Odważna panna Elise

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Bronwyn Scott
Odważna panna Elise

Tłumaczenie:

Krzysztof Dworak

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Doki Blackwell, stocznia Suttonów,

Londyn, połowa marca 1839 roku

Dobrali się do niej. Dobrali w prawdziwie królewskim stylu. Elise Sutton zmięła list w dłoni i wlepiła wzrok w ścianę gabinetu. Podobnie jak pozostali inwestorzy, rodzina królewska wycofała w końcu swój patronat. Z przykrością przyjęli wiadomość o śmierci jej ojca, ale to nic nie zmieniało. Podobnie jak wszyscy inni, oni także odczekali uprzejmie przyzwoity okres, by ją o tym poinformować. Sutton Yacht Company znajdowała się na skraju bankructwa wskutek tragicznej i nagłej śmierci założyciela, sir Richarda Suttona, sześć miesięcy wcześniej.

Niestety późniejsze funkcjonowanie firmy było rodzajem złudzenia. Wszystko wskazywało na to, że zmarła wraz z właścicielem, tylko nikt nie poinformował o tym Elise. Najwyraźniej uprzejmość nakazywała, by pozwolić jej wstawać o świcie i codziennie przez szesnaście godzin tyrać. Harowała, wertując księgi rachunkowe i namawiając inwestorów, którzy i tak zamierzali ją opuścić. Wyciskała siódme poty na darmo, co uchodziło za wyświadczaną jej przysługę.

Do diabła z taką uprzejmością! – przeklęła w duchu. Takie słowa nie powinny przejść żadnej damie nawet przez myśl, ale zdaniem socjety od jakiegoś czasu do dam już nie należała. Zgodnie z przyjętym przez towarzystwo obyczajem damy nie projektowały jachtów, nie zajmowały się arytmetyką i zdecydowanie nie zrzucały żałoby o pół roku za wcześnie, by ocalić idący na dno rodzinny interes. Damy miały godzić się na nieuniknione z dłońmi skromnie złożonymi na podołku i wyprostowanymi ramionami.

Skoro więc tak zachowywały się damy, ona w istocie do nich nie należała. Ostatnie siedem lat pracowała wraz z ojcem, a firma była na równi jej, co jego. Zżyła się z nią i nie zamierzała jej oddać bez walki.

Inwestorzy jednak odeszli. Dokerzy i brygadzista też wkrótce zrezygnowali. Od wieków kobiety na pokładzie były uważane za zły omen i żadne zapewnienia nie były w stanie ich odwieść od podjętego postanowienia. Nawet matka ją opuściła. Odgrywając zrozpaczoną wdowę, Olivia Sutton po uroczystościach pogrzebowych wyjechała na wieś i wszelka wieść o niej zaginęła. Prawie.

Elise odpowiadała ciekawym, że matka bardzo źle przyjęła śmierć męża. W głębi ducha była jednak przekonana, że daje sobie radę doskonale. Zdecydowanie za dobrze. Życie na wsi bowiem utkane było z uroczych spotkań przy kartach oraz proszonych kolacji.

Matka czuła ogromną wdzięczność do Richarda Suttona. Za tytuł. Sir Richard dwa lata wcześniej otrzymał szlachectwo w uznaniu zasług dla Royal Thames Yacht Club. Praca męża nigdy jej jednak w najmniejszym stopniu nie zajmowała. To ona właśnie sprawiała, że był wiecznie nieobecny. Ich małżeństwo już od lat opierało się na wygodzie. Olivia z radością pozostawiła zajmowanie się firmą córce i synowi, którzy musieli zmagać się z prawnikami, wierzycielami i wszelkiego innego autoramentu personami, które krążyły wokół dóbr zmarłego jak sępy.

W palcach Elise pękł już piąty tego dnia ołówek. Trzask zwrócił uwagę jej brata, który dotąd wyglądał oknem na stocznię.

– Aż tak źle? – zapytał.

Odsunęła drzazgi na kupkę w rogu biurka.

– Znacznie gorzej – odparła i podniosła się, by dołączyć przy oknie do Williama. Zazwyczaj tętniące życiem podwórze świeciło pustkami i tonęło w głuchej ciszy. Elise nie była jeszcze w stanie się do tego przyzwyczaić. – Sprzedałam wszystko, co mogłam.

