Królestwa wiaryTekst

Z serii: Historia
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

1  Dedykacja

2  ***

3  Kilka słów o nazwiskach, miejscach i datach

4  Wstęp

5  Preludium. Początki islamu i koniec starożytności

6  CZĘŚĆ I. PODBÓJ, 700–820

7  1. Otwarcie

8  2. Kłopoty w raju

9  3. Sokół Kurajszytów

10  4. Nowy emirat

11  CZĘŚĆ II. TRANSFORMACJA, 820–929

12  5. Emirat na skraju przepaści

13  6. Stworzenie Al-Andalus

14  7. Święci i grzesznicy

15  8. Królestwa wiary

16  CZĘŚĆ III. TRYUMF, 929–1030

17  9. Słońce wschodzące na Zachodzie

18  10. Olśniewające miasto

19  11. Wszyscy ludzie kalifa

20  12. Jasna ozdoba

21  13. Dowódca, kalif, jego żona i jej kochanek

22  14. Szambelan zwycięzca

23  15. Upadek domu Umajjadów

24  CZĘŚĆ IV. CHAOS, 1030–1220

25  16. Wspomnienie o rzeczach minionych

26  17. Powrót króla

27  18. Najemnik w królestwie filozofii

28  19. Straszny, szybki miecz

29  20. Wiara i siła

30  21. Afrykański kalifat

31  22. Złoty wiek

32  CZĘŚĆ V. POWTÓRNA ROMANIZACJA, 1220–1482

33  23. Wielka gra

34  24. Półksiężyc pod naporem Krzyża

35  25. Perła w naszyjniku

36  26. Bogaty z woli Boga

37  27. Opowieści z Alhambry

38  CZĘŚĆ VI. RESZTKI, 1482–1614

39  28. Ostatnie westchnienie

40  29. Najświętsza Maria Panna i chusta

41  30. W drodze z Ricote

42  Epilog. Al-Andalus bez Maurów

43  Ilustracje

44  Podziękowania

45  Umajjadzcy emirowie i kalifowie Kordoby

46  Nasrydzcy emirowie i ważne postaci

47  Przypisy

48  Słownik

49  Prace cytowane

Pete­rowi Vla­di­mi­rowi Catlo­sowi (1923–2013)

i

Dzin­trze Lii Catlos, z domu Liepinš (1928–2004)

Ucz się w czas siewu,

w żniwa nauczaj,

raduj się zimą1.

Wil­liam Blake

1 Cytat z Zaślu­bin Nieba i Pie­kła w prze­kła­dzie W. Jusz­czaka, w: W. Blake, Mil­ton; Zaślu­biny Nieba i Pie­kła, Uni­ver­si­tas, Kra­ków 2001. [wróć]

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Kilka słów o nazwi­skach, miej­scach i datach1

Czy­tel­nicy będą musieli sta­wić czoło wielu dziw­nym i obco brzmią­cym nazwom, które poja­wiają się w tej książce. Arab­skie (i hebraj­skie) nazwi­ska skła­dają się z wielu ele­men­tów, zwy­kle imie­nia i ciągu patro­ni­mi­ków (np. co w arab­skim zna­czy – odpo­wied­nio – „syn” lub „córka”) oraz tytu­łów zawo­do­wych i hono­ro­wych, a także innych, odno­szą­cych się do miej­sca pocho­dze­nia lub zamiesz­ka­nia, rodu, ple­mie­nia czy god­nego uwagi osią­gnię­cia. Daną osobę można okre­ślać dowol­nym z nich. Na przy­kład kalif Abd ar-Rah­man III był Abd ar-Rah­manem Ibn Muham­ma­dem Ibn Abd Alla­hem an-Nasi­rem ad-Dinem Alla­hem. Na ogół nazywa się go „Abd ar-Rah­manem” lub „An-Nasi­rem” (ale ni­gdy „Abdem” ani „Rah­manem”). „III” jest współ­cze­snym dodat­kiem; w owej epoce wład­com nie przy­da­wano z reguły liczeb­ni­ków porząd­ko­wych. Patro­ni­mik może funk­cjo­no­wać jako nazwi­sko, zwłasz­cza jeśli odnosi się do przodka, któ­rego uważa się za wybitną postać albo za zało­ży­ciela rodu. I tak na przy­kład o Alim Ibn Ahma­dzie Ibn Sa’idzie Ibn Hazmie zwy­kle pisze się jako o „Ibn Hazmie”. Jego szer­szą rodzinę można nazwać „Banu Hazm” (syno­wie, potom­ko­wie lub ród Hazm).

