Gorejąca biel. Tom 2

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tytuł oryginału: The Burning White


Copyright © 2019 by Brent Weeks

Copyright for the Polish translation © 2020 by Wydawnictwo MAG


Redakcja: Urszula Okrzeja

Korekta: Magdalena Górnicka

Okładka: Dark Crayon


ISBN 978-83-7480-669-5

Wydanie II


Wydawca:

Wydawnictwo MAG

ul. Krypska 21 m. 63, 04-082 Warszawa

tel./fax 228 134 743

www.mag.com.pl


Wyłączny dystrybutor:

Dressler Dublin sp. z o. o.

ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Maz.

tel. 227 335 010

www.dressler.com.pl


Wersję elektroniczną przygotowano w systemie Zecer firmy Elibri

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym
20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

ROZDZIAŁ 71

Andross Czerwony – 18 lat temu (wiek: 48 lat)


– Gramatykę można przeanalizować na kilka różnych sposobów – mówi Felia – jak to zwykle bywa z przepowiedniami Skryptora, i to bez redakcji. Gorzej, że widziałam już jej tłumaczenia. „Przełamanie wielkiej skały, czarne ognie piekła, ponownie na ziemię wypuszczone/wypuściły/ wypuszczą/wypuszczają…”.

– To nam pomaga?

– Powiedziałabym, że nie, gdybym wiedziała, ile będzie nas kosztowało zdobycie jej przez ciebie od tej dziewczyny…

Nagle mruga, żeby powstrzymać łzy. Zaciska zęby i odwraca wzrok.

– Powiedz mi. Nigdy mi nie powiedziałeś. Trzy tygodnie spędziłeś na statku, wracając do domu, a ja nadal cię wącham, jakby jej zapach mógł tak długo się utrzymać.

Co to jest?

– Udzieliłaś mi pozwolenia. Wprost.

– Nie wiedziałam, jakie to będzie uczucie!

Felię stać na więcej. Potem zacznie pytać o rzeczy, których nie chce wiedzieć.

Uderza mnie w pierś ręką, biorąc rozmach znad głowy, to musiało bardziej zaboleć ją niż mnie.

– Nie przewracaj oczami, Andy! Nawet się nie waż!

Przybieram beznamiętny wyraz twarzy, żeby ukoić jej wzburzenie. Upuszczam kartkę na stół. Macham ręką na niewolników, którzy towarzyszą nam w ogrodzie, żeby odeszli, rzucam spojrzenie Grinwoody’emu, dając mu znać, że ma im powiedzieć, że jeśli ktoś z nich będzie podsłuchiwał, to zostanie zbity i sprzedany na galerę albo do kopalni. A potem skupiam się ponownie na mojej ukochanej.

– Pytaj, o co zechcesz – mówię – ale tylko to, co naprawdę chcesz wiedzieć.

– Pieprzyłeś się z nią?

– Tak – odpowiadam natychmiast.

Myślałem, że to oczywiste.

Felia przełyka ślinę.

– Niech cię szlag.

Bierze kilka wdechów, ale nie potrafię się zorientować, czy zapanowała nad sobą. Robi to na własną odpowiedzialność. Usłyszy ode mnie tylko prawdę, jak jej przysiągłem.

– Musiałeś?

– Taka była nasza umowa.

– Wiem, jaka była umowa. Chcę, żebyś to powiedział.

– Uznałem, że tak będzie najlepiej.

– A jak trudno było cię przekonać? Wiem, że miałeś wiele kochanek przed naszym ślubem. Znudziłeś się mną? Wiem, że od śmierci Sevastiana, nie byłam tak ochoczą kochanką jak kiedyś…

– Przestań! To nie ma nic wspólnego z tobą ani z tym… – Biorę wdech. Cierpienie sięgało głębiej, niż myślałem. Jednakże jej gniew budzi coś w głębi mojego serca, coś płonącego i wściekłego.

Zduszam płomienie. Jak to często robię.

– Flirt nie wystarczał – mówię. – Delikatnie zasugerowałem łapówkę, ale jej rodzina jest bogata, a ona kochała swoją pozycję w bibliotece. Nie mogłem jej niczego dać. I była tak bardzo młoda i niewinna, że nie można było niczym jej zaszantażować. Nie miałem czasu, żeby wynająć agentów, którzy wywarliby nacisk na tych, których kochała, ani pewności, że jeśli to zrobię, ona tego zwyczajnie nie zgłosi. Dlatego ją uwiodłem.

