Non stopTekst

Z serii: s-f
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 2

Polowanie stało się wielką pasją Gwenny. Podchodząc zwierzynę w ponikach, czuła się wolna, gdyż żadna kobieta nie mogła sama opuszczać terenów plemienia, i bardzo ją to podniecało. Nie brała udziału w zabijaniu, ale skradała się jak cień za Complainem, gdy tropił zwierzęta zamieszkujące gąszcz.

Pomimo wzrostu liczby udomowionych zwierząt, który doprowadził do gwałtownego załamania cen dziczyzny, w Kwaterach nie było dość mięsa, aby zaspokoić coraz większe potrzeby. Plemię zawsze balansowało na krawędzi głodu: zostało założone zaledwie dwa pokolenia wcześniej, przez Dziadka Greene’a, i musiało minąć jeszcze trochę czasu, by stało się samowystarczalne. Prawdę powiedziawszy, jakieś poważniejsze niepowodzenie wciąż mogłoby je rozbić, a wchodzące w jego skład rodziny musiałyby szukać mniej lub bardziej życzliwego przyjęcia u innych plemion.

Za przednią barykadą Kwater Complain i Gwenny szli jakiś czas wydeptaną ścieżką, na której minęli kilku myśliwych i łowców, po czym skręcili w bezludny, chrzęszczący gąszcz. Complain poprowadził Gwenny w górę zejściówką, przeciskając się pomiędzy zbitymi łodygami, zamiast je ścinać, tak aby ich ślady były mniej widoczne. Na szczycie schodów przystanął, a Gwenny wyjrzała z ciekawością i niepokojem znad jego ramienia.

Pojedyncze poniki wzbijały się ku światłu w krótkotrwałych przypływach energii i rozrastały się w górze. Oświetlenie było wskutek tego blade, sprzyjało raczej wyobraźni niż wzrokowi. Dochodziły do tego muchy i chmary malutkich komarów, które unosiły się pośród listowia jak dym. Przy ograniczonej widoczności łatwo było o przywidzenia, nie ulegało jednak wątpliwości, że stoi tam i patrzy na nich jakiś mężczyzna o oczach jak paciorki i kredowobiałym czole.

Czaił się trzy kroki przed nimi. Wielki tors miał odkryty, był tylko w krótkich spodniach. Wydawało się, że wpatruje się w jakiś punkt trochę na lewo od nich, lecz światło było tak przyćmione, że im mocniej się przyglądali, tym mniej byli pewni czegokolwiek poza tym, że ten mężczyzna tam jest. A potem nagle nikogo już nie było.

– Czy to był duch? – syknęła Gwenny.

Complain wyciągnął paralizator i ruszył naprzód. Niemal przekonał sam siebie, że oszukał go układ cieni, tak bezgłośnie przepadł obserwator. Nie pozostał po nim żaden ślad oprócz podeptanych młodych pędów tam, gdzie stał.

– Nie idźmy dalej – szepnęła nerwowo Gwenny. – Może to był ktoś z Dziobu… albo Obcy.

– Nie bądź niemądra – powiedział Complain. – Wiesz, że są dzicy ludzie, którzy oszaleli i żyją samotnie w gąszczu. On nie zrobi nam krzywdy. Gdyby chciał do nas strzelić, już by to zrobił.

A jednak skóra mu ścierpła, gdy pomyślał, że może w tej chwili ten włóczęga bierze ich na muszkę albo planuje ich śmierć tak pewną i niewidzialną jak choroba.

– Ale jego twarz była taka biała – sprzeciwiała się Gwenny.

Chwycił ją mocno za ramię i pociągnął. Im szybciej opuszczą to miejsce, tym lepiej.

Poruszali się dosyć prędko, raz przecięli tropy świń, w końcu weszli do bocznego korytarza. Tutaj Complain kucnął, opierając się plecami o ścianę, i kazał Gwenny zrobić to samo.

– Nasłuchuj. Sprawdzimy, czy jesteśmy śledzeni – powiedział.

Poniki ocierały się o siebie i szeleściły, niezliczone małe owady wgryzały się w ciszę. Wszystko to razem tworzyło hałas, który w odczuciu Complaina wciąż narastał, aż głowa zaczynała mu pękać. A w środku tego harmidru był dźwięk, którego nie powinno tam być.

Gwenny też to usłyszała.

– Zbliżamy się do innego plemienia – szepnęła. – Są kawałek dalej przy tej ścieżce.

Nie dało się ukryć, że słyszeli płacz i krzyki niemowląt, które zawiadamiały o obecności plemienia na długo przed tym, nim dotarło się do jego barykad, nawet nim można je było zwęszyć. Ledwie parę czuwań wcześniej ten obszar należał do świń, co oznaczało, że jakieś plemię weszło na górę z innego poziomu i powoli zbliżało się do rewirów myśliwskich grupy Greene’a.

– Zgłosimy to po powrocie – powiedział Complain i poprowadził ją w przeciwnym kierunku.

Torował im drogę z łatwością, licząc zakręty, aby się nie zgubić. Kiedy po lewej pojawił się nisko sklepiony łuk, przeszli pod nim i znów natrafili na tropy świń. Był to rejon zwany Schodami Rufowymi, w którym wielkie wzgórze opadało do niższych poziomów. Zza krawędzi zbocza dobiegł trzask, a później piski o łatwym do ustalenia pochodzeniu. Świnia!

Complain dał znak Gwenny, żeby została na szczycie wzgórza, zręcznie zsunął łuk z ramienia, nałożył strzałę na cięciwę i zaczął schodzić. Tętniła w nim myśliwska krew, zapomniał o wszystkich zmartwieniach i poruszał się jak widmo. Nie zauważył szybkiego, zachęcającego spojrzenia Gwenny.

Mając chociaż raz dość miejsca, żeby osiągnąć mniej więcej swoją pełną wysokość, poniki na niższym poziomie wyrosły na cienkie drzewa, sklepiając się łukowato w górze. Complain prześlizgnął się do skraju pochyłości, spoglądając uważnie w dół poprzez rozrośnięte poniki. Ruszało się tam jakieś zwierzę, z zadowoleniem grzebiąc nosem w ziemi; nie widział młodych, chociaż słyszał ich kwiczenie.

Gdy posuwał się ostrożnie w dół zbocza, także zarośniętego wszędobylskim gąszczem, poczuł przez chwilę wyrzuty sumienia, że ma odebrać życie. Życie świni! Stłumił od razu te skrupuły – Nauka nie pochwalała „miękkości”.

Przy maciorze kręciły się trzy prosiaki. Dwa były czarne, a jeden brązowy: włochate, długonogie stwory podobne do wilków, z chwytnymi nosami i szczękami jak szufelki. Maciora uprzejmie obróciła się bokiem do wymierzonej w nią strzały. Uniosła nieufnie łeb i przepatrywała małym okiem otaczające ją łodygi.

– Roy! Roy! Ratunku…! – dobiegł z góry przenikliwy ze strachu krzyk Gwenny.

Świńska rodzina natychmiast wpadła w popłoch i zaczęła pędem przedzierać się przez gąszcz, przy czym młode bardzo się starały nadążyć za matką. Hałas, jaki przy tym robiły, nie całkiem jednak zagłuszył odgłosy utarczki, która toczyła się nad głową myśliwego.

Complain nie wahał się ani przez chwilę. Wprawdzie zaskoczony pierwszym krzykiem Gwenny upuścił strzałę, ale nie próbując jej podnieść, błyskawicznie zarzucił łuk na ramię, wyciągnął paralizator i popędził z powrotem po zboczu Schodów Rufowych. Gąszcz na stromiźnie nie ułatwiał mu jednak biegu i kiedy znalazł się na górze, Gwenny już nie było.

Po lewej rozległ się trzask i Complain ruszył w tamtą stronę. Biegł zgięty wpół, by trudniej go było trafić, i w nagrodę zobaczył, jak dwóch brodatych mężczyzn uprowadza Gwenny. Nie szarpała się: musieli ją ogłuszyć.

Trzeci mężczyzna, którego nie dostrzegł, prawie go załatwił. Został on za swoimi towarzyszami, żeby osłaniać ich odwrót, i teraz, skryty pośród łodyg, bez namysłu zwolnił cięciwę. Strzała pomknęła korytarzem i świsnęła koło ucha Complaina. Myśliwy natychmiast padł, unikając drugiej strzały, i poczołgał się szybko z powrotem. Martwy nikomu nie pomoże.

Wszystko ucichło, słyszał tylko zwyczajny głośny chrzęst rosnących szaleńczo roślin. Żywy też nikomu nie mógł pomóc. Fakty zaatakowały go pojedynczo, a potem jednocześnie. Pozwolił uciec świniom; stracił Gwenny; będzie musiał stanąć przed radą i wyjaśnić, dlaczego pozwolił odebrać szczepowi kobietę. Szok na chwilę przesłonił najistotniejszy fakt: stracił Gwenny. Complain nie kochał jej, często wzbudzała w nim nienawiść, ale była jego kobietą, była mu niezbędna.

Gniew, który w nim wezbrał, zagłuszając inne uczucia, przyniósł mu pociechę. Gniew! Kojący balsam, który zalecała Nauka. Wyrywał garście związanej korzeniami gleby i odrzucał je od siebie, wykrzywiając twarz, podsycając złość, ubijając ją jak śmietanę w misce. Był wściekły, wściekły, wściekły… Rzucił się na ziemię, bił w nią pięściami, klnąc i wijąc się. Ale wszystko to robił cicho.

W końcu atak minął i została tylko pustka. Przez dłuższy czas po prostu siedział tam z głową w dłoniach, mózg miał obmyty do czysta jak muł, gdy spłynie rwąca woda. Nic więcej nie mógł zrobić, należało wstać i wracać do Kwater. Musiał zdać raport. Przez głowę przebiegały mu zmęczone myśli.

Mógłbym tu siedzieć bez końca. Taki lekki wietrzyk, ani na chwilę nie zmienia się temperatura, światło tylko z rzadka przygasa. Poniki unoszą się i opadają, gniją wokół mnie. Nie powinna mi się stać żadna krzywda oprócz śmierci…

Ale tylko jeśli zachowam życie, uda mi się znaleźć to coś, czego mi brakuje, tę wielką rzecz. Coś, co obiecałem sobie, gdy byłem dzieciakiem. Może teraz nigdy już tego nie znajdę, a może Gwenny mogła to dla mnie znaleźć… nie, nie mogła: zastępowała to tylko, muszę przyznać. Może to nie istnieje. Ale kiedy czegoś tak wielkiego nie ma, samo to jest już istnieniem. Dziura. Ściana. Jak mówi kapłan, doszło tu do katastrofy.

Prawie mogę sobie to coś wyobrazić. Jest wielkie. Wielkie jak… nic nie mogłoby być większe niż świat, bo wtedy samo byłoby światem. Świat, statek, planeta… teorie innych ludzi, dla mnie bez znaczenia: teorie niczego nie rozwiązują. Po prostu smutne wymysły, wciąż te smutne wymysły, domysły, pomysły.

Wstawaj, ty słaby głupcze.

Podniósł się. Wprawdzie nie miał po co wracać do Kwater, ale i nie miał po co tu siedzieć. Być może od powrotu najbardziej odstręczało go to, że wiedział, jak plemię go powita: wystudiowana obojętność, odwrócone oczy, uśmieszki kwitujące los, jaki zapewne spotkał Gwenny, kara za jej utratę. Powoli ruszył z powrotem przez gąszcz.

Complain zagwizdał, po czym wyszedł na polanę przed barykadą, został rozpoznany i wkroczył do Kwater. W czasie jego krótkiej nieobecności zaszła tam zaskakująca zmiana; nawet otępienie nie przeszkodziło mu tego zauważyć.

Wielka różnorodność ubiorów dowodziła wyraźnie, że odzież jest problemem w plemieniu Greene’a. Nie było dwóch osób, które ubierałyby się tak samo, i działo się tak z konieczności, nie z wyboru, ponieważ indywidualizmu nie uważano za pożądaną cechę. Odzież nie miała ogrzewać ciała, ale stać na straży fałszywej skromności i zaspokajać potrzebę ostentacji, a także widomie świadczyć o pozycji społecznej. Zazwyczaj tylko elita, strażnicy, myśliwi i ludzie tacy jak taksator, była w stanie zdobyć coś mniej więcej jednolitego. Reszta radziła sobie jak mogła, wykorzystując rozmaite tkaniny i skóry.

 

Ale teraz najbardziej spłowiałe i stare łachy kłuły oczy świeżymi kolorami. Nawet nic nieznaczący tępi robotnicy popisywali się jaskrawozielonymi ubraniami!

– Co się tu, do diabła, dzieje, Butch? – zapytał Complain mijającego go mężczyznę.

– Ekspansji twojego ja, przyjacielu. Strażnicy znaleźli magazyn farby. Namocz się. Będziemy hucznie świętować.

Dalej zebrał się paplający z podnieceniem tłum. Na pokładzie ustawiono szereg piecyków; nad nimi, jak kipiące kotły czarownic, nagrzewały się największe naczynia, jakie miało plemię. Ciecze w różnych kolorach – żółtym, purpurowym, różowym, fiołkowym, czarnym, granatowym, szafirowym, zielonym i czerwonobrązowym – gotowały się, bulgotały i parowały, a wokół nich cisnęli się ludzie, zanurzając jedno ubranie tu, drugie tam. Zza gęstej pary dobiegały ich ostre, ożywione głosy.

Nie tylko do tego użyto farb. Kiedy ogłoszono, że barwniki są bezużyteczne dla rady, strażnicy wyrzucili torby i każdy mógł je wziąć. Wiele toreb rozcięto i ich zawartość wysypano na ściany albo na pokład. Teraz całą wioskę zdobiły jaskrawe rozpryski, pasy i wachlarze.

Tańce już się zaczęły. Kobiety i mężczyźni w mokrych jeszcze ubraniach, ciągnąc za sobą tęczowe smugi, które mieszały się, tworząc brunatne kałuże, podawali sobie dłonie i zaczynali wirować na otwartej przestrzeni. Jakiś myśliwy wskoczył na skrzynkę i zaczął śpiewać. Obok niego stanęła kobieta w żółtej sukni, klaszcząc. Inna pobrzękiwała tamburynem. Coraz więcej ludzi przyłączało się do tłumu, śpiewali, stąpali wokół kotłów i po pokładzie, a potem zawracali, zdyszani, ale zadowoleni. Byli upojeni kolorami: większość z nich prawie ich wcześniej nie znała.

Teraz także rzemieślnicy i niektórzy strażnicy, z początku wyniośli, zaczęli się bawić, nie mogąc się oprzeć ogólnemu podnieceniu. Napływali ludzie z pomieszczeń rolnych, z barykad, każdy żądny swojej porcji przyjemności.

Complain popatrzył na to wszystko z przygnębieniem, obrócił się na pięcie i poszedł złożyć meldunek w Sztabie.

Oficer wysłuchał jego opowieści w milczeniu i rozkazał sucho, by wysłano go do samego porucznika Greene’a.

Utrata kobiety mogła być poważną sprawą. Na plemię Greene’a składało się mniej więcej dziewięćset dusz, z czego prawie połowę stanowili niepełnoletni, a kobiet było tylko około stu trzydziestu. Bójki przy łączeniu się w pary były najpowszechniejszą formą agresji w Kwaterach.

Zaprowadzono go do porucznika. Stary człowiek siedział przy wiekowym biurku, ze strażnikami po bokach, oczy skrywał ostrożnie pod posiwiałymi brwiami. Nie poruszył się i nie dał żadnego znaku, a jednak można było wyczuć jego niezadowolenie.

– Ekspansji twojego ja, sir – zaczął pokornie Complain.

– Twoim kosztem – usłyszał zwyczajową odpowiedź. A potem warknięcie: – Jak to możliwe, że straciłeś swoją kobietę, myśliwy Royu Complainie?

Niepewnym głosem wyjaśnił, w jaki sposób schwytano ją na szczycie Schodów Rufowych.

– To mogła być robota Ludzi z Dziobu – zasugerował.

– Nie wywołuj tutaj tego straszydła! – powiedział szczekliwie Zilliac, jeden z adiutantów Greene’a. – Słyszeliśmy już te historie o superrasach i nie wierzymy w nie. Plemię Greene’a panuje nad wszystkim po tej stronie Martwych Dróg.

Gdy Complain opowiadał, w poruczniku narastał gniew. Jego kończyny zaczęły się trząść, oczy napełniły się łzami, usta wykrzywiły się, aż podbródek zalśnił od śliny, rozszerzyły się wypełnione śluzem nozdrza. Biurko zaczęło kołysać się w rytm jego wściekłości. Gdy nim trząsł, powarkiwał i pod zmierzwionymi mlecznobiałymi włosami jego skóra stała się bladokasztanowa. Mimo lęku Complain musiał przyznać, że było to błyskotliwe, odbierające odwagę przedstawienie.

Jego kulminacja nastąpiła, kiedy porucznik, wibrując jak pokrywka garnka na mocnym ogniu, tak że gniew kipiał z niego strumieniami, upadł nagle na pokład i legł nieruchomo. Zilliac i jego towarzysz Patcht od razu stanęli nad ciałem z paralizatorami gotowymi do strzału, ich twarze drgały od podzielanej złości.

Powoli, bardzo powoli, rozdygotany porucznik wdrapał się z powrotem na swoje krzesło, wyczerpany niezbędnym rytuałem. Któregoś dnia go to zabije, pomyślał Complain. Ta myśl dodała mu nieco otuchy.

– Teraz należy zdecydować, jak zostaniesz ukarany na mocy prawa – oświadczył stary człowiek ochrypłym głosem. Rozejrzał się bezradnie po pomieszczeniu.

– Gwenny nie była dla plemienia cenną kobietą, mimo że miała tak wybitnego ojca – powiedział Complain. Zwilżył wargi. – Nie mogła rodzić dzieci, sir. Mieliśmy jedno, dziewczynkę, ale zmarło przed odstawieniem od piersi. Gwenny nie mogła mieć następnych, sir. Tak powiedział kapłan Marapper.

– Marapper to głupiec! – wykrzyknął Zilliac.

– Twoja Gwenny miała świetną figurę – orzekł Patcht. – Ładnie zbudowana dziewczyna. W sam raz do łóżka.

– Wiesz, co nakazują prawa, młody człowieku – oznajmił porucznik. – Mój dziad ustanowił je, kiedy tworzył plemię. Zaraz po Nauce są najważniejsze w naszym… w naszym życiu. O co chodzi w całym tym zamieszaniu na zewnątrz? Tak, mój dziadek był wielkim człowiekiem. Pamiętam, jak w dniu, w którym umarł, posłał po mnie…

Gruczoły Complaina wciąż obficie wydzielały strach, ale niespodziewanie przez chwilę popatrzył na nich czterech, jakby stał gdzieś z boku. Każdy ścigał wymykającą się nić własnej natury, postrzegając pozostałych tylko jako objaśnienie albo uzewnętrznienie własnych lęków. Żyli wszyscy osobno i każdy miał o coś pretensję do swojego sąsiada.

– Jaki będzie wyrok? – warknął Zilliac, przerywając wspomnienia porucznika.

– Och, ech, niech pomyślę. Już zostałeś ukarany, Complain, straciłeś swoją kobietę. Teraz nie ma dla ciebie żadnej innej. Co to takiego, cały ten hałas na zewnątrz?

– Musi zostać ukarany albo ktoś może pomyśleć, że tracisz władzę – podsunął chytrze Patcht.

– Och, pewnie, pewnie. Miałem zamiar go ukarać. Twoja sugestia była niepotrzebna, Patcht. Myśliwy… ee, he… Complain, przez następne sześć snoczuwań będziesz otrzymywał po sześć uderzeń batem, które zostaną wymierzone w obecności kapitana straży przed każdym zaśnięciem, licząc od tej chwili. Dobrze. Możesz odejść. I, Zilliac, na flaki pana, idź zobaczyć, o co chodzi w całym tym zamieszaniu na zewnątrz.

Complain znalazł się więc znowu na otwartej przestrzeni. Przywitała go wrzawa i feeria barw. Wydawało się, że zebrali się tam wszyscy. Tłum tańczył nieprzytomnie z rozpasaną uciechą. Normalnie też by do niego dołączył, gdyż jak każdy z ochotą odrzucał uciążliwą jednostajność codziennego życia, ale był teraz w takim nastroju, że po prostu okrążył ukradkiem bawiących się, unikając ich spojrzeń.

Zwlekał jednak z powrotem do swojego mieszkania. (Teraz zostanie stamtąd wyrzucony: samotnym mężczyznom nie przysługiwało własne pomieszczenie). Włóczył się zawstydzony na skraju wesołego tłumu, w żołądku ciążyło mu oczekiwanie na zbliżającą się karę, a obok wirowali jaskrawi tancerze. Kilka par odłączyło się od głównej grupy i podrygiwało w uniesieniu przy dźwięku instrumentów strunowych. Panował nieprzerwany zgiełk i widz mógłby doszukać się w szaleńczych ruchach tancerzy – ich głowy odskakiwały do tyłu, wykrzywiały się palce – powodu do niepokoju. Ale tylko nieliczni się nie bawili. Jednym z nich był wysoki, poważny lekarz Lindsey; drugim Fermour, zbyt powolny jak na ten wir; trzecim Wantage, odsuwający swoją okaleczoną twarz od ciżby; kolejnym publiczny batożnik. Ten ostatni musiał się trzymać terminów i we właściwym czasie pojawił się przed Complainem w towarzystwie strażnika. Szorstko zdarł z pleców myśliwego ubranie i wymierzył mu pierwszą partię kary.

Zwykle takie wydarzenia oglądało wiele oczu. Tym razem wszakże działo się coś bardziej interesującego i Complainowi się udało: cierpiał prawie w samotności. Następnego dnia mógł się jednak spodziewać większego zainteresowania.

Spuścił koszulę na rany i osłabiony powlókł się do swojego mieszkania. Gdy przestąpił próg, zobaczył, że czeka tam na niego kapłan Marapper.

Rozdział 3

Kapłan Henry Marapper był pulchnym człowiekiem. Kucał cierpliwie, opierając pośladki na piętach, jego wielki brzuch zwisał luźno. Ta poza nie była u niego czymś nadzwyczajnym, wybrał sobie natomiast dziwną porę na odwiedziny. Complain stanął sztywno przed przycupniętą postacią, czekając na pozdrowienie albo wyjaśnienie, lecz nic nie usłyszał i zmuszony był odezwać się pierwszy. Duma jednak pozwoliła mu tylko chrząknąć. Na to Marapper uniósł brudną łapę.

– Ekspansji twojego ja, synu.

– Twoim kosztem, ojcze.

– I niech zamęt zapanuje w moim id – przelicytował go pobożnie kapłan i zgodnie ze zwyczajem przykląkł gniewnie, ale nie raczył wcześniej wstać.

– Zostałem wychłostany, ojcze – powiedział ponuro Complain, nalewając sobie kubek żółtawej wody z dzbana; trochę wypił, a częścią polał głowę i przygładził włosy.

– Tak słyszałem, Roy, tak słyszałem. Ufam, że poniżenie przyniosło ulgę twojemu umysłowi.

– Tak, ale drogo kosztowało mój kręgosłup.

Zaczął ściągać koszulę, nie spiesząc się, trochę się uchylając. Ból, który czuł, gdy wyszarpywał włókna tkaniny z ran, był prawie przyjemny. Gorzej będzie w następne snoczuwanie. W końcu cisnął zakrwawioną koszulę na podłogę i splunął na nią. Obudziło się w nim rozdrażnienie, gdy zobaczył, jak obojętnie kapłan potraktował jego zmagania.

– Nie tańczysz, Marapper? – zapytał zgryźliwie.

– Moje obowiązki związane są z rozumem, a nie zmysłami – odpowiedział kapłan pobożnie. – Poza tym znam lepsze sposoby zapominania.

– Na przykład dać się porwać w gąszcz, co?

– Cieszę się, kiedy słyszę, jak bronisz tak zawzięcie własnych racji, mój przyjacielu; to właśnie nakazuje Nauka. Bałem się, że opadły cię czarne myśli, ale na szczęście wydaje się, że moja pociecha nie jest ci potrzebna.

Unikając bezbarwnego spojrzenia kapłana, Complain spojrzał na jego twarz. Nie była piękna. Tak naprawdę w tej chwili prawie w ogóle nie wydawała się twarzą, tylko totemem pospiesznie uformowanym ze smalcu, być może pomnikiem cnót, dzięki którym ten człowiek przeżył: przebiegłości, chciwości, egoizmu. Nie potrafiąc sobie sam pomóc, Complain poczuł sympatię do tego człowieka: był on kimś, kogo znał, i dlatego wiedział, jak z nim postępować.

– Niech moje nerwice nie budzą w tobie urazy, ojcze – powiedział. – Wiesz, że straciłem swoją kobietę, i mam wrażenie, że moje życie zupełnie się rozsypuje. Wszystko, do czego rościłem sobie prawo – a i tak nie było tego wiele – przepadło, a to, co pozostało, zabiorą mi siłą. Przyjdą strażnicy, którzy już mnie wychłostali i wychłoszczą mnie znów jutro, i wyrzucą mnie stąd. Będę mieszkał z kawalerami i chłopcami. Żadnej nagrody za moje polowania ani pociechy w zmartwieniu! Prawa tego plemienia są zbyt surowe, kapłanie. Nawet Nauka jest okrutną, obłudną gadaniną – cały duszny świat to według niej tylko ziarenko cierpienia. Dlaczego musi tak być? Dlaczego nie miałaby istnieć szansa na szczęście? Ach, oszaleję jak mój brat przede mną: popędzę przez ten tłum głupców i zanim wpadnę w gąszcz, naznaczę wspomnieniem mojego niezadowolenia każdego z nich!

– Oszczędź mi reszty – przerwał mu kapłan. – Mam dużą parafię, którą muszę obejść. Twoich wyznań wysłucham, ale swój gniew musisz zachować dla własnej rozrywki. – Podniósł się, rozprostował kości i poprawił zatłuszczony płaszcz na ramionach.

– Ale co my tutaj mamy z życia? – zapytał Complain, walcząc z odruchową chęcią zaciśnięcia palców wokół tej tłustej szyi. – Dlaczego tu jesteśmy? Jaki jest cel tego świata? Jesteś kapłanem, powiedz mi to jasno.

Marapper napuszył się, westchnął i uniósł dłonie w odmownym geście.

– Moje dzieci, wasza niewiedza mnie zdumiewa. A jak się przy niej upieracie! „Świat”, mówicie, mając na myśli to małostkowe, niezadowolone plemię. Świat to coś więcej. My i cała reszta: poniki, Martwe Drogi, Ludzie z Dziobu, cały ten kram, jesteśmy w pewnego rodzaju pojemniku, który nazywa się statek, przemieszczającym się z jednego kawałka świata do drugiego. Mówiłem wam to nieraz, ale nie potraficie tego pojąć.

– Znów ta teoria! – rzucił ponuro Complain. – A nawet jeśli świat naprawdę nazywa się statek albo statek nazywany jest światem, nam to nie robi żadnej różnicy. – Z jakiegoś powodu ta teoria o statku, dobrze znana, chociaż powszechnie lekceważona w Kwaterach, przygnębiła go i przestraszyła. Zacisnął usta i powiedział: – Pragnę się teraz przespać, ojcze. Sen przynosi chociaż pociechę. Ty przynosisz tylko zagadki. Wiesz, czasami widzę cię w snach: zawsze mówisz mi coś, co powinienem zrozumieć, ale jakoś nigdy nie słyszę ani słowa.

 

– Tak jest nie tylko w twoich snach – odparł przyjaźnie kapłan, zbierając się do wyjścia. – Chciałem cię zapytać o coś ważnego, ale to musi poczekać. Wrócę jutro i mam nadzieję, że nie będziesz już wtedy pod takim wpływem adrenaliny – dorzucił i odszedł.

Przez dłuższy czas Complain wpatrywał się w zamknięte drzwi, nie słysząc odgłosów trwającej na zewnątrz zabawy. Potem ze znużeniem wdrapał się na puste łóżko.

Sen nie nadchodził. W umyśle Complaina pojawiały się natomiast wspomnienia nieustannych kłótni, które on i Gwenny toczyli w tym pomieszczeniu – poszukiwanie okrutniejszych, miażdżących replik, bezskuteczność ich rozejmów. Trwało to tak długo, a teraz się skończyło: Gwenny będzie spała z kimś innym. Odczuwał zarazem żal i zadowolenie.

Nagle, odtwarzając wydarzenia, które doprowadziły do uprowadzenia Gwenny, przypomniał sobie widmową postać, która zniknęła w ponikach, gdy się zbliżyli. Usiadł na łóżku, zaniepokojony czymś więcej niż niesamowitą sprawnością, z jaką ona przepadła. Za drzwiami było teraz zupełnie cicho. Gonitwa jego myśli musiała trwać dłużej, niż przypuszczał: świętowanie dobiegło końca, tancerzy zmógł sen. Tylko jego świadomość przebijała grobową zasłonę, która wisiała nad korytarzami Kwater. Gdyby otworzył teraz drzwi, usłyszałby może daleki, wieczny szelest rosnących poników.

Ale zdenerwowanie sprawiło, że myśl o otwarciu drzwi budziła w nim strach. Complain przypomniał sobie nagle legendy o niezwykłych istotach często opowiadane w Kwaterach.

Byli przede wszystkim tajemniczy Ludzie z Dziobu. Dziób był odległy, jego mieszkańcy mieli odmienne zwyczaje i uzbrojenie, a także nieznaną moc. Powoli posuwali się naprzód przez gąszcz i mieli w końcu zniszczyć wszystkie małe plemiona; tak przynajmniej mówiły legendy. Ale jakkolwiek byliby potężni, uznawano ich przynajmniej za ludzi.

Mutanci byli podludźmi. Żyli jak pustelnicy albo w małych grupach w gąszczu, wypędzeni tam z plemion. Mieli za dużo zębów, za dużo rąk albo za mało rozumu. Czasami, z powodu deformacji stawów, mogli tylko kuśtykać, pełzać albo stawiać szybkie, drobne kroki. Byli płochliwi i dlatego przypisywano im różne dziwne cechy.

Istnieli też Obcy. Obcy nie byli ludźmi. Bezustannie nawiedzali we śnie starych ludzi takich jak Eff. Zostali stworzeni w sposób nadprzyrodzony z gorącego błota w gąszczu. Tam gdzie nikt nie docierał, oni budzili się do życia. Nie mieli serc ani płuc, ale z wyglądu przypominali ludzi, tak że mogli żyć niezauważeni pośród śmiertelników, gromadząc moc i odbierając im energię jak wampiry wysysające krew. Co jakiś czas w plemionach przeprowadzano polowania na czarownice, ale podejrzani, których krojono w celu oględzin, zawsze mieli serce i płuca. Obcy niezmiennie unikali wykrycia – wszyscy jednak wiedzieli, że istnieją: dowodziło tego choćby to, że na nich polowano.

Może właśnie teraz gromadzili się za jego drzwiami, groźni jak ta milcząca postać, która zniknęła w ponikach.

Taka była prosta mitologia plemienia Greene’a i nie różniła się ona zasadniczo od legend o strasznych stworach opowiadanych w innych plemionach przemieszczających się powoli przez ten region nazywany Martwymi Drogami. Jej częścią, choć uznawano ich za zupełnie odrębny gatunek, byli Giganci. Co do Ludzi z Dziobu, mutantów i Obcych, wiedziano wprawdzie, że istnieją – czasami wywlekano mutanta z gąszczu i kazano mu tańczyć, aż w końcu znudzeni nim ludzie wysyłali go w Długą Podróż, wielu wojowników przysięgało zaś, że walczyło sam na sam z Ludźmi z Dziobu i Obcymi – ale te trzy rodzaje istot cechowała pewna mglistość. Podczas czuwania, w towarzystwie, łatwo je było lekceważyć.

Gigantów jednak nie można było lekceważyć. Byli prawdziwi. Kiedyś wszystko do nich należało, cały świat, niektórzy nawet twierdzili, że ludzie są ich potomkami. Pozostawione przez nich przedmioty leżały wszędzie i ich wielkość była oczywista. Gdyby kiedyś powrócili, opór na nic by się nie zdał.

Za tymi wszystkimi widmowymi postaciami żyła jeszcze jedna, niewyraźnie zarysowana: był to bardziej symbol niż postać. Ten ktoś nazywał się Bóg i nie trzeba go się było bać, ale nikt nie wymawiał już jego imienia i wydawało się dziwne, że wciąż było ono przekazywane z pokolenia na pokolenie. Miało jakiś nieokreślony związek z wyrażeniem „na flaki pana”, które brzmiało dobitnie, choć nie było zbyt konkretne. Bóg skończył jako niegroźne przekleństwo.

To, co Complain dojrzał przelotnie w ponikach w czasie tego czuwania, było o wiele bardziej zatrważające niż to wszystko razem wzięte.

Poważnie zaniepokojony przypomniał sobie coś jeszcze: płacz, który słyszeli z Gwenny. Te dwa osobne fakty gładko się połączyły. Mężczyzna – zbliżające się plemię. Mężczyzna nie był Obcym ani nikim tak tajemniczym. Był po prostu myśliwym z krwi i kości, tyle że z innego plemienia. Takie to proste, takie oczywiste…

Complain znów się położył, odprężył się. Jego głupotę delikatnie zepchnęła na bok odrobina dedukcji. Chociaż lekko przeraziła go myśl, że umknęło mu coś tak oczywistego, był dumny z nowej jasności umysłu. Nigdy nie rozumował tyle, ile trzeba. Wszystko, co robił, było zbyt odruchowe, rządziły tym lokalne prawa, uniwersalna Nauka albo jego nastroje; od teraz powinno być inaczej. Od teraz będzie bardziej podobny do… cóż, na przykład do Marappera. Będzie wszystko oceniał, tak jak Roffery wyceniał towary, tyle że on zajmie się rzeczami niematerialnymi.

Na próbę rozejrzał się w poszukiwaniu innych faktów, które mógłby ze sobą skojarzyć. Może gdyby dało się zgromadzić ich wystarczająco dużo, nawet teoria statku okazałaby się sensowna.

Powinien był poinformować porucznika Greene’a o zbliżającym się plemieniu. To był błąd. Gdyby plemiona się spotkały, doszłoby do ciężkich walk; ich społeczność musiała być na to przygotowana. Cóż, ta sprawa musiała poczekać.

Prawie niepostrzeżenie zapadł w sen.

Kiedy Complain się obudził, nie przywitały go żadne kuchenne zapachy. Usiadł sztywno, stęknął, podrapał się po głowie i wygrzebał z łóżka. Przez jakiś czas myślał, że wypełnia go wyłącznie rozpacz, w końcu poczuł jednak, iż pod rozpaczą budzą się nowe siły. Zamierzał przystąpić do działania, zmusić się do działania; w jaki sposób, miało okazać się później. Znów czuł obietnicę czegoś wielkiego.

Wciągając spodnie, podreptał do drzwi i pchnął je. Zdziwiła go cisza panująca na zewnątrz. Wyszedł, by poznać jej przyczynę.

Zabawa się skończyła. Jej uczestnicy nie mieli widocznie ochoty wracać do swoich mieszkań i leżeli tam, gdzie zastał ich nieprzeparty sen, pośród jaskrawych ruin swojej wesołości. Spali w otępieniu na twardym pokładzie albo budzili się i stwierdzali, że nie warto się ruszać. Tylko dzieci krzyczały jak zwykle, zachęcając ospałe matki do działania. Kwatery wyglądały jak rozległe pobojowisko, ale zabici nie krwawili, a ich cierpienia nie dobiegły jeszcze końca.

Complain szedł cicho pomiędzy śpiącymi. Może uda mu się dostać coś do jedzenia w mesie, gdzie jadali kawalerowie. Minął parę kochanków leżącą niedbale na planszy do „Podróżnika”. Mężczyzną, jak zauważył, był Taniocha, który wciąż obejmował pulchną dziewczynę, trzymając rękę pod jej długą bluzką. Jego twarz była na Orbicie, ich rozrzucone stopy przecinały Drogę Mleczną. Muszki skradały się po nodze dziewczyny i wlatywały pod spódniczkę.

Zbliżała się jakaś postać. Nie bez obaw Complain stwierdził, że to jego matka. Według jednego z obowiązujących w Kwaterach praw, nieprzestrzeganego zbyt rygorystycznie, dziecko powinno przestać kontaktować się ze swoimi braćmi i siostrami, kiedy sięgało dorosłemu do biodra, a z matką, kiedy sięgało do pasa. Ale Myra była gadatliwą kobietą, a nakazy dotyczące pasa nie obchodziły jej języka, rozmawiała więc ze swoimi licznymi dziećmi, kiedy to tylko było możliwe.