Wbrew zasadom

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Bronwyn Scott
Wbrew zasadom

Tłumaczenie:

Małgorzata Hesko-Kołodzińska

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Port w Dover – marzec 1835 roku

W Londynie zabrakło już dla niego rozrywek i Haviland North mógł jedynie liczyć na to, że w Paryżu będzie lepiej.

Postawił kołnierz szynela, żeby ochronić się przed wilgocią marcowego poranka, i dalej spacerował po nabrzeżu w Dover. Pragnął jak najszybciej wyruszyć w rejs. Obecnie wszystkie nadzieje wiązał z Francją i sławną paryską salle d’armes. Gdyby wiosna w Paryżu nie rozgrzała jego ostygłej krwi, miał zamiar wyruszyć na podbój reszty Europy. Latem mógł przemierzać alpejskie szczyty, jesienią odwiedzić kulturalną Florencję, a zimą wpaść do Wenecji, żeby nacieszyć się zmysłowością Carnevale. Następną wiosnę planował spędzić w Neapolu, pławiąc się w cieple południowych Włoch i zwiedzając starożytne ruiny. Gdyby i te plany spaliły na panewce, czekała na niego Grecja oraz kusząca egzotyką Turcja.

Problem polegał na tym, że ojciec obiecał mu zaledwie sześć miesięcy podróży, nie zaś rok lub dwa. Havilandowi musiało to wystarczyć, choć liczył na więcej. Jakkolwiek patrzeć, miał już dwadzieścia osiem lat i wszystko, dla czego warto żyć: tytuł, fortunę, posiadłości, konie i inne luksusy.

Mimo to czuł się martwy w środku.

Wywalczenie sobie prawa do Grand Tour, choćby i w tak skróconej formie, nie przyszło mu łatwo. Ojciec ustąpił, zrozumiawszy chyba, że jego dorosły syn ma prawo zobaczyć świat przed ustatkowaniem się na rodzinnych włościach. Umówili się, że po sześciu miesiącach wolności Haviland powróci do domu i się ożeni, tym samym realizując plany, które obie rodziny obmyśliły trzy pokolenia wcześniej.

– Pół roku i ani dnia więcej – oświadczył Haviland senior. – Różnisz się od swoich przyjaciół. Od nich nie oczekuje się tyle, ile od ciebie, nawet od Archera – jest drugim synem i ma odmienne obowiązki niż ty. Oni mogą sobie znikać na całe lata, nam nie wolno sobie pozwolić na podobną ekstrawagancję. Rodzina Everlych pragnie jak najszybciej doprowadzić do ślubu i ja również nie widzę powodu, by z tym zwlekać. Masz dwadzieścia osiem lat, a Christina dwadzieścia jeden. Rozpoczyna już swój trzeci sezon, i bardzo dobrze, ale dlaczego mamy kazać jej nadal czekać? W ten sposób wzbudzilibyśmy tylko niepotrzebne podejrzenia.

Małżeństwo, podobnie jak całe życie Havilanda, zostało zaaranżowane przez innych. Zrobili za niego wszystko, on musiał się tylko pokazywać. Nieraz przychodziło mu do głowy, że właśnie z tego powodu odczuwa wewnętrzną pustkę. Nigdy o nic nie walczył, niczego mu nie brakowało – wraz z gigantycznym majątkiem odziedziczył po przodkach znakomitą prezencję. Może właśnie ze względu na to wszystko tak bardzo pociągała go szermierka. To było coś, nad czym mógł pracować i w czym miał szansę osiągnąć doskonałość.

Dotknął butem długiej, wąskiej walizki, która spoczywała u jego stóp. Zawsze starał się mieć ją na oku. W walizce spoczywały rapiery, wykonane na specjalne zamówienie i dopasowane do jego dłoni. Żaden dżentelmen w stolicy nie mógł się z nim równać, ale on pragnął więcej i dlatego właśnie postanowił wyjechać do Paryża, by zgłębiać tam sztukę fechtunku. Liczył też na to, że odwiedzi włoskich mistrzów we Florencji, choć był świadomy, że ma na to zdecydowanie za mało czasu. Potrzebował cudu, żeby spełnić swoje marzenia, jednak najważniejsze było to, że wreszcie opuszczał ojczyznę.

