Księga listów Dzieła zebrane Tom 5

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Spis treści

Jerzy Ficowski: Wprowadzenie do Księgi listów

Listy Brunona Schulza

Do Ostapa Ortwina

Do Stefana Szumana

Do Arnolda Spaeta

Do Marii Kasprowiczowej

Do Juliana Tuwima

Do Tadeusza i Zofii Brezów

Do Rudolfa Ottenbreita

Do Zenona Waśniewskiego

Do redakcji „Sygnałów”

Do Jarosława Iwaszkiewicza

Do Wacława Czarskiego

Do Władysława Zawistowskiego

Do Stanisława Ignacego Witkiewicza

Do Kazimierza Truchanowskiego

Do Witolda Gombrowicza

Do Andrzeja Pleśniewicza

Do Mendla Neugröschla

Do Mieczysława Grydzewskiego

Do Georges’a Rosenberga

Do Ludwika Lillego

Do Romany Halpern

Do organizatorów Powszechnego Festiwalu Sztuki Polskiej

Do Elio Ganzerlo

Do Mariana Jachimowicza

Podanie o przyjęcie do Związków Zawodowych Zachodniej Ukrainy (brulion)

Do Tadeusza Wojciechowskiego

Do Anny Płockier

Listy Brunona Schulza do władz szkolnych

Jerzy Ficowski Listy do władz szkolnych nauczyciela Brunona Schulza

Listy

Listy do Brunona Schulza

Jerzy Ficowski Z listów do Brunona Schulza

Od Debory Vogel

Od Wilhelma Schulza

Od Romany Halpern

Od Witolda Gombrowicza

Od Wilhelma Korabiowskiego

Od Stanisława Ignacego Witkiewicza

Od Izydora Bermana

Od Racheli Auerbach

Od Tadeusza Szturm de Sztrema

Od Artura Lauterbacha

Od Marii Chazen

Od Georga Pinette

Od Kazimiery Rychterówny

Od Artura Sandauera

Od Siegfrieda Kracauera

Od A. Grunbaum

Od André J. Rotgégo

Od Eggi van Haardt

Od Wandy Kragen

Od Marii Flukowskiej

Od Zofii Maliniak

Od Mieczysława Lustiga

Od Adolfa Józefa Reutta

Od Horacego Sarafina

Umowa wydawnicza z „Rojem”

Od redakcji „Nowego Głosu”

Od polskiego oddziału Pen Clubu

Przypisy (opracował Jerzy Ficowski

Spis listów w porządku chronologicznym

Słowo od edytora

Jerzy Ficowski Wprowadzenie do Księgi listów do wydania z roku 2002

Obecna Księga listów Brunona Schulza jest drugim, zmienionym i poszerzonym wydaniem Księgi, która ukazała się przed dwudziestu siedmiu laty (Wydawnictwo Literackie, 1975)1. Tym razem zawiera ona prócz tego, co znajdowało się w poprzedniej edycji, garść listów pisarza, których przed ćwierćwieczem jeszcze nie zdołałem odnaleźć, a także listy pisane przez różne osoby do Schulza, cudem odnalezione na jego doszczętnie obrabowanym strychu. Jest to zaledwie nikły szczątek niezmiernie obfitych zbiorów epistolograficznych, które bezpowrotnie zaginęły, a które Schulz pieczołowicie przez całe lata segregował i gromadził. Zachowana resztka nie daje o tej kolekcji wyobrażenia, ale przez sam fakt przetrwania jest szczególnie cenna jako niemal symboliczny ślad po masowej egzekucji ludzi i pamiątek po nich.

Te listy, które udało mi się w ciągu sześćdziesięciu lat odnaleźć, stanowią nie tylko zbiór epistolarny, ale przede wszystkim cząstkową autobiografię pisarza, istotny przyczynek do jego życiorysu, którego liczne ślady zatarł czas, a świadkowie w ogromnej większości zginęli. Właściwie cała znana nam dziś biografia Brunona Schulza została zrekonstruowana z jego listów, z ułamkowych wspomnień tych, którzy go przeżyli, oraz z nielicznych dokumentów. Nawet tak elementarne dane jak data urodzin pisarza podawane były w różnych wersjach lub opatrywane znakiem zapytania.

