Wenecka rozgrywka

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Brownyn Scott
Wenecka rozgrywka

Tłumaczenie:

Melania Drwęska

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Hotel Antwerpia, Dover – marzec 1835 roku

– Ty łajdaku! To niemożliwe, żeby aż tak dobrze szła ci karta! – Mężczyzna siedzący naprzeciwko Nolana Graya prychnął z niedowierzaniem. – Jeżeli teraz wyłożysz kolejnego asa, to cię…

– To co? Rozpłatasz mnie? Zastrzelisz na miejscu? – Nolan Gray nonszalanckim gestem rzucił sporną kartę na stół – był nią oczywiście as. Tego rodzaju groźby nie były dla niego niczym nowym.

Mężczyzna uniósł z krzesła zwaliste cielsko i wychylił się nad stolikiem. Zdążył już sporo przegrać tego wieczora, więc lekceważący ton Nolana doprowadził go do szewskiej pasji.

– Tak dobra passa się nie zdarza. To ma inną nazwę – wycharczał, gotów chwycić Nolana za gardło.

– Jaką? – Nolan odchylił się w krześle. Ani myślał wstawać. Postanowił, że nie da mu tej satysfakcji. Bacznym wzrokiem zlustrował przeciwnika i czekał na rozwój sytuacji. Powinien był wiedzieć, że to Dover, portowe miasto, a nie elitarny londyński klub, gdzie dżentelmeni przestrzegali zasad.

– Dobrze wiesz, co mam na myśli – warknął jego oponent. – Oni nazwaliby to tak samo. – Machnął ręką w stronę pozostałej dwójki przy stole.

Marnych sobie dobrał popleczników, pomyślał Nolan. Tamci dwaj nie wyglądali na zbyt zaangażowanych w konflikt – pewnie dlatego, że aż tak dużo nie przegrali.

– Nie wiem, ale się chętnie dowiem. No, słucham? – rzucił, ciekawy, jak daleko posunie się mężczyzna. Ku jego zaskoczeniu przeciwnik jednym susem przeskoczył stolik.

Na szczęście, Nolan był szybszy. Jeden błyskawiczny ruch nadgarstka – i już ściskał w dłoni smukłą rękojeść noża, ukrytego w rękawie ze specjalną kieszonką, po czym przytknął ostry czubek do szyi napastnika. Przyszła pora na pokaz siły. Pozostali gracze tymczasem dyskretnie odsunęli swoje krzesła, dając jasno do zrozumienia, że nie chcą mieć z tym nic wspólnego.

– Nazywasz mnie oszustem? – zimnym tonem zapytał Nolan. Nie miał czasu na takie afery. Był przecież umówiony z Havilandem, Brennanem i Archerem na nabrzeżu, skąd o świcie miał ich zabrać statek, płynący przez kanał La Manche.

Nolan stwierdził, że bezsensem byłoby kłaść się do łóżka, aby wkrótce potem wstać, więc udał się zagrać w karty. No i proszę – do czego to doprowadziło? Omal nie został wyzwany na pojedynek przez jakiegoś karciarza z Dover – i to ostatniej nocy w Anglii! Jeśli się spóźni i statek bez nich odpłynie do Francji, Haviland będzie naprawdę zły.

Jego oponent uniósł nieco brodę.

– Zgadłeś – rzucił z furią. – Powiem wprost: jesteś oszustem!

– A ty nie umiesz przegrywać! – odparował Nolan, równie wzburzony. Nie przydarzało mu się to po raz pierwszy. Miał nadzieję, że znani z obsesyjnego umiłowania hazardu Francuzi okażą się lepszymi partnerami do gry niż jego rodacy. – Załatwmy to jak dżentelmeni… chyba że cofniesz swoje słowa – rzucił niecierpliwie. Za niespełna godzinę miał być w dokach. Przez wysokie okna dostrzegł, jak do krawężnika podjeżdża jego powóz. Może zdążyłby rozstrzygnąć pojedynek, gdyby się pospieszył? Myśl, że miałby puścić płazem niezasłużone obelgi, napawała go złością. Przecież policzył uczciwie te karty, a bystry umysł to nie przestępstwo…

Tymczasem, mimo późnej godziny, wokół nich zaczął się już gromadzić tłum. Nolan zaklął szpetnie, bowiem tego właśnie pragnął uniknąć. Z Londynu wygnały go głośne skandale, których jego ojciec nie mógł już znieść.

