CieplarniaTekst

Z serii: s-f
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Cieplarnia
Cieplarnia
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 75,80  60,64 
Cieplarnia
Audio
Cieplarnia
Audiobook
Czyta Maciej Kowalik
37,90  27,67 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Przedmowa

„Choć stawia ponad wszystko, co stworzone,

W zielonym cieniu dumanie zielone”.

Ogród, Andrew Marvell

Tłum. Stanisław Barańczak

Brian Aldiss to obecnie najwybitniejszy brytyjski pisarz SF swego pokolenia*. Pisze od przeszło pięćdziesięciu lat z niezmordowaną energią i intelektem, co raz przechodząc od ortodoksyjnej fantastyki naukowej do prozy mainstreamowej, by zaraz znowu wrócić do swego pierwotnego gatunku, po drodze eksperymentując z biografią, realizmem magicznym i literaturą absurdu. Jako redaktor i autor antologii wywarł spory wpływ na tę odmianę science fiction, którą czytało się w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, i kształtował upodobania brytyjskich miłośników SF. Jest także krytykiem literackim i jego analizy zawarte w Billion Year Spree [1973] oraz jej poszerzonym wydaniu zatytułowanym Trillion Year Spree [1987] niezwykle trafnie opisywały science fiction, gatunek, który – jak twierdzi Aldiss – wywodzi się od Frankensteina Mary Shelley i który jego zdaniem należy definiować jako „hybris poturbowaną przez nemezis”. Jego dokonania są fenomenalne: Aldiss nie tylko nadaje nowe kształty fantastyce brytyjskiej, zawsze z piekielną inteligencją, zawsze poetycko i dziwacznie, zawsze z pasją, ale także zdobywa uznanie jako pisarz mainstreamowy.

Gdy kreślę te słowa, Brian Aldiss jest wciąż wśród nas, wciąż pracuje i wciąż pisze; jest autorem, który niezmordowanie nie tylko przechodzi od gatunku do gatunku, ale także łamie ich reguły, kiedy tak mu akurat pasuje, i pod tym względem szalenie trudno umiejscowić go w jakimkolwiek kontekście czy też zaszufladkować.

Za młodu Aldiss jako żołnierz trafił do Birmy i na Sumatrę, gdzie zetknął się ze światem dżungli, absolutnie niewyobrażalnym w szarej Anglii, i chyba bez cienia przesady można wysnuć hipotezę, że kontakt z tym obcym światem stanowił inspirację dla świata przedstawionego w Cieplarni, powieści, która jest peanem na cześć dziwacznego i bujnego wzrostu roślinności.

Po demobilizacji w 1948 roku powrócił do Anglii i podjął pracę w księgarni, jednocześnie cały czas pisząc. Jego pierwsza książka, The Brightfount Diaries, to zbiór szkiców o księgarstwie, a krótko po niej sprzedał pierwszy wybór swoich opowiadań science fiction – Space, Time and Nathaniel – i od tego momentu stał się redaktorem, krytykiem i rzecznikiem tezy, że fantastyka naukowa to medium.

Aldiss zaliczał się do drugiego pokolenia angielskich pisarzy SF; od dziecka zaczytywał się amerykańskimi czasopismami poświęconymi fantastyce, rozumiał język jej Złotej Ery i władał nim, łącząc go z bardzo angielskim literackim punktem widzenia – zawdzięczał tyle samo Robertowi Heinleinowi, co H.G. Wellsowi. Tak czy owak, był pisarzem, a nie – na przykład – inżynierem. Opowieść była zawsze dla Aldissa ważniejsza niż nauka. (Swego czasu amerykański pisarz i krytyk James Blish skrytykował Cieplarnię za to, że brak jej naukowego prawdopodobieństwa, a mimo to Cieplarnia zachwyca licznymi elementami nieprawdopodobnymi czy wręcz niemożliwymi – nieprawdopodobieństwa to mocne strony tej powieści, czego doskonałym przykładem oniryczna wizja Księżyca oplecionego pajęczyną).

Cieplarnia, kolejne duże dzieło Aldissa, podobnie jak wiele powieści tej epoki została napisana i opublikowana w odcinkach na łamach amerykańskiego magazynu SF. Rodziła się jako sekwencja pięciu powiązanych z sobą opowiadań, za które w 1962 roku Aldiss otrzymał nagrodę Hugo (czyli odpowiednika Oscara na niwie SF) w kategorii „Najlepsze opowiadanie”. (W kategorii „Najlepsza powieść” nagrodzono w owym roku Roberta A. Heinleina za Obcego w obcym kraju).