Wyjął z kieszonki złoty zegarek, podarunek od dziadka na pamiątkę ukończenia Oksfordu, i otworzył wieczko. Był kwadrans po piątej, towarzysze Havilanda mieli się pojawić lada chwila. Żaden z nich nie przejmował się punktualnością, ale wszyscy cieszyli się na podróż.

Zamknął wieczko i przesunął kciukiem po wygrawerowanej inskrypcji: tempus fugit – czas ucieka, a on zmarnował go już dostatecznie dużo. Wyprawa była okazją, by na nowo zacząć życie.

Mrok powoli ustępował, a Haviland coraz bardziej nerwowo wypatrywał towarzyszy. Zastanawiał się, kto przybędzie pierwszy. Może Archer Crawford, jego najstarszy przyjaciel? Wspólnie przeszli przez Eton i Oksford, by potem razem cieszyć się rozrywkami miasta. Po pewnym czasie przekonali się jednak, że monotonia niezliczonych balów jest nieznośna, i tylko lojalność wobec matki tak długo trzymała Archera w Londynie. Teraz, po jej śmierci, Archer pragnął jak najszybciej umknąć za granicę.

Równie dobrze pierwszy mógł tu dotrzeć Nolan Gray, zależnie od tego, jak mu poszło tej nocy przy karcianych stołach Dover. Nolan niejednokrotnie był wyzywany na pojedynek, gdyż dopisywało mu szczęście w kartach. Po latach spędzonych w mieście nauczył się bronić swojego talentu i honoru podczas porannych spotkań z uzbrojonymi w pistolety przeciwnikami.

Tylko jedna osoba nie mogła zjawić się pierwsza, a mianowicie Brennan Carr. Haviland nie wątpił, że Brennan przywlecze się ostatni – znał go na tyle dobrze, by wiedzieć, że przed wyjazdem niewątpliwie zażywał rozkoszy w ramionach kochanki. Na samą myśl o tym Haviland zachichotał. Brennan zawsze był zabawny i dowcipny, i dzięki niemu londyńska nuda łatwiej dawała się znieść.

Nagle rozległ się stukot kopyt i terkot kół, a Haviland ujrzał wyłaniający się z mgły powóz. Po chwili wyskoczyło z niego dwóch mężczyzn. Jeden z nich krzyknął coś do stangreta, a Haviland uśmiechnął się pod nosem, rozpoznając charakterystyczny władczy baryton. Nolan i Archer przyjechali razem i wyglądało na to, że Archer przyprowadził konia, choć równie dobrze koń mógł się przywlec za Archerem, co ani trochę nie zdziwiłoby Havilanda. Archer często przygarniał błąkające się, bezpańskie konie, tak jak inni przygarniali koty albo psy. Haviland zauważył, że Archer przywiązuje zwierzę z tyłu powozu.

– Wygrałem! – zawołał Nolan, podchodząc bliżej. – Haviland już jest i ma ze sobą futerał! – Z sympatią poklepał przyjaciela po ramieniu. – Dzień dobry, staruszku. Czy wszystko załadowane? Powiedziałem Archerowi, że będziesz na miejscu i zajmiesz się nadzorem.

– Znasz mnie jak zły szeląg! – Haviland się zaśmiał. – Nasze kufry załadowano wczoraj wieczorem, a oba powozy wjechały na pokład godzinę temu.

Przyjaciele zadecydowali, że najlepszym sposobem na to, by szybko dotrzeć do Paryża i dalej, będzie zabranie ze sobą własnych środków transportu. Zamierzali kupić lub wypożyczyć konie w Calais, jak to często czynili podróżni, których stać było na przewiezienie przez kanał własnych powozów. Ci, którzy nie mogli sobie na to pozwolić, skazani byli na transport publiczny lub kupno powozów na miejscu.

