Ryzykowny układTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Bronwyn Scott

Ryzykowny układ

Tłumaczenie: Małgorzata Fabianowska

HarperCollins Polska sp. z o.o.

Warszawa 2021

Tytuł oryginału: A Marriage Deal with the Viscount

Pierwsze wydanie: Harlequin Mills & Boon Ltd, 2018

Redaktor serii: Grażyna Ordęga

Opracowanie redakcyjne: Grażyna Ordęga

© 2018 by Nikki Poppen

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o., Warszawa 2021

Wydanie niniejsze zostało opublikowane na licencji Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Harlequin i Harlequin Romans Historyczny są zastrzeżonymi znakami należącymi do Harlequin Enterprises Limited i zostały użyte na jego licencji.

HarperCollins Polska jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A. Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-672 Warszawa, ul. Domaniewska 34A

www.harpercollins.pl

ISBN 978-83-276-6669-7

Konwersja do formatu EPUB, MOBI: Katarzyna Rek / Woblink

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Londyn, maj 1854 r.

Czasami jeden drobiazg znaczy bardzo wiele. W tym wypadku był to drink, którego mu nie zaproponowano. Conall Everard szybko zrozumiał, że mu odmówią. Potrafił odszyfrowywać najdrobniejsze gesty bądź ich brak, a kiedy wszedł do gabinetu księcia Cowdena, wystarczyła chwila, by zrozumiał, że rozmowa nie potoczy się po jego myśli. Albowiem książę nie zaproponował mu drinka, tylko wskazał gestem krzesło obite tłoczoną skórą w orientalnym stylu, bardziej modne niż służące wygodzie. W ten sposób Jego Wysokość bezsłownie przekazał gościowi, iż powinien się cieszyć, że w ogóle dostąpił audiencji, choć tylko krótkiej. Do dłuższych rozmów był przeznaczony rozłożysty fotel.

Książę był człowiekiem bardzo zajętym. Większość londyńskiej socjety starała się uzyskać choćby chwilę jego bezcennej uwagi, dostęp do wypchanych kieszeni lub do skarbca jego mądrości. Dzisiejszą audiencję Conall zawdzięczał dawnej przyjaźni księcia ze swoim ojcem, nie zaś temu, by Cowden zamierzał robić interesy z synem zmarłego przyjaciela. Chyba że…

Chyba że uda mu się zmienić kurs rozmowy. Książę z pewnością zamierza mu odmówić, lecz on potrafił dotrzeć do twardszych serc, zwłaszcza kobiecych. Perswazja ma swoją siłę, a Conall Everard, świeżo upieczony wicehrabia Taunton, umiał korzystać z tej broni.

– Szanując cenny czas Waszej Wysokości – zaczął żywo, wychylając się w stronę księcia, jakby nie zauważył afrontu z drinkiem – przejdę od razu do alpak. Ogromną zaletą tych zwierząt jest wełna nieprzepuszczająca wody i niezrównanie bardziej miękka niż u naszych owiec.

Książę zbył go gestem kogoś, kto ma za dużo spraw na głowie.

– Czytałem raport, Taunton.

– Alpaki można hodować w Anglii – ciągnął uparcie Conall, ignorując ból, jaki wciąż odczuwał, gdy zwracano się do niego w ten sposób. Taunton… Teraz tytuł należał do niego, a zawdzięczał go śmierci ukochanego ojca. Minął rok od tego czasu i Conall obawiał się, że nigdy się nie uwolni od żałoby. Najchętniej nie przyjąłby spadku, lecz nie mógł się na to zdobyć. Tradycja nakazywała, aby wicehrabia w pierwszym rzędzie dbał o swój ród i ludzi z nim związanych. Tak było od wieków, więc musiał ukryć rozpacz i zmierzyć się z obowiązkami.

– Niech Wasza Wysokość pomyśli, jak wielką korzyść przyniósłby nam dostęp do wełny tej klasy tu, na miejscu, bez konieczności importu.

– Wiemy, jaka może być korzyść. – Cierpliwość Cowdena wyraźnie się wyczerpywała. – Zarząd zapoznał się z raportem od pierwszej aż do ostatniej, siedemdziesiątej drugiej strony.

Zarząd, czyli Klub Prometejski, była to grupa bogatych, utytułowanych dżentelmenów z zamiłowaniem do lukratywnych interesów, tak wpływowych, że jednym słowem mogli poprzeć lub utrącić kontrakt.

