Kawaler do wynajęcia

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Bronwyn Scott
Kawaler do wynajęcia

Tłumaczenie:

Barbara Ert-Eberdt

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Londyn, czerwiec 1839

Gdyby Nicholas D’Arcy był gorszym kochankiem, a bujna rudowłosa lady Alicia Burroughs osobą bardziej dyskretną, jej mąż nie nakryłby ich in flagranti. Przymiotnik „gorszy” nie pasował Jednak do Nicka, podobnie jak określenie „dyskretna” do lady Burroughs. Właśnie dawała wyraz uznaniu dla jego alkowianych zalet, nie szczędząc głosu, którego siły mogłaby jej pozazdrościć niejedna diva operowa.

Na Lucyfera! Niewątpliwie słyszał ją cały dom. Mało tego, najprawdopodobniej cała okolica! Tylko dzięki łutowi szczęścia Nick złowił uchem wściekły tupot, dobiegający z korytarza, gdy lady Burroughs, wziąwszy uprzednio głęboki wdech, szczytowała nieświadoma grożącego niebezpieczeństwa. Pochlebiał sobie, że dobrze się spisał, a lady Burroughs, jeśli pominąć jej krzyki, była warta zachodu. Kiedy finiszował, leżała wygięta w łuk w poprzek łóżka, rude loki spływały kaskadą z jego krawędzi, odchylona głowa eksponowała szyję. Dyszała ciężko i on też, prawdę powiedziawszy, bo akt miłosny kosztował go niemało wysiłku. Lord Burroughs nie wiedział, co traci. Wkrótce jednak może się dowiedzieć.

– Alicia! – Za drzwiami rozległ się męski głos.

– To Burroughs!

Alicia usiadła przestraszona na tyle, że Nick zaczął się poważnie martwić. Ile miał? Dziesięć sekund? Może piętnaście? Burroughs był potężnej postury, zadyszka nie pozwalała mu biegać. Starczy czasu, by włożyć spodnie, ale nic poza tym. Wyskoczył z łóżka i szybko chwycił porzucone na podłodze spodnie. Wsunął jedną nogę w nogawkę i podskakując na drugiej, zagarniał swoje rzeczy – koszulę, surdut, wreszcie buty, które położył na wierzchu tobołka.

– Mówiłaś, że nie będzie go do poniedziałku!

– Cicho! Chyba nie chcesz, żeby cię usłyszał. Pospiesz się. – Alicia przesunęła na środek łóżka, osłaniając prześcieradłem kremowobiałe piersi.

Nick rozejrzał się po pokoju. Do okna było za daleko, a drzwi zdecydowanie nie wchodziły w rachubę.

– Jest drugie wyjście z garderoby?

Jeśli ma być przyłapany, uznał w duchu, to nie przez tego pompatycznego durnia, który nie potrafi docenić łóżkowych zalet żony. Mrugnął do lady Burroughs i już go nie było. Przejście do drugiej sypialni, sąsiadującej z garderobą, nie trwało dłużej niż dwie sekundy. Tam dobiegł go ryk lorda Burroughsa.

– Gdzie on?!

W twoim pokoju, stary ośle, pomyślał Nick. Nie miał czasu do stracenia. Garderoba będzie pierwszym miejscem, do którego zajrzy wzburzony mąż. Nie był aż tak głupi, by nie zrozumieć, że jedyna droga ucieczki wiodła przez garderobę. Nick wypadł na korytarz i postanowił skryć się w pokoju znajdującym się po stronie domu, wychodzącej na ogród. Cicho zamknął za sobą drzwi. Na razie był bezpieczny, rozłożył więc tobołek i zaczął wciągać buty.

– Millie, to ty? – dobiegło z sąsiedniego pomieszczenia.

Nick zamarł, po czym złapał swoje ubranie i z jedną nogą obutą rzucił się do okna. Niestety, było za późno na ucieczkę. Do pokoju weszła starsza dama w szlafroku. Hrabina wdowa! Nick spostrzegł, że zbiera się do krzyku. Musiał ją uciszyć, a miał na to tylko sekundy. Zrobił jedyną rzecz, jaka mu przyszła do głowy. Wykonał dwa kroki, porwał ją w ramiona i zamknął jej usta pocałunkiem.

Niech go diabli, jeśli ona nie pocałowała go również, i to z języczkiem. Hrabina wdowa, kto by pomyślał? Była to bez wątpienia najmilsza niespodzianka tego wieczoru, bo starsza pani odchrząknęła i powiedziała:

– Młody człowieku, zechcesz zapewne skorzystać z okna. Pergola jest dość stabilna. – Puściła do niego oczko i dodała: – Została wypróbowana.