– Dobrze się bawiłeś? – Felia prawie warczy na mnie.

Robię się zimny.

– Minął ponad miesiąc, odkąd ostatni raz dzieliłem z tobą łoże, i było tylko powierzchowne pożegnanie, nie rozpaczliwy akt miłości z kobietą, którą zazdrość doprowadzi do szaleństwa, moja droga. Tak, z przyjemnością sobie ulżyłem.

– „Ulżyłem” – powtarza.

Posłużyłem się tym słowem, żeby zasugerować, że seks był jedynie fizjologiczną czynnością, ale ona zmienia to w potępienie całego naszego małżeństwa. Jakbym chciał się od niej uwolnić. Od swoich przysiąg.

Niestety już powiedziałem więcej, niż powiedziałbym, gdybym w pełni nad sobą panował.

– Coś jeszcze? – warczę.

– A ona dobrze się bawiła? Jak to wyglądało? Dla niej? – Felia zamienia się w zimną sukę.

Biorę głęboki wdech, jeden, potem drugi, aż czerwień cofa się, aż znowu mogę patrzeć na nią ze współczuciem. Moja Felia. Była taka samotna, a wszystko, co kocha, jest zagrożone. Najpierw odebrano jej Sevastiana. Potem pojawił się dystans między nią a Gavinem. Teraz ta sprawa z Dazenem. I jeszcze ja.

Felia boi się, że mnie też straci.

– Czy dałem jej pierwszy orgazm w życiu? Czy zamieniłem ją we wszetecznicę, które pragnęła mojego członka, jak spragniony podróżny na pustyni pragnie wody? Czy obudziła mnie rano, gdy poczułem na sobie jej gorące usta? Czy błagała mnie o rzeczy, których ty zaczęłaś unikać wkrótce po naszym ślubie? Czy pragnęła mnie, jak ty nie pragnęłaś od lat? O to chcesz mnie zapytać? Dlaczego zamiast tego nie zapytasz i nie zadasz tego pytania sobie: czy kiedykolwiek sięgałem po półśrodki, gdy dążyłem do celu?

– Nigdy – szepcze, nie mrugnąwszy nawet powieką, ale przycisnęła rękami brzuch, jak człowiek, który otrzymał ranę w walce i chce wiedzieć, jak jest poważna; musi się dowiedzieć, ale nie śmie sprawdzić.

– Dlaczego nie zapytasz o to, co naprawdę chcesz wiedzieć? Czy ją potem objąłem? Czy pozwoliłem jej zasnąć z głową na moim ramieniu? – Wszystkie te pytania wymykają mi się jak ogary, która palą się do polowania. Nie mogę znieść jej nieszczerości. Felii nie obchodzą szczegóły techniczne, gdzie spółkowaliśmy, ile razy doprowadziłem dziewczynę do rozkoszy. Chce wiedzieć, czy ktoś może ją zastąpić.

Miłość mojego życia jest zaciekła i krwawi, i to jest moja wina w takim samym stopniu jak Orholama, Orei i Ulbeara.

– Fee – odzywam się łagodnie – niech ciemność nie zalega między nami. Decyzja, żeby się z nią przespać, była tylko polem bitwy, dzięki któremu mogłem zdobyć dla nas łup, i masz absolutną rację, że nie dreptałem na paluszkach wobec przysiąg małżeńskich, z których mnie zwolniłaś. Bo wtedy mogłoby się okazać, że wszystkie wysiłki poszły na marne. Chcesz słyszeć, jak przechodziłem od odgrywania zręcznego, uważnego kochanka, jakiego nigdy więcej nie pozna w swoim życiu, do udręczonego poczuciem winy męża, który musi wracać do żony i dzieci, żeby wiecznie rozpaczała z mojego powodu i bała się mnie utracić? Chcesz wiedzieć, jak przy każdym kroku odcinałem ją od rodziny i przyjaciół, żeby, kiedy nadejdzie czas zdradzić ich i obowiązki, zrobiła to z radością, jeśli dzięki temu sprawi, że zostanę jeszcze kilka tygodni? Jak dała mi zwoje, a ja odpłynąłem jeszcze tej samej nocy, bez słowa wyjaśnienia, niewątpliwie ją niszcząc? Bo tęskniłem za tobą? Myślisz, że jedna niezręczna, pozbawiona wyczucia rytmu dziewica mogłaby cię zastąpić? Myślisz, że mogłaby ci dorównać w sypialni albo…

– Jest o połowę ode mnie młodsza i nie urodziła trójki dzieci, a jak sam powiedziałeś, ja nie…

– Myślisz, że jestem mężczyzną, który może zakochać się w kobiecie, której nie szanuje? – warczę.