Opuścił rękę z nożem i odepchnął mężczyznę tak, że ten rozciągnął się jak długi na stoliku.

– Nie jesteś tego wart – rzucił pogardliwie, zgarniając wygraną do kieszeni. Pomyślał, że im prędzej opuści Anglię, tym lepiej, jednak nie taką pożegnalną wiadomość chciał zostawić. Miał tylko nadzieję, że wieść o niedoszłym pojedynku nie dotrze do jego ojca.

Był już prawie przy drzwiach, gdy nagle coś kazało mu się odwrócić. Kątem oka dostrzegł błysk lufy pistoletu i bez wahania cisnął nóż, celując w ramię przeciwnika. Pistolet upadł z brzękiem na podłogę, a recepcjonista za ladą aż zająknął się ze zdumienia.

– Ależ, panie Gray, to przyzwoity hotel!

– To on zaczął! – odparował Nolan. – Poza tym nie został poważnie ranny. – Celując, uważał, aż za bardzo, dlatego teraz nie widział szans na odzyskanie noża. Mężczyzna tymczasem rzucił się do przodu. Oznaczało to, że najwyższy zniknąć, bo jeśli recepcjonista wezwie straże, zaczną się pytania.

Nolan wypadł na ciemne podwórze i dostrzegł w mroku Archera, wychodzącego ze stajni. Oczywiście, tego się można było spodziewać: Archer zawsze kochał konie bardziej niż ludzi.

– Archer, mój stary! Trzeba jechać! – Nie zatrzymując się, Nolan chwycił go za łokieć i pociągnął w stronę powozu. Mówił szybko, świadomy, że jego prześladowca wytoczył się już z hotelu. – Nie oglądaj się teraz! Ten wściekły typ za nami uznał, że oszukuję przy kartach. Ma pistolet i oprócz tego mój nóż wbity w ramię. Obawiam się jednak, że jest oburęczny. – Pchnął drzwiczki, wskoczyli do środka i powóz ruszył z kopyta, zanim zdążyli je zatrzasnąć.

– Ach! Wymknąłem się w samą porę! – westchnął Nolan z satysfakcją, po czym opadł na poduszki.

– Zawsze musisz uciekać? Nie możemy choć raz opuścić lokalu normalnie? Jak ludzie? – Archer skarcił go wzrokiem, po czym wygładził mankiety.

– Och, tym razem wyszliśmy prawie normalnie – zaprotestował Nolan.

– Normalnie? Zostawiłeś człowieka z twoim nożem wbitym w ramię. To niezbyt rozsądne. Uciekłeś w ostatnim momencie.

Nolan uśmiechnął się niezrażony. Gdyby był rozsądny, przestałby grać dwie godziny wcześniej. Pozostali gracze mogliby wówczas także wstać od stolika, ocalając dumę i choćby część pieniędzy.

– A skoro mowa o czasie, myślisz, że Haviland już przyjechał? – zapytał. Tego ranka mieli się spotkać w porcie z dwójką przyjaciół, aby wspólnie wyruszyć w podróż po Europie. – Założę się o pięć funtów, że już tam jest.

Archer zaśmiał się.

– O tej godzinie? Po co, skoro bagaże zostały już zwiezione minionej nocy. A poza tym musi wyciągnąć Brennana z łóżka, co zajmie mu trochę czasu. – Haviland, z którym poznali się jeszcze w szkole, w Eton, był punktualny, ale nigdy nie zjawiał się przed czasem, natomiast Brennan zawsze się spóźniał.

– Głowę dam, że już tam jest i krąży, z futerałem na szpady, jak lew w klatce. Nigdy nie spuszcza go z oczu. Trochę tak jak ja mojego noża – dorzucił Nolan, ale Archer już go nie słuchał, tylko opadł na poduszki i zamknął oczy.

Zbyt rozbudzony, aby zasnąć, Nolan pomyślał o swoich pięciu funtach. To prawda, że przyszły mu bez trudu, lecz Archera stać na taki drobny wydatek. Wyjrzał przez okno, pewny, że Haviland już ich oczekuje. Chociaż Archer był najlepszym przyjacielem Havilanda, to Nolan lepiej znał się na ludziach. Wiedział, że wojowniczy z natury Haviland nigdy nie rozstaje się ze swoją ukochaną bronią. Poza tym, tak straszliwie spieszyło mu się do wyjazdu, jakby go ścigały demony.

Nolan wcale mu się nie dziwił. Haviland North miał tylko na pozór idealne życie: był bogaty, szlachetnie urodzony i do tego niebywale przystojny. Ciążyła jednak na nim odpowiedzialność spadkobiercy i konieczność korzystnego małżeństwa. Dlatego nie mógł się doczekać, by opuścić Anglię. Pewnie już od godziny pilnował w dokach załadunku.

Jakiś ruch za oknem przykuł uwagę Nolana, więc wytarł kółko na szybie, aby lepiej widzieć. Trącił Archera czubkiem buta.

– Zechcesz mi wytłumaczyć, czemu goni nas jakiś koń? – spytał przyjaciela.

– W pewnym sensie uratowałem go dziś rano – mruknął Archer.

– Opuściłeś mnie dla jakiegoś konia?! Przecież tamten wściekły typ mógł mnie zabić! – wykrzyknął Nolan.

– A jednak to w jego ramieniu tkwi nóż. Doskonale sobie poradziłeś – rzucił sucho Archer, po czym wbił wzrok w okno.

Jazda do doków trwała krótko pomimo gęstej mgły, a koń przez całą drogę im towarzyszył. Kiedy się zatrzymali, Nolan wyskoczył z powozu, pozostawiając Archera ze zwierzęciem.

Na nabrzeżu wypatrzył samotną, wysoką postać.

– A nie mówiłem? – wykrzyknął do Archera – Już tu jest. Wygrałem! Widzisz, ma nawet futerał.

Gdy Haviland podszedł do nich, Nolan poklepał go serdecznie po ramieniu.

– Witaj, stary. Czy wszystko zostało załadowane zgodnie z twoim życzeniem? Mówiłem Archerowi, że tu będziesz, aby wszystkiego dopilnować.

– Za dobrze mnie znasz – odparł Haviland ze śmiechem. – Powozy dotarły przed godziną.

Nolan był mu wdzięczny, że tak troszczy się o szczegóły, bo gdyby to od niego zależało, spakowałby kufer i wskoczył na pokład, pozostawiając resztę losowi. Był znacznie bardziej spontaniczny niż Haviland i Archer.

Jego życie rodzinne jednak było dalekie od ideału, dzięki czemu nie musiał zadowalać niczyich ambicji. Zupełnie inaczej niż Haviland lub Archer, którego rodzina utrzymywała najlepszą i najdroższą stadninę ogierów w Newmarket – dla czystej przyjemności! Obaj jego przyjaciele przejęli tę perfekcyjność w spadku po przodkach – niestety, wraz z obowiązkiem zachowania jej dla przyszłych pokoleń.

Jego natomiast nic nie przymuszało do podtrzymywania rodzinnych tradycji. Jedyną wybitną cechą, jaką odziedziczył, była doskonała pamięć. Potrafił liczyć karty z trzech, a nawet czterech talii w razie potrzeby, umiał też doskonale kalkulować szanse. Z rodziną natomiast nie widział się od dziesięciu lat. Zresztą już w czasach szkolnych Nolan i jego brat nigdy nie przyjeżdżali do domu na wakacje, ponieważ woleli spędzać je z przyjaciółmi. Wtedy właśnie poznał Havilanda, co okazało się wybawieniem od apodyktycznego i okrutnego ojca, który sądził, że kary cielesne najlepiej kształtują charakter i przybliżają do ideału.

 

Otrząsnął się z ponurych myśli i przysłuchał rozmowie. Archer właśnie pokpiwał sobie z Havilanda, który nie rozstawał się ze swoim futerałem.

– To też ci mówiłem! – Nolan roześmiał się. – Jestem przecież znawcą ludzkiej natury.

– Szkoda, że nie mogłeś studiować tego na Oksfordzie – zażartował Archer. – Może wtedy miałbyś lepsze oceny.

Nolan i Archer docinali sobie tak od lat. Oni również znali się od czasów szkolnych.

– No cóż, to prawda. To wy dwaj studiowaliście pilnie, a nie ja i Brennan. – Nolan rozejrzał się, lecz nie dostrzegł czwartego uczestnika wyprawy. – Czy Brennan już tu jest? – zaniepokoił się, jako że czas naglił.

– Nie. – Haviland pokręcił głową. – Spodziewałeś się go tutaj? Ty, taki znawca ludzkiej natury?

– Może i znawca – Nolan klepnął go żartobliwie po plecach – ale nie jasnowidz. – Uśmiechnął się. Nagle dotarło do niego, że cieszy się na tę wyprawę bardziej, niż się spodziewał. Znowu będą wszyscy razem, jakby powróciły dawne dobre czasy. Widywali się wprawdzie w Londynie podczas sezonu, jednak to nie to samo, bo nigdy jednocześnie nie bawili w stolicy. Archer ostatnio przebywał głównie w Newmarket, więc Nolan spotykał się z Havilandem lub Brennanem, ale tylko na drinka w klubie lub na balu, gdzie kończyło się najczęściej na wymianie kilku zdań.

Wszyscy zbliżali się już do trzydziestki, a to wiek, w którym mężczyzna z ich sfer powinien się ożenić i ustatkować. Podróż ta może więc być ich ostatnią wspólną wyprawą jako kawalerów, nieobarczonych obowiązkami rodzinnymi.

Kapitan statku zbliżył się, aby ich ponaglić, dając im do zrozumienia, że nie będzie czekał na resztę towarzystwa. Po jego odejściu Haviland westchnął ciężko, obwiniając się o niepunktualność Brennana.

– Powinienem był z nim zostać.

Nolan mruknął coś na pocieszenie. Był przekonany, że Brennan zjawi się, choć jak zawsze spóźniony. Może dlatego tak go lubił – jako pokrewną duszę. Obaj mieli życie bardzo nieuporządkowane i obaj żyli chwilą. Brennan nie planował, co mogło w końcu obrócić się przeciwko niemu, zwłaszcza tego ranka. Pewnie zaspał w łóżku jakiejś kobiety. Nolan mógł bez trudu wyobrazić sobie jego minę, kiedy się ocknie i zrozumie, że się spóźnił na statek. Tym razem bowiem nie mogli czekać. Rejsy przez kanał La Manche nie odbywały się według stałego rozkładu, ale były uzależnione od pogody. Mieli szczęście, że tego ranka los im sprzyjał i wszystko szło jak w zegarku.

W tej sytuacji Nolan postanowił podnieść kolegów na duchu i kiedy ruszyli w stronę statku, klepnął Archera w plecy ze sztucznym uśmiechem.

– Założę się, że Brennan spóźni się na statek. Jeżeli się mylę, odzyskasz swoją przegraną. Co ty na to, Archer? – Mówiąc to, modlił się w duchu, aby Brennan zdążył, choćby w ostatnim momencie.

Zajęli pozycje z tyłu, zwróceni twarzą do nabrzeża, w nadziei, że ujrzą pędzącego kolegę. Czas uciekał. Nolan drgnął, gdy rozległ się chrzęst lin.

– Podnoszą kotwicę. Nie zdąży – powiedział cicho. – Niech to diabli! Ja naprawdę nie chciałem wygrać tego zakładu.

Gdy statek zaczął odbijać z wolna od nabrzeża, mężczyźni wymienili posępne spojrzenia. Ich podróż zaczynała się pod złowieszczą gwiazdą. Nagle ich uwagę przykuło zamieszanie na pomoście i jakaś postać pędząca w rozpiętej koszuli.

– To on! To Brennan – rozległ się okrzyk Havilanda.

Nie sam nawet, lecz ścigany przez dwóch mężczyzn, w tym jednego z bronią. Kimkolwiek byli, musieli mieć do niego bardzo ważny interes.

Haviland pierwszy pognał na tył pokładu, a Nolan stanął jak wryty, wpatrzony w ciemną, biegnącą za nimi sylwetkę konia.

– Mój koń! – wykrzyknął stojący obok Archer.

Jak na komendę rzucili się do Havilanda, który dziko gestykulując, wydawał Brennanowi rozkazy:

– Skacz! Nie tu, bo tu jest za daleko. Na tył statku, bo jeszcze nie wypłynął z doku. Szybko!

Pomysł mało realny, ale było już za późno, aby się zastanawiać nad konsekwencjami.

– Koń! Archer, patrz! – krzyknął Nolan, bo nagle gniadosz zrównał się z biegnącym.

– Wsiadaj, Bren! Skacz! – wrzeszczał Archer.

Nagle czas jakby się zatrzymał. Nolan patrzył, jak Brennan łapie konia za grzywę i jednym susem unosi się na jego grzbiet.

Koń skoczył… I wylądował na pokładzie.

Czas znów ruszył z miejsca. Nolan z Archerem chwycili wodze, starając się uspokoić zwierzę, natomiast Haviland ściągnął Brennana z leżącego konia. Na brzegu biegnący mężczyźni musieli zrezygnować z pościgu po dotarciu na koniec pomostu. Jeden z nich uniósł broń. Nolan padł na pokład obok Archera i konia, w tym samym momencie, kiedy Brennan pchnął Havilanda na ziemię. Kula świsnęła tuż nad jego głową, nie wyrządzając nikomu szkody, choć niewiele brakowało.

Nolan zmrużył podejrzliwie oczy. Niech to diabli! Brennan spodziewał się, że będą strzelać. W jakie wpakował się tym razem tarapaty? Haviland nawet zapytał o to, kiedy wstawali z pokładu, otrzepując ubrania. Potem Archer odprowadził konia do prowizorycznej stajni, a Brennan, cały w uśmiechach, wpychał sobie koszulę do spodni, udając, że nie widzi marsowej miny Havilanda. Oznaczało to ponad wszelką wątpliwość, że w grę wchodziła kobieta.

Kiedy się ogarnęli i przywitali, Nolan wycedził:

– Czy była tego warta?

W błękitnych oczach Brennana zamigotały iskierki. Wiatr rozwiewał mu kasztanowe kędziory. Wybuchnął śmiechem i Nolan znał już odpowiedź, zanim ją usłyszał.

– Jak zwykle. Nol, jak zwykle.

Nolan także się uśmiechnął. Kryzys został zażegnany. Przed nimi otwierała się świetlana przyszłość, a on w głębi duszy zastanawiał się, czy jeszcze kiedykolwiek zobaczy Anglię. Wojaże po Europie ciągną się zazwyczaj latami, a on akurat czasu miał pod dostatkiem.

ROZDZIAŁ DRUGI

Wenecja, Włochy – zima 1836 roku

Gdy szczęście sprzyja, wszyscy gracze są tacy sami. Cieszy ich grzechot kości w kubkach, rozgrzewa adrenalina i znają dobrze ten dreszcz podniecenia, gdy stawia się wszystko na jedną kartę.

Nie znajdzie się jednak dwóch podobnych graczy w obliczu klęski. Od chwili, kiedy fortuna przestaje im sprzyjać, do momentu, w którym powinni byli wstać od stolika, a tego nie zrobili, każdy z nich czuje się rozpaczliwie osamotniony w swoim nieszczęściu.

Nolan Gray wiedział, kiedy ktoś jest bankrutem, a hrabia Agostino Minotti był o krok od tego. Wśród przepychu Palazzo Calergi, ze służbą gotową na każde skinienie, nikt nie powinien mieć żadnych zmartwień, tymczasem hrabia Agostino miał ich aż nazbyt wiele. Na jego czoło wystąpiły gęsto kropelki potu i mrużył oczy, gdy w myślach szukał czegoś, co można by wymienić, aby obstawić następne rozdanie i odwrócić swój los przegranego.

Nolan wiedział jednak, że tak się nie stanie. Miał w ręku zbyt dobre karty, a poza tym szczęście w grze, jeżeli istniało, sprzyjało jedynie inteligentnym. Hrabia musiał przecież zdawać sobie sprawę, że szanse na wyciągnięcie damy pik są niemal równe zeru i nigdy nie skompletuje strita. Zbyt otwarcie kolekcjonował w tym rozdaniu pikowe figury, o czym wiedzieli wszyscy przy stoliku. Nolan nie znosił durniów, nieumiejących liczyć kart, i nie żałował tych, którzy przecenili swoje fundusze. Hrabia powinien był odejść od stołu godzinę wcześniej. Oby tylko zdołał spłacić zobowiązania z tej nocy. Prawdę mówiąc, Nolan bardzo na to liczył, gdyż potrzebował tych pieniędzy.

Hrabia przesunął resztę monet na środek stolika, wciąż jednak było ich za mało. Co jeszcze mógłby zaoferować?

– Dwieście lirów oraz dziewictwo mojej córki.

Nolan oniemiał. Przez chwilę nawet sądził, że się przesłyszał. Nie o takie rzeczy grywano przy angielskich stolikach! Szokująca propozycja uraziła głęboko Nolana oraz jego poczucie fair play. Gracze mogli wprawdzie zastawić wszystko, co im się podoba, lecz pod warunkiem że jest to ich własnością. Natomiast ryzykować coś, co należy wyłącznie do innej osoby, niebiorącej udziału w grze i niemającej nic do powiedzenia w tej kwestii… Nolanowi to się wręcz nie mieściło w głowie!

Omiótł wzrokiem kompanów przy stole i uświadomił sobie, że jako jedyny żywi takie skrupuły. Co za ironia, zważywszy na to, jakim cynikiem stał się w ostatnich latach. Owszem, stawiał i wygrywał wiele nietypowych rzeczy w swojej karierze – ale nigdy kobietę, która wcześniej nie zaoferowałaby siebie jako wygranej.

Mężczyzna siedzący z lewej strony przeliczał skrzętnie swoje karty. Ten po prawej rzucił grubiańską uwagę na temat dziewczyny oraz swojej jurności, bardziej na miejscu w tanim burdelu niż w eleganckich wnętrzach Palazzo Calergi. Pozostali przy stole ryknęli śmiechem i wymienili się prostackimi uwagami. Nolan poczuł, że wzbiera w nim gniew. Opanuj się, powiedział sobie w duchu. Po co miałbym się w to wikłać?!

Był jednak najbogatszym człowiekiem przy stoliku tej nocy i miał najlepsze karty. Od niego więc zależał los dziewczyny. Na początek postanowił spróbować odwieść hrabiego od tego pomysłu, a może nawet nakłonić innych mężczyzn do protestu – o ile pojmą sens całej sprawy.

– Pięć tysięcy lirów? To trochę drogo. – Stolik jednak wcale tak nie uważał. W końcu to Wenecjanie i wenecki karnawał, kiedy cnota to trudno osiągalny towar. Miasto, słynące z najbardziej życzliwych kurtyzan w Europie, nie zyskało sobie tej opinii, hodując dziewice. Kalkulacja podaży i popytu czyniła tę cenę wiarygodną. Podobnie jak desperacja hrabiego.

– Jaką mamy gwarancję, że ona jest dziewicą? I skąd możemy wiedzieć, że nie zaproponował jej pan komuś wcześniej? – rzucił Nolan na wpół żartem, obserwując bacznie stolik. Hrabia był rzeczywiście zdesperowany, a także nieroztropny, skoro gotów był sprzedać swoją córkę na pokrycie długu. Zakładając, oczywiście, że to jego córka, bo nie sprawiał na Nolanie wrażenia zbyt dobrego ojca. Z drugiej strony, nie on pierwszy i nie ostatni na tym świecie marnie nadawał się do tej roli. Ojciec Nolana mógłby z nim śmiało rywalizować.

Minotti zmrużył oczy.

– Sugeruje pan, że moja córka jest ladacznicą?

– A jest nią? – Nolan nonszalancko odchylił się w krześle, choć pozostawał czujny. Czuł w rękawie kojący ucisk nowego ostrza. Nóż może znaleźć się w jego ręce w niespełna sekundę.

Wzrok Minottiego poszybował w lewo ku oknom wychodzącym na Canale Grande, a w jego głosie zabrzmiała triumfalna nuta.

– Osądź pan sobie sam. To ta w jasnoniebieskiej sukni, moja Gianna.

Nolan rozpoznałby ją nawet bez opisu; wyglądała jak z innej bajki, pomimo niebywale kosztownej, wyszywanej perłami kreacji z bladoniebieskiego adamaszku. Dobry Boże, sama suknia musiała ważyć z piętnaście funtów, zdobiąc pałac niczym dzieło sztuki, stworzone specjalnie dla tej sali. Jednak nawet bogactwo jej kostiumu nie zdołało przysłonić prawdy, że ona tu absolutnie nie pasuje. Nawet jeśli Palazzo Calergi to iście królewska rezydencja, a to jest prywatne przyjęcie dla kilkuset znajomych hrabiego oraz ich gości, to jednak odbywa się ono w środku karnawału i raczej nie zabiera się na takie imprezy swojej córki. Dziewczyna zwróciła głowę w stronę ich stolika, jakby wyczuwając, że o niej mowa, i wzrok jej spoczął na Nolanie. Pomyślał, że dziewica czy nie, pięć tysięcy to nie wygórowana kwota.

Dziewczyna była olśniewająca. Inaczej niż pozostałe kobiety w sali, emanowała naturalnym, czystym pięknem, jakże dalekim od otaczającej ją kosmopolitycznej elegancji. Zawdzięczała to swojej alabastrowej cerze, świetlistej, zabarwionej odrobiną różu, w obramowaniu włosów tak ciemnych, że z oddali wydawały się wręcz czarne.

Nolan nie potrafił rozpoznać z tej odległości koloru jej oczu, nie miało to jednak znaczenia. Bystre i przenikliwe, spotkały się z jego oczami. Patrzyła na niego wyzywającym, zimnym wzrokiem, jakby szacowała jego wartość. Poczuł się nieswojo. Czy i ona przeżywała to samo, czując na sobie oczy wszystkich mężczyzn przy stoliku? Czy wiedziała, że ojciec wystawił ją na aukcję jako nagrodę dla zwycięzcy? Bo jeżeli nie, będzie to dla niej straszliwy wstrząs. Ale jeśli wiedziała…

W przypływie cynicznych myśli zadał sobie pytanie, czy hrabia robił to już wcześniej. Czy to oszustwo, do jakiego się uciekali, ilekroć hrabiego opuszczało szczęście?

Pomyślał, że ta propozycja nie wydaje mu się wcale uczciwa, i spojrzał na karty. Wewnętrzny głos nakazywał mu rzucić je na stół i gdzie indziej poszukać wygranej. Nie miał zwyczaju brać kobiet do łóżka wbrew ich woli, ale patrząc na stos monet pośrodku stolika, trudno było mu się oprzeć pokusie i wyjść. Jedynie arystokraci grali o tak ogromne pieniądze. Zdobycie takiej sumy wymagałoby kilku nocy w jakimś gorszym lokalu. Grzechem byłoby zmarnować tak wspaniałą okazję. Ta noc przybliży go do celu. Spełnienie marzeń miał w zasięgu ręki. Jedna dziewica nie stanie mu przecież na drodze… Tymczasem po drugiej stronie stolika hrabia podniósł rękę i skinął na dziewczynę.

 

Gianna zobaczyła jego gest, świadoma, że hrabia przygląda jej się wraz z całym stolikiem. Pełna niepokoju, poczuła przykry ucisk w żołądku. Co też dla niej przygotował tym razem? Czy piekło, jakie jej zafundował tego popołudnia, to nie dość, aby zaspokoić jego chore gusta?

Zaczęła machinalnie wycierać dłonie o spódnice. Cokolwiek zrobił, odpłaci mu pięknym za nadobne. Robiła to już od pięciu lat, więc wytrzyma jeszcze cztery tygodnie. On mnie nie skrzywdzi. Nie ośmieli się. Moje pieniądze ochronią mnie – powtarzała sobie w duchu.

Niestety, spokój, jaki zazwyczaj przynosiły jej te słowa, nie spłynął na nią tej nocy, choć przecież wolność miała w zasięgu ręki. Jeszcze tylko miesiąc, a zakończy się jego prawna opieka i nareszcie Gianna będzie wolna.

Przy stoliku Minotti wziął ją za rękę, ale mu się wyrwała, nie mogąc znieść jego dotyku.

– Wciąż denerwujesz się tym popołudniem, koteczku? – rzucił lekceważąco, jakby chodziło o zwykłą błahostkę. Nie była to jednak błahostka – ani dla niej, ani dla niego.

– Co znowu zrobiłeś? – zapytała półgłosem, wbijając w niego wzrok. Mężczyźni przy stoliku przyglądali jej się z zainteresowaniem. Niepokój Gianny rósł, choć nie odważyła się pokazać tego po sobie. Wiedziała, że hrabia chciałby zobaczyć jej strach, gdyż lubił poczucie, że ma nad nią władzę.

W odpowiedzi hrabia wzruszył jedynie ramionami.

– Obawiam się, że szczęście niezbyt mi sprzyja tej nocy. Ale to się zaraz odmieni. Mam dobre karty, więc jestem pewny wygranej.

Gianna wiedziała już, w jakim kierunku zmierza ta rozmowa. Podniosła rękę, aby wyjąć z uszu perłowe kolczyki należące niegdyś do jej matki. Hrabia kazał jej włożyć je tej nocy. Pewnie chciał ją zmusić, żeby mu je oddała, wiedząc, jak cenna to dla niej pamiątka. Raz tylko zaprotestowała, kiedy ich zażądał, i popełniła błąd, okazując mu, że mają dla niej emocjonalną wartość.

Hrabia pokręcił lekko głową. Gianna zacisnęła zęby; palce jej dotknęły zapięcia perłowego naszyjnika. To tylko rzeczy, powiedziała sobie w duchu. Uspokój go i daj mu, czego chce. To drobiazg, jeśli spojrzeć na to z szerszej perspektywy. Po ich popołudniowej kłótni jego żądania mogły być przecież znacznie gorsze. Okaże mu więc wdzięczność za tę odrobinę litości. Marzyła już tylko o jednym – aby uwolnić się od niego raz na zawsze. Dlatego zrobi wszystko, aby przetrzymać jeszcze te cztery tygodnie we względnym spokoju. Skończy wtedy dwadzieścia dwa lata, a to wystarczy by mogła wystąpić o spadek po matce sama, bez jego udziału.

Co też matka widziała w tym człowieku?

Hrabia znów potrząsnął głową; Gianna zamarła.

– Jesteś bardzo szczodra, boję się jednak, że twoje perły nie wystarczą – rzucił ze zjadliwym uśmiechem. – W każdym razie nie te, o których myślisz. Ale jest jedna perełka, którą, jak mi się zdaje, cenią sobie wysoce ci panowie… – urwał. – Zagramy o ciebie, Gianno. A konkretnie, o klejnocik między twoimi nogami.

Wypowiedział te słowa z okrutną satysfakcją.

Gianna poczuła, że ogarnia ją panika.

– Czy moja matka tak mało dla ciebie znaczyła, że chcesz zrobić z jej córki nierządnicę?

– Twoja matka nie żyje, więc nie ma w tej kwestii nic do powiedzenia – odparował. – Tego popołudnia złożyłem ci lepszą propozycję, ale mi odmówiłaś, więc sama jesteś sobie winna.

Tylko spokojnie, pomyślała Gianna. Pod żadnym pozorem nie okazuj emocji. Teraz już rozumiała spojrzenia tych mężczyzn. Rozbierali ją bezwstydnie wzrokiem, wyobrażając sobie, co będą z nią wyprawiać. Wszyscy – z wyjątkiem jednego, który utkwił w hrabim nienawistne spojrzenie.

– Mścisz się na mnie – zarzuciła mu; wszystko w niej się gotowało i z trudem zachowywała spokój. Gdyby była mężczyzną, zabiłaby go własnymi rękami. – Próbujesz mnie szantażować.

– Skoro nie pozostawiłaś mi żadnego wyboru… – syknął hrabia.

– Zaproponowałeś mi małżeństwo z tym degeneratem Romanem Lippim albo z tobą – rzuciła mu w twarz. – Trudno to nazwać wyborem, ponieważ każda opcja dawała ci prawo do znacznej części mojego spadku po matce. Nie jestem głupia – dodała z wyższością. – Doskonale wiem, na co się umówiliście z Lippim. Postanowiliście podzielić się moimi pieniędzmi.

– Bowiem część z nich należy do mnie, Gianno. I dostanę swoje pięć tysięcy, z tobą czy bez ciebie. Jestem spłukany, a ty jesteś wszystkim, co mi pozostało. Ale nie martw się, wygram, a ty będziesz mogła zrewidować swoją pozycję w dzisiejszych negocjacjach. To nic strasznego. Gramy o ciebie tylko teoretycznie.

Hrabia rozsiadł się z uśmiechem na krześle, a jego swobodna poza kłóciła się z ostrym tonem rozmowy. Gianna zrozumiała, że wpadła w pułapkę. Najchętniej rzuciłaby się do ucieczki, lecz pominąwszy fakt, że nie miała gdzie się podziać, po prostu nie mogła. Ta cholerna suknia była o wiele za ciężka na wszystko, poza dostojnym spacerem. W tej sytuacji Gianna mogła jedynie stać i obserwować rozwój sytuacji.

Hrabia wychylił się do przodu; twarz mu płonęła. Był jak w gorączce, nie tylko z powodu samego zakładu, ale i pewności, że przegrana nie wchodzi w rachubę.

– W porządku, panowie, pokażcie karty.

Gianna zamarła. Nadszedł moment prawdy.