Przed Aldissem było w Wielkiej Brytanii wielu pisarzy SF, którzy pisali na rynek amerykański – na przykład Arthur C. Clarke albo Eric Frank Russell – lecz Aldiss pojawił się na scenie, gdy tak zwana Złota Era dobiegła końca, i zaczął pisać w momencie, w którym gatunek dokonywał już introspekcji. W drugiej połowie lat sześćdziesiątych Aldiss i jemu współcześni, choćby J.G. Ballard i John Brunner, przyczynili się do radykalnej zmiany, której centrum stanowił magazyn „New Worlds” pod redakcją Michaela Moorcocka i która z czasem została wyróżniona mianem Nowej Fali – science fiction, która odchodziła od „twardej nauki”, skupiając się bardziej na stylu i eksperymentowaniu. I choć Cieplarnia wyprzedza powstanie Nowej Fali, może być postrzegana jako jedno z tych nowatorskich dzieł współtworzących ów trend, względnie dowodzących, że coś się zmieniło.

Aldiss wciąż szukał nowych rozwiązań zarówno w formie, jak i treści; eksperymentował z prozą komiczną, psychodeliczną i artystyczną. Pierwszym bestsellerem w jego dorobku stała się wydana w latach 1971–1978 trzytomowa saga „The Horatio Stubbs”; jej bohater to młody człowiek, którego wykształcenie i wojenne doświadczenia w Birmie są porównywalne z młodzieńczymi latami autora. Na początku lat osiemdziesiątych powrócił jednak do klasycznej science fiction swoją autorytatywną trylogią o Helikonii opowiadającą o planecie z nadzwyczaj długimi porami roku, która krąży wokół dwóch słońc – w ramach tego zaskakującego ćwiczenia z budowania nowych światów Aldiss bada formy życia, biologiczne cykle planety i ich wpływ na jej ludzkich obserwatorów.

Niezmordowanie twórczy i płodny, Brian Aldiss tworzy nieprzerwanie i – tak jak jego cieplarniana Ziemia – kreuje życie wszelkich kształtów i odmian, nieprzewidywalne, zachwycające i niebezpieczne. Jego bohaterowie i światy, czy to w utworach mainstreamowych, fantastycznych czy też w powieściach trudniejszych do zaklasyfikowania, jak na przykład eksperymentalny i surrealistyczny Report on Probability A, są zawsze zaangażowane, by zacytować Eddiego Campbella, autora komiksów, w taniec Żywej Śmierci.

Cieplarnia była drugą liczącą się powieścią SF Aldissa. Jest to książka bezkompromisowa, którą można zaliczyć jednocześnie do kilku fantastycznonaukowych tradycji (bo to jest science fiction, nawet jeśli wizja w samym sercu tej opowieści, wizja Księżyca i Ziemi, które się nie obracają, oplecione ogromnymi pajęczynami, to motyw zaczerpnięty żywcem z fantasy).

To powieść o Ziemi z dalekiej przyszłości, której akcja rozgrywa się pod koniec życia tej planety, kiedy już wszystkie nasze bieżące problemy zostały zapomniane, a wymarłe miasta dawno przestały istnieć. (Epizod w ruinach, jak rozumiem, Kalkuty, kiedy Piękność skanduje dawno zapomniane hasła polityczne z czasów naszej odległej przyszłości, to osobliwe przypomnienie świata, który miliony lat wcześniej został porzucony i stał się zupełnie nieważny).

Cieplarnia jest odyseją Grena, który udaje się na wyprawę dookoła świata, narażając się na niewyobrażalne niebezpieczeństwa (podczas gdy Lily-yo „Odchodzi Wyżej” – udaje się na wyprawę do Wierzchołków). To opowieść o nieprawdopodobnych cudach, po części nawiązująca do tego gatunku literatury, który – podobnie jak Odyseja – poprzedza science fiction i który ma korzenie w opowieściach podróżniczych, jak te autorstwa sir Johna Mandeville’a i jeszcze wcześniejsze, niesamowitych legendach o zamorskich krajach pełnych niewyobrażalnych stworów, bezgłowych ludzi z twarzami wyrastającymi z klatek piersiowych, ludzi podobnych do psów i o baranku, który był też warzywem.