Nie chciała pozbywać się stoczni. Nie znała się na niczym innym. Gdzie miałaby się podziać, skoro już nie mogłaby przychodzić i projektować tu jachtów? Sprzedaż stoczni przypominała jej sprzedaż własnej duszy. Co zresztą już według socjety uczyniła, gdy podążyła za ojcem, zarzucając życie, jakie powinna wieść każda majętna panna.

William westchnął i przeczesał palcami płową czuprynę gestem tak przypominającym ich ojca, że Elise poczuła ścisk w gardle. Brat w swym dziewiętnastym roku życia był jego szczuplejszą i wyższą wersją i stanowił żywe przypomnienie ich bolesnej straty.

– Ile nam brakuje?

– Dwunastu tysięcy – odparła zdławionym głosem. Jedynie szlachta mogła dysponować kwotami tego rzędu. Elise wspomniała zmięty list. Bardzo liczyła na wsparcie rodziny królewskiej.

William gwizdnął.

– To już nie są drobne.

– Może ożenisz się z jakąś dziedziczką? – Elise szturchnęła brata, zdobywając się na żartobliwy ton. William nie kochał firmy jak ona, ale ojca przeciwnie. Wspierał siostrę ostatnimi miesiącami, odwiedzając ją przy każdej okazji, kiedy tylko nie musiał zajmować się uwielbianymi studiami.

– Mogę rzucić naukę – zaproponował poważnie. Był na trzecim semestrze w Oksfordzie i pławił się w akademickiej atmosferze. Nie pierwszy raz to zaproponował, ale Elise nie chciała nawet o tym słyszeć.

– Nie ma mowy. Ojciec chciał mieć wykształconego syna – odparła surowo. – A i tak by nas to nie uratowało.

Doceniała to, ale te pieniądze niewiele by zmieniły. Choć była to szlachetna ofiara, poszłaby na marne.

– A co z inwestorami? Może zgodziliby się na zaliczkę? – podsunął William. Elise pokręciła głową.

– Wszyscy odeszli. Nikt nie chce wkładać pieniędzy w przedsiębiorstwo niezdolne do produkcji.

Niestety to właśnie z ich powodu byli teraz w takich tarapatach. Ojciec nie miał długów, ale też nie opływał w majątek. Inwestorzy nie tylko zrezygnowali, ale też zażądali zwrotu dotychczasowego wkładu finansowego, nie wierząc w pomyślne zakończenie budowy.

Jacht spoczywał w doku przed ich oczami, zaplanowany z licznymi nowatorskimi rozwiązaniami, był na wpół ukończony, ale prawie zapomniany. Ostatnie tygodnie dowiodły racji inwestorów. Materiały nabyte za ich pieniądze leżały opuszczone w smętnych stertach pod plandekami.

– Szkoda, że nie chcieli przyjąć spłaty w drewnie i paku – burknęła. – Tego nam nie brakuje.

William spojrzał na nią zamyślony.

– Mamy całe potrzebne zapasy?

– Tak. Ojciec kupuje… kupił… – poprawiła się – …wszystko z góry. Tak budowa idzie sprawniej i nie musimy się martwić, że czegoś zabraknie w kluczowym stadium.

William pokiwał głową z nieobecnym wyrazem twarzy, pochłonięty gonitwą myśli.

– A ile byłby wart ten jacht?

Elise uśmiechnęła się gorzko.

– Dość dużo. Wystarczyłoby z nawiązką.

Nie chodziło tu o samą łódź, na pewno posypałyby się inne zamówienia. Jacht to prototyp. Ujrzawszy go, bogaci panowie zapragną podobnych na własność. Liczenie wymarzonych funtów na nic się jednak teraz zdało.

– Mogłabyś dokończyć tę łódź – podsunął William.

Zmarszczyła czoło i popatrzyła uważnie na brata. Czy to miał być żart? – zastanawiała się. Miała wrażenie, że brat wcale jej nie słuchał.

– Ja nawet nie wiem, którą stroną młotka przybija się gwoździe! – zripostowała. – A jakoś nie widać przy łodzi robotników ani brygadzisty.