Dobry Boże, czy lord Burroughs miał pojęcie, co działo się w jego domu? Nick podziękował i nie tracił czasu. Brakowało tylko tego, by pojawiła się owa pokojówka Millie. Musiałby i ją pocałować. Cóż, to i tak lepsze, niż wpaść w łapy Burroughsa, który trzasnąwszy drzwiami, aż tu było słychać, toczył się teraz w dół korytarza. Nick wyrzucił przez okno ubranie i wystawił nogę na zewnątrz, by wypróbować pierwszy szczebelek.

– Wróć, kiedy zechcesz! – zawołała za nim hrabina wdowa. – Pilnuję, by ogrodnik utrzymywał pergolę w dobrym stanie. On myśli, że to dla róż.

Nick uśmiechnął się i wykonał skok w ciemność dokładnie w chwili, gdy Burroughs pukał do apartamentu matki. Hrabinę wdowę czeka rozczarowanie, pomyślał Nick, bo nie zamierzał prędko wracać do tego domu.

Dalsza droga ucieczki była łatwa. Znalazł wyjście z ogrodu i przystanął w wąskich alejkach na tyłach posesji, by całkowicie się ubrać. Jak na razie był bezpieczny, ale nie na długo. Alicia Burroughs nie słynęła z dyskrecji. Jest kwestią czasu, że jej mąż dowie się, kogo gościła w sypialni.

Koszt będzie wysoki. Na szczęście, pocieszył się Nick, Burroughs pozna co najwyżej jego nazwisko. Pod żadnym pozorem nie powinien się wydać jego związek z agencją ani z Ligą Dyskretnych Dżentelmenów, która chociażby z tytułu swojej nazwy powinna bezwzględnie pozostawać w cieniu. Klientkom odpowiadało korzystanie z usług nadzwyczaj sprawnych panów do towarzystwa, lecz nie odpowiadałoby, gdyby ktoś się o tym dowiedział. Gdyby wiadomość o istnieniu ligi i o tym, czym się zajmuje, rozniosła się w Londynie, każdy z nich zostałby poddany bezwzględnemu ostracyzmowi.

Nicholas ruszył wolnym krokiem przed siebie. Nie dojrzał jeszcze do powrotu do Argosy House, głównej siedziby organizacji. Co powie Channingowi Deverilowi? Założyciel ligi będzie bardzo zawiedziony. Dyskrecja była naczelną zasadą działalności, a jej niedochowanie oznaczało koniec przynależności Nicka do ligi oraz niezłych pieniędzy, które zarabiał, a przede wszystkim koniec Nicholasa D’Arcy’ego, najbardziej rozchwytywanego kochanka w Londynie. Kobiety płaciły wielkie sumy, aby zwabić go do łóżka. Napychały mu kieszenie klejnotami, żeby się przekonać, jak daleko posunie się w swojej bezczelności. Zachęcał je, ponieważ potrzebował klejnotów i pieniędzy. Kim by został, gdyby nie był Bezczelnym Nickiem?

Kopnął leżący na trotuarze kamień. Prawdę powiedziawszy, zależało mu na członkostwie w lidze nie tylko z powodu pieniędzy i sławy. Seks był chyba jedyną dziedziną, w której naprawdę był dobry. W dodatku potrafił wykorzystać ten atut z talentem. Dobrze się złożyło, że spotkał na swojej drodze życiowej Channinga Deverila; bez niego sukces byłby niemożliwy. Gdyby nie ten uśmiech losu prawdopodobnie nadal tkwiłby jako pisarczyk w kantorze firmy żeglugowej w dokach i zarabiał o wiele za mało, żeby wystarczyło na pokrycie potrzeb finansowych rodziny.

Obecnie dzięki reputacji, jaką się cieszył, mógł posyłać matce całkiem przyzwoite kwoty. Do dwóch sióstr pisywał sążniste listy o eleganckich przyjęciach, w których uczestniczył, i dzielił się z nimi nowinkami ze świata mody, a przy tym niczego nie zmyślał. Naturalnie, ani matka, ani siostry nie wiedziały, czym się zajmował. Utrzymywał je w przekonaniu, że trudni się interesami. Kalectwo brata wymagało od nich stałego przebywania w domu. Nie będą mogły przyjechać do Londynu i się przekonać, czym w rzeczywistości Nick się para, za co był wdzięczny losowi. Jedno nieszczęście w postaci kalekiego brata wystarczy. Nie mógł złamać matce serca.