– Oddałeś na przechowanie kufry, w których trzymasz wszystkie niezbędne rzeczy, ale zachowałeś przy sobie futerał z rapierami? – Archer wskazał palcem walizkę u stóp Havilanda.

– Przecież mówiłem, że tak będzie! – triumfował Nolan. – A ty niepotrzebnie się upierałeś, że już wyekspediował swoją broń. – Postukał się palcem w skroń. – Znam się na tym. Studiuję ludzką naturę.

– Szkoda, że nie mogłeś jej studiować w Oksfordzie – zauważył Archer uszczypliwie. – Dostawałbyś lepsze oceny.

Nolan tylko się roześmiał. On i Archer dogryzali sobie od lat i obaj niezwykle to lubili.

– Cóż mogę rzec? – westchnął. – Nic dodać, nic ująć. Wy dwaj chłonęliście wiedzę, czego nie da się powiedzieć o mnie ani o Brennanie. – Rozejrzał się uważnie. – A właśnie, gdzie on się podziewa?

– Jeszcze nie przyjechał. Sądziłeś, że już będzie na miejscu? Ty, znawca ludzkiej natury? – spytał Haviland z ironią.

Nolan żartobliwie trącił go łokciem.

– Owszem, zgłębiam ludzką naturę, nigdy jednak nie twierdziłem, że jestem jasnowidzem. – Uśmiechnął się szeroko. – Więc co to za panna? Spędziliśmy w Dover tylko jedną noc. Na pewno nie karczmareczka, bo widziałem, że wyszła z innym jegomościem.

Haviland tylko wzruszył ramionami, a wkrótce zjawił się kapitan ich statku.

– Zapraszam na pokład jaśnie panów – powiedział. – Odbijamy za dwadzieścia minut.

– Dziękuję. – Haviland skinął głową. – Czekamy na ostatniego uczestnika naszej wyprawy.

Zupełnie słusznie założył, że kapitan nie okaże wyrozumiałości.

– Odpływ nie zaczeka, jaśnie panie – oświadczył żeglarz kategorycznie. – Do jaśnie panów uśmiechnęło się szczęście, możemy płynąć już teraz. Niektórzy to i po parę tygodni tkwią w gospodzie w oczekiwaniu na odpowiedni wiatr i dobrą pogodę.

– Rozumiem – mruknął Haviland.

Po raz ostatni rozejrzał się po portowym nabrzeżu, jakby liczył na to, że Brennan nagle się zmaterializuje. Kapitan miał rację. Ludzie, którzy pragnęli przebyć kanał, musieli mieć żelazną cierpliwość, gdyż ich podróż była w dużej mierze zależna od żywiołów.

– Powinienem był z nim zostać – westchnął Haviland, gdy kapitan odszedł.

Przyjaźń Havilanda i Brennana opierała się przede wszystkim na równowadze. Brennan bawił Havilanda, który z kolei trzymał go z dala od kłopotów. Tej nocy jednak trzeba było zadbać o bagaże i o transport, więc Haviland zostawił przyjaciela bez opieki i teraz miał o to pretensje do siebie.

Cała trójka ruszyła w kierunku trapu.

– Stawiam pięć funtów, że Brennan nie zdąży – oświadczył Nolan. – Archer, przyjmujesz zakład? Jeśli przegram, anuluję twoje karciane długi.

Na pokładzie przyjaciele stanęli przy burcie w nadziei, że wypatrzą Brennana. Haviland zerknął na zegarek. Nie zostało wiele czasu, a podróż bez wesołego kompana zapowiadała się znacznie mniej ciekawie. Pomyślał, że nawet jeśli Brennan się spóźni, ma szansę dostać się na następny statek i dołączyć do przyjaciół w Paryżu. Znał planowaną trasę, pozostawało tylko pytanie, czy wystarczy mu pieniędzy.