Natychmiast pożałowała sarkazmu. William wydawał się dotknięty. Elise nie chciała wyładowywać na nim swojej frustracji. Wiedziała, że brat też cierpi. Świetnie rozumiał, co na pogrzebie mówiono za jego plecami. „To jego syn, ale jest za młody, żeby przejąć interes. Gdyby miał choć dwa lata więcej, wszystko by się ułożyło”. Zaraz potem przychodziły inne nieprzyjemne spekulacje. „Szkoda, że córka nie wyszła za mąż. Mężczyzna wiedziałby, co robić”. Dla kumoszek o ciasnych horyzontach mąż stanowił rozwiązanie wszystkich problemów.

– Przepraszam, Williamie. – Elise położyła miękko dłoń na jego nadgarstku. – Ale to dobre w teorii. Nawet gdybym miała ludzi, nie umiałabym ukończyć budowy. Nowinki wymagają wiedzy mistrza szkutniczego.

Z ojcem poradziliby sobie bez specjalisty, ale żaden robotnik nie słuchałby poleceń kobiety, choćby nawet ona sama zaprojektowała łódź.

Znalezienie wykonawcy to kwestia najistotniejsza. Poza swoim ojcem Elise nie poznała nikogo dostatecznie wykwalifikowanego. Mimo swego talentu była, jako kobieta, wykluczona z zawodowych kręgów. Dotąd nie przeszkadzało jej to zbytnio. Ojciec udostępniał jej wszelkie możliwości rozwoju, choćby nawet i anonimowego. Nie zastanawiała się nad przyszłością. Nie miała powodu: ojciec nie miał jeszcze pięćdziesięciu lat, cieszył się doskonałym zdrowiem i był u szczytu kariery. Nie zdawała sobie sprawy, jak wątła jest nić, która pozwalała jej realizować pasję, póki ona nie pękła w jednym nieszczęśliwym wypadku.

– A gdybym go dla ciebie zdobył i ukończyłabyś jacht?

Ukończyć jacht? – pomyślała z nadzieją. Idea wydawała się szalona, ale wystarczyła, żeby Elise zaczęła się bawić w najniebezpieczniejszą z gier – gdybanie. Gdyby znalazła brygadzistę, znaleźliby się robotnicy. Gdyby robotnicy przyszli, zdołałaby im zapłacić kwitami dłużnymi na poczet przyszłych przychodów ze sprzedaży jachtu. To dałoby się zrobić. Pracy zostało na mniej niż miesiąc. Był marzec, jacht byłby gotów, nim socjeta zjechałaby się na sezon do miasta. Myśli Elise pędziły szaleńczo. Na dokładkę, gdyby ukończyli łódź, inwestorzy zaraz by wrócili. A wtedy możliwości byłyby równie nieskończone, jak jej wyobraźnia.

– Odparłabym, że wracamy do gry – rzekła powoli Elise, kierując myśli na powrót ku teraźniejszości. Skonstruowanie jachtu stało się naraz bramą do przyszłości, w której firma jest ocalona. W której Elise jest ocalona. Wszystko rozbijało się o znalezienie mistrza szkutniczego.

– Kiedy możemy się z nim spotkać?

William otworzył zegarek z dewizką i popatrzył na tarczę.

 

– Mniej więcej w tej chwili, ale lepiej weź z sejfu pistolet ojca.

– Pistolet? Po diabła mi on? – Co to za inżynier, że na spotkanie trzeba sposobić broń? Stocznia była raczej bezpieczna. Doki otaczał wysoki mur, a rozstawieni strażnicy płoszyli nieproszonych gości. Za murami rozciągał się inny świat, lecz tu Elise czuła się u siebie. Znała doki jak własną kieszeń, przemierzała je z ojcem przy niezliczonych okazjach ku ustawicznemu zgorszeniu matki.

Skoro jednak brat tak się o nią troszczył, nie chciała mu sprawić zawodu. Sprawdziła, czy pistolet jest gotów do strzału.

– Ponowię pytanie – podjęła. – Na co mi broń? Nigdy dotąd jej nie potrzebowałam.

William uśmiechnął się szeroko.

– Tym razem może się okazać nad wyraz przydatna.

Żeby nie przedłużać sporu, Elise zabrała pistolet. Ani przez chwilę nie wierzyła, że będzie musiała po niego sięgnąć.

Pół godziny później musiała poważnie przemyśleć wcześniejsze stanowisko. Powóz zatrzymał się przed tawerną przy Cold Harbour Lane, pod szyldem głoszącym złowieszczo Pistolet.