W dez­orien­ta­cję mogą rów­nież wpra­wiać łaciń­skie imiona chrze­ści­jań­skie, choćby dla­tego, że nie­które z nich były w pew­nych okre­sach bar­dzo popu­larne i namno­żyło się tylu Alfon­sów, Pio­trów i San­chów, że ich roz­róż­nie­nie może przy­pra­wić o zawrót głowy nawet doświad­czo­nego medie­wi­stę.

Aby czy­tel­nik nie pogu­bił się w gąsz­czu jed­no­stek, grup i obco­ję­zycz­nych ter­mi­nów, na końcu książki załą­czam tabelę kali­fów umaj­jadz­kich i emi­rów nasrydz­kich oraz słow­ni­czek z listami głów­nych dyna­stii, kla­nów i grup etnicz­nych, a także innymi wyra­zami.

Arab­skie nazwy miej­sco­wo­ści w Al-Anda­lus podaję w nawia­sach, nor­mal­nie za pierw­szym razem, kiedy poja­wiają się w tek­ście.

Wszyst­kie daty w tek­ście podane są według rachuby lat kalen­da­rza tak zwa­nej ery powszech­nej (p.e.p./e.p.)2, adap­ta­cji chrze­ści­jań­skiego kalen­da­rza gre­go­riań­skiego (p.Ch./AD), który w 1582 roku zastą­pił kalen­darz juliań­ski. Opiera się on na mają­cym 365,25 dni roku sło­necz­nym, który zaczyna się 1 stycz­nia i jest liczony od daty naro­dze­nia Chry­stusa (obec­nie uważa się, że było to w 4 roku p.n.e.). W kalen­darzu wizy­goc­kim lata liczono od 38 roku p.n.e., początku for­mal­nego pano­wa­nia rzym­skiego nad Hispa­nią. Era ta, zwana „hisz­pań­ską”, trwała według kalen­da­rza juliań­skiego w latach od naro­dzin Chry­stusa (AD, czyli Anno Domini – „roku Pań­skiego”). W śre­dnio­wiecz­nej Kata­lo­nii cza­sami dato­wano doku­menty według okre­sów indyk­cji, czyli lat pano­wa­nia wład­ców Świę­tego Cesar­stwa Rzym­skiego. Sto­su­jąc się do kalen­da­rza juliań­skiego, nowy rok czę­sto liczono od 25 marca, przy­pusz­czal­nej daty poczę­cia Jezusa, ale w końcu powró­cono do ogól­nie przy­ję­tej daty 1 stycz­nia.

W hidżrze, czyli muzuł­mań­skim kalen­da­rzu AH, rok ma dwa­na­ście mie­sięcy księ­ży­co­wych liczo­nych od 16 lipca 622 roku, który jest datą wią­zaną z wyjaz­dem Maho­meta do Medyny (hidżrą) i uwa­żaną za począ­tek muzuł­mań­skiej ummy. Ponie­waż rok hidżry jest krót­szy od sło­necz­nego, dni w jed­nym kalen­da­rzu nie pokry­wają się dokład­nie z dniami w dru­gim. Dla­tego jeśli nie podaję okre­ślo­nej poje­dyn­czej daty, jeden rok hidżry trak­tuję zwy­kle jako obej­mu­jący dwa lata naszej ery, na przy­kład 720 AH jako 1320/1321. Zda­rzało się, że muzuł­ma­nie na zie­miach będą­cych wcze­śniej pod pano­wa­niem wład­ców chrze­ści­jań­skich uży­wali rów­nież kalen­da­rza chrze­ści­jań­skiego, zwłasz­cza w kon­tek­stach zwią­za­nych z rol­nic­twem, ponie­waż odpo­wia­dał on porom roku.

 

1 W niniej­szym prze­kła­dzie sto­suję się do zasad pol­skiej orto­gra­fii i uprosz­czo­nej trans­kryp­cji wyra­zów arab­skich oraz przy­ję­tego w języku pol­skim nazew­nic­twa geo­gra­ficz­nego i histo­rycz­nego, w związku z czym pomi­jam wyja­śnie­nia autora skie­ro­wane do czy­tel­nika ory­gi­nału angiel­skiego (przyp. tłum.). [wróć]

2 W języku pol­skim używa się okre­śleń „nasza era” i „przed naszą erą”, przy czym w datach odno­szą­cych się do wyda­rzeń, które roze­grały się w naszej erze, naj­czę­ściej nie sto­suje się dodatku „naszej ery” (n.e.), dla­tego dalej trzy­mam się tej normy (przyp. tłum.). [wróć]

Wstęp

Histo­rię muzuł­mań­skiej Hisz­pa­nii opo­wia­dano wie­lo­krot­nie i na różne spo­soby – jako „zde­rze­nie cywi­li­za­cji”, obcy najazd na kon­ty­nent euro­pej­ski, teatr rekon­kwi­sty, kru­cjatę i świętą wojnę albo jako okres tole­ran­cji reli­gij­nej i poko­jo­wego współ­ist­nie­nia (convi­ven­cia). Na ogół opo­wieść ta zaczyna się od wylą­do­wa­nia na brze­gach chrze­ści­jań­skiej Hisz­pa­nii wodza Ber­be­rów Tarika Ibn Zijada i klę­ski, jaką zadał wła­da­ją­cym nią Wizy­go­tom. Pod pano­wa­niem arab­skich Umaj­ja­dów Al-Anda­lus – muzuł­mań­ska Hisz­pa­nia – roz­kwita. Muzuł­ma­nie, chrze­ści­ja­nie i żydzi żyją tutaj w zgo­dzie, prze­kształ­ca­jąc Al-Anda­lus w kosmo­po­li­tyczne arab­skie spo­łe­czeń­stwo i czy­niąc Kor­dobę „ozdobą świata”, magne­sem przy­cią­ga­ją­cym uczo­nych i wzo­rem kosmo­po­li­tycznego oświe­ce­nia. Tuż po roku 1000 impe­rium to upada i o Al-Anda­lus toczą wojny chrze­ści­ja­nie, któ­rzy chcą „odbić” Hisz­pa­nię, i pury­tań­scy Ber­be­ro­wie, któ­rzy prze­śla­dują chrze­ści­jan i żydów. Gdy chrze­ści­ja­nie zdo­by­wają prze­wagę, muzuł­ma­nie zostają oto­czeni w emi­ra­cie Gre­nady, ostat­niej enkla­wie islamu w Hisz­pa­nii. Oblę­że­nie trwa do roku 1492, kiedy Kró­lo­wie Kato­liccy Fer­dy­nand i Iza­bela zdo­by­wają ją, wysy­łają jej poko­na­nego władcę Boab­dila na wygna­nie, kładą kres histo­rii Al-Anda­lus i roz­po­czy­nają epokę prze­śla­do­wań inno­wier­ców.

Nie­mal wszyst­kie te histo­rie łączy prze­świad­cze­nie, że sedno tych wyda­rzeń tkwi w reli­gii, że muzuł­mań­skie i chrze­ści­jań­skie pań­stwa zaan­ga­żo­wały się w kon­flikt, który okre­ślała ich reli­gijna toż­sa­mość i ide­olo­gia. Chrze­ści­jań­stwo, juda­izm i islam postrze­gane są jako akto­rzy odgry­wa­jący ope­rową histo­rię na sce­nie wie­ków. Pod­kre­śla­jąc ich rze­kome prze­wagi cywi­li­za­cyjne, chrze­ści­jan i żydów przed­sta­wia się jako Euro­pej­czy­ków, a muzuł­ma­nów jako obcych kul­tu­rowo „Mau­rów”. Taki punkt widze­nia nasta­wia odbior­ców nostal­gicz­nie i mora­li­za­tor­sko i jest pocią­ga­jący wła­śnie dzięki melo­dra­ma­tycz­nym i nad­mier­nym uprosz­cze­niom.

Jed­nak jako rze­telny opis histo­rii nasta­wie­nie to ma poważne ogra­ni­cze­nia. Przede wszyst­kim korzeni muzuł­mań­skiej Hisz­pa­nii trzeba szu­kać nie w roku 711 ani nawet w 622, kiedy Maho­met wyru­szył z Mekki, ale w szer­szym kon­tek­ście kra­jów basenu Morza Śró­dziem­nego w póź­nej sta­ro­żyt­no­ści, w świe­cie upa­da­ją­cych impe­riów i wdzie­ra­ją­cych się na ich tereny „bar­ba­rzyń­ców”. Była to epoka, w któ­rej chrze­ści­jań­stwo, juda­izm i islam, wszyst­kie wewnętrz­nie podzie­lone na różne odłamy, dopiero zaczy­nały stop­niowy pro­ces samo­okre­śle­nia, wciąż pozo­sta­jąc bar­dzo mocno ze sobą powią­zane. Końca muzuł­mań­skiej Hisz­pa­nii wcale nie wyzna­cza 1 stycz­nia 1492 roku, kiedy to Boab­dil prze­ka­zał Fer­dy­nan­dowi i Iza­beli klu­cze do Alham­bry. Setki tysięcy dys­kry­mi­no­wa­nych i przy­mu­sowo nawra­ca­nych na chrze­ści­jań­stwo muzuł­ma­nów pozo­sta­wały w Hisz­pa­nii aż do roku 1614, kiedy zostali osta­tecz­nie wypę­dzeni. Muzuł­mań­ski pod­bój Al-Anda­lus nie był skut­kiem celo­wego dąże­nia do zdo­by­cia domi­na­cji nad świa­tem ani czę­ścią świę­tej wojny. Miał zło­żone przy­czyny i wyni­kał w rów­nym stop­niu z wyko­rzy­sty­wa­nia nada­rza­ją­cych się oka­zji, jak z ide­olo­gii. I podob­nie idee rekon­kwi­sty i kru­cjaty były póź­niej­szymi wyna­laz­kami, na które powo­ły­wano się tylko od czasu do czasu, gdy odpo­wia­dało to inte­re­som chrze­ści­jań­skich mocarstw. Okres od 711 do 1492 roku nie był epoką ni­gdy nie­ga­sną­cego kon­fliktu reli­gij­nego; muzuł­ma­nie i chrze­ści­ja­nie na Pół­wy­spie Ibe­ryj­skim wię­cej czasu żyli w pokoju, niż spę­dzali na woj­nach, a i te toczyli nie tylko ze sobą, ale też mię­dzy sobą. Chrze­ści­jań­scy władcy na ogół nie wypę­dzali muzuł­ma­nów z pod­bi­tych ziem, lecz sta­rali się skło­nić ich do pozo­sta­nia. I w więk­szo­ści wypad­ków ci dru­dzy zosta­wali, wybie­ra­jąc życie na ziemi przod­ków jako pod­dani nie­wier­nych kró­lów.

Jeśli cho­dzi o Mau­rów, ter­min ten odnosi się do miesz­kań­ców Mau­re­ta­nii, co jest starą rzym­ską nazwą obszaru, który Ara­bo­wie zwali Al-Magh­rib („zacho­dem”) i który obej­muje więk­szość obec­nego Maroka i Algie­rii. Łaciń­scy kro­ni­ka­rze okre­ślali ludzi z tam­tego regionu mia­nem Mauri i słowo to poja­wiło się w języku hisz­pań­skim jako moro. Osta­tecz­nie moro zaczęło ozna­czać w kasty­lij­skim hisz­pań­skim muzuł­ma­nina, cho­ciaż w języku angiel­skim nabrało pod wpły­wem rasi­stow­sko zabar­wio­nego okre­śle­nia „Blac­ka­moor” z epoki elż­bie­tań­skiej, ozna­cza­ją­cego ciem­no­skó­rego afry­kań­skiego łotra, dodat­ko­wego pejo­ra­tyw­nego zna­cze­nia. Kło­pot z uży­wa­niem nazwy Maur na okre­śle­nie muzuł­ma­nów w śre­dnio­wiecz­nej Hisz­pa­nii leży w tym, że impli­kuje to, iż byli oni obco­kra­jow­cami etnicz­nie róż­nią­cymi się od auto­chto­nów. Tym­cza­sem w isto­cie na Pół­wy­sep Ibe­ryj­ski przy­było sto­sun­kowo nie­wielu muzuł­ma­nów z innych kra­jów. Al-Anda­lus stała się kra­iną islam­ską wsku­tek przej­ścia na tę wiarę jej rodo­wi­tych miesz­kań­ców, a zatem prze­wa­ża­jąca część lud­no­ści miała rdzenne pocho­dze­nie i nie była ani bar­dziej obca, ani mniej euro­pej­ska niż hisz­pań­scy chrze­ści­ja­nie.

Oczy­wi­ście sama „Hisz­pa­nia” jest nie­wła­ściwą nazwą, jeśli sto­suje się ją w odnie­sie­niu do tych ziem w okre­sie śre­dnio­wie­cza. Naród i kul­tura dzi­siej­szej Hisz­pa­nii to współ­cze­sne, nie śre­dnio­wieczne zja­wi­ska. Jed­ność, jaką zakłada naro­dowa kul­tura hisz­pań­ska, jest złudna jesz­cze dzi­siaj, a w wie­kach śred­nich po pro­stu nie ist­niała. Mówiąc o księ­stwach, któ­rymi rzą­dzili w tym okre­sie chrze­ści­jańcy władcy, lepiej jest uży­wać tej nazwy w licz­bie mno­giej – „Hisz­pa­nie”. Ile­kroć w niniej­szej książce wystę­puje słowo „Hisz­pa­nia”, odnosi się ono po pro­stu do Pół­wy­spu Ibe­ryj­skiego – kraju, który Wizy­goci i ich rzym­scy poprzed­nicy nazy­wali Hispa­nią, a Ara­bo­wie Al-Anda­lus (co było praw­do­po­dob­nie znie­kształ­coną wer­sją wizy­goc­kiego lan­dah­lauts, czyli „posia­dło­ści odzie­dzi­czo­nej”). Innymi słowy, samo uży­cie ter­minu „Hisz­pa­nia mau­re­tań­ska” – ana­chro­nicz­nego wymy­słu anglo­ame­ry­kań­skiego – przy­wo­łuje rasi­stow­sko zabar­wiony, pod­szyty roman­tycz­nym orien­ta­li­zmem i nie­pra­wi­dłowy obraz histo­rii Al-Anda­lus i islamu na pół­wy­spie, obraz, który legł u pod­łoża nie­po­ro­zu­mień i błęd­nych przed­sta­wień tego roz­działu euro­pej­skiej histo­rii. Rów­nie draż­liwa jest sprawa „Europy”. To także współ­cze­sne poję­cie. Podob­nie jak muzuł­ma­nie, któ­rzy okre­ślali swoją strefę jako dar al-islam („przy­by­tek islamu”), euro­pej­scy chrze­ści­ja­nie myśleli, że żyją w „chrze­ści­jań­stwie”, nie w „Euro­pie”, i na pewno nie uwa­żali się za Euro­pej­czy­ków.

Oddzie­le­nie fak­tów od mitów ma istotne zna­cze­nie, ponie­waż muzuł­mań­ska Hisz­pa­nia jest nie tylko waż­nym ele­men­tem histo­rii kra­jów śród­ziem­no­mor­skich, Europy, islamu i Zachodu, ale rów­nież dzi­siaj pozo­staje sprawą dużej wagi. Wielu poli­ty­ków i postaci publicz­nych, w tym nie­mało naukow­ców, na­dal postrzega histo­rię Zachodu jako dzieje kon­fliktu mię­dzy dwiema zasad­ni­czo sprzecz­nymi cywi­li­za­cjami: chrze­ści­jań­ską (lub, od nie­dawna, judeochrze­ści­jań­ską) i islam­ską. Ten pogląd jest nie­zmier­nie pocią­ga­jący zarówno ze względu na swoją pro­stotę, jak i dowar­to­ścio­wu­jący cha­rak­ter, więc eks­perci i dema­go­dzy wszel­kiej maści czę­sto przy­wo­łują go na uspra­wie­dli­wie­nie agre­sji i uci­sku. Dla innych Al-Anda­lus jest wyide­ali­zo­waną wizją przed­no­wo­cze­snego oświe­ce­nia, którą powin­ni­śmy naśla­do­wać w dzi­siej­szym, rze­komo mniej tole­ran­cyj­nym świe­cie. Ale to też jest złu­dze­niem. W samej Hisz­pa­nii pra­wi­cowi poli­tycy wciąż czer­pią z etosu La Reco­nqu­ista, sil­nego naro­do­wego mitu, który jest dogod­nym uspra­wie­dli­wie­niem domi­na­cji Kasty­lii nad innymi regio­nami pół­wy­spu, mimo że branża tury­styczna pro­pa­guje ugrzecz­niony obraz Hisz­pa­nii jako „kraju trzech reli­gii” i żyją­cych w har­mo­nii chrze­ści­jan, muzuł­ma­nów i żydów.