– Mężczyzna uwierzy prawie we wszystko, jeśli prawidłowo zająć się tym, co ma poniżej pasa.

– Myślisz, że w cztery tygodnie…

– Krótki czas tylko pogarsza sprawę! Nie boję się, że nie dorównuję tej biednej dziewczynie. Boję się, że nie dorównuję twojej wyobraźni. Mężczyzna nie może zakochać się w kobiecie od pierwszego wejrzenia. Zakochuje się w osobie, jaką sobie wyobraża. Ona jest płótnem, na które mężczyzna rzuca swoje nadzieje i marzenia. A jeśli raporty mówią prawdę, to ta dziewczyna była wyjątkowo gibkim i ponętnym płótnem.

– A kim ja jestem? Siedemnastolatkiem?

– Bo mężczyźni dostatecznie dorośli, żeby wiedzieć lepiej, nigdy nie zamieniali starzejących się żon na młodsze i głupsze?!

– Za dobrze mnie znasz, żeby w to uwierzyć. To szaleństwo przebrane za lęk. Dowiodłem mojej uczciwości tysiące razy. Wiesz o wszystkich kobietach, które próbowały mnie uwieść, odkąd się pobraliśmy. Wiesz o dawnych kochankach, które próbowały ponownie rozpalić moje zainteresowanie, odkąd zostałem Czerwienią. Widzę tylko ciebie, Firuzeh Eszter Laleh Dariush. Moja Felio, moja Felio Guile, jak mógłbym cię zastąpić? Jaką magiczną piczkę musiałaby mieć kobieta, żeby skusić mnie choćby na chwilę? Odwieść od ciebie? Ciebie?! Kobiety, która mogłaby zostać cesarzową, gdyby tylko zechciała? Myślisz, że wymieniłbym twoją siłę na naiwność, słabość tej dziewczyny?

Mimo to wciąż widzę strach w jej oczach.

– Jeśli w to wierzysz – mówię – nie straciłaś mnie, lecz siebie.

Spogląda mi w oczy, szuka pewnie fałszu. Skoro potrafiłem pogrywać z innymi tak zręczne, z takim okrucieństwem, to czy nie mógłbym także zwieść jej? Staram się patrzeć otwarcie, jak wtedy, gdy byliśmy młodzi, ale widzę tylko czerwień.

Po chwili widzę, że skierowała spojrzenie w głąb siebie.

– Nie czuję się silna. Już nie.

– Jesteś dostatecznie silna.

– Wątpię.

Wskazuję kierunek, podnosząc głos.

– Drzwi są tam.

Policzek. Felii dosłownie wyrywa się zduszony okrzyk.

– Pozwoliłbyś mi odejść? Tak łatwo? Po tym wszystkim, co przeszliśmy? Co zrobiliśmy?

– Pozwolić ci odejść byłoby najtrudniejszą rzeczą, jakiej kiedykolwiek bym dokonał. Jednak trwa wojna, nawet jeśli tylko ty i ja ją teraz widzimy. Jeśli zamierzasz stchórzyć. Muszę wiedzieć to, zanim powierzę ci przyszłość swoją i świata.

 

– Nie jestem dość silna…

– Siła to wybór. Odwaga to nawyk. Niestety tchórzostwo także.

Patrzy mi długo w oczy.

– Nie kochaliśmy się od twojego powrotu.

Unoszę ręce, poddając się. Czyj to był wybór?

Wtedy jednak rozumiem. Nawet po tak wielu latach małżeństwa ta nowa sytuacja wymaga nowych reakcji: wiedząc, że jest zraniona, zaczynałem tylko od podchodów. A zbolała potrzebowała zdecydowanego pościgu, podczas gdy ja byłem przekonany, że coś takiego wywoła tylko jej gniew.

I tak by było. Teraz to widzę.