Podobnie jak w większości ulic w londyńskim East Endzie było tu tłoczno i ruchliwie. W roju robotników portowych i fabrycznych, którzy na własnych plecach dźwigali odpowiedzialność za dobrobyt miasta, panował wielki ścisk i zaduch. Elise nie była tym jednak w najmniejszym stopniu onieśmielona. Zawahała się dopiero, kiedy niemal od razu, gdy opuściła powóz, drzwi Pistoletu rozwarły się gwałtownie i prosto na nią wystrzelił z nich pochylony, nieznajomy mężczyzna. Bez wątpienia przewróciłby ją, gdyby nie oparła się plecami o powóz, którego domniemany napastnik, mimo niemałego pędu, nie był już w stanie odepchnąć z drogi.

Nie przewróciła się, ale powóz nie okazał się równie miękki, co solidny. Rozpędzone ciało nieznajomego przygwoździło ją. Dla zamortyzowania uderzenia mężczyzna oparł się na rękach, niemal otaczając Elise ramionami. Zderzenie było mocne i nieprzyzwoite, a w zamieszaniu, gdy oboje starali się odzyskać równowagę, mężczyzna nie omieszkał raz po raz, niby mimochodem, zerkać w jej dekolt.

On pierwszy stanął pewnie na ziemi i wydał okrzyk podziwu, od którego prawie popękały jej bębenki.

– Co za dzień! Jesteś bez dwóch zdań najpiękniejszą poduszką, na jakiej miałem okazję złożyć głowę!

– Nie radziłabym z niej korzystać – odparła cierpko, wyciągając pistolet i patrząc na nieznajomego bez mrugnięcia. Odwzajemnił się jej spojrzeniem głęboko błękitnych oczu.

Dotyk jego ciała nie był dla niej całkiem przykry. Delikatny aromat whisky mieszał się w doskonałych proporcjach z zapachem mydła, tworząc niezwykle męską aurę. Mimo to Elise nie pozwoliła sobie na zbyt długie podziwianie estetyki ich gwałtownego zetknięcia. Kultura nakazywała, by bezzwłocznie oddalił się na przyzwoitą odległość.

– Proszę się cofnąć – zażądała, zastanawiając się, gdzie się podział jej brat. Chwilę temu stał tuż obok.

– Raczej nie chcesz go zastrzelić – doszedł ją znajomy głos. Ze zdumieniem dosłyszała w nim nutę rozbawienia. Skoro wcześniej chciał wykazać się opiekuńczością, reagował z niepojętą opieszałością.

– Więc pewnie powinnam zastrzelić ciebie, Williamie – odparła przez zęby i spojrzała na niego z ukosa przez ramię natręta. Spróbowała go odepchnąć, ale napotkała pod dłońmi niezłomny opór potężnej piersi. – Zejdzie pan ze mnie w końcu?

– W końcu pewnie tak. Doświadczenie wskazuje jednak, że kobiety nie lubią mężczyzn, którzy robią to przedwcześnie. O ile dobrze się rozumiemy.

Zrobił krok w tył, lustrując ją rozbawionym wzrokiem. Zrozumiała go dobrze. Nie zamierzała nagradzać jego prostackich insynuacji wstydliwym rumieńcem. Lata w towarzystwie robotników portowych uodporniły ją na podobne barwne aluzje, które zresztą w firmie ojca były w jej obecności surowo zakazane. Ojciec starał się ją chronić, ale choćby nie pragnął niczego innego, nie mógłby wyplenić całego grubiaństwa w dokach.

– Elise – włączył się William – pozwól, że dokonam prezentacji. Masz przed sobą Doriana Rowlanda.

Nazwisko wyrzekł z taką emfazą, jakby starczało za całe wyjaśnienie.

Elise przyjrzała się krytycznie. Miał ogorzałą twarz i długie, związane rzemieniem włosy, wypłowiałe w słońcu dalekich krajów; w Anglii pogoda nie bywała aż tak łaskawa. Złapała się na tym, że zazdrości mu naturalnego, nieokrzesanego wdzięku, nim dotarło do niej znaczenie słów brata. Czy ten mężczyzna mógłby kogokolwiek ocalić od ruiny?

Drzwi tawerny rozwarły się ponownie, ukazując trzech drabów uzbrojonych w pałki. Rowland popatrzył za siebie.

– Moglibyśmy dopełnić prezentacji w powozie?

Słońce wciąż jeszcze oślepiało opryszków, którzy usilnie kogoś wypatrywali. W tym momencie wzrok zbirów padł na dopiero co poznanego mężczyznę.

– Tam jest! Nie uciekniesz! Halsey chce swoją forsę!

– Chodź, Elise, jedziemy. – William wepchnął ich do pojazdu i rozkazał woźnicy ruszać z kopyta. Dopiero wtedy zatrzasnął za sobą drzwiczki. Powóz zakołysał się i przyspieszając, zaturkotał, gdy woźnica znalazł miejsce na ruchliwej ulicy.

– Co to byli za ludzie? – rzuciła Elise, ryzykując spojrzenie przez okno. Natychmiast cofnęła głowę, a ciśnięty kamień odbił się od kabiny. Poniszczą farbę – przemknęło jej przez głowę. Kolejny wydatek, na który nie było ją stać.

– Trzeba wam wiedzieć, że za mną nie przepadają. – Dorian Rowland, kimkolwiek był, uśmiechał się niefrasobliwie. Lecz to nie w jego powóz waliły kamienie.

Elise popatrzyła wilkiem na nowego znajomego. William musiał się co do niego mylić.

– No to jest nas czworo – odparła.

Jego donośny, szczery śmiech wypełnił kabinę.

– Nie martw się, księżniczko, zyskuję przy bliższym poznaniu.

ROZDZIAŁ DRUGI

W opinii Doriana Rowlanda zamieszanie przy powozie było całkiem niepotrzebne. Niektórym ludziom zwyczajnie brakowało zdrowego rozsądku. Oczywiście spóźniał się ze spłatą, ale zawsze regulował zobowiązania i Halsey o tym wiedział. Następny transport, który akurat starał się wynegocjować, kiedy przeszkodziły mu te zbiry, pozwoliłby w przeciągu tygodnia z łatwością spłacić dług.

Powóz zatoczył się kołem w rynsztok, obryzgując szlamem trzyosobową brygadę pościgową. Dały się słyszeć soczyste przekleństwa rezygnujących z pogoni łotrów. W sam raz dla nich, pomyślał Dorian. Zasługiwali na deszcz nieczystości, tak samo jak on zasługiwał na przejażdżkę wykładanym pluszem powozem w towarzystwie eleganckiej damy i jej brata, dżentelmena.

Damy nie znał. Miał pamięć do ładnych kobiet, a tę zapamiętałby bez najmniejszych wątpliwości: czarne aż atramentowe włosy, czujne zielone oczy i biust, za który dałby się pokroić. Młodego człowieka Dorian też sobie nie przypominał, choć było w nim coś znajomego. Wyraźnie oczekiwano, że go rozpozna. Próbował przywołać w myślach ostatnie przyzwoite przyjęcie, na którym gościł. W przypadkach niepewnej tożsamości zwykle należało blefować – a szczególnie teraz, gdy miał przeczucie, że może mu się trafić nie lada gratka. Halsey mógł poczekać.

– A więc jesteś najlepszy? – Księżniczka przemówiła, kształtując słowa wargami stworzonymi do pocałunków. Miała śliczne usta, z którymi nie licował podobny ton głosu. Pytanie zabrzmiało niemal oskarżycielsko. Księżniczka wyraźnie próbowała odgrywać trudną do zdobycia.

Dorian wyszczerzył zęby na myśl o nasuwającej się aluzji. Można było odnieść nawet wrażenie, że poprawił się nieznacznie w siedzeniu, by dobitniej ukazać dwuznacznie oferowane walory, choć nie przyznałby się do podobnie żałosnej próżności.

– Zależy, czego chcesz, księżniczko.

Zasznurowała wargi. Dorian natychmiast pożałował lekkiego tonu. Przeczuwał, że mógł się posunąć o krok za daleko.

– Zatrzymaj powóz, Williamie – rzuciła ostro do młodzieńca, po czym zwróciła się do Doriana z chłodną uprzejmością, dowodząc swej wyższości – Przepraszam, panie… Rowland, dobrze pamiętam? Brat mój musiał się był pomylić. Cieszę się, że ułatwiliśmy panu ujście przed bliskim zagrożeniem, ale czas, by nasze drogi się rozeszły. Poproszę woźnicę, by pozwolił panu wysiąść przy najbliższej przecznicy.

Jak mu było? – usiłował się skupić Dorian. – Właśnie powiedziała. William? Wilson?

Wciąż bezimienny dla Doriana młodzieniec wystąpił w jego obronie.

– Zaczekaj, Elise. Naprawdę jest najlepszy. Posłuchaj mnie choć przez chwilę.

A zatem nie chodziło o matelota na kocyku. Brat księżniczki nie mógł raczej nic wiedzieć o jego umiejętnościach w tym zakresie.

– Daj mu prawo do obrony, proszę. – Brat machał rozpaczliwie ręką i rzucał zdesperowane spojrzenia, dając Dorianowi do zrozumienia, że w każdej chwili może się włączyć. Dorian otworzył usta, żeby go wesprzeć, ale było już za późno.

– Już się wytłumaczył – wypaliła. – Spójrz na niego! Jest rozchełstany i brudny. W środku dnia wdał się w burdę w domu publicznym. A wiemy tylko o ostatnim kwadransie. Kto wie, w czym jeszcze maczał palce?

Miał na końcu języka „w kochance kapitana”, ale tym razem zdążył się w niego ugryźć. Uznał, że ładnie jej było w rumieńcach złości, i ocenił, że sprowokował ją już dostatecznie.

– Chciałbyś powierzyć naszą przyszłość jemu? Wolę nie wiedzieć, skąd go znasz, Williamie.

Szkoda, pomyślał Dorian. Liczył, że William wyjaśni tę sprawę im obojgu. Teraz pozostało mu jedynie dalej się gubić w domysłach. Ostatnie zdanie omal nie wytrąciło go z równowagi. Nawet takiej ślicznotce nie zamierzał dawać prawa do mówienia o nim, jakby go nie było, albo co gorsza, jakby był – ale zaledwie przedmiotem.

– Doprawdy przykro mi przerywać tę uroczą scenkę rodzinnej kłótni, ale zważcie, że nadal tu jestem. – Dorian wyprostował nogi, krzyżując je w kostkach. – Chyba najlepiej będzie, jeśli powiecie mi, w czym rzecz, a ja odpowiedziałbym, czy się tego podejmę. Z doświadczenia wiem, że interesy łatwiej się prowadzi w ten sposób.

Powóz skręcił do doków i zatrzymał się przed żelazną bramą. Wyniosła księżniczka rzuciła Dorianowi szybkie spojrzenie, podając hasło strażnikowi.

– Równie dobrze możesz sam zobaczyć.

Najpierw pistolety, teraz hasła… – zauważył z rosnącym zaciekawieniem. Zastanawiał się, co młoda kobieta robiła w dokach, szastając tajnymi hasłami, jakby się tu wychowała. I dlaczego szukała go, ze wszystkich miejsc pod słońcem, na Cold Harbour Lane?

Nie była w jego typie. Gustował w bardziej śmiałych, wyzywających kobietach, zwykle też zdecydowanie gorzej ubranych. Musiał jednak przyznać, że odwagi jej nie brakowało. W końcu przyszła uzbrojona. Dziewczyna z pistoletem, pomyślał z cieniem podziwu. Nim dotarli do stoczni, jego rozbudzona ciekawość sięgnęła zenitu.

– Oto ona – oznajmiła z dumą, wskazując kadłub regatowego jachtu. – To łódź, którą chcę dokończyć.

Ona chciała dokończyć jacht? – zdumiał się Dorian. Tak się składało, że i jemu jacht by się przydał. Dorian był pod wrażeniem. Zaczął nieśpieszny obchód, starając się zebrać jak najwięcej informacji. Zauważył materiały zebrane wokół suchego doku: beczułki paku, sterty drewna, wiadra gwoździ. Zajrzał pod ciężkie plandeki. Zapasy były świeże i porządnie ułożone. Zdecydowanie nie leżały zbyt długo na powietrzu. Nic nie przegniło ani nie zardzewiało.

Nie uszedł też jego uwadze bezruch. Cokolwiek się stało, wszelkie prace wstrzymano – co było tym bardziej niezwykłe, że nadal brakowało zatrudnienia. Wielu rzemieślników szukało zleceń.

– A dlaczego tu nikt nie pracuje? – zapytał poważniej, stając przed panną Elise Sutton. To już nie była pora na żarty. – Chyba już czas, żebyś powiedziała mi, czego i dlaczego potrzebujesz.