Ist­nieją zasadne powody do pod­kre­śla­nia wagi toż­sa­mo­ści reli­gij­nej w tej histo­rii, poczy­na­jąc od dość oczy­wi­stego faktu, że mówimy o islam­skiej Hisz­pa­nii jako o „islam­skiej Hisz­pa­nii”. Toż­sa­mość reli­gijna była w wielu sytu­acjach naj­waż­niej­szym aspek­tem, w jaki ludzie sie­bie postrze­gali. Dyk­to­wała ona, jakiemu ustro­jowi praw­nemu pod­le­gają i – w teo­rii – z kim mogą wziąć ślub lub upra­wiać seks, jakich zawo­dów się imać, jaki jest ich sta­tus spo­łeczny i eko­no­miczny, jakie mają pła­cić podatki, jakie ubra­nia mogą nosić, co wolno im jeść, i wszyst­kie inne szcze­góły życia codzien­nego. Jest wiele źró­deł histo­rycz­nych, zarówno chrze­ści­jań­skich, jak i muzuł­mań­skich, poczy­na­jąc od naj­wcze­śniej­szych łaciń­skich i arab­skich opi­sów pod­boju, poprzez powsta­nie tra­dy­cji Świę­tego Jakuba, „pogromcy muzuł­ma­nów” (San­tiago Mata­mo­ros) i legendę o Cydzie, a na wezwa­niach róż­nych wład­ców muzuł­mań­skich do dżi­hadu koń­cząc, które przed­sta­wiają tę histo­rię jako kon­flikt o pod­łożu reli­gij­nym. Wiele wojen toczo­nych na pół­wy­spie zostało uświę­co­nych przez papieży, któ­rzy zwali je kru­cja­tami, powstało tu też kilka orga­ni­za­cji, które w zało­że­niu miały wal­czyć z nie­wier­nymi. Zwy­kli muzuł­ma­nie mogli słu­żyć jako mudża­hi­do­wie sta­cjo­nu­jący w ufor­ty­fi­ko­wa­nych klasz­to­rach roz­sia­nych w stre­fie przy­gra­nicz­nej, nato­miast w chrze­ści­jań­skiej Hisz­pa­nii najazdy stały się w tak dużym stop­niu spo­so­bem życia, że histo­rycy scha­rak­te­ry­zo­wali ją jako „spo­łe­czeń­stwo zor­ga­ni­zo­wane dla potrzeb wojny”.

Powie­dziaw­szy to, trzeba zauwa­żyć, że ludzie są isto­tami zbyt skom­pli­ko­wa­nymi, by można ich zre­du­ko­wać do roli żywych kary­ka­tur wyzna­wa­nych przez nich ide­olo­gii reli­gij­nych. Toż­sa­mość reli­gijna była tylko jed­nym ze spo­so­bów, w jaki wyobra­żali sobie swoje miej­sce w świe­cie. Postrze­gali sie­bie rów­nież jako człon­ków grup etnicz­nych, pod­da­nych kró­lów, miesz­kań­ców miast i osie­dli, przed­sta­wi­cieli zawo­dów i człon­ków kolek­ty­wów, poszu­ki­wa­czy wie­dzy, sprze­daw­ców i klien­tów, męż­czyzn i kobiety, kochan­ków i przy­ja­ciół. I bar­dzo czę­sto więzi te oka­zy­wały się sil­niej­sze od związ­ków łączą­cych ludzi ze względu na wspólne wyzna­nie. Co wię­cej, w spo­łe­czeń­stwie podzie­lo­nym for­mal­nie przez reli­gię rywa­lami i kon­ku­ren­tami jed­nostki, czy to w spra­wach oso­bi­stych, czy też poli­tycz­nych lub finan­so­wych, byli na ogół człon­ko­wie tej samej wspól­noty wyzna­nio­wej; w rezul­ta­cie jej natu­ral­nymi sprzy­mie­rzeń­cami sta­wali się czę­sto człon­ko­wie innych grup. Kon­flikty dużo czę­ściej wybu­chały wewnątrz tych wspól­not niż mię­dzy nimi. A zatem jest to także histo­ria pełna epi­zo­dów soli­dar­no­ści mię­dzy wyznaw­cami róż­nych reli­gii i człon­kami róż­nych grup etnicz­nych, soju­szy i przy­jaźni, zarówno mię­dzy wład­cami, jak i pospól­stwem, zawie­ra­nych wbrew przy­na­leż­no­ści reli­gij­nej, oraz współ­pracy poetów, muzy­ków, arty­stów, uczo­nych i teo­lo­gów odmien­nych wyznań.

Jed­nak te mię­dzy­re­li­gijne związki rzadko tra­fiają do nar­ra­cji histo­rycz­nej. Pro­blem ten wynika po czę­ści z natury naszych źró­deł. Więk­szość mate­ria­łów piśmien­nych została stwo­rzona przez wład­ców, urzęd­ni­ków i kler – uprzy­wi­le­jo­wa­nych męż­czyzn, któ­rzy sami przy­czy­niali się do upo­wszech­nia­nia prze­ko­na­nia, że toż­sa­mość reli­gijna jest pod­stawą spo­łe­czeń­stwa, i któ­rzy mieli poli­tyczny i oso­bi­sty inte­res w por­tre­to­wa­niu dzie­jów jako moral­nej walki wyznaw­ców praw­dzi­wej (to zna­czy swo­jej) reli­gii z wszyst­kimi innymi. Z for­mal­nego punktu widze­nia auto­ry­tet wład­ców zale­żał od ich zdol­no­ści do przed­sta­wia­nia sie­bie jako pra­wo­wi­tych straż­ni­ków boskiego porządku, tak więc dążyli do wyra­ża­nia swo­jego pro­gramu w języku wiary. W epoce, w któ­rej gene­ral­nie przy­pi­sy­wano dzia­ła­nie świata woli Boga, wyda­rze­nia histo­ryczne czę­sto wyja­śniano w kate­go­riach reli­gij­nych, jako boską karę lub nagrodę.

 

Kro­niki i histo­rie wyko­rzy­sty­wane przez histo­ry­ków jako mate­riały źró­dłowe i sta­no­wiące znaczną część zacho­wa­nych do naszych cza­sów dowo­dów były spi­sy­wane lub kom­pi­lo­wane wiele lat, a nawet wie­ków po wyda­rze­niach, które przed­sta­wiają. W rezul­ta­cie są one znie­kształ­cone z powodu upływu czasu oraz uprze­dzeń, ide­ałów, inte­re­sów, wspo­mnień, aspi­ra­cji i prze­ko­nań ich auto­rów. Poza tym histo­rii nie pisano dla potrzeb edu­ka­cji czy roz­rywki; były one doku­men­tami poli­tycz­nymi, które miały wspie­rać rosz­cze­nia wład­ców, rodów lub jed­no­stek poprzez glo­ry­fi­ko­wa­nie ich przod­ków i usta­na­wia­nie histo­rycz­nych pre­ce­den­sów pro­wa­dzo­nej przez nich poli­tyki. Śre­dnio­wieczni kro­ni­ka­rze, któ­rzy zabie­rali się do opi­sy­wa­nia prze­szło­ści w celu uspra­wie­dli­wie­nia współ­cze­snej im poli­tyki, ucie­kali się zarówno świa­do­mie, jak i nieświa­do­mie do prze­sady, znie­kształ­ca­nia fak­tów i wymy­słów.