I dobrze, pomyślał Conall, byleby padło słowo, o które mi chodzi. Zagrał va banque, więc musi usłyszeć to słowo przed wiosennym strzyżeniem zwierząt. Alpaki kosztowały go majątek. Pozbył się wszystkich aktywów, wydał wszystkie oszczędności i zabrakło mu funduszy na dalszy rozwój przedsięwzięcia. Bo jaki pożytek z alpak, jeśli nie zdoła zbudować przędzalni?

Naciskał więc, ignorując ostrzegawcze sygnały księcia:

– Przecież Wasza Wysokość wie, że bezpośredni dostęp do wełny obniży koszty i zapewni dostawy do naszych przędzalni tu, na naszej ojczystej ziemi.

Szpakowate brwi księcia podjechały do góry, kiedy przebiegł spojrzeniem po długim rzędzie okien, zapewne wyobrażając sobie alpaki porośnięte bujną sierścią i rojące się w jego wypielęgnowanych ogrodach.

Conall natychmiast się zmitygował i dodał szybko:

– Amerykanie zdominowali rynek bawełny i postawili nas w pozycji zakładników. Jeśli chcemy utrzymać nasze przędzalnie, musimy się zgadzać na ich ceny. – Pokręcił głową. – Taka sytuacja nie może trwać wiecznie. Proszę zapamiętać moje słowa: kwestia niewolnictwa za kilka lat rozerwie ten kraj na strzępy. A gdzie my wtedy będziemy? Dostawy zostaną odcięte, ale nie upadniemy, bo mamy alpaki, które mogą się stać prawdziwą dźwignią dla naszych interesów.

Cowden znów nie wykazał zrozumienia.

– Hodujemy szkockie owce i pozyskujemy bawełnę z naszych kolonii, na przykład z Egiptu. Przetrwamy, nawet jeśli rynek amerykański się załamie.

– Wasza Wysokość, musimy walczyć o coś więcej niż przetrwanie. Wełna z alpaki pod każdym względem przewyższa owczą. Jest bardziej miękka, delikatna i lepiej grzeje. Kobiety oszaleją na jej punkcie. Można z niej wyrabiać piękne szale, pledy i setki innych rzeczy. Jako towar luksusowy wełna z alpaki stworzy nowy rynek.

Książę obrzucił Conalla ostrzegawczym spojrzeniem, które jasno mówiło, że dyskusja jest bezsensowna i gość zabiera mu cenny czas.

– Taunton, doceniam, że w pierwszym rzędzie zwróciłeś się do mnie i do mojego klubu, jednak większością głosów odrzuciliśmy ofertę zainwestowania w twój alpakowy interes.

To już koniec. Wielkie plany runęły, zanim zdążył cokolwiek przedsięwziąć. Klub nie był jego pierwszą próbą, tylko pierwszą i ostatnią. Nie miał już dokąd pójść, bo banki odmawiały mu kredytu. Czy Cowden o tym wiedział? Obawiano się pożyczyć pieniądze na tak ryzykowne przedsięwzięcie, jak morski przewóz alpak z Peru do Anglii, bo zwierzęta mogły nie przeżyć podróży i nie było pewne, czy zdołają się zaaklimatyzować na Wyspach. Ponadto majątek wicehrabiego był mocno zadłużony.

A jednak do tego momentu Conall był pewien siły swoich argumentów. Liczył, że klub, nazwany imieniem tytana Prometeusza, które oznacza „myślącego do przodu”, pozna się na jego genialnej biznesowej wizji. Niestety bezlitosna większość zniszczyła jego nadzieje, skazując na zagładę podupadające wicehrabiowskie dobra.

Większość, pomyślał. Czyli nie było pełnej zgodności. Na moment ożyła w nim nadzieja, niczym iskierka w dogasającym palenisku.

– Wolałbym mieć dla ciebie lepsze wieści. – Kiedy trzeba, książę wykazywał się sprytem, bezwzględnością i przenikliwością, lecz miewał też odruchy współczucia.

Conall, który znał Cowdena od dzieciństwa i dorastał z jego synami, wiedział, że książę uważa kryzys za zażegnany. Przeżył niemiły moment, gdy musiał odmówić synowi dawnego przyjaciela, lecz odmowa została przyjęta i już nie musi wracać do tej kłopotliwej sprawy.