Nagła zmiana postawy Doriana zwróciła jej uwagę. Elise instynktownie zrobiła krok wstecz, pomimo to jej spojrzenie nie straciło nic ze swojej siły, którą zauważył pod tawerną. Była istotnie porywającą kobietą.

– Mój ojciec zmarł niedawno. Pozostawił tę łódź. Zamierzam dokończyć jej budowę i ją sprzedać.

Historia była prosta, ale Dorian nauczył się nie brać niczego za dobrą monetę.

– Niech zgadnę: ekipa odeszła, bo nie ma komu prowadzić firmy? – domyślił się od razu. Sprawa stała się dla niego jasna: brat był za młody, żeby przejąć odpowiedzialność, a kobieta miała za dużo na głowie. Zaczynał sobie przypominać tego chłopaka, Williama Suttona. Imię wraz z nazwiskiem brzmiało bardziej znajomo. Pamiętał przyjęcie w domu niedaleko Oksfordu zeszłej jesieni. Być może zetknęli się właśnie tam, w czasie jednej z przelotnych ekskursji Doriana na peryferie socjety.

– Tak, mogę cię jednak zapewnić, że mam wystarczające doświadczenie…

 

Dorian przerwał jej, podnosząc dłoń, i pokręcił głową.

– Wystarczy, panno Sutton. Jestem pewien, że masz doświadczenie, ale i tak nikt nie chce dla ciebie pracować. Dla mnie jednak będą, ponieważ jestem mężczyzną, co nie przeszkodzi im wyciągać ręce po twoje pieniądze. Spodziewam się, że przemyślałaś kwestię wynagrodzenia?

Dorian gotów był postawić ostatniego pensa, że właśnie z braku pieniędzy pragnęła sprzedać łódź.

– Z przyszłych wpływów ze sprzedaży – odparła, wyraźnie poirytowana jego przenikliwością.

– Możliwe, że znam paru ludzi skłonnych przystać na te warunki. – Dorian wzruszył ramionami z pozorną obojętnością, choć w głowie miał szaleńczą gonitwę myśli. Potrzebował pięciu doświadczonych cieśli i pewnie tuzina robotników zaznajomionych z drewnem. Opóźnione zarobki oznaczały, że siedemnastu pracowników będzie musiał szukać raczej w nieciekawych miejscach.

– Zechciałbyś może rzucić okiem na plany, nim się podejmiesz zlecenia? – zapytała chłodno Elise. – To nie jest zwyczajny jacht.

Dorian uśmiechnął się pobłażliwie. Nie znał jednostki, której nie umiałby wybudować, doprowadzić do portu ani, jeśli miałby być całkiem szczery, ukraść.

– Potrafię skonstruować twój jacht, księżniczko. Żadne rozwiązania mi niestraszne. Interesuje mnie inna kwestia: dlaczego właściwie miałbym się tego podjąć?

Elise podparła się pod boki i uśmiechnęła sardonicznie.

– Bo potrzebujesz pieniędzy. Te oprychy pod tawerną tyle zdążyły wyjaśnić. Komu jesteś winien? Panu Halseyowi?

Dorian zdusił śmiech.

– Jeszcze nie słyszałem, żeby ktoś tytułował Black Jacka Halseya panem. Mianowano go rozmaicie, ale na pewno nie tak.

– Zapłacę ci sto funtów ze sprzedaży za dokończenie jachtu w terminie.

– Pięćset – zaripostował Dorian. Zamierzał spłacić swoje długi i cieszyć się życiem. Nie poczuwał się do winy za konfiskatę ostatniego ładunku z powodu nieuiszczenia opłat portowych. Mówił Halseyowi, że nie przejdą inspekcji, i miał świętą rację.

– Pięćset? To rozbój w biały dzień! – odparła z oburzeniem Elise.

– Masz w tym doświadczenie, co? – zaśmiał się Dorian.

Elise puściła tę uwagę mimo uszu i nie zmieniła zdania.

– Oczekuję zaledwie miesiąca, panie Rowland. Takich pieniędzy nie zarobiłby pan przez trzy lata uczciwej pracy.

– Kluczowym słowem jest tutaj właśnie „uczciwa”, panno Sutton. – Więcej zarobiłby na następnym ładunku, choć nie dałby głowy, że byłby w całości legalny.