 

Nolan drgnął, gdy marynarze zabrali się do zdejmowania cum.

– Odbijamy – zauważył nerwowo i westchnął. – Bren nie zdąży. Psiakrew, nie chciałem wygrywać tego zakładu.

Wszyscy trzej wymienili pełne rozczarowania spojrzenia. Wyprawa nie zaczynała się pomyślnie.

Statek powoli odpływał, gdy w porcie wybuchło zamieszanie. Koń ciągnący ciężki wóz pełen skrzyń i beczek nagle stanął dęba, a woźnica wyrzucił z siebie stek głośnych i soczystych przekleństw. Z platformy pojazdu stoczyła się baryłka, ktoś inny przyłączył się do pomstowania. Działo się coś niepokojącego. Haviland wytężył wzrok i ujrzał w oddali konia, który galopował za biegnącym człowiekiem. Nieznajomy niewątpliwie uciekał przed dwoma mężczyznami, znajdującymi się zaledwie kilka kroków za nim.

– To on! To Brennan! – wrzasnął Haviland i gwałtownie zamachał ręką. – Prędzej!

Mężczyźni ścigający Brennana nie wyglądali na życzliwie usposobionych. W dłoni jednego z nich błysnął pistolet. Statek oddalił się od nabrzeża już o kilka metrów, ale rufa nadal znajdowała się na tyle blisko lądu, że można było pokusić się o skok.

– Biegnij do rufy, Brennan! – krzyknął Haviland, przykładając dłonie do ust. – Do rufy!

– Koń, Brennan, na koń! – wrzasnął ułamek sekundy później Archer.

Wierzchowiec, którego wcześniej zauważył Haviland, zdążył już wyprzedzić mężczyzn ścigających Brennana i zrównał się z nim, jakby proponując mu przejażdżkę. Brennan nie miał wyjścia – pościg był zbyt blisko, a koń miał większą szansę wskoczyć na statek.

– Na koń, Bren! – ryknął Haviland. – Już!

Niewiele myśląc, Brennan wskoczył na grzbiet wierzchowca i popędził go w stronę skraju nabrzeża.

Koń dał potężnego susa i wylądował na pokładzie, po czym padł na kolana. Brennan zsunął się z niego, pognał do Havilanda i go powalił. W tym samym momencie rozległ się huk wystrzału.

– Do diaska! – zaklął Haviland, gdy kula świsnęła mu nad uchem.

Zupełnie zapomniał, że mężczyźni na brzegu są uzbrojeni. Niewiele brakowało, a przypłaciłby chwilę nieuwagi życiem. Nie takiego początku wyprawy się spodziewał.

Chciał wstać, ale Brennan nie zamierzał mu na to pozwolić.

– Leż! – syknął, przyciskając go całym ciężarem ciała do pokładu.

Dopiero kiedy statek odpłynął na bezpieczną odległość, Brennan uznał, że mogą już wstać.

– Wielkie nieba, Brennan, w coś ty się wpakował? – jęknął Haviland, otrzepując zakurzone spodnie.

Mężczyźni na brzegu bezradnie wymachiwali pięściami. Cokolwiek mieli za złe Brennanowi, sprawa była śmiertelnie poważna, bo nieomal go zabili.

Brennan, który właśnie wsuwał poły koszuli w spodnie, popatrzył na Havilanda.

– To tak witasz przyjaciela, który właśnie uratował ci życie? – spytał z udawanym rozczarowaniem.

Haviland uniósł ciemne brwi.

– Uratowałeś mi życie? – burknął. – Sądziłem, że ratujesz własną skórę! – Uścisnął Brennana i poklepał go po plecach. – Byłem pewien, że nie zdążysz na statek, ty nicponiu.

Gdy wszyscy już doszli do siebie, a koń trafił do prowizorycznego boksu, przyjaciele mogli spokojnie dokończyć rozmowę.

– No dobrze – odetchnął Nolan i spojrzał pytająco na Brennana. – Prawdziwe pytanie nie brzmi, gdzie się podziewałeś, tylko czy dziewczyna była tego warta.

Brennan roześmiał się głośno.

– A jakże! – odparł z zadowoleniem.

Haviland uśmiechnął się do przyjaciela. Wszyscy czterej żyli, Anglia znikała w oddali i długo nie mieli zobaczyć jej ponownie. Wyprawa zapowiadała się wspaniale.

ROZDZIAŁ DRUGI

Miesiąc później – pokój obserwacyjny przy salle d’armes w szkole fechtunku Leodegrance

Mon Dieu! Ten Anglik jest fenomenalny!

Alyssandra Leodegrance wstrzymała oddech, obserwując przez wizjer fantastyczną walkę w głównej sali treningowej. Każdy ruch Anglika dowodził drapieżnej gracji, a floret zdawał się naturalnym przedłużeniem jego ramienia. Monsieur Anjou nie miał szans w tym starciu. Nie wierzyła własnym oczom. Jej najbardziej doświadczony instruktor nie dawał sobie rady!

– Coś podobnego! – wymamrotała do siebie. – Anglik zmusił monsieur Anjou do redoublement!

Gdy oderwała wzrok od walczących mężczyzn, zauważyła, że jej brat Antoine, który siedział u jej boku na fotelu inwalidzkim, również jest pod wrażeniem.

– Dobrze się bawisz, nieprawdaż? – spytał.

Alyssandra wzruszyła ramionami, udając obojętność, choć oboje wiedzieli, jak jest naprawdę. Szanowała aroganckiego instruktora, ale tylko pod względem zawodowym. Minęły wieki, odkąd Julian przegrał na jej oczach, i teraz cieszyła się z jego przegranej. Nie doświadczył upokorzenia od dwóch lat, kiedy to osobiście się z nim rozprawiła. Pokonała go, choć nie chciał uznać klęski. Wolał mówić o remisie, na który rzekomo się zdecydował, żeby ocalić jej dumę. Cóż za bezczelność! Inna rzecz, że był świetnym szermierzem. Julian Anjou miał prawo czuć się pewnie, co nie znaczyło, że łatwiej dało się z nim wytrzymać.

Anglik zainicjował elegancką balestrę, a następnie natarł frontalnie. Doskonale wiedział, co robi i co chce osiągnąć. Alyssandra odnosiła wrażenie, że potyczka zmieniła się w partię szachów.

– Szach i mat – wyszeptała, gdy Anglik praktycznie przyparł Juliana do muru.

Wokół walczących gromadził się coraz liczniejszy tłum uczniów i instruktorów. Podziwiając naturalną grację ruchów Anglika, jego potężne ramiona i długie nogi, Alyssandra pomyślała, że z pewnością również doskonale tańczy. I to zbiło ją z tropu. Przez lata traktowała mężczyzn wyłącznie jak szermierzy i rzadko zastanawiała się nad tym, jak są zbudowani. Tymczasem teraz obserwując płynne uniki i pchnięcia Anglika, bez trudu mogła sobie wyobrazić jego dłoń na swoich plecach na parkiecie tanecznym. Która kobieta nie chciałaby wirować w objęciach takiego partnera?

Postanowiła jak najszybciej odsunąć od siebie te myśli. Od trzech lat nie miała poważnego adoratora ani też nie interesowała się żadnym mężczyzną. Jej życie sprowadzało się do opieki nad Antoine’em i do kierowania salle. W jej życiu nie było miejsca na romantyczne porywy serca.

Gwałtowne poruszenie w sali przykuło jej uwagę. Rozmyślania pochłonęły ją do tego stopnia, że prawie nie zauważyła, jak Anglik omija gardę Juliana i dotyka jego piersi czubkiem floretu.