Na ulicach pokazały się mleczarki, gdy Nicholas wstępował na frontowe schody Argosy House, budynku na pozór niczym nieróżniącego się od innych domów przy Jermyn Street, w większości zamieszkanych przez zamożnych dżentelmenów w bezżennym stanie. Światła paliły się jedynie w Argosy House. Zebrani w nim panowie będą jeszcze przez godzinę lub dłużej komentowali wydarzenia wieczoru i nocy, zanim udadzą się na spoczynek.

– Dzień dobry, paniczu. – Do Nicka zalotnie uśmiechnęła się mijająca go mleczarka. – Znów wychodził pan na całą noc.

Nicholas ukłonił się i przesłał jej buziaka.

– Dzień dobry, Gracie. – Znał z imienia zarówno mleczarki, jak i domokrążców odwiedzających Jermyn Street.

– Niech pan ze mną nie próbuje dżentelmeńskich sztuczek. Znam się na nich. Zresztą doszły mnie słuchy, że z pana nic dobrego.

Nicka korciło, by zapytać Gracie, co takiego jej opowiedziano, ale dziewczyna zdążyła odejść, kołysząc kształtnymi biodrami. Zaniepokoił się. Czyżby wieści o jego wyczynie u Burroughsów już się rozeszły? Wchodząc do środka, usłyszał dochodzącą z salonu salwę śmiechu. Miło, kiedy człowiek wie, co go czeka, gdy wraca do siebie, pomyślał i uśmiechnął się pod nosem. Argosy House to było obecnie jedyne miejsce, gdzie czuł się swojsko, swobodnie i bezpiecznie. Takich sprzyjających warunków nie miał w domu rodzinnym.

W salonie zastał siedmiu mężczyzn siedzących w niedbałych pozach w fotelach i na sofach. Mieli rozwiązane fulary, rozpięte surduty i kamizelki. W rękach trzymali kieliszki brandy – jedne pełne, inne zapełnione po części. To byli jego koledzy od ostatnich czterech lat, członkowie Ligi Dyskretnych Dżentelmenów.

Pierwszy dostrzegł go Jocelyn Eisley.

– Ho, ho, Nick. Zaczynaliśmy się o ciebie martwić.

Wszystkie głowy zwróciły się w stronę D’Arcy’ego. Rozległy się gwizdy podziwu.

– Będzie o tobie głośno w gazetach. – Amery DeHart zasalutował do połowy opróżnionym kieliszkiem.

– Twoje zdrowie, Nick. – Eisley wskoczył na otomanę z niezwykłą lekkością jak na zażywnego mężczyznę. – Przychodzi mi do głowy wiersz dla uczczenia tego wydarzenia. Nie każdej nocy zdarza nam się bawić u damy w czasie obecności w domu jej męża.

Przez salon przeszedł pomruk wesołości. Nick usiadł na sofie obok DeHarta. Wiersze Eisleya należały do rytuału ich spotkań.

 

– Niech to będzie limeryk! – zawołał Miles Grafton. – Swawolny czyn zasługuje na swawolną formę.

– Dobrze. – Wielki blondas poprosił dramatycznym tonem o uwagę. – Oto moje najnowsze dzieło:

Raz pewien Nick w naszym mieście

Dogadzał w łożu zamężnej niewieście.

W antrakcie szepnęła doń dama owa:

mój mąż niech ze wstydu się schowa

a z nim męskiego rodzaju połowa.

Zakończył występ teatralnym ukłonem.

– To o nas wszystkich – zupełnie niepotrzebnie zauważył Amery. – Wszyscy przyprawiamy rogi godnym pożałowania mężom.

– I niech tak pozostanie – wyraził swoje życzenie kapitan Grahame Westmore, usadowiony w kącie pod kominkiem. – Gdyby mężczyźni z socjety przykładali się do swoich obowiązków, nie mielibyśmy frapującego zajęcia.

Były oficer kawalerii, Westmore, niewiele o sobie mówił, podobnie jak Nick. Nick wiedział o nim najmniej spośród wszystkich obecnych w salonie.

– Powiedzcie, jak wam się podoba mój limeryk? – Eisley zszedł z otomany. – Czy nie jest zręczny? Wyrecytuję go dzisiaj po południu w klubie White’a i założę się, że w porze kolacji będzie powtarzany we wszystkich salonach Mayfair, w największej dyskrecji, naturalnie. Nick, twoja popularność wzrośnie. Gazety będą o tobie pisały Nick the Prick[1].

– Chyba raczej nazwą go Nick of Time[2] – dał się słyszeć ponury głos od drzwi.

Nick skrzywił się z niezadowoleniem na myśl, że Channing Deveril, założyciel ligi, dowiedział się o jego przygodzie. Zdaje się, że mało kto o nim nie słyszał, skoro komentowały to między sobą mleczarki, a i prasa była gotowa podjąć temat. Nick liczył na to, że wiadomość o jego wyczynie jednak nie rozniesie się tak szybko.

– Byłeś o włos od wpadki? – Spojrzenie niebieskich oczu Channinga poszukało wzroku Nicholasa.

– Mimo wszystko udało się jej uniknąć – odparł, wzruszając ramionami.

Uznał w duchu, że Channing chyba nie jest na niego wściekły. W końcu coś takiego mogło się przydarzyć każdemu; przecież to ryzyko zawodowe.

– Pozostaje nam się cieszyć. Wpadnij do mojego gabinetu, porozmawiamy w cztery oczy i zadecydujemy, co powinniśmy uczynić.

Dobre samopoczucie Nicka ulotniło się w jednej chwili – zaczął się martwić.

– O czym mamy decydować? – zapytał, posłusznie wchodząc za Channingiem do gabinetu i siadając po drugiej stronie biurka.

– Co z tobą począć, rzecz oczywista. – Channing spojrzał na niego, jakby miał do czynienia z przygłupem. – Być może za daleko posunąłeś się dzisiejszej nocy.

– W tych sprawach nigdy nie można posunąć się za daleko – odparł ze śmiechem Nick, lecz Deveril nie podzielił jego wesołości.

– Mówię poważnie i ty też spoważniej. To nie rozejdzie się po kościach. Burroughs wyśledzi, że chodzi o ciebie.

– Będzie mógł tylko podejrzewać. Nigdy nie zyska pewności, że to ja.

– Łudzisz się. Niech no tylko zaczną krążyć limeryki zatytułowane Nick the Prick oraz karykatury podpisane Nick of Time. Poza tym nie jest tajemnicą, że Alicia Burroughs nie grzeszy dyskrecją.

Ma sporo racji, pomyślał Nick.

– Agencja nie będzie w to zamieszana. – Nick pragnął uspokoić obawy Deverila.

– Martwię się nie tylko o agencję, ale także o ciebie. Nie życzę sobie żadnych pojedynków. – Channing otworzył szufladę i wyciągnął z niej tekturową teczkę. Popchnął ją w stronę Nicka. – Dlatego mam dla ciebie nowe zlecenie.

Nick ze zmarszczonym czołem przejrzał zawartość teczki.

– Pięć nocy rozkoszy na wsi? Czy to w ogóle możliwe? Wieś i rozkosz, jedno wyklucza drugie.

Nicholas D’Arcy z niechęcią odniósł się do propozycji. Stał się rasowym londyńczykiem. Miasto z jego wyrafinowanymi kobietami, z ich strojami, perfumami, ciętymi ripostami, było jego żywiołem. Londyńska kobieta dobrze wie, czego chce. Kobieta mieszkająca na wsi? Niech go Bóg broni!

– To nie moja specjalność.

– A moją specjalnością nie są pojedynki z mężami-rogaczami – stwierdził stanowczo Channing. – Pozwól, że ci przypomnę: misja ligi polega na dostarczaniu rozkoszy kobietom bez prowokowania skandali. Pojedynki sprzeciwiają się naszej naczelnej zasadzie – dyskrecji. Powinieneś opuścić miasto do czasu, aż ucichną plotki. Wiesz, jak jest w Londynie o tej porze roku. Za tydzień kolejny skandal przesłoni ten z twoim udziałem, pod warunkiem że nie będziesz o sobie przypominał, pokazując się w salonach czy innych miejscach spotkań socjety. Stanowczo bym nie chciał, żebyś stanął naprzeciwko zazdrosnego męża, mierzącego w twoją stronę z pistoletu.

– Nic takiego się nie zdarzy – zaprotestował Nicholas. – Burroughs nie ma dowodów. Niczego nie widział. Może mignął mu za oknem jakiś cień.

– Cały Londyn już wie, jak zamierza on rozprawić się z owym cieniem. Zostawiłeś jakiś ślad? Spinkę od koszuli? But? Cokolwiek, co mogłoby cię zdradzić?

– Niczego nie zostawiłem – zapewnił gorąco Nicholas. – Nigdy o niczym nie zapominam. To był czysty odwrót, przysięgam.

Channing roześmiał się.

– Obrażasz mnie. – Nicholas przyłożył teatralnym gestem dłoń do serca.

W gruncie rzeczy czuł się lekko urażony, że Channing w ogóle o to pytał. Był jednym z najlepszych współpracowników Deverila. Nie każda kobieta szukała kontaktu z ligą, aby znaleźć dyskretnego kochanka. Niektórym zależało wyłącznie na zrobieniu szumu wokół własnej osoby, na przykład w celu zwrócenia na siebie uwagi męża, który ją zdradzał albo zaniedbywał. Wśród klientek były też takie, które rzeczywiście poszukiwały intymnych przyjemności, jakich nie zaznały przez całe życie. Wtedy wkraczał on – Nick. Liczył na to, że Deveril przeoczył pewien akapit w liście, który wyjął z tekturowej teczki.

– Mimo wszystko chciałbym cię tam posłać. – Channing przestał się bawić nożykiem do papieru i spojrzał na Nicka. – Ta kobieta szuka fizycznego spełnienia, a to jest twoja specjalność.

Nadzieja na to, że Channing mógł coś przegapić, zgasła.

– Nie nadaję się do wiejskich warunków – próbował oponować, choć miał świadomość, że jest na straconej pozycji. – To bardzo nieodpowiedni czas na opuszczanie naszej organizacji. – Wskazał datę wymienioną w liście. – Prawie cały tydzień w środku czerwca. To szczyt sezonu. Już teraz otrzymujemy więcej zgłoszeń, niż jesteśmy w stanie obsłużyć.

Nickowi nie uśmiechało się opuszczenie takich rozrywek, jak bal u lorda Marlborough czy maskarada u lady Hyde w Richmond, nie wspominając o fajerwerkach w Vauxhall Gardens.

– Poradzimy sobie. – Channing był głuchy na wszelkie argumenty.

– Mógłbyś posłać kogoś innego – nie dawał za wygraną Nicholas. – Jocelyna, Grahame’a, Milesa lub Amery’ego. Nie słyszałeś, jak DeHart opowiadał, że lubi wieś? Zrobił konkietę na zjeździe gości w wiejskiej rezydencji, do której go ostatnio posłałeś.

Nicholas bał się wsi jak diabeł święconej wody.

– Wszyscy są zajęci. Nie masz wyjścia. – Deveril posłał mu ten swój urzekający uśmiech, który sprawiał, że zarówno mężczyźni, jak i kobiety robili to, czego sobie życzył. – Nie martw się, jak wrócisz, Londyn nadal tu będzie.

Co mogłem rzec na takie dictum, nie chcąc powiedzieć za dużo? – zastanawiał się Nicholas. Były w jego życiu fakty, o których nawet Channing nie wiedział.

– Przeczytałem w liście, że ona zamierza dobrze zapłacić. Ile?

Nick wiedział, że pytanie o honorarium sygnalizuje jego zgodę. Wolał ustąpić dobrowolnie, niż dostać bezpośredni rozkaz.

– Tysiąc funtów – oznajmił spokojnie Channing.

Nicholas uśmiechnął się krzywo. Zrobiłby prawie wszystko za tysiąc funtów. Nie było już mowy o sprzeciwie i obaj doskonale zdawali sobie z tego sprawę.

– Cóż, to chyba rozstrzygający argument.

Nick w gruncie rzeczy był wdzięczny Channingowi za to, że pozwolił mu myśleć, że wyjazd zależy od jego zgody.

– Też tak sądzę. Idź się spakować. Zamówiłem ci powóz. Wyruszysz o jedenastej. Przyjedziesz na popołudniową herbatę.

Cudownie, pomyślał z sarkazmem Nick. Nie było odwrotu. W sytuacjach bez wyjścia szukał pocieszenia w stwierdzeniu, że mogłoby być gorzej. Co prawda, w tym przypadku trudno byłoby to sobie wyobrazić. A jednak znalazł argument przemawiający za wyjazdem; miał spędzić na wsi tylko kilka nocy, a wizyta mogłaby zostać zaplanowana na dłużej, na przykład na miesiąc.

ROZDZIAŁ DRUGI

Sussex, Anglia

Annorah Price-Ellis miała przed sobą miesiąc życia w znajomym i lubianym otoczeniu, na poziomie, do jakiego przywykła, i w stylu, który jej odpowiadał. Czuła to całym jestestwem i była bezradna, bo nie mogła zatrzymać czasu. To, co nieuchronne, miało w końcu nastąpić. Wiedziała o tym od lat, ale wolała nie przyjmować tego do wiadomości. Tymczasem nieuchronnie zbliżała się fatalna data, zapisana w jej głowie wielkimi czerwonymi literami.

Nie była całkowicie bierna – szukała pomocy w wyjściu z trudnej sytuacji. Wszyscy eksperci, z którymi się konsultowała, stawiali tę samą diagnozę: nie pozostawało nic innego, jak pogodzić się z losem. Taka konkluzja zmusiła ją do pójścia na ustępstwa, a wraz z ustępstwami, do podjęcia przygotowań. Dlatego właśnie owego pięknego czerwcowego popołudnia siedziała w zalanym słońcem salonie w Hartshaven, wystrojona w nową muślinową suknię w kolorze żonkili, i czekała. Było to dziwne u osoby, której czas kurczył się w zastraszającym tempie.