Nade wszystko jednak Cieplarnia to powieść konceptualnego przełomu – jak tłumaczą John Clute i Peter Nicholls w swojej Encyclopedia of Science Fiction. Do tego przełomu dochodzi w momencie, gdy bohater wsuwa głowę w skraj świata, widzi tryby, przekładnie i silniki obracające się za niebem i zaczyna – razem z czytelnikiem – rozumieć dotychczas ukrytą naturę rzeczywistości. W Non stop, pierwszej powieści SF Aldissa, dżungla znajduje się we wnętrzu gigantycznego statku kosmicznego, który od wielu ludzkich pokoleń krąży po orbicie Ziemi – od tak dawna, że ludzie na statku zapomnieli, że znajdują się na jego pokładzie. Cieplarnia prezentuje inny rodzaj konceptualnego przełomu, bo jej barwni bohaterowie bardziej przejmują się przetrwaniem, zostawiając rolę tego, kto zakrzyknie „Ach, to tak!”, czytelnikowi; to on odkrywa cykl życia szybowników, udział grzyba w ludzkiej ewolucji, naturę świata – to my dowiadujemy się wszystkich tych rzeczy i to nam zmienia to sposób, w jaki patrzymy na różne rzeczy.

Fabuła Cieplarni składa się z miejsc, zdarzeń i – raz po raz – z cudów. To nie jest powieść skupiona na postaciach: postaci istnieją na odległość wyciągniętej ręki i Aldiss świadomie i systematycznie nas od nich oddziela – nawet Gren, czyli coś najbardziej zbliżonego do budzącego sympatię bohatera, pozyskuje wiedzę od smardza i zostaje od nas odcięty, zmuszając nas, byśmy zarzucili jego punkt widzenia na rzecz punktu widzenia jego (z braku lepszego terminu) towarzyszki Yattmur. Sympatyzujemy z ostatnimi ludźmi w ich dżungli, ale oni to nie my.

Są tacy, którzy oskarżają science fiction o to, że faworyzuje idee kosztem postaci; Aldiss stale jawi się nam jako pisarz, który rozumie i tworzy wspaniałe, budzące sympatię postaci, zarówno w swych powieściach fantastycznonaukowych, jak i mainstreamowych, a jednak uważam, że taki zarzut rzeczywiście można sformułować w odniesieniu do Cieplarni, choć oczywiście nie byłby to zarzut trafiający w sedno, bo to tak, jakby krytykować jakąś piosenkę Beatlesów, mówiąc, że jest o trzy minuty za długa i że refren powtarza się do znudzenia.

 

Cieplarnia to lawina cudów i medytacja nad cyklem życia, w którym indywidualne żywoty nie są ważne, w którym nie jest ważne jakieś zgrabne rozgraniczenie między zwierzęciem i warzywem, w którym sam Układ Słoneczny nie jest ważny i ostatecznie liczy się tylko życie, które dotarło tutaj z kosmosu w postaci drobnych cząstek, a teraz znowu odchodzi do tego bezmiaru.

Jest to jedyna powieść science fiction – przynajmniej ja nie znam innej – która wychwala proces kompostowania. Coś wyrasta, umiera i gnije, a potem z tego znowu coś wyrasta. Śmierć jest częsta, kapryśna i zazwyczaj nikt jej nie opłakuje. Śmierć i powtórne narodziny są stałe. Życie – i Cud – trwają. Poczucie cudu jest tym istotnym elementem, dzięki któremu science fiction spełnia swoje zadanie, i właśnie to poczucie cudu Cieplarnia dostarcza nad wyraz skutecznie, na poziomie, który Aldiss prześcignie dopiero blisko trzydzieści lat później, pisząc trylogię złożoną z Wiosny Helikonii, Lata Helikonii i Zimy Helikonii.