Może jednak potrzebowaliśmy przeciąć ten czyrak. Ja nie potrzebowałem kłótni, nie potrzebowałem zamieszania i skutków wielkiej awantury, więc uznałem, że my tego nie potrzebujemy. Błąd.

Odpuszcza mi. Spuszcza wzrok. Odwraca się do stołu.

– Najgorsze z tego wszystkiego jest to – mówi – że widziałam już wcześniej kopie tego zwoju. Dlatego początkowo myślałam, że to wszystko się wydarzyło… na darmo.

Kiedy kończy zdanie, podchodzę i staję za nią. Wciągam zapach jej włosów, stoję nad nią, opieram ręce na stole po obu jej stronach, ale jej nie dotykam.

Felia kładzie rękę na moim rękawie, żeby odepchnąć mnie, otworzyć klatkę moich rąk, ale ja nie ustępuję, a ona nie pcha zbyt mocno.

– Potrzebuję cię pod każdym względem – mówię jej. – Bez ciebie jestem całkiem sam na tym świecie. Świeca na murach, gdy nadchodzi burza. Wół, który schodzi ze ścieżki pod ciężarem pustego jarzma, w którym szedł też jego towarzysz. Nie zdołam wykonać pracy, jaka nas czeka, bez ciebie, serce mego serca. Potrzebuję twojej mądrości. Potrzebuję twojej dobroci. Twojej wnikliwości. Twojej dłoni na wiośle. Potrzebuję tej siły w tobie, której nigdy nie doceniałaś. Ukrytej zaciekłości. – Całuję ją delikatnie w kark i w nagrodę widzę gęsią skórkę. – Jesteś moim kompasem, moją klepsydrą, moim wiatrem w żagle. Potrzebuję cię jak śpiewak głosu, jak melodia rytmu, jak chór tonacji. Potrzebuję cię, jak włócznik potrzebuje tarczy, jak rumak uzdy, jak łucznik łuku. Potrzebuję cię, jak zboże potrzebuje słońca, farbiarz barwników, krzesiciel światła. Potrzebuję cię, jak gwiazdy potrzebują nocy. Potrzebuję cię, jak poeta potrzebuje słów…

Ona nadal nic nie mówi.

– I pragnę ciebie. Pragnę cię jak tamtej nocy w winnicy nad Kamienistym Ruczajem. Pragnę cię jak tamtej bardzo niedyskretnej nocy w wigilię Dnia Słońca w naszym namiocie tuż obok namiotu twoich rodziców. Jak tego ranka, na szczycie czerwonej wieży, gdy luksjaci dobijali się do drzwi, zastanawiając się, jak mogły zostać zamknięte od zewnątrz. – Zniżam głos do szeptu, aż staje się tylko ciepłym oddechem w jej uchu. – Boże, jak ja cię pragnę…

Chwila przeciąga się, niedostatek i kara, gdy wdycham jej słodki zapach. Pragnę ją złapać i wziąć, podjąć za nią decyzję, której najwyraźniej nie chce podjąć. Nie zrobię tego jednak.

Nasz związek nigdy nie był związkiem słabszego partnera naginającego się do kaprysów silniejszego. I nie będzie. W całym świecie ona jest jedynym kwiatem, którego nie zmiażdżę pod kołami wielkiej machiny oblężniczej, jaką jest moja wola.

Felia nie porusza się.

Chwila przeciąga się nieznośnie.

Nie będę czekać wiecznie. Nie pozwolę, żeby moje pragnienie stało się słabością, mój głód zamienił w śmierć głodową. Odsuwam się.

Ona jednak łapie mnie za rękaw, jak jeździec, który panuje nad szalejącą masą ogiera bojowego za pomocą raptem paru cienkich pasków skóry. Zatrzymuję się.

Czy rzeczywiście jesteśmy partnerami?

Czasem zastanawiam się, czy ona nie jest zdecydowanie silniejsza z nas dwojga.

Nie każe mi czekać tak długo, żebym mógł rozważyć tę myśl. Chce wiedzieć, że jestem całkowicie na niej skupiony. Przechyla nieco głowę, żeby włosy zsunęły się z tego miejsca na szyi, w które ją pocałowałem.

Wiem, że ona tego potrzebuje. Wiem, że chce mnie trochę ukarać. Wiem, że potrzebuje poczuć, że ją ścigam, ale to mnie nieco irytuje – że komenderuje się mną jak psem. Jestem Andross Guile.

Wyrