zostaje ludziom w takiej sytuacji. Rozpaczliwie się jej czepiają, nawet gdy wiedzą, że to tylko iluzja. Myślimy, że człowieka może zniszczyć nienawiść i gorycz. To pomyłka. Może go również zniszczyć nadzieja. Nadzieja wyżera serce jak pasożyt. Sprawia, że czujemy się jak przynęta czekająca na przypłynięcie rekina. Ale nadzieja nie zabija. Nie działa w ten sposób.

Chudy mężczyzna został pożarty przez nadzieję. Nic mu nie zostało. Nic oprócz mnóstwa przejechanych kilometrów i punktów rabatowych za wypijaną kawę.

Katie wzięła pustą filiżankę i wytarła stolik.

– Przynieść panu jeszcze jedną?

– Obsługujecie klientów przy stolikach?

– Tylko stałych.

– Dziękuję, ale muszę ruszać.

– Okej. Do zobaczenia.

Znowu skinął głową.

– Do zobaczenia.

Tak wyglądały ich rozmowy. Wszystkie. Katie nie była pewna, czy mężczyzna w ogóle ją poznaje. Miała wrażenie, że ludzie stanowią dla niego tylko tło.

Słyszała, że nie jest to jedyna kawiarnia, którą odwiedza, ani jedyne centrum handlowe. Kelnerki zmieniały pracę i plotkowały. Podobnie policjanci, którzy często zaglądali do kawiarni. Opowiadano, że mężczyzna jeździ autostradą w dzień i w nocy, zatrzymuje się w różnych centrach handlowych, szuka samochodu, którym porwano małą dziewczynkę. Szuka zaginionej córki.

Miała nadzieję, że to nieprawda. Wierzyła, że chudy mężczyzna w końcu odnajdzie spokój. Nie chodziło tylko o niego. Coś w jego zachowaniu, jego cicha desperacja rozdrapywała bolesną ranę. Katie przede wszystkim miała nadzieję, że któregoś dnia przyjdzie do pracy, a on zniknie i nie będzie musiała nigdy więcej o nim myśleć.

3

Nocna jazda. Gabe nigdy jej nie lubił. Blask reflektorów samochodów pędzących z przeciwka. Ciemne partie autostrady, gdy droga z przodu zdawała się roztapiać w nieskończonej nicości. Jakby zmierzał w stronę czarnej dziury. Zawsze go to dezorientowało. W mroku wszystko wydaje się inne. Zniekształca odległość, kontury.

W takie noce czuł się najlepiej. Siedział za kierownicą, słuchając cichej, nastrojowej muzyki. Tym razem Laurie Anderson. Strange Angels.

Najczęściej puszczał właśnie ten album. Muzyka miała w sobie coś nieziemskiego, dziwacznego, co mu się podobało. Pasowała do jazdy po czarnym asfalcie.

Czasami wyobrażał sobie, że płynie głęboką, czarną rzeką. Innym razem, że unosi się w przestrzeni, w wiecznej ciemności. Nad ranem, gdy powinien leżeć w wygodnym łóżku, przychodziły mu do głowy dziwaczne myśli. Ale chociaż zastanawiał się nad różnymi rzeczami, zawsze patrzył uważnie na szosę, czujnie obserwował drogę.

Gabe nigdy nie spał. Nie w normalny sposób. Między innymi właśnie dlatego jeździł samochodem. Kiedy musiał zrobić sobie przerwę – nie był zmęczony, ale uważał, że powinien odpocząć – zatrzymywał się w jednym z centrów handlowych, które tak dobrze znał.

Mógłby wyliczyć wszystkie centra przy autostradzie M1: ich miejsce w rankingach popularności, dzielące je odległości, znajdujące się w nich sklepy. Przypuszczał, że stały się dla niego czymś w rodzaju domu. Było w tym coś ironicznego, biorąc pod uwagę, że dawniej bardzo nie lubił takich miejsc. Kiedy potrzebował czegoś więcej niż kolejnej porcji czarnej kawy, zatrzymywał samochód na jednym z parkingów dla ciężarówek i drzemał przez dwie godziny w tylnej części wozu. Często był zły, że marnuje czas, nic nie robi, nie szuka. Jego umysł nie potrzebował odpoczynku, ale należało dostarczyć odrobinę ulgi oczom, nadgarstkom i nogom. Wychodząc z szoferki, czasem czuł się jak zgarbiony neandertalczyk, który próbuje po raz pierwszy stanąć prosto. Dlatego raz na dobę kładł się na dwie godziny, lecz nie dłużej. Później ruszał w dalszą drogę.