Świat Cieplarni to nasza planeta, tyle że niewyobrażalne czeluście czasu później. Ziemia już się nie obraca. Księżyc zastygł na swojej orbicie, związany z Ziemią pajęczymi pasmami. Dzienna strona Ziemi jest porośnięta licznymi odrostami pojedynczego drzewa figowego, wśród których żyje ogromne mnóstwo warzywnych istot, jakieś owady oraz rodzaj ludzki. Ludzie skarleli do rozmiarów małp. Jest ich niewielu, podobnie zresztą jak innych gatunków królestwa zwierząt (poznamy ich kilka i będziemy konwersować ze ssakiem Sodal Ye). Ale zwierzęta są tu nieważne: długie popołudnie na Ziemi, gdy nadciąga zmierzch, to pora życia warzyw, które wypełniają niszę obecnie zajętą przez zwierzęta i ptaki i jednocześnie wypełniają też nowe nisze – wśród których chyba najniezwyklejszymi są trawersery, czyli spinające przestrzeń warzywne istoty, które tkają milowe liny na podobieństwo pająków.

Pleniące się formy życia – których nazwy są zbitkami wyrazowymi, jak u Lewisa Carrolla, sprawiającymi wrażenie, że zostały wymyślone przez inteligentne dzieci – wypełniają słoneczną stronę świata. Gren, postać, której imię to niemal to samo co angielskie słowo oznaczające wszechobecny w tej rzeczywistości kolor zielony, na samym początku jest dzieckiem, bardziej zwierzęcym niż ludzkim. To mądre zwierzę, owszem, ale nadal zwierzę… i starzeje się prędko, tak jak mogłoby starzeć się zwierzę. Jego odyseja to proces stawania się człowiekiem. Dowiaduje się, że są rzeczy, których nie wie. Większość przyjmowanych przez niego założeń jest nieprawidłowa, a w jego świecie błąd może zabić. Przypadkiem jednak, za sprawą swej inteligencji, wychodzi z wszystkiego cało i uczy się, natrafiając po drodze na liczne fantasmagorie z udziałem dziwnych istot, między innymi karmiących się lotosami brzunio-brzuchów, który to wątek służy z początku za komiczne rozładowanie napięcia, jednak w miarę rozwoju akcji staje się coraz bardziej mroczny. W samym środku powieści mamy spotkanie Grena ze smardzem, inteligentnym grzybem, który jest jednocześnie wężem w raju i owocem z drzewa poznania dobra i zła, stworzeniem wiedzionym czystym intelektem, tak jak Gren i inni ludzie są wiedzeni instynktem.

Sodal Ye – potomek delfinów, którego Gren napotka pod koniec – oraz smardz są inteligentni; wiedzą o świecie więcej niż ludzie i polegają na innych istotach, by móc się poruszać po świecie i radzić sobie z nim – są jak pasożyty albo symbioty.

Z perspektywy czasu widać, dlaczego Cieplarnia była wyjątkowa i dlaczego, niemalże pięćdziesiąt lat temu, zdobyła nagrodę Hugo, ugruntowując sławę Aldissa. Porównajcie Cieplarnię z jej najbardziej tradycyjnym angielskim ekwiwalentem, powieścią katastroficzną Johna Wyndhama Dzień tryfidów (1951), czyli „kameralną katastrofą” (cytując Aldissa-krytyka), w której oślepieni ludzie stają się ofiarami wielkich, śmiercionośnych roślin wyposażonych w odnóża, po czym gromadzą się razem i wspólnie szukają bezpieczeństwa, nim – jak zakładamy – na powrót zaprowadzą dominację człowieka na Ziemi. W świecie Cieplarni nie ma niczego, co stawiałoby nas wyżej od roślin, i tryfidy niczym by się tu nie wyróżniały; były wręcz istotami pośledniejszymi i normalniejszymi w porównaniu z burleskowymi monstrami z cieplarnianej Ziemi: jagodobijami, suchoświstami, gębokłapami, skaczopnączami i całą resztą.

A jednak Cieplarnia pozostaje brytyjską science fiction – zawarte w niej przesłanie bardzo odróżnia ją od amerykańskiej SF tego okresu. W amerykańskiej SF początku lat sześćdziesiątych Gren zabrałby się do eksploracji kosmosu, aby przywrócić rozum ludziom i odbudować ziemską faunę, ale takimi zakończeniami Aldiss tylko przez chwilę macha nam przed nosem, po czym zaraz je odrzuca, bo Cieplarnia nie jest powieścią o triumfie ludzkości, tylko o naturze życia, życia na ogromną skalę i życia na poziomie komórkowym. Forma tego życia jest nieważna: niebawem Słońce pochłonie Ziemię, natomiast życie, które się na niej pojawiło i na chwilę zostało, wyruszy w dalszą drogę przez wszechświat, znajdując nowe cele, które zasiedli w najbardziej niewyobrażalnych formach.