Conall uśmiechnął się. Błąd. Sprawa się jeszcze nie skończyła. Znów ma szansę. Zaczeka, aż wyraz współczucia pojawi się na twarzy księcia, po czym spróbuje ponownie.

– Rozumiem, że po śmierci twojego ojca ujawniły się niesprzyjające okoliczności – rzekł książę. – Bardzo ci współczuję. Gdybym wiedział, że miał takie problemy… – Rozłożył ręce w bezradnym geście, jakby określenie „niesprzyjające okoliczności” wystarczająco definiowało gigantyczny dług, który Conall odkrył po odziedziczeniu tytułu. Istotnie, żaden z nich nie wiedział. Ojciec potrafił po mistrzowsku ukrywać swoją finansową klęskę.

– Dzięki za zrozumienie, Wasza Wysokość. Może jednak książę mógłby coś dla mnie zrobić? Jak zrozumiałem, decyzja nie była jednomyślna. Czy mógłbym poznać nazwiska członków, którzy byli zainteresowani inwestycją? Chciałbym z nimi porozmawiać, namówić, by weszli w ten interes prywatnie, poza klubem. – Wystarczyło, żeby choć paru klubowiczów miało inne zdanie. Krew żywiej popłynęła mu w żyłach, a w umyśle zawirowały liczby. – Nawet już nie wspominając o Waszej Wysokości, moglibyśmy nawiązać prywatne partnerstwo.

Propozycja, skierowana bezpośrednio do księcia, była śmiałym posunięciem, opartym na nadziei, że książę głosował za tym projektem.

Cowden złożył dłonie w piramidkę. Spojrzenie orzechowych oczu zmiękło i Conall poczuł ucisk w żołądku.

– Jestem za stary na takie przygody, Taunton. Chcę już tylko żyć spokojnie i odcinać kupony, czując satysfakcję, że klub pracuje na mnie po tych wszystkich latach, które dla niego poświęciłem. Pragnę się cieszyć wnukami i synami, dopóki siły mi dopisują.

 

Taunton zaśmiał się z niedowierzaniem, maskując rozczarowanie. Niełatwo było nadążyć za tempem życia rodziny Cowdena. Książę spłodził trzech synów, z których najstarszy ożenił się siedem lat temu i zadbał, by jego żona Helena urodziła czterech synów, co działo się w dwuletnich odstępach, jak w zegarku. Teraz drugi książęcy syn miał się ożenić i z pewnością rodowa kołyska zyska nowych lokatorów.

Mężczyźni z rodziny Cowdenów wiedzieli, jak spełniać rodowe powinności. Z wyjątkiem Fortisa, trzeciego z rzędu, który był niemal w tym samym wieku co Conall.

Fortis robił błyskotliwą karierę wojskową i odpowiednio się ożenił, lecz nie widział swojej żony od czasu miodowego miesiąca, czyli od… sześciu lat.

Conall odchrząknął.

– Absolutnie rozumiem, Wasza Wysokość. A co z innymi członkami klubu? – Wiedział, że zachowuje się zbyt nachalnie, ale taka okazja mogła już się nie powtórzyć.

– Był tylko jeden – odparł książę, przyznając tym samym, że bardzo liberalnie traktuje pojęcie większości.

Jednak ten jeden głos miał wiele do powiedzenia.

Cowden odetchnął głęboko, jakby wciąż się wahał.

– Nie wiem, czy ci pomogę, ujawniając jego tożsamość – powiedział wreszcie. – Ten inwestor nie jest zwykłym klubowiczem. Początkowo nie byłem przekonany, czy należy pozwalać na członkostwo takim osobom, lecz ten ktoś okazał się lojalny i pożyteczny. – Wbił w niego przenikliwe spojrzenie. – Chciałbym dla ciebie jak najlepszego inwestora, żebyś nie doznał porażki.

– Zdążyłem się z nimi oswoić – rzucił bez ogródek. – Wciąż wierzę, że karta mi się odwróci, ale tak się nie stanie, gdy nic nowego się nie wydarzy. Wtedy na pewno przegram. – Bez nowego kapitału groziło mu bankructwo. A przecież w przyszłym roku czekają go koszty debiutanckiego sezonu Cecilii, jego siostry, i modły słane do nieba, by miała posag. Musiał też opłacać naukę młodszego brata Freddiego, a lista niezbędnych w posiadłości napraw przyprawiała go o ból głowy. Dlatego nie ruszy się z tego pokoju bez nazwiska inwestora.