Poza listami-podaniami do „wysokich urzędów” szkolnych i ministerialnych, którymi kończymy zbiór listów Schulza, niewiele stosunkowo znaleźć można w tych tekstach konkretów, spraw dnia powszedniego, biografii zewnętrznej – chyba że zabarwione są utyskiwaniem, skargą czy wołaniem o pomoc. Bo też życie Schulza w jedynie istotnej dlań sferze było ubogie w fakty, składało się przede wszystkim z wydarzeń wewnętrznych, perypetii duchowych, z twórczości traktowanej jako sens nadrzędny egzystencji i wyłączny cel dążeń, poza rzadko ujawnianą dziedziną Erosa. Reszta – to przeważnie codzienne niedogodności, zakłócające czas i możliwość tworzenia. Życie w swym praktycznym, codziennym wymiarze i znaczeniu bywało głównie przeszkodą, sprawcą obezwładniającej, uporczywej depresji i nękającej raz po raz niemocy twórczej artysty, który – jak ubóstwiany przezeń Rilke – umiał funkcjonować tylko w sztuce, poza nią bezradny i obcy konwencjom otaczającego go świata. Jeśli bez uczucia niechęci, a nawet z zainteresowaniem traktował pewne kontakty osobiste, jeśli poświęcał – nie zawsze, jak się zdaje, najszczerzej – swoją aprobującą uwagę tematom i problemom niedotyczącym owej jedynej sprawy, która obchodziła go naprawdę, to najczęściej i przede wszystkim ze względu na ewentualny pożytek, jaki z takiego uczestnictwa mógłby płynąć dla jego własnej twórczości. Milczenie wobec doskwierających mu nadużyć naśladowczych Truchanowskiego czy taniego, aczkolwiek szkodliwego dlań szalbierstwa Eggi van Haardt, a także nieszczere, choć niebotyczne pochlebstwa, jakich nie szczędził poronionym wierszopisarskim płodom profesora Szumana – wszystkie te uniki i pokłony służyć miały tej jednej, jedynej sprawie, której na imię Schulz… Był więc skrajnym egotystą i ultrapragmatykiem – z tym, że w swoich intencjach i zabiegach nigdy nie zmierzał do zapewnienia sobie jakichkolwiek innych korzyści, jak tylko tych, które – jak sądził – przysłużyć się mogły jego pisarstwu. Tak, był egotystą w imieniu sztuki, której służył, z którą łączył i utożsamiał wszystko, co w nim samym warte było zabiegów i dokonań. Udowodnił to pod koniec zagrożonego życia, kiedy usiłował ratować swoje prace, nie siebie samego.

 

Wiernym obrazem, prawdomówną egzemplifikacją tej postawy, tych w pewnym, nieuniknionym uproszczeniu wyłożonych tu zasad – są jego zachowane listy. Gdyby nie wojna i ludobójstwo, które nie oszczędziły ani pisarza, ani jego listów i manuskryptów literackich, jak również przytłaczającej większości adresatów tej korespondencji – z owej twórczości epistolarnej można by było zestawić wielotomowy zbiór o objętości nieporównanie większej niż jego ocalały dorobek twórczy, a swoją rangą nieustępujący niekiedy maestrii Sklepów cynamonowych. Niestety, dzieło zniszczenia jest w swej nieodwracalności trwalsze od arcydzieł i musimy poprzestać na stosunkowo nielicznych listach, które udało mi się odszukać i zgromadzić, nie wyrzekając się nadziei, że przyszłość odkryje coś jeszcze.

Zawierzając opinii i wyznaniom samego Schulza, rozsianym w ocalałych listach, stwierdzić wypada, że najciekawszą, najświetniejszą twórczość epistolarną uprawiał on dawniej nieco, w prehistorii swego profesjonalnego pisarstwa, kiedy to list był dlań jedyną formą literackiego – czy paraliterackiego – przekazu. Wśród listów obecnych w naszej Księdze (a jest to c a ł o ś ć odnalezionej dotychczas korespondencji) są wprawdzie listy z lat dawniejszych, ale większość z nich to pisma do instytucji, a i te nieliczne, skierowane do znajomych osób, nie reprezentują owego wcześniejszego stylu i rodzaju, za którym sam Schulz wzdychał później. Nie mamy więc nic z okresu tej legendarnej świetności epistolograficznej. Sam Schulz z perspektywy lat tak ją oceniał, pisząc w 1936 roku do swej przyjaciółki Romany Halpern: „Szkoda, że nie znaliśmy się przed paru laty. Wtedy umiałem jeszcze pisać piękne listy. Z moich listów powstały stopniowo Sklepy cynam. Te listy po największej części skierowane były do pani Debory Vogel autorki Akacje kwitną” (list nr 82). A po roku w liście do tej samej zaufanej adresatki wspomina: „Nie czułem wtedy żadnej odpowiedzialności na sobie, żadnego ciężaru, pisałem dla siebie. To bardzo ułatwia” (list nr 90). Podobne wyznanie znajdujemy w liście do krytyka literackiego Andrzeja Pleśniewicza: „Wyżywałem się kiedyś w pisaniu listów, była to wówczas jedyna moja twórczość. Szkoda, że nie możemy cofnąć naszej korespondencji do tamtych czasów. Teraz nie umiem już tak pisać […]” (list nr 68).