Cieplarnia to dziwna książka, alienująca i głęboko, niepokojąco odstająca od innych. Coś wyrasta, umiera i gnije, a potem z tego znowu coś wyrasta i właśnie na tym polega przetrwanie. Wszystko inne to marność, mówi nam Brian Aldiss za Księgą Eklezjastesa, i nawet inteligencja potrafi być swoistym brzemieniem, czymś pasożytniczym i skończenie nieważnym.

Neil Gaiman

kwiecień 2008 r.

* Niniejsza przedmowa została napisana w 2008 r., natomiast Brian Aldiss zmarł 19 sierpnia 2017 r. – przyp. tłum.

CZĘŚĆ PIERWSZA

Rozdział I

Wszystko rosło, posłuszne niezbywalnemu prawu, rozpychając się i wyrodniejąc w swym pędzie do wzrostu. Temperatura, światło, wilgotność – te nie zmieniały się, pozostawały takie same od… nikt nie wiedział, od jak dawna. Nikogo już nie obchodziły doniosłe pytania zaczynające się od „Jak długo…?” lub „Dlaczego…?” Tutaj nie było już miejsca dla rozumu. Tu było miejsce dla wzrastania, dla roślin. Jak w cieplarni.

Kilkoro dzieci wyszło w zielone światło, aby się pobawić. Pobiegły konarem, bacznie wypatrując wrogów i nawołując się ściszonymi głosami. Szybko rosnący jagodobij przemykał ukosem do góry, kiście jego lepkich owoców połyskiwały szkarłatem. Widać było, że jest zaaferowany wysiewem i dzieciom nic nie grozi z jego strony. Minęły go pędem. Z pory ich snu skorzystał parzyperz, wyrastając za skrajem terytorium grupy. Drgnął, gdy się przybliżyły.

– Zabić go – powiedziała krótko Toy. Była naczelnym dzieckiem grupy. Skończyła dziesięć lat, przeżyła dziesięć owocowań figowego drzewa. Słuchali jej wszyscy, nawet Gren.

Dobyli pałek, które każde dziecko nosiło wzorem dorosłych, i rzucili się na parzyperz. Darli go i siekli. Ogarnęło ich podniecenie, gdy tłukli roślinę, miażdżąc jej jadowite wypustki.

W tym podnieceniu upadła Klat. Pięcioletnia zaledwie, najmłodsza z dzieci grupy. Jej dłonie dostały się w jadowitą masę. Wrzasnąwszy przeraźliwie, przewróciła się na bok. Pozostałe dzieci również podniosły krzyk, ale nie zapuściły się w parzyperz na ratunek. Mała Klat krzyknęła ponownie, usiłując wydostać się z matni. Jeszcze zacisnęła kurczowo palce na szorstkiej korze – i po chwili leciała w dół. Dzieci widziały, jak spada na wielki liść rozpostarty parę długości pod nimi; uczepiła się go i tak pozostała, drżąc na rozhuśtanej zieleni. Spojrzała na nich żałośnie, lękając się zawołać.

– Sprowadź Lily-yo – poleciła Toy Grenowi.

Gren pognał z powrotem. Z powietrza spadła na niego osica, obwieszczając wściekłość tubalnym brzęczeniem. Odrzucił ją ciosem dłoni, nie zwalniając. Rzadki okaz dziecka mężczyzny, lat dziewięć, już bardzo śmiały, rączy i dumny. Szybko dotarł do chaty Prowodyrki.

Osiemnaście domów-orzechów wisiało uczepionych spodu gałęzi. Orzechy wydrążono i przytwierdzono do konara spoiwem pędzonym z krzewu acetonowego. Zamieszkiwało je osiemnastu członków grupy, po jednym na orzech: Prowodyrka, jej pięć kobiet, ich mężczyzna i jedenaścioro pozostałych przy życiu dzieci.

Na krzyk Grena Lily-yo wspięła się po lianie i stanęła przy nim.

– Klat spadła! – zawołał Gren i popędził z powrotem.