 

Woził ze sobą wszystko, czego potrzebował. Przybory toaletowe, kilka ubrań na zmianę. Czasami wizyta w pralni samoobsługowej wymagała zjechania z autostrady do jakiegoś miasta. Nie lubił tych wycieczek. Za bardzo przypominały o normalnym życiu prowadzonym przez większość ludzi. Zakupy, praca, spotkania przy kawie, odprowadzanie dzieci do szkoły. Już tego nie robił. Rzeczy, które stracił albo z których sam zrezygnował.

Na autostradzie, w centrach handlowych normalne życie ulegało zawieszeniu. Każdy gdzieś jechał, znajdował się w drodze. Ani tu, ani tam. Trochę jak w czyśćcu.

Miał pod ręką komórkę i laptopa, a także dwie zapasowe ładowarki i baterie (nigdy więcej nie popełni tego samego błędu). Kiedy nie siedział za kierownicą, pił kawę, czytał wiadomości – na wypadek gdyby pojawiła się jakaś informacja – i przeglądał strony internetowe poświęcone osobom zaginionym.

Większość z nich przypominała tablice ogłoszeń. Publikowano tam apele do zaginionych, informacje o przebiegu poszukiwań, organizowano kampanie społeczne. Wszystko w rozpaczliwej nadziei, że ktoś coś widział i nawiąże kontakt.

Kiedyś stale przeglądał te strony, ale po pewnym czasie zaczęły go męczyć. Ciągle te same fotografie, nadzieja, desperacja. Twarze ludzi zaginionych od lat, dekad, zachowane na zdjęciach. Coraz bardziej niemodne fryzury, coraz bardziej martwe uśmiechy po każdych urodzinach i Bożym Narodzeniu.

Były także nowe twarze, pojawiały się prawie codziennie. Ciągle miały w sobie echo życia. Wyobrażał sobie świeże wgłębienie w poduszce, wilgotne szczoteczki do zębów, ubrania w garderobie pachnące niedawnym praniem, a nie pleśnią i naftaliną.

Ale czekał ich taki sam los jak pozostałych. Czas płynie. Reszta świata zmierza do swojego celu. Pozostają tylko bliscy, którzy nie potrafią zapomnieć, przerwać czuwania.

Zaginięcie różni się od śmierci. Jest w pewnym sensie gorsze. Śmierć to coś ostatecznego. Pozwala przeżywać żałobę. Wspominać zmarłego, zapalać świece, składać kwiaty. Zapomnieć.

Zaginięcie stwarza pustkę. Człowiek ląduje w dziwnym, ponurym miejscu, gdzie na horyzoncie lśni promyk nadziei; wokół krążą niczym sępy rozpacz i ból.

W uchwycie na desce rozdzielczej zapiszczała komórka. Gabe zerknął na wyświetlacz. Zobaczył imię i zjeżyły mu się włosy na karku.

Jeśli ktoś dostatecznie długo podróżuje nocami po drogach Anglii, poznaje ludzi mroku. Innych wampirów. Kierowców ciężarówek, furgonetek, samochodów dostawczych. Policjantów, ratowników medycznych, personel centrów handlowych. Jak ta jasnowłosa kelnerka. Dziś znowu pracowała na nocnej zmianie. Wyobrażał sobie, że kiedyś była mężatką, ale została sama. Teraz pracuje w nocy, żeby mieć w ciągu dnia czas dla dzieci.

Często wymyślał mroczne historie o ludziach, traktując ich jak postaci z książki. Niektórych mógł natychmiast zrozumieć. W przypadku innych wymagało to trochę czasu. Byli jednak tacy, których nigdy nie pojmie, nawet gdyby miał na to milion lat.

Tak jak Samarytanina.

„Gdz. jesteś?” – brzmiał esemes.

Normalnie Gabe nie znosił ludzi stosujących skrótów, nawet w esemesach – pamiątka po dawnym zawodzie copywritera – ale wybaczał Samarytaninowi z wielu powodów.

Dotknął ikonki mikrofonu na wyświetlaczu komórki i powiedział: „Między Newton Green a Watford Gap”. Słowa przekształciły się w esemesa. Gabe stuknął w przycisk „Wyślij”.

Odpowiedź brzmiała: „Spotkajmy się w Barton Marsh, przy skrz. 14. Przesyłam namiar”.

Barton Marsh. Niewielka wioska niedaleko Northampton. W odległości pięćdziesięciu minut jazdy.

„Dlaczego?”

Odpowiedź składała się z jednego słowa, na które czekał prawie od trzech lat. Słowa, które bał się usłyszeć.

„Znalazłem”.