– Niech Wasza Wysokość mi zdradzi, kto to jest, żebym sam mógł ocenić, czy da się z nim zrobić interes – powiedział z naciskiem.

Nie zniechęciły go ostrzeżenia księcia, że będzie miał do czynienia z tajemniczym inwestorem, który nie pojawiał się na spotkaniach i głosował korespondencyjnie, zaś jego jedyną rekomendacją było bankowe konto. Aż dziwne, że Klub Prometejski gotów był w tym przypadku złamać swoje zasady. Najwidoczniej ów ekscentryk musiał być biznesowym geniuszem, któremu wybaczano jego dziwactwa.

W spojrzeniu księcia znów pojawił się namysł.

– Waham się nie tylko ze względu na ciebie – rzekł wreszcie, wziął z biurka kartkę, napisał na niej trzy słowa i pchnął ją w jego kierunku.

Conall przeczytał:

Markiza di Cremona

– To markiza? Kobieta? Cudzoziemka. Myślałem, że Klub Prometejski przyjmuje wyłącznie utytułowanych mężczyzn.

– Zgadza się. – Książę nieznacznie wzruszył ramionami. – Robi interesy jako Phillip Barnham.

– I Wasza Wysokość trzyma jej istnienie w tajemnicy? – Conall był pod wrażeniem ogromnego zaufania, jakim obdarzył go książę, które niemal bez reszty było zarezerwowane dla członków jego rodu.

– To kobieta, które prowadziła wystawne, lecz niefortunne życie, a społeczeństwo osądziło ją za to surowo. Jeśli zdradzę jej tajemnicę, a teraz i ty jesteś do niej dopuszczony pod rygorem milczenia, to wszystko straci, a jej dalsze losy będą… pełne bólu i smutku.

Conall zrozumiał, że zarząd klubu nie wiedział, z kim ma do czynienia.

– Wielka Wystawa Światowa zawdzięcza swój sukces wysiłkowi wielu ludzi, w tym także tej damy, która działając pod pseudonimem, sprawiła, że zostały tam pokazane kluczowe wynalazki z Kontynentu – dodał Cowden.

Conall wiedział, że książę też bardzo się zaangażował w organizację Wystawy. Nic dziwnego, że zrobiły na nim wrażenie koneksje markizy i jej talent do interesów. Dzięki takim rekomendacjom została tajnym partnerem Klubu Prometejskiego.

– Nie chciałbym, Taunton, by została zdemaskowana, a zarazem pragnę ci pomóc. Teraz rozumiesz moje wahanie, prawda?

Conall nie mógł sobie pozwolić na luksus wątpliwości. Nie teraz, kiedy czekali na niego ludzie i siedemdziesiąt pięć alpak. Skoro Cowden ufał markizie, on także mógł jej zaufać. Zresztą nie miał innego wyboru. Pozostał mu tylko ruch do przodu.

– Jak mogę się z nią skontaktować?

– Masz szczęście. – Cowden uśmiechnął się szeroko. – Jest dziś u nas na herbatce. Siedzi w salonie z moją żoną i synową.

Conall zastanawiał się, co z tym wspólnego może mieć szczęście.

Książę odchrząknął, jakby odgadł jego myśli.

– Markiza na zaproszenie mojej synowej przybyła tu na ślub Ferrisa.

Conall przypomniał sobie tę synową, które urodziła już czterech męskich potomków.

Książę zniżył głos.

– Jest jeszcze coś, co powinieneś wiedzieć. Markiza ma… nazwijmy to… swoistą reputację, ale obie panie znają się jeszcze ze szkolnych czasów. – Rozłożył ręce w geście rozkosznej bezradności.

Taunton pojął w lot, o co chodzi. Synowa, która urodziła czterech sukcesorów, najpewniej zasłużyła sobie na pewną swobodę w doborze przyjaciół, zwłaszcza że markiza zarabiała pieniądze dla księcia.

Jednak Conall nie miał żadnych problemów z reputacją przyszłej biznesowej partnerki i inwestorki. Ważne, żeby podżyrowała mu pożyczkę na przędzalnię wełny, a reszta nie miała znaczenia. Jadąc do Londynu, poprzysiągł sobie, że użyje wszelkich sposobów, by dopiąć swego.

Wstał i uścisnął dłoń Jego Książęcej Mości.