Julian się ukłonił, uznając swoją porażkę, ale gdy zdjął maskę, na jego twarzy malowała się zajadłość. Anglik również ściągnął siatkę ochronną i odrzucił ją na bok. Oczom Alyssandry ukazało się oblicze, które kobieta mogłaby studiować godzinami, nie nudząc się przy tym ani odrobinę. Miał ostry nos, ciemne brwi i wyraziste kości policzkowe, a jego arystokratyczne wargi zdawały się zachęcać do pocałunku.

– Był doskonały – zauważyła Alyssandra.

Ona i Antoine odsunęli się od wizjerów, aby porozmawiać. Oboje wiedzieli, że Anglik poprosi o innego mistrza fechtunku, z którym będzie mógł się zmierzyć.

Antoine przez moment przypatrywał się siostrze.

– Chyba nie czujesz się onieśmielona jego perfekcją? – spytał.

Lekceważąco wzruszyła ramionami.

– Uznanie nie jest tym samym, co onieśmielenie – odparła wyniośle.

Nie czuła się ani trochę onieśmielona, choć z całą pewnością była zainteresowana nowo przybyłym. Mężczyźni jej nie peszyli. Stawiała czoło takim, którzy uważali się za najlepszych, między innymi Julianowi. Uwielbiała krzyżować szable, męczyć przeciwników i atakować, gdy konkurentom słabło ramię, a duma nie pozwalała im dać za wygraną. Wyczuwała jednak, że z Anglikiem będzie inaczej. Był dla niej prawdziwym wyzwaniem, ale nie wątpiła ani przez moment, że zdoła sobie z nim poradzić.

Przychodził do salle d’armes już od trzech tygodni. Z początku go obserwowała, ponieważ był nowy, a to, co nowe, zawsze intryguje. Zaczął od nieformalnych starć z dżentelmenami, którzy przychodzili wyłącznie na ćwiczenia. Uwinąwszy się z nimi, skupił uwagę na lepszych i bardziej doświadczonych szermierzach, lecz wkrótce rozprawił się i z nimi. W rezultacie nie pozostał mu już żaden partner do ćwiczeń z wyjątkiem Juliana, który stawał do pojedynku wyłącznie z najlepszymi i najbogatszymi uczniami. Teraz również on został pokonany, zatem Anglik mógł dostąpić zaszczytu walki z Alyssandrą, rywalką jeszcze bardziej wyjątkową niż Julian. I nie tylko pod względem umiejętności szermierczych. Chodziło o jej sekret. Żaden z klientów nie wiedział, że pojedynkował się z kobietą, gdyż maska zapewniała jej anonimowość. Nikt by nie uwierzył, że kobieta może być tak utalentowana i skuteczna.

Alyssandra sięgnęła po maskę i zacisnęła dłoń na broni.

– Czy mam wyjść już teraz? – spytała.

Antoine pokręcił głową.

– Nie, usiądź – powiedział. – Jeszcze popatrzymy. Twój Anglik nie jest doskonały, bez względu na to, co sobie uroiłaś. – Uśmiechnął się krzywo i wskazał głową wizjery. – Zaraz zaczną ponownie.

Oboje przysunęli się do ściany. Alyssandra cierpliwie czekała, aż Antoine wyjaśni, co ma na myśli. Robili to wielokrotnie, odkąd wypadek pozbawił go możliwości uprawiania fechtunku. Właśnie wtedy Antoine został mentorem siostry. Jako bliźniaczka zawsze wiedziała, co mu chodzi po głowie, nim jeszcze zdążył się odezwać, zupełnie jakby czytała mu w myślach – tak jak teraz. Nie patrzyli na siebie, a jednak Alyssandra wyczuwała, że brat dostrzegł jakąś słabość Anglika.

– O, proszę! – wykrzyknął Antoine przyciszonym głosem, chociaż znajdowali się w dźwiękoszczelnym pomieszczeniu i z pewnością nikt nie mógł ich podsłuchać. – Widzisz?

Nie była pewna, o co mu chodzi.

– Chyba nie – przyznała.