Istotne to wyznanie: listy jako pierwotnie jedyna twórczość literacka. A i ta późniejsza, profesjonalna, narodziła się właśnie z komunikacji epistolarnej, przeznaczonej dla jednego czytelnika – adresata. Adresatami tymi – zanim Schulz wszedł w szranki literackie – byli początkowo przeważnie zasymilowani i asymilujący się Żydzi, rówieśnicy pisarza, często obyczajowo bardziej „polsko-galicyjscy” niż „żydowscy”. Oni właśnie stanowili środowisko, w którym wyrósł, z którym łączyły go liczne, rozgałęzione więzy rodzinne, koleżeńskie, sąsiedzkie. I wspólna, zapomniana na poły, zanurzona w mitologii przeszłość. Toteż wielu najważniejszych, najbliższych mu uczestników korespondencyjnego dialogu – to właśnie ludzie z tych kręgów, tym bardziej spójnych, że prowincjonalnych; ludzie, którzy swą zaściankowość uszlachetniali na obraz i podobieństwo świata. Stąd wynika fakt unicestwienia tak ogromnie wielu listów Schulza: zginęły wraz ze skazanymi na zagładę adresatami.

Zarówno epistolografia, jak również twórczość pamiętnikarska (Schulz pisywał nieregularnie coś w rodzaju dziennika) nie od dziś chyli się do upadku. Listy bywają jeszcze literackim pretekstem formalnym; same przestały być twórczością, w dużym stopniu utraciły rację bytu, stały się anachronizmem i wręcz zanikły. I dzisiaj już nawet nie próbują dorównać tym – niedoścignionym – których papier pożółkł, a pismo wyblakło. Jedynie w zapadłych kątach, na zabitych deskami peryferiach czasu i przestrzeni mogły jeszcze przetrwać – zwykle w szczątkowych formach – tradycje sztuki epistolarnej, jej praktykowanie. Schulz był zapewne jednym z ostatnich, którzy tak piórem listopisarskim wodzili.

Oddalonego od bliższych przyjaciół i „pokrewnych duchów”, miasteczko skazywało na intelektualną i artystyczną samotność, zaludnianą tylko przez tych, będących w zasięgu ręki, z którymi rozmowy mogłyby choć w części zastąpić wymianę z a p i s a n y c h myśli. Bo właśnie listy i tylko one zdolne były pełniej przeciwdziałać osamotnieniu Schulza – człowieka pisma o wiele bardziej niż mowy. List nie miał wprawdzie artystycznej doniosłości i donośności, jaką miewa książka, ale za to mógł liczyć na bezpośrednią reakcję odbiorcy, zobowiązywał do niej.

Taka była rozłożona na głosy listowna rozmowa na odległość, szukanie oddźwięku, partnera, a w ostateczności – choćby tylko wdzięcznego odbiorcy treści, które bez możliwości dialogu skazane byłyby na jałowość. Listy sprawiały, że mógł Schulz – nie narażając się na tak często onieśmielający go kontakt osobisty – obcować z ludźmi. Tej potrzebie dawał niejednokrotnie bezpośredni wyraz, deklarował ją wprost. Chyba najdobitniej wyraził to w liście do Tadeusza Brezy: „Potrzebny mi jest towarzysz. Potrzebna mi jest bliskość pokrewnego człowieka. Pragnę jakiejś poręki świata wewnętrznego, którego istnienie postuluję. Wciąż tylko trzymać go na własnej wierze, dźwigać go wbrew wszystkiemu siłą swej przekory – jest trudem i udręką Atlasa” (list nr 11).

Urodzony w galicyjskim, polsko-żydowsko-ukraińskim Drohobyczu, został zabity przez gestapowca na ulicy swego miasta podczas hitlerowskiej masakry 19 listopada 1942 roku. Nie opuścił nigdy na dłużej swojej strony świata. Wybierał, jeśli tylko miał jakąkolwiek szansę wyboru, swój nieustający niedostatek, swoje niewiązanie końca z końcem, aby tylko pozostawać na dobre i złe na mitorodnej ziemi swego dzieciństwa, w cieniu sklepów cynamonowych. Stąd rozsyłał listy, aby odnajdywać przyjaznych mu, a nieraz i pokrewnych epistolografów-amatorów, wielu takich, którzy podtrzymywali go na duchu, a w późniejszych latach nie szczędzili wyrazów swej fascynacji i uznania, tak pomocnego na kapryśnej giełdzie literackiej i w udrękach nauczycielskiej harówki. Tylko niektórzy spośród owych korespondencyjnych przyjaciół zasłużyliby na miano animatorów jego twórczości; nieliczni byli naprawdę inspirujący. Ale byli. I choć nie zachował się ani jeden list Schulza do tych najważniejszych interlokutorów, warto zatrzymać się nad sylwetkami niektórych spośród nich i związanymi z nimi losami nieistniejących już dziś listów.

Nie wiemy, kiedy zaczęły się jego próby pisarskie, które, niepublikowane, zataiły się w szufladach Schulza – grafika-rysownika, nie objawiając się choćby wieścią o swoim istnieniu. Dopiero wtedy, gdy autor oficjalnie ujawnił swoją drugą (po plastyce), a odtąd pierwszą, najważniejszą profesję: pisarstwo, zaczął drukować i wydawać w edycjach książkowych swoje utwory, sprawa stała się wiadoma i wśród czytelników, i wśród znajomych drohobyczan i innych. Czy nikt, zupełnie nikt o pisarstwie Schulza nie wiedział? Wiedziała o tym garstka znajomych, może parę osób zaledwie. Jeszcze nic z genialnych Schulzowskich fantasmagorii nie ujrzało światła dziennego, kiedy wybrańcy, najbliżsi „krewni duchowi” musieli już zostać dopuszczeni do tajemnic pióra Schulza, który dla większości był dotychczas nauczycielem, a dla niewtajemniczonych do końca – rysownikiem, grafikiem i malarzem – nikim więcej.

Do owych niedających się zlokalizować w konkretnym czasie, najwcześniejszych dzieł literackich przyczyniła się łączność Schulza – głównie listowna – z Władysławem Riffem, blisko o dziesięć lat młodszym odeń, dożywotnim zakopiańskim rekonwalescentem. Przyjaźń między nimi – nie wiemy, jak i kiedy nawiązana – objawiać się miała przede wszystkim w listach, we wzajemnej ich wymianie, w konfrontacji wyobraźni, w próbkach twórczych wizji, którymi obaj dzielili się rozrzutnie. Władysław Riff okazał się – by użyć sformułowania samego Schulza – wymarzonym „wspólnikiem do przedsięwzięć odkrywczych”.

Studiował filologię polską na Uniwersytecie Jagiellońskim. Jego ojciec Rafał Riff był właścicielem ajencji handlowej; matka prowadziła niewielki pensjonat w Zakopanem. W pensjonacie tym umieściła chorego na płuca syna, który co pewien czas przenosił się z Krakowa na coraz dłuższe okresy kuracji, aż wreszcie, ze względu na tak zwane galopujące suchoty, porzucił dom i studia i zamieszkał w willi-pensjonacie, jak się miało okazać, na stałe. Schulz odwiedzał go tam w okresie ferii świątecznych i szkolnych wakacji już od początku lat dwudziestych, przede wszystkim jednak nawiązał z nim istotną korespondencję, utrzymującą się prawie do śmierci przyjaciela, który zmarł 25 grudnia 1927 roku, mając zaledwie dwadzieścia sześć lat. Częściej pisali do siebie, niż rozmawiali; poza upodobaniem Schulza do rozmów pisanych zaważyła tu także różnica ceny biletu kolejowego i znaczka pocztowego. Riff pisał wiersze i powieść, ambitną, „eksperymentalną” w konstrukcji, którą sam określał jako „powieść przygód psychicznych”. Między Zakopanem a Drohobyczem mijało się wiele listów – z obu stron niecierpliwie oczekujących odpowiedzi, rozstrzygnięć, aprobaty. Były to listy „ważne” i z tego powodu traktowane jako „pilne”: pełne spraw sztuki, którą obaj żyli, mityzacji życia i świata, praktykowanej w idei i w pisarstwie. Pokrewni sobie duchowo, złączeni wspólną pasją, wspólną inspiracją mitem jako siłą sprawczą sztuki – jedynej sprawy, jedynego zadania, które ich absorbowało – próbowali określać własną interpretację świata. W polemice, we wzajemnych sprzeciwach i akceptacjach, nieraz dochodzili do wspólnych lub identycznych wniosków, a rozbieżności jawiące się między nimi stawały się często jeszcze bardziej dla obu stron owocne niż jednomyślność.