Spojrzała na zegar nad kominkiem. Dochodziła czwarta. Mógł przyjechać lada chwila. Nerwowe napięcie sięgnęło szczytu. Po raz pierwszy w życiu ośmieliła się na niezwykle ryzykowny krok. Jednak w miarę przybliżania się zapisanej na czerwono fatalnej daty, coraz dłużej i intensywniej myślała o tym, jak wykorzystać uciekający czas, jakich przyjemności doświadczyć po raz ostatni. Była bogata, miała mnóstwo pieniędzy. Stać ją było na wszystko, o czym mogła zamarzyć: podróż po Europie, Paryż, piękne stroje. Ostatecznie całe to bogactwo na nic się jej nie przyda. Nie zabierze go ze sobą bez skazania swojej duszy na potępienie. Wisiało to nad nią niczym miecz Damoklesa.

Czego chce? W głębi duszy znała odpowiedź.

Za dwa tygodnie skończy trzydzieści trzy lata. Najpiękniejsze lata młodości minęły przynajmniej dziesięć lat temu. Liczyła na to, że nie wygląda na swój wiek. Niestety, nie miała się czym pochwalić, a przynajmniej tym, co powinna mieć kobieta w jej wieku – mężem i dziećmi. Kilkakrotnie była o krok od zamążpójścia. Raz narzeczony opuścił ją, raniąc jej uczucia, kiedy indziej sama zerwała narzeczeństwo, żeby nie skończyć ze złamanym sercem. Po tych doświadczeniach znalazła ukojenie w Hartshaven, dokąd wycofywała się każdego roku na dłużej, aż doszło do tego, że w ogóle przestała bywać w Londynie i straciła kontakt z tamtejszym towarzystwem, a ono szybko o niej zapomniało.

Od tamtej pory prowadziła samotnicze życie. Pocieszenie czerpała z faktu, że posiadłość jest prześliczna, a pieniądze pomagają rekompensować utracone miejskie rozrywki oraz bywanie w gronie socjety. Na dobrą sprawę brakowało jej jedynie mężczyzny, ale to właśnie miało się zmienić. Za kilka chwil na progu jej domu stanie nieznajomy. Zamówiła go w Londynie, tak jak zamawia się suknie. Było za późno na odwołanie przyjazdu, mimo że ogarnęły ją wątpliwości, czy postąpiła słusznie.

Annorah na pamięć znała starannie zredagowany list, który wysłała w tej sprawie.

Szanowni Panowie!

Jestem zainteresowana nawiązaniem dyskretnej znajomości z mężczyzną odznaczającym się dobrym pochodzeniem i nieskazitelnymi manierami. Musi być czysty, zadbany, zdolny do prowadzenia zajmującej konwersacji – innymi słowy wykształcony – i powinien lubić spokojne życie na wsi. Otrzyma hojne wynagrodzenie za pięć nocy i dni.

Skreślenie tych kilku linijek zajęło jej trzy dni. List powinien być dłuższy jak na wysiłek włożony w jego sformułowanie. Annorah żywiła nadzieję, że w agencji zrozumieją, o co jej chodzi. Niepozorny anons, który znalazła w gazecie, świadczył o tym, że są tam ludzie, którzy potrafią czytać między wierszami i dobrze wiedzą, czego się od nich oczekuje. Niemniej jednak, na tych kilka linijek złożyły się najodważniejsze słowa, jakie kiedykolwiek wyszły spod jej pióra.

– Czas, byś przestała być głupią gęsią – powiedziała do siebie w chwili, gdy poczuła, że opuszcza ją odwaga. Jeśli nie teraz, to kiedy?

Znała odpowiedź. Nigdy. Jeśli chce poznać, czym jest namiętność, zanim będzie na to za późno, musi wziąć sprawy w swoje ręce. Teraz czeka na przyjazd prezentu urodzinowego, który sobie sama sprawiła. Idealnego mężczyzny, który nie złamie jej serca, nie będzie udawał miłości, mając na względzie wyłącznie jej majątek, i wprowadzi ją w świat rozkoszy cielesnych, umiejętnie i taktownie, tak by nie pożałowała swojej decyzji.