– Dziękuję za pomoc. Zajrzę do pań, zanim wyjdę. – Taką miał żelazną zasadę w interesach: jeszcze nigdy nie wyszedł ze spotkania bez załatwienia swojej sprawy. Co prawda został odprawiony z kwitkiem przez Cowdena i jego klub, ale zaproponowano mu nagrodę pocieszenia. I zamierzał ją przyjąć.

– Och, małżonka by mi nie wybaczyła, gdyby się dowiedziała, że tu byłeś, ale nie wpadłeś do niej na chwilę. – Książę stał się wręcz jowialny, gdy miał już z głowy kłopotliwą sprawę. – Mam na nadzieję, że zobaczymy się na ślubie Ferrisa?

– Oczywiście, że się zjawię. Czy Fortis dostanie przepustkę na wizytę w domu? – Dobrze by było znów zobaczyć starego przyjaciela. Ślub był zaplanowany na koniec tygodnia i Fortis może jest już w drodze.

– Niestety nie. Płynie wraz ze sprzymierzonymi wojskami Dunajem do Sewastopola. Takie są ostatnie wieści od niego. – Uśmiechał się, ale Taunton dostrzegł troskę w jego oczach. Mimo całego bogactwa i wpływów był tylko człowiekiem, ojcem martwiącym się o swojego syna. A Fortis Tresham od lat przyprawiał rodziców o ból głowy. Był szaleńczo odważny i lekceważył ryzyko, dzięki czemu bardzo go ceniono w armii, a zarazem stał się jednym z najbliższych przyjaciół Conalla. Niestety był też najgorszym z mężów. Conall zastanawiał się, jak Avaline znosi jego wieloletnią nieobecność, lecz nigdy nie ośmielił się spytać.

– Fortis jest dobrym żołnierzem, Wasza Wysokość, i nic mu się nie stanie. – Conall uśmiechnął się. – Zwłaszcza że jest z nim Camden Lithgow. Spokoju i rozwagi starczy u niego za dwóch. – Lithgow był jego kolejnym przyjacielem, wnukiem hrabiego, który zamiast umościć sobie wygodne życie dzięki rodzinnym koneksjom, poszedł własną ścieżką kariery. – Jeszcze raz dziękuję za wszystko. – Pożegnał się i zszedł na dół. Znał to miejsce i nie musiał pytać lokaja od drogę czy prosić o wprowadzenie do salonu.

Nie łudził się, że wszystko pójdzie jak po maśle. Wybór inwestora był niekonwencjonalny. Chodziło o kobietę, która funkcjonowała na granicy towarzyskiej akceptacji, a jej jedynym oparciem był książę wraz ze swoją familią. Sam by jej nie wybrał, ale w ostatnim roku cały jego świat stanął na głowie i każde wyjście było dobre.

Usłyszał kobiecy śmiech dobiegający zza drzwi salonu. Trzy damy tworzyły małe towarzyskie kółko. Dwie z nich znał, a trzecią miał zaraz poznać. Wszedł i od razu skierował na nią spojrzenie.

Należała do kobiet, na które każdy mężczyzna zwróci uwagę wśród tłumu. Jasne włosy były złociste o platynowym odcieniu i wspaniale się komponowały z alabastrową cerą podszytą leciutkim rumieńcem. Ten ledwie dostrzegalny rumieniec sprawiał, że wyglądała młodo i równie świeżo jak jej piękna, lawendowa suknia z muślinu.

Mogłaby uchodzić za uosobienie wiosny, gdyby nie oczy niebieskie jak szafiry, o spojrzeniu równie twardym jak te klejnoty. Te oczy opowiadały zupełnie inną historię. Historię kobiety, która zna życie nie tylko salonowe. Spojrzenie Conalla zatonęło w tych chłodnych jeziorach wiedzy, zniewolone śmiałością rzadko spotykaną na angielskich herbatkach. Czyżby się go spodziewała? Czy była przygotowana na to spotkanie? Może nawet prosiła o nie? Conall miał niemiłe poczucie, że markiza skądś go zna. Sam z pewnością zapamiętałby tę kobietę, nawet gdyby ją widział tylko raz. Musiała się spotykać z zazdrością innych kobiet. Nic dziwnego, że socjeta tak ostro ją oceniała.

Księżna wstała i ujęła go pod ramię.