Zanim Lily-yo go wyprzedziła, raptownie zastukała pałką w konar. Jej sygnał wywołał pozostałą szóstkę dorosłych – kobiety: Flor, Daphe, Hy, Ivin i Jury oraz Harisa, mężczyznę. Wyskoczyli z bronią w ręku, gotowi do ataku lub ucieczki. Lily-yo wydała w biegu wysoki, przenikliwy gwizd. Z gęstego listowia natychmiast wypadł głuszek, podlatując do jej ramienia. Mechata, wirująca parasolka, której rozpostarte pręty utrzymywały kierunek lotu, dostosowała swoją prędkość do jej biegu.

Dzieci i dorośli obstąpili Lily-yo, gdy spoglądała na Klat wciąż rozpłaszczoną na liściu pod nimi.

– Leż spokojnie, Klat! Nie ruszaj się! – zawołała Lily-yo. – Przyjdę do ciebie.

Pomimo trwogi i bólu Klat usłuchała, z nadzieją wznosząc wzrok w kierunku, z którego nadchodziła pomoc.

Lily-yo dosiadła okrakiem sierpowatej podstawy głuszka i zagwizdała cichutko. Z całej grupy ona tylko posiadła w pełni sztukę ujeżdżania głuszków. Były to półwrażliwe na bodźce owoce suchoświstu. Końce puchatych prętów kryły nasiona tak osobliwie ukształtowane, że lekki powiew wiatru szeptał w nie jak do ucha; zamienione w słuch wyczekiwały najmniejszego podmuchu, by go wykorzystać do rozsiania. Po wielu latach prób ludzie nauczyli się wysługiwać tymi prymitywnymi uszami do własnych celów, jak to właśnie zrobiła Lily-yo.

Głuszek zniósł ją w dół, na ratunek bezradnemu dziecku. Klat leżała na plecach i modląc się w duchu, śledziła ich przybycie. Wciąż spoglądała w górę, gdy przez liść ze wszystkich stron wystrzeliły zielone zęby.

– Skacz, Klat! – krzyknęła Lily-yo.

Dziewczynka zdążyła się jeszcze podnieść na kolana. Roślinni drapieżcy nie są tak szybcy jak ludzie. A potem zielone zęby zatrzasnęły się na jej talii. Wyczuwszy obecność ofiary przez pojedynczą warstwę zieleni, gębokłap wyszedł na pozycję pod liściem. Przypominał nieco ramę – tylko para zrogowaciałych, kwadratowych szczęk na zawiasach, z licznymi długimi zębami. Z narożnika ramy, na podobieństwo szyi, wyrastał pal, krzepki i grubszy od człowieka. Teraz gębokłap tę szyję zginał, zabierając Klat na dół, do swojej właściwej paszczy przebywającej z resztą rośliny jeszcze niżej, na niewidzialnym dnie lasu, pośród ciemności i rozkładu.

Gwizdem Lily-yo skierowała swego głuszka z powrotem na górę, na rodzinny konar. Nic już nie dało się zrobić dla Klat. Tak już było.

Grupa rozpraszała się. Stojąca gromadka kusiła niezliczone leśne licha. Poza tym śmierć Klat nie była pierwszą, jaką oglądali. Grupa Lily-yo składała się kiedyś z siedmiu podwładnych kobiet i dwóch mężczyzn. Dwie kobiety i jednego mężczyznę zabrała zieleń. Te osiem kobiet zrodziło grupie dwadzieścioro dwoje dzieci, w tym pięcioro dzieci mężczyzn. Śmierć często zabierała dzieci, zawsze tak było. Teraz, po odejściu Klat, zieleń zabrała już ponad połowę dzieci. Lily-yo zdawała sobie sprawę, że jest to szokująco wysoka śmiertelność, i jako przywódca obwiniała siebie. Choćby nie wiadomo ile niebezpieczeństw czyhało w gałęziach, znali je wszystkie i potrafili się bronić. Winiła siebie tym bardziej, że w pozostałym przy życiu potomstwie uchowała się tylko trójka dzieci mężczyzn: Gren, Poas i Veggy. Z nich, jak niejasno przeczuwała, Gren zrodzony był do kłopotów.

Lily-yo wracała z zielonego blasku. Nasłuchując hasła do wysiewu, głuszek niepostrzeżenie odpłynął wezwany milczącym nakazem lasu. Nigdy świat nie był tak przepełniony. Puste miejsca nie istniały. Zdarzało się, że głuszki szybowały nad dżunglą przez całe stulecia w oczekiwaniu na lądowanie, jak symbole osamotnienia świata roślin.

Zatrzymawszy się nad jednym z orzechów, Lily-yo zjechała po lianie do jego wnętrza. To była chatka Klat. Prowodyrka z ledwością przecisnęła się do środka, tak małe było wejście. Ludzie budowali jak najmniejsze drzwi – powiększali je, w miarę jak rośli – by zapobiec wizytom nieproszonych gości. W chatce Klat panował wzorowy porządek. W miękkim miąższu wnętrza zostało wycięte łóżko; tutaj sypiała pięcioletnia dziewczynka, gdy ogarnęła ją senność pośród niezmiennej zieloności lasu. Na łóżku leżała dusza Klat. Lily-yo zatknęła ją za pas. Wciągnęła się na lianę i ująwszy nóż, cięła w miejscu, gdzie usunięto korę drzewa i orzech łączył się z żywym drewnem. Po kilku ciosach spoiwo puściło. Chatka Klat zawisła na moment, po czym poleciała na dół. Gdy zniknęła w ogromnych, mięsistych liściach, nastąpiło wśród nich poruszenie. Coś walczyło o przywilej pożarcia wielkiego kęsa.

 

Lily-yo wdrapała się z powrotem na konar. Na chwilę przystanęła dla złapania oddechu. Szybciej niż kiedyś dostawała zadyszki. W zbyt wielu polowaniach brała udział, za dużo urodziła dzieci, stoczyła zbyt wiele walk. Z rzadką i przelotną zadumą nad sobą spojrzała na swe gołe, zielone piersi. Były mniej pełne niż wtedy, gdy po raz pierwszy dopuściła do siebie mężczyznę Harisa, zwisały niżej. Kształt miały nie tak piękny. Instynktownie wiedziała, że minęła jej młodość. Instynktownie wiedziała, że nadszedł czas, by Odejść Wyżej.

Grupa oczekiwała jej przy Zagłębieniu. Pobiegła do nich, pozornie żywa jak zawsze, ale serce ciążyło jej kamieniem. Zagłębienie w złączeniu konara z pniem przypominało odwróconą do góry pachę. Tam gromadziły się ich zapasy wody. Grupa obserwowała wchodzącą po pniu kolumnę mocarmitów. Jeden z mocarmitów kilkakrotnie pozdrowił bezgłośnie ludzi. Pomachali mu w odpowiedzi. Jeżeli w ogóle mieli sojuszników, były nimi mocarmity. Tylko pięć wielkich rodzin przetrwało wśród rozpasanego zielonego żywiołu: osice, pszczelce, mrówce i mocarmity, które tworzyły społeczeństwa owadzie, potężne i niezniszczalne, a piątą stanowił człowiek, łatwo i nędznie ginący, niezorganizowany tak jak owady, lecz niewymarły, ostatni przedstawiciel zwierząt w całym wszechzwycięskim świecie roślin.

Lily-yo podeszła do grupy. Ona również wodziła spojrzeniem za kolumną mocarmitów, dopóki nie znikły w pokładach zieleni. Mogły żyć na dowolnym poziomie wielkiego lasu, w Wierzchołkach czy na Dnie. Pierwsze i ostatnie z owadów; dopóki cokolwiek będzie żyło, mocarmity i osice nie zginą. Lily-yo spuściła wzrok i przywołała grupę. Wydobywszy duszę Klat, na oczach wszystkich wzniosła ją nad głowę, by dobrze widzieli.

– Zieleń zabrała Klat – powiedziała. – Jej dusza musi powędrować do Wierzchołków, jak nakazuje obyczaj. Flor i ja zabierzemy ją tam natychmiast, abyśmy mogły podążyć za mocarmitami. Daphe, Hy, Ivin, Jury, wy strzeżcie dobrze mężczyzny Harisa i dzieci do naszego powrotu.

Kobiety skinęły z powagą głowami. Następnie, podchodząc kolejno, dotykały duszy Klat, topornie wyciętej z drewna figurki kobiecej. Gdy rodziło się dziecko, do obowiązków ojca należało wyrzeźbienie mu duszy, bo kiedy kogoś zabrała w lesie zieleń, prawie nigdy nie pozostawała choćby kosteczka do pogrzebania. Dusza miała przetrwać do pogrzebu w Wierzchołkach.

Podczas ceremonii dotykania duszy Gren czmychnął i zuchwale odłączył się od grupy. Prawie równy wiekiem Toy, dorównywał jej też siłą i rzutkością. Nie tylko był wytrzymały w biegu. Potrafił się także wspinać. I pływać. Co więcej, miał własną wolę. Nie bacząc na krzyk swego przyjaciela Veggy’ego, popędził do Zagłębienia i skoczył do wody. Otworzywszy oczy pod powierzchnią, ujrzał zamglony świat. Jakieś zielsko podobne do liści koniczyny wyrosło przed nim, tylko czekając, by zahaczyć o jego nogi. Gren odgarnął je błyskawicznym ruchem dłoni, nurkując głębiej. Wtedy spostrzegł pompiaka, zanim ten go zauważył.

Pompiak był wodną, na poły pasożytniczą rośliną. Przebywał w zagłębieniach, skąd zapuszczał swoje uzębione jak piła ssawki pod korę drzewa, szukając soków. Ale i jego górna część, prymitywna, kształtem przypominająca język, potrafiła polować. Rozwinęła się teraz i okręciła wokół lewego ramienia Grena, zwierając natychmiast włókna dla wzmocnienia chwytu. Gren był na to przygotowany. Jednym cięciem noża rozszczepił pompiaka na dwoje; dolna część pozostała, miotając się za nim bezsilnie, gdy odpływał. Zanim wypłynął na powierzchnię, znalazła się przy nim Daphe, wytrawna łowczyni, z nożem gotowym do jego obrony i zagniewaną twarzą; spomiędzy jej rozwartych zębów wysypywały się srebrzyste jak rybia łuska bąbelki. Przecinając powierzchnię wody, posłał jej uśmiech, po czym wylazł na suchy brzeg. Otrząsnął się nonszalancko, nie zwracając uwagi na wychodzącą opodal kobietę.

– Nie biegamy, nie pływamy, nie wspinamy się w pojedynkę! – zawołała Daphe, przypominając jedno z praw. – Gren, czy ty nie wiesz, co to strach?! Masz zamiast głowy pustą łupinę łuskacza!

Wszystkie kobiety były zagniewane, lecz żadna nie ośmieliła się tknąć Grena. Był dzieckiem mężczyzną. Był tabu. Miał magiczną moc rzeźbienia duszy i płodzenia dzieci, a raczej ją posiądzie, gdy dorośnie, co miało nastąpić już niedługo.

– Jestem Gren, dziecko mężczyzna! – Chełpliwie walił się w pierś. Szukał aprobaty w oczach Harisa. Ale Haris odwrócił wzrok. Teraz, gdy Gren był taki duży, nie chwalił go tak jak dawniej, chociaż chłopiec sprawiał się dzielniej niż wtedy. Lekko zawiedziony, Gren skakał wokoło, wywijając skrawkiem pompiaka wciąż owiniętym wokół jego lewego ramienia. Pokrzykiwał, popisując się przed kobietami, by okazać, jak mało go obchodzą.

– Jesteś jeszcze dzieckiem – zasyczała o rok starsza Toy.

Gren zamilkł. Przyjdzie czas, że pokaże im wszystkim, że jest kimś.

Lily-yo nachmurzyła się.

– Dzieci wyrosły, wymykają się spod kontroli. Gdy wrócimy z Flor z Wierzchołków po pogrzebie duszy Klat, rozbijemy grupę. Nadszedł czas, by się rozdzielić. Uważajcie na siebie! – Z pożegnalnym gestem obróciła się na pięcie, a Flor ruszyła za nią.

Grupa przycichła, śledząc odejście przywódczyni. Wszyscy wiedzieli, że muszą się rozstać, nikomu nie chciało się nad tym zastanawiać. Czasy beztroski i bezpieczeństwa przeminą – tak im się przynajmniej wydawało – na zawsze. Dzieci wkroczą w okres samodzielnych doświadczeń, zdane na siebie, nim dołączą do innych grup. Dorośli rozpoczynali starość, Odchodzili Wyżej w nieznane, na niedolę i śmierć.