– No, dobrze. Dwieście. – Jej podbródek uniósł się o kilka stopni.

– Pozwolę sobie przypomnieć ci, że to ty przyszłaś do mnie.

– Dwieście pięćdziesiąt.

– Trzysta, do tego trzy posiłki dziennie i tamta szopa do wyłącznej dyspozycji. – Wyciągnął kciuk w stronę przybudówki na obrzeżach podwórza.

Elise zmrużyła oczy.

– A po co ci moja szopa?

– To już nie twoja sprawa.

– Nie będę tolerowała na moim terenie jakiejkolwiek nielegalnej działalności.

– To oczywiste.

– Ani nieprzyzwoitej.

– Wypłynęłaś na mętne wody, panno Sutton. Mam ci wybudować tę łajbę czy nie? – Dorian nie wątpił, że mogliby się cały dzień spierać o naturę „nieprzyzwoitości”.

– Jeszcze nie ustaliliśmy, dlaczego miałabym to powierzyć akurat tobie – odparła oschle.

– Bo budowałem dla paszów i gibraltarskich szmuglerów łodzie, które swobodnie mogłyby stanąć w szranki z każdą krypą z tego twojego Royal Thames Yaht Clubu. Słyszałaś może kiedy o „Queen Maeve”?

Zaszczyciła go błyskiem uznania w oczach.

Dorian zrozumiał, że księżniczka nie tylko potrzebowała pieniędzy, ale też znała się co nieco na łodziach.

– Najszybszy jacht regatowy na Morzu Śródziemnym – rzekł. – Ja ją stworzyłem.

Stworzył i stracił, ku swej rozpaczy. Była jego marzeniem, ale koniec końców, musiał się z nią rozstać. Będą inne łodzie, inne marzenia – powtarzał sobie, choć od powrotu do Anglii żadne się nie pojawiły. Aż do tej chwili. Ten jacht mógł się okazać jego biletem powrotnym na Gibraltar, do życia, które tam zostawił. Tam potrzebował jednak naprawdę szybkiej łodzi.

Przeciągnął palcami po gładkiej, wypolerowanej powierzchni wykończonego fragmentu kadłuba. Jacht miał dobrą linię. Ręce go świerzbiły, żeby sięgnąć po narzędzia i obudzić do życia całą jego elegancję. Postarał się, żeby nie okazać tego po sobie. Wolał wrażenie, że księżniczka jest jedyną zdesperowaną osobą w tym układzie.

– Ty zbudowałeś „Queen Maeve”? – dopytywała się z niedowierzaniem.

– Nie tylko ją, ale ta była moja ulubiona – ujął rzecz łagodnie.

– A nie mówiłem, Elise? Rowland jest najlepszy – wtrącił się po raz pierwszy jej brat, wyraźnie pozostawiając siostrze wszelkie negocjacje. Dorian chciałby go sobie lepiej przypominać.

Panna Sutton zlustrowała go spojrzeniem. Ważyła nadzieję przeciw desperacji, Dorian widział to w jej oczach. Czy mogła pozwolić mu odejść? Uznał, że nie. Równie dobrze jak on zdawała sobie sprawę, że nikt inny się tego nie podejmie. Znała też swoje perspektywy, jeśli postanowiłaby zrezygnować.

Mimo to nieufność nie całkiem ją opuściła.

– Spędziłeś dużo czasu na Morzu Śródziemnym, akwenie bardziej lub mniej znanym z bezprawia.

– Ostatnio mniej – mruknął Dorian pod nosem. Gdyby Brytania nie dokładała takich starań w ujarzmienie mórz, może nadal by tam był. Ujarzmione wody były kiepskie dla interesów, w każdym razie takich, jakie on zwykł prowadzić. Ujarzmione wody zmuszały do kreatywności.

Naburmuszyła się w odpowiedzi na jego wtręt.

– Muszę zapytać, panie Rowland: czy jest pan piratem?

– A jakie to ma znaczenie, jeśli mogę wybudować ten jacht? – Puścił oko. – To pytanie retoryczne, panno Sutton. Oboje wiemy, że jestem twoją ostatnią nadzieją. Zaczynam jutro.

Nie dał jej czasu na odpowiedź i odmaszerował w stronę szopy.

– Jeśli będę potrzebny, znajdziesz mnie w moim biurze – rzucił przez ramię, otwierając drzwi przybudówki.