A zatem jed­nym z zadań histo­ryka jest ocena stron­ni­czo­ści i nie­ści­sło­ści, które są nie­od­łącz­nymi skład­ni­kami tych źró­deł, i dąże­nie do odkry­cia rze­czy­wi­sto­ści ukry­tej za pro­kla­ma­cjami, mitami, legen­dami, błęd­nymi przed­sta­wie­niami fak­tów, sprzecz­no­ściami i two­rzą­cymi ten opis sta­ran­nie spre­pa­ro­wa­nymi fik­cjami histo­rycz­nymi. Celem jest okre­śle­nie, co rze­czy­wi­ście kie­ro­wało ludźmi i jakie siły naprawdę wpły­wały na kształt wyda­rzeń, nawet jeśli ni­gdy nie uda się defi­ni­tyw­nie usta­lić szcze­gó­łów. Histo­ryk nie powi­nien nikomu przy­pi­sy­wać win, oce­niać wad czy zalet ani mora­li­zo­wać; jego celem jest po pro­stu zro­zu­mieć. Tak więc żadna książka nie może być w dobrej wie­rze „defi­ni­tywną”, „praw­dziwą” czy „rze­czy­wi­stą” histo­rią muzuł­mań­skiej Hisz­pa­nii, bo po pro­stu trzeba brać pod uwagę zbyt wiele czyn­ni­ków i roz­wi­kłać zbyt wiele nie­ja­sno­ści. Dzi­siejsi histo­rycy, choćby sta­rali się być jak naj­bar­dziej oświe­ceni i samo­kry­tyczni, nie są by­naj­mniej dużo mniej skłonni do ten­den­cyj­no­ści i uprze­dzeń niż ich śre­dnio­wieczni poprzed­nicy. Bez względu na to, czy zda­jemy sobie z tego sprawę czy nie, mamy pociąg do pisa­nia histo­rii, które odzwier­cie­dlają i uwy­pu­klają nasze ide­ały, albo do gry pod naszą publiczkę.

Co do niniej­szej książki, to przed­sta­wia ona „nową histo­rię” muzuł­mań­skiej Hisz­pa­nii w dwóch zna­cze­niach tego okre­śle­nia. Po pierw­sze, zamiast podą­żać utar­tym szla­kiem opo­wie­ści o powsta­niu i upadku Al-Anda­lus, posta­no­wi­łem stwo­rzyć od pod­staw świeżą fabułę i sta­ra­łem się na tyle, na ile pozwa­lała mi na to eko­no­mika publi­ka­cji, zaj­rzeć za kulisy i zba­dać dyna­mikę wyda­rzeń, które są czę­sto prze­sło­nięte przez inne, ale odgry­wają ważną rolę w two­rze­niu histo­rii: dzie­jów kobiet, nie­wol­ni­ków, rene­ga­tów i funk­cjo­na­riu­szy. W tym stu­dium opar­łem się w dużej mie­rze na ogrom­nej licz­bie nowa­tor­skich badań tek­stów oraz dzieł sztuki pro­wa­dzo­nych w ostat­nich latach zwłasz­cza przez naukow­ców z Hisz­pa­nii, innych kra­jów euro­pej­skich i Afryki Pół­noc­nej, a także na odkry­ciach arche­olo­gicz­nych. Bada­nia te zmie­niły nasze rozu­mie­nie Al-Anda­lus, ale wiele z nich nie dotarło jesz­cze do czy­tel­ni­ków nie­hisz­pań­sko­ję­zycz­nych.

I na koniec pozo­staje sprawa wiary. Zarówno muzuł­mań­skie, jak i chrze­ści­jań­skie pań­stwa śre­dnio­wiecz­nej Hisz­pa­nii zostały świa­do­mie okre­ślone przez ich orien­ta­cję reli­gijną i wspól­nota reli­gijna była dla ich miesz­kań­ców głów­nym fila­rem spo­łecz­nej toż­sa­mo­ści. Ale nie jedy­nym. A poza tym przez dużą część dzie­jów tych państw więk­szość ich wład­ców – i więk­szość pod­da­nych – zacho­wy­wała się czę­sto w spo­sób sprzeczny z dekla­ro­waną ide­olo­gią reli­gijną. A zatem w jakim stop­niu docho­wy­wali jej wier­no­ści? Oczy­wi­ście odpo­wiedź brzmi, że w nie więk­szym ani mniej­szym niż my. Nie byli też ani więk­szymi, ani mniej­szymi od nas ide­ali­stami. Byli ludźmi z wszyst­kimi naszymi nie­do­sko­na­ło­ściami, peł­nymi sprzecz­no­ści, zdol­nymi zarówno do aktów strasz­nego okru­cień­stwa, jak i wiel­kiej wspa­nia­ło­myśl­no­ści, samo­lub­nymi i skłon­nymi do poświę­ceń, ale i wyra­cho­wa­nej racjo­na­li­za­cji swych zacho­wań, a do tego więź­niami swych ciał, nie­wol­ni­kami ambi­cji, próż­no­ści i żądz. Krótko mówiąc, byli tacy jak my, i wła­śnie to spra­wia, że warto dzi­siaj czy­tać ich histo­rię.