 

Pięć nocy powinno wystarczyć. Potem pogodzi się z losem, którego nie da się uniknąć, ponieważ zadbały o to najtęższe prawnicze głowy w Anglii. Jeśli wyjdzie za mąż do dnia ukończenia trzydziestego trzeciego roku życia, zatrzyma posiadłość rodzinną i znaczny spadek po przodkach. Natomiast jeżeli zostanie starą panną, to majątek ziemski i większa część pieniędzy przejdzie na własność Kościoła i instytucji charytatywnych. We dworze powstanie szkoła, a ona będzie musiała przenieść się do domu na prowincji, gdzie czeka ją skromna egzystencja, w żadnym razie nie na wysokiej stopie, do której przywykła. Będzie musiała zapomnieć nie tylko o wytwornych sukniach, ale przede wszystkim o swobodzie robienia wszystkiego, na co ma ochotę.

Z drugiej strony, małżeństwo i założenie rodziny też wiązałoby się ze zmianą dotychczasowego trybu życia. Krociowy spadek przeszedłby bowiem pod kontrolę męża, który podejmowałby nie tylko decyzje finansowe, ale także te dotyczące jej. I tak źle, i tak niedobrze. W przypływie desperacji Annorah zakupiła zatrważającą liczbę sukni wraz z dodatkami, a także mężczyznę, żeby miał kto docenić te stroje.

Zazgrzytał żwir na podjeździe i Annorah drgnęła. Zerknęła w stronę okna i spostrzegła powóz zajeżdżający pod frontowe schody, zanim zniknął przesłonięty półkolistym portykiem. Gdyby podeszła do okna, zobaczyłaby osobę wysiadającą z powozu, ale nie zamierzała w demonstracyjny sposób okazywać przybyszowi zainteresowania.

– Panienko, przyjechał pani gość – zameldował kamerdyner Plumsby. – Ośmielę się zauważyć, że przystojny jak na bibliotekarza.

Annorah nie miała odwagi wyznać prawdy służącym. Powiadomiła ich, że zamierza skatalogować zbiory biblioteczne przed przekazaniem ich szkole.

– Dziękuję, Plumsby. Zaraz wyjdę.

Już wcześniej zastanawiała się, jak przywitać gościa, i uznała, że powinna się zachowywać bez skrępowania, jak światowa dama. Spojrzała w lustro, by sprawdzić, czy włosy są w nienagannym stanie, a na twarzy nic się nie rozmazało. Wzięła głęboki oddech i wyszła do holu. Kiedy tam stanęła, pomyślała, że na tle dyskretnie niebieskich ścian i posadzki z włoskiego marmuru żółta suknia wygląda zbyt jaskrawo, ale było za późno na zmianę stroju. Nie mogła się wycofać, bo przybysz zdążył ją zauważyć.

– Mam nadzieję, że podróż była przyjemna?

Splotła dłonie na wysokości talii, żeby nie zadrżały ze zdenerwowania. Poczuła wykwitający na policzkach rumieniec. Mężczyzna rzeczywiście jest bardzo przystojny, pomyślała. Uzna, że ma do czynienia z idiotką. Co robić? Aha! Herbata! Uczepiła się tej myśli.

– Plumsby, proszę kazać podać herbatę do salonu. – Gdy tylko te słowa wyszły z jej ust, wiedziała, że popełniła nietakt. – Przepraszam, pospieszyłam się. Nie zdążyliśmy się sobie przedstawić, a już zapraszam na herbatę. Jestem Annorah Price-Ellis.

Wyciągnęła ku niemu dłoń, lecz on zamiast wymienić uścisk, zgiął się ze wzrokiem utkwionym w jej oczach i ustami musnął kostki jej palców. Gest powitania zmienił się w obietnicę.

– Nicholas D’Arcy, do usług.

„Do usług” – powtórzyła w duchu Annorah. Wspaniały! Przykuwające uwagę niebieskie oczy, czarne włosy sczesane z twarzy, odsłaniające szeroko rozstawione kości policzkowe, przepięknie wykrojone usta, najdoskonalsze, jakie widziała u mężczyzny. Aż się prosiły, by palcem obwieść ich kontur.

Dobry Boże! Szybko jej idzie. Ledwo go poznała, a już pragnie go dotykać. Annorah uprzytomniła sobie, że dobre wychowanie nakazuje powitać gościa dygnięciem. Uczyniła to dość niezgrabnie i natychmiast ogarnęły ją wątpliwości. Czy przed takim mężczyzną należy dygać? A właściwie kim on jest? Doświadczonym przez niesprzyjający los dżentelmenem czy elegancko ubranym łobuzem, małpującym lepszych od siebie? Może dobrze, że dygnęła dla zachowania pozorów. Dlaczego nie? Przecież mogła robić wszystko, co nakazuje jej fantazja. Rozgrywać to, jak jej się podoba.

Na pewno jednak nie powinna sterczeć w holu i gapić się na niego jak głupia. Lata wpajania jej dobrych manier dały wreszcie o sobie znać. Teraz wypadało zaprosić go na herbatę i wszystko ułoży się samo. Herbata dobrze jej zrobi na nerwy. Pytania „Pije pan ze śmietanką?”, „Z cukrem?”, „Poczęstuje się pan ciasteczkiem, a może kanapką?” będą dobrym wprowadzeniem do rozmowy, ta zaś wstępem do poznania przybysza. Wykonała gest w stronę szeroko otwartych drzwi do salonu.

– Plumsby każe podać herbatę w salonie. Przy herbacie i małym poczęstunku będziemy mogli przystąpić do interesów.

W błękitnych oczach Nicholasa pojawił się błysk. Uśmiechnął się i pochylił ku niej z konspiracyjną miną. Znalazł się tak blisko, że wyczuwała woń jego wody toaletowej; kojarzyła się jej z zapachem wyschniętych paproci, stanowiącym kwintesencję lata.

– Do interesów? Mamy piękny letni dzień. Wyjdźmy na powietrze, Annorah. Chętnie obejrzę ogrody. Możemy rozmawiać, spacerując.

– A co z prywatnością? – zaoponowała delikatnie. Nie życzyła sobie, żeby ktoś podsłuchał ich rozmowę. Nie była szczera wobec służby, kiedy zapowiadała jego wizytę.

– Zbliżymy głowy i będziemy szeptali.

Śmiały się mu oczy, gdy podawał Annorah ramię, silne i okryte najlepszego gatunku błękitną wełną. Musiała przyznać, że ubranie i maniery miał nieskazitelne. Zniżył ku niej ciemną głowę i cicho dodał wprost do ucha:

– Ryzyko, że ktoś pomyśli coś zdrożnego, dodaje pikanterii nawet najniewinniejszym spacerom we dwoje, nie uważa pani?

– Będę musiała panu zaufać, panie D’Arcy.

Wstrząsnął nią rozkoszny dreszcz na myśl, że mogłaby się znaleźć w dwuznacznej sytuacji, opanowała jednak podniecenie, przypominając sobie, że ten ubrany w kosztowny niebieski surdut, modne bryczesy i wyglansowane do połysku buty mężczyzna na pewno nie jest dżentelmenem.

– Proszę zwracać się do mnie po imieniu. Dobrze? „Panem D’Arcy” był mój ojciec.

Szybko utraciłam inicjatywę w rozmowie, uznała w duchu Annorah. Zadziwiające, jak on gładko przejął prowadzenie. Stał w holu jej domu od kilku zaledwie minut i już do niego należała decyzja, jakie będą jego pierwsze kroki po przyjeździe. Annorah nie przypuszczała, że tak może się stać. Sądziła, że ona będzie miała przewagę. Była u siebie, on był jej gościem. Tymczasem rozmazywało się rozgraniczenie między obu tym rolami.

Ochłonęła w ogrodzie. Zatrzymywał się przed niektórymi okazami roślin, zadawał pytania, a ona odpowiadała, odzyskując poczucie, że jest gospodynią. W pewnym momencie przystanął.

– Ach, co za rzadki kwiat. Irys bagienny z lasów deszczowych, o ile się nie mylę, prawda? Szczególny z tym sterczącym w górę pręcikiem?

– Wszystkie kwiaty mają pręciki – odparła Annorah, ale się zarumieniła. Aluzja do penisa była jedynie lekko zawoalowana.

– Ale nie u wszystkich są one tak wystawione na widok. Proszę spojrzeć na tamte różowe kwiaty. Ich pręciki są ukryte pomiędzy płatkami. Ten odważnie sterczy z kwiatu, wysoki i dumny, chce, żeby go wszyscy widzieli.

– Kwiaty nie posiadają płci, panie D’Arcy.

– Tak pani myśli? Z całym szacunkiem, ale się nie zgadzam. Kwiaty są zapewne najbardziej seksualnymi, najbardziej rozwiązłymi… – zatrzymał się na tym słowie, jakby chciał podkreślić jego znaczenie – …istotami w królestwie ożywionej materii. Proszę pomyśleć, codziennie zapylają mnóstwo różnych partnerów, powierzają swoje nasienie wiatrowi, nie troszcząc się o to, gdzie trafi.

Należało przerwać tę dziwaczną rozmowę, lecz Annorah nie potrafiła się na to zdobyć. Miał mile brzmiący dla ucha, działający na wyobraźnię, urzekający miękkością sposób mówienia. Jeśli już teraz, gdy tematem była botanika, uginały się pod nią kolana, to możliwe, że każdy inny temat będzie równie uwodzicielsko na nią oddziaływał. Mimo wszystko nie mogła nie zareagować.

– Panie D’Arcy, niezbyt to przyzwoity temat do rozmowy.