Zwykle potrafiła trafnie oceniać rywali, lecz jej brat po mistrzowsku wychwytywał subtelne uchybienia szermierzy. To właśnie dzięki temu był niedościgniony.

– Spójrz uważnie, opuszcza ramię – powiedział Antoine. – Przekonasz się, że za chwilę zrobi to ponownie.

Tylko ktoś o doświadczeniu i oku Antoine’a mógł zwrócić uwagę na tak ulotny szczegół. Julian z całą pewnością nie zauważył słabej strony przeciwnika, gdyż w przeciwnym razie skorzystałby ze sposobności i trafił go w niechroniony skrawek ciała.

– Po odparowaniu ciosu opuszcza ramię i jest wtedy bezbronny. – Antoine mrugnął do siostry. – Naturalnie, pomożemy mu rozwiązać ten problem, ale najpierw dasz mu do wiwatu.

Bien sûr – odparła Alyssandra ze śmiechem.

Taka strategia dobrze się sprawdzała – należało kilka razy pokonać ucznia, by zyskać jego szacunek, i dopiero potem pokazać mu, dlaczego przegrywa. W ten sposób instruktor udowadniał, że radzi sobie nie tylko z teorią, ale i z praktyką fechtunku.

– Co się stało? – zaniepokoiła się Alyssandra, widząc powagę na twarzy Antoine’a.

– Dasz sobie z nim radę, prawda? – spytał zafrasowany. – Bo jeśli nie…

Nie musiał kończyć. Oboje świetnie wiedzieli, że stawką jest reputacja ich szkoły fechtunku. Alyssandra dźwigała brzemię odpowiedzialności za każdym razem, gdy stawała do walki przebrana za Antoine’a Leodegrance’a, słynnego paryskiego szermierza.

Uśmiechnęła się krzepiąco.

– Pokonam go – podkreśliła z mocą. – Wszystko będzie dobrze, jak zawsze. To dzięki tobie zwyciężam.

Alyssandra rozumiała obawy brata. Zależało mu na jej bezpieczeństwie, ale też frustrowała go własna niemoc. Właśnie mijały trzy lata, odkąd zdecydowali się na tę mistyfikację, żeby ocalić znaną i cenioną salle d’armes. Nikt nie chciałby się uczyć u kobiety…

Ich petite astuce jak na razie doskonale się sprawdzało i nie mieli powodu przypuszczać, że cokolwiek się zmieni. Poza nimi tylko Julian znał prawdę, lecz i on miałby wiele do stracenia, gdyby wszystko się wydało. Naturalnie, nikt z nich nie zakładał, że oszustwo będzie się ciągnęło tak długo. Antoine miał wyzdrowieć, odzyskać władzę w kończynach i ponownie pełnić obowiązki mistrza salle. Lekarze zgodnie twierdzili, że to tylko kwestia czasu.

Po upływie trzech lat Alyssandra miała prawo się zastanawiać, jak długo jeszcze będą odwlekali nieuchronne. Należało wreszcie przyznać, że Antoine nie odzyska sprawności, i zastanowić się, co to oznacza dla nich obojga. Nie mogli przecież ciągnąć tej maskarady w nieskończoność. Sytuacja była niekomfortowa, a pomijając wszystko inne, Alyssandra pragnęła założyć rodzinę. Im dłużej trwał podstęp, tym mniejsze miała szanse na znalezienie odpowiedniego męża. Kto wie, może już było za późno. Etienne DeFarge ożenił się ubiegłej wiosny, nie chcąc dłużej czekać, i wszelkie nadzieje, które z nim wiązała, trafiły do rynsztoka.

 

Cóż, tego rodzaju przemyślenia musiała odłożyć na przyszłość, i to zapewne odległą. W tej chwili liczył się tylko Anglik. Ponownie pochyliła się nad wizjerem i pomyślała, że ten szermierz jutro stanie do walki z rywalem, z którym nie pójdzie mu tak łatwo.