– Taunton, jaka miła niespodzianka. – Naprawdę? Miał wrażenie, że czekano na niego, a ta cała herbatka była częścią spisku, który miał doprowadzić do jego spotkania z markizą. – Pozwól, że ci przedstawię naszego gościa. Helenę, żonę Fredericka, już znasz.

Helena wstała, by pocałować go w policzek, i wtedy Conall do końca zrozumiał, dlaczego książę zezwolił, by zaprosiła tak skandalizującego gościa. Przyszła księżniczka Cowden znów była w ciąży, zresztą już zaawansowanej. Dobrze, że ślub Ferrisa miał się odbyć w przyszłym tygodniu, bo jeszcze chwila, a nie mogłaby wziąć w nim udziału.

– Pięknie wyglądasz – skomplementował ją i wcale nie kłamał. Frederick był szczęściarzem. Conall poczuł smutne ukłucie zazdrości. Frederick miał wszystko, czego potrzebowała żona i czego oczekiwała jej rodzina. Conall mógł tylko ofiarować uczucie, zadłużony tytuł i podupadającą posiadłość. Nie miałby jak wyposażyć syna, a co dopiero czterech.

Helena z ciepłym uśmiechem zwróciła się do markizy:

– Sofio, pozwól, że ci przedstawię wicehrabiego Tauntona, przyjaciela rodziny. Wicehrabio, poznaj moją ukochaną przyjaciółkę, markizę di Cremona.

Buongiorno, La Marchesa. – Conall z ukłonem ucałował jej dłoń, nie spuszczając oczu z twarzy. Kiedy ją tytułował, w niebieskich oczach przemknął cień. Wolała nie używać tytułu? Gorzki uśmiech przyczaił się w kącikach ust, lecz szybko go stłumiła. Dobrze znał to uczucie.

Zaśmiała się lekko, słysząc jego włoski.

– Nie musi się pan starać, wicehrabio. Jestem równie angielska jak pan. – Jej uśmiech pogłębił się. – Widzę, że jest pan zaskoczony, ale tym bardziej nie warto nadużywać mojego tytułu, bo tylko wprowadza zamieszanie. – Z zabawną naganą zerknęła na Helenę. – Tutaj jestem Sofią, mój przyjacielu, po prostu Sofią. Helena dla przyjaciół także nie jest lady Brixton.

Conall wątpił, by ta kobieta była zwykłą arywistką, po trupach dążącą do wyższego statusu społecznego. Skrycie i z nadzieją zerknął na jej dłonie. Był tylko jeden sposób, żeby Angielka mogła uzyskać włoskie szlachectwo. Dłonie miała eleganckie, smukłe, bez pierścionka czy obrączki. A jednak posiadała tytuł. Powiało tajemnicą i lekkim skandalem, o którym wspominał książę: małżeństwem angielskiej kobiety z kontynentalnym markizem.

Sofia splotła dłonie, ukrywając brak pierścionka, myśląc przy tym, że wicehrabia okazał się bardziej podejrzliwy, niż się spodziewała.

– Mówiono mi, lordzie Taunton, że jesteś zainteresowany importem alpak. – Nie spuszczała z niego wzroku, kiedy usiadł i nalano mu herbaty. Spojrzenie miała tak samo śmiałe i wnikliwe jak słowa. Kogo w nim zobaczyła? Człowieka, któremu może powierzyć swoje pieniądze? Człowieka biznesu z pomysłem na dobry interes?

No cóż, trzeba rozpocząć grę. Conall odwzajemnił spojrzenie w równie badawczy sposób. Pragnął już na początku dać do zrozumienia, że nie da sobie wejść na głowę. Owszem, rozpaczliwie potrzebuje kapitału, ale nie będzie się przed nią płaszczyć. W końcu chodziło także o reputację jego rodu.

Wypili herbatę i na moment zapadła cisza, ale po chwili markiza uśmiechnęła się do niego, a w niebieskich oczach pojawił się wyzywający błysk.

– Może pospacerujemy po ogrodzie, a przy okazji wyjaśni mi pan szczegóły swojego przedsięwzięcia? W ten sposób oszczędzimy księżnej i lady Brixton nudnych rozmów o interesach. – Wstała, jakby znała odpowiedź.

Ale czyż mógłby odmówić?

 

– Z największą przyjemnością. – Wiedział, że czeka go trudny egzamin. Wszystko, co od tej chwili powie czy zrobi, będzie miało znaczenie dla jego przyszłości. Podał markizie ramię. – Idziemy?