Po wielu latach znajomy ich obu, poeta Adam Ważyk, wspomni tę krótkotrwałą eksplozję wyobraźni i talentu: „Bruno Schulz przysłał mi kilka listów Riffa pisanych z Zakopanego do Drohobycza. Pensjonat w tych listach przeobraził się w statek, spomiędzy gości wyłoniona była załoga pod wodzą fikcyjnego kapitana. Statek był groteskowy, proza plastyczna, gęsto usiana metaforami…”2.

Kto komu więcej zawdzięczał, kto więcej zyskał w owej korespondencyjnej wymianie? Jeśli wynikł z niej jakikolwiek pożytek, to tylko dla osobowości twórczej Schulza, któremu los pozwolił żyć piętnaście lat dłużej niż zakopiańskiemu przyjacielowi. Poza tym nie ma odpowiedzi na to pytanie, nie może być rozstrzygnięcia tej kwestii. Zgodnie z przepisami sanitarno-epidemiologicznymi do pensjonatu pani Riffowej przybyli dezynfektorzy, aby w lokum zajmowanym aż do śmierci przez Władysława dokonać obowiązkowych „zabiegów bakteriobójczych”. Dezynfekcję przeprowadzili skrupulatnie, a nawet gorliwie, niszcząc doszczętnie toksyczne rękopisy nigdy niedrukowanych utworów zmarłego, a przy okazji między innymi wszystkie listy Schulza. Po młodym, rokującym świetne nadzieje pisarzu nie pozostał żaden ślad.

Halina Drohocka, późniejsza wybitna artystka scen polskich, w latach wczesnej młodości, kiedy to poznała Schulza w Zakopanem, przyjaźniła się z chorym Władkiem i jego rodziną. Przed laty opisała mi w liście osobliwie wstrzemięźliwy, jeśli nie „zabobonnie” odżegnujący się stosunek Schulza do wspomnień o zmarłym przyjacielu. Zapytany o niego parę lat później, Schulz, ku zaskoczeniu Drohockiej, żachnął się z mgnieniem popłochu w oczach i nie próbując się maskować w tym odruchu, nie szukając jakichś rzekomych, ad hoc przywoływanych motywów braku odpowiedzi – wyszeptał jakby wymijająco: „Proszę mnie o to nie pytać, lepiej zostawmy to w spokoju…”, lub jakoś podobnie.

Czy może poczuł doskwierający mu ciężar zaniedbanego długu, na którego spłacenie było już za późno? Żałoba i smutek zdążyły się rozproszyć i minąć, więc co pozostało? Halina Drohocka odczuła tę odmowę rozmowy jako lęk, że mówienie o „duchowym bliźnim” wciągałoby Schulza niejako w „regiony nicości”, w których zmarły już się znalazł.

 

Schulz miał zwyczaj pisania „ważnych” listów na brudno, zachowywania notatek z ich pierwotnych wersji. Owoce wspólnych przemyśleń i dialogów, a więc jakby zaczyny dzieła, mogły w ten sposób przetrwać owo rozstanie i w dojrzałej postaci trafić do rękopisów Schulza, czy też do dalszych dysput, prowadzonych – także epistolograficznie – już z kim innym, na przykład z Deborą Vogel, którą poznał parę lat po zakopiańskim pożegnaniu. Zresztą korespondencja z Riffem tylko jednostronnie uległa zagładzie; druga jej część – manuskrypty listów Riffa – jeszcze wówczas istniała, bez luk i uszczerbku przechowana w Schulzowskim domowym archiwum.

Jest w opowiadaniu Schulza Noc wielkiego sezonu z cyklu Sklepy cynamonowe fragment – bardziej klasycznie surrealistyczny niż schulzowski w swej metaforyce i obrazowaniu – o którym ktoś, kto znał i Riffa, i Schulza, twierdził, że został przejęty z listu czy fragmentu prozy Riffa. Fragment ów brzmi: „Ojciec nasłuchiwał. Jego ucho zdawało się w tej ciszy nocnej wydłużać i rozgałęziać poza okno: fantastyczny koralowiec, czerwony polip falujący w mętach nocy”.

Minęły dwa–trzy lata epistolarnego osamotnienia Schulza. Nie znaczy to, że odłożył pióro „drohobyckiego korespondenta”, ale wspólnika do „przedsięwzięć odkrywczych”, po utracie ostatniego, szukał prawie do roku 1930. W okolicy tej daty rozpoczęło się współ-myślenie o świecie i twórczości z Deborą Vogel. Być może nastąpiło to jeszcze w roku 1929 – po dwóch latach poszukiwań adresata wybranego.

Tak się składa, że spośród znanych nam korespondentów Schulza – cztery nazwiska najważniejsze dla jego twórczej drogi – Riff, Vogel, Nałkowska i Szelińska – to nadawcy wyłącznie zaginionych listów, wysłanych w swoim czasie na Floriańską 10 w Drohobyczu. Ani jeden ich list do Schulza (z wyjątkiem przypadkowych fragmentów epistolarnych Debory Vogel) nie istnieje; równolegle: ani jeden list Schulza do któregoś z tych czworga nie przetrwał do naszych czasów. Jest paradoksalną prawidłowością, że wstęp do Księgi listów poświęcamy w sporej części właśnie listom, których nie ma. Pozostałe teksty, składające się na Księgę, dopowiadane i objaśniane są przypisami czy komentarzem. Nieobecność listów i ich autorów – tych najważniejszych – trzeba więc choć w drobnej mierze zastąpić dostępną nam cząstkową informacją o nich, o ich autorach, o rodzaju kontaktów i spraw łączących ich z pisarzem, o dziejach ich przyjaźni.

Pod koniec lat dwudziestych, w czasie pobytu w Zakopanem, poznał Schulz przybyłą tu na wypoczynek Deborę Vogel. Ich pierwsze, przypadkowe spotkanie nastąpiło w pracowni Witkacego, gdzie dwudziestokilkuletnia absolwentka Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie, doktorantka profesora Kazimierza Twardowskiego, toczyła zażartą dysputę filozoficzną z artystą – twórcą niejasnego pojęcia Czystej Formy. Wymiana zdań dotyczyła ponoć bardziej filozofii niż sztuki i nie wróżyła uzgodnienia poglądów obojga adwersarzy.

Zawarta przy wtórze intelektualnego pojedynku znajomość Schulza z Deborą przekształciła się niebawem w przyjaźń i przetrwała na zawsze, krótkie z a w s z e obojga. Puste miejsce po świadomie niewspominanym Władku Riffie zajęła godna następczyni.

W listach Schulza do niej z rosnącą częstotliwością zaczęły się pojawiać – okruch po okruchu, fragment po fragmencie – zalążki olśniewających historii, tyleż drohobyckich i osobistych, co mitycznych i uniwersalnych, stopniowo coraz bardziej dominujących nad innymi treściami korespondencji. Z wzrastającym z listu na list zachwytem Debora odczytywała magiczne dzieje Drohobycza, czyli świata, historie Ojca i Syna – tyleż kupiecko-bławatne, co kosmogoniczne. Z tych listów powstały Sklepy cynamonowe.

I ta, jakże obfita i cenna, korespondencja uległa zagładzie wraz z Deborą, zamordowaną w lwowskim getcie. Listy Schulza, do których przywiązywała wielką wagę, przechowywała do końca, przez lata, kiedy profesjonalna twórczość ich obojga osłabiła kontakty epistolarne. Nadeszła chwila ujawnienia się Schulza-pisarza, uważanego dotychczas wyłącznie za malarza i grafika; jego dzieło stało się własnością publiczną – pojawili się nowi znajomi i przyjaciele ze świata literackiego; nauczyciel rysunków okazał się niespodziewanie autorem rewelacyjnej prozy. Obarczyło go to pełną tremy odpowiedzialnością, obawami, aby nie zawieść pokładanych w nim nadziei; bardzo utrudniało kontynuowanie pracy pisarskiej, paraliżowało, odrywało od korespondencji ze swą najlepszą, najbardziej pobudzającą intelektualnie i artystycznie Muzą – Deborą Vogel – reprezentującą poglądy i rodzaj wyobraźni już to nieco pokrewne Schulzowi, już to odmienne. Ale zarówno różnice, jak i kontrowersje ujawniane w ich korespondencji bywały bodźcem do potwierdzeń i sprzeciwów równie owocnych twórczo.

Nadeszła druga epoka epistolograficzna, ta – zdaniem Schulza – mniej doskonała w formie i zawartości listów. Zaczyna się ona mniej więcej od Sklepów cynamonowych. Właśnie z tego późniejszego okresu pochodzi ogromna większość zawartych w niniejszym zbiorze listów, stanowiących zaledwie drobną cząstkę ogromnej korespondencji z lat 1934–1942. Wyboru dokonał bezosobowy, barbarzyński los.

Forma listu, bezpośredniego przekazu, skierowanego do konkretnego, znanego piszącemu odbiorcy, fascynowała Schulza zawsze. Świadczy o tym choćby użycie tej formy w niektórych publikacjach teoretyczno-literackich, jak na przykład w arcyciekawej odpowiedzi Witkiewiczowi (list nr 63) czy też w przeznaczonej do druku i opublikowanej wymianie polemicznych listów z Gombrowiczem (list nr 67). Mimo częstszych w latach trzydziestych wyjazdów do Warszawy, mimo nawiązania dość licznych i cennych znajomości z wybitnymi przedstawicielami literatury – Schulz pozostawał przecież nadal w drohobyckim osamotnieniu. Odcięty od głównych nurtów spraw dziejących się w ośrodkach kulturalnych kraju, prowincjusz i wieczny outsider, prześladowany był ciągle obawą p i s a n i a w p r ó ż n i ę. Toteż każdy głos czytelnika stanowił dlań pomocne utwierdzenie, potrzebne mu poparcie w jego trudnej, choć przecież w jakiś sposób niezbędnej samotności. „Czy to nie jest szczęście niezasłużone i niesprawiedliwe – pisze w jednym z listów, dziękując za pochwałę swego dzieła – że nam książka przynosi – prócz innych dóbr – jeszcze przyjaciół?” (list nr 79). Ale gdzie indziej stwierdza: „[…] mój los szczególny. Dominantą tego losu jest głęboka samotność, odcięcie od spraw codziennego życia. Samotność jest tym odczynnikiem, doprowadzającym rzeczywistość do fermentacji, do strącenia osadu figur i kolorów” (list nr 63).

Traktował sztukę epistolarną jako kunszt, jako pewien – marginesowy później – rodzaj twórczości. Niemal z reguły wszystkie listy, które uważał za istotne, pisał na brudno, by następnie, po dokonaniu poprawek i ostatecznego szlifu, przepisywać je na czysto. Tak czynił nawet w listach do narzeczonej.

Listy do narzeczonej… Do Józefiny Szelińskiej, zwanej Juną. Nie czeka ich przyszłość listów do Mileny Franza Kafki, nie przeczytamy ich nigdy: wojna i jej następstwa zapewniły całkowitą i wieczną dyskrecję temu ważkiemu dialogowi dwojga najbliższych sobie ludzi, tej ponadtrzyletniej pisanej rozmowie dwu wybitnych, wrażliwych osobowości. Było tych listów bardzo wiele, wszystkie zaginęły razem, niepogubione i nierozproszone przez adresatkę. Nie trzeba dodawać, że odpowiedzi Juny zaginęły także, jak wszystko niemal, co pozostało po Schulzu w Drohobyczu.

Wszystko, co wiadomo o listach Schulza do Szelińskiej – w sumie bardzo niewiele – pochodzi od ich adresatki, z jej listów z lat 1948–1990 do wydawcy tej Księgi. Jest ich sporo, ale wiadomości o nieistniejącej już korespondencji – bardzo mało. Dotyczą klimatów, nie konkretów, i odnoszą się głównie do kwestii zaginięcia, przez długi czas uznawanego przez nią za nieoczywiste: wierzyła w ocalenie listów Schulza, choć nie podejmowała żadnych starań, by je odnaleźć w schowku, który sama wybrała i uważała za niezawodny.

W chwili, kiedy uznała, że dalsze przebywanie w rodzinnym domu w Janowie koło Lwowa zagrażać może jej życiu, postanowiła uratować niektóre pamiątki osobiste. Wśród nich – listy od byłego narzeczonego, Brunona Schulza. Sporządziła z nich wszystkich jeden pakiecik, zawierający cały zespół prowadzonej w ciągu kilku lat korespondencji. Kiedy przebywała daleko – w Janowie, Warszawie albo na wakacjach, przeważnie nad morzem, słał do niej list za listem – zawsze z przyspieszającą doręczenie nalepką „exprès” i z naleganiem na podobnie szybki rewanż – chcąc możliwie jak najbardziej zmniejszyć dystans między dwojgiem rozmówców. Związek przyjaciół, a później narzeczonych, trwał niespełna cztery lata, a drohobyckie, warszawskie, lwowskie czy zakopiańskie spotkania bywały na ogół dość krótkie. Póki Juna pracowała w drohobyckiej szkole, listy nie były potrzebne; kiedy otrzymała pracę w Warszawie – stały się jedynym środkiem łączności, nadchodziły co parę dni, nieraz co dzień, stanowiły nieprzerwaną kronikę miłości i przywiązania: miłości często zabarwionej matczyną opiekuńczością, z drugiej zaś strony – bezbronną potrzebą pomocy, wsparcia na duchu, ukojenia w rozhuśtanych stanach depresyjnych.

Tych treści, spraw i klimatów możemy się tylko domyślać: listy Juny, podobnie jak jego, nie istnieją. Ów pakiecik, który sporządziła już inter arma, miał ją przetrwać, jak przeżył ich miłość, jej i Brunia (tak go zdrobniale nazywała); schowała go w janowskim domu Szelińskich, na strychu, w ciasnym zakamarku za dachową krokwią. Jeszcze po wojnie zapewniała, że listy tam m u s z ą b y ć , choć po ewentualnym dotarciu do nich nie zamierzała „nigdy i nikomu” ich udostępniać.

Byłem w Iwano-Frankowem (wcześniej: Janowie) i z rozmów z ludźmi, z relacji niesprzecznych wzajem, dowiedziałem się, że istotnie – dom Szelińskich ocalał, że po zakończeniu działań wojennych pozostawał nienaruszony i mieścił jakieś przedszkole czy dom dziecka. Ale po pewnym czasie, gdy pojawiły się tam grupy zbrojne narodowej ukraińskiej partyzantki, w ogniu walki spłonął, a w nim – listy, tamte właśnie, ze strychu. Chciałoby się powiedzieć, że niezwykły upór losu, który wytrwał przy wyroku unicestwienia, okazał się silniejszy od wszelkich szans ratunku.

Relacje Józefiny Szelińskiej, rozsiane w listach do piszącego te słowa, są skrótowe, oszczędne, czasem niechętne własnej pamięci. Przekazują niewiele w stosunku do tego, co byłoby do przekazania. Są wszakże jedyne, a dzięki temu cenniejsze, niż gdyby były tylko jednymi z wielu. Przytoczmy (biorąc pod uwagę czujną autocenzurę pani Juny) taki ekstrakt, sporządzony z wyimków z jej zwierzeń. Zapiski, jak już zostało powiedziane, nie mają konkurencji, ponieważ wobec śmierci wszystkich obserwatorów, rówieśników czasu, ludzi i miejsc, których dotyczą, zmuszają zainteresowanych do alternatywy: przyjęcia ich za dobrą monetę lub niedowierzania. Z niczym już nie da się ich skonfrontować (prócz faktu zatajenia próby samobójstwa), nie poddają się żadnej weryfikacji; uznałem, że zasługują na zaufanie jako ograniczona spowiedź, czyniona w imię niezachwianego – mimo wszystko – przekonania o wielkości Brunona Schulza, której nawet nietajone słabości jego charakteru nie są w stanie zaszkodzić. Bezinteresowność osobista tych wyznań nie ulega wątpliwości: Józefina Szelińska nigdy i nikomu w ciągu pięćdziesięciu lat od rozstania z pisarzem nie przyznała się do znajomości z nim, nie próbując czerpać z tej niegdysiejszej bliskości i wspólnoty jakichkolwiek ambicjonalnych zaszczytów czy satysfakcji. Przekazanie mi do wiadomości tej cząstki pamięci – wielkodusznie przemilczającej fakt swej próby samobójczej – było czymś zupełnie wyjątkowym i przy zastrzeżeniu, że nie zdradzę jej tożsamości, wynikło z potrzeby upamiętnienia postaci pisarza, do końca jej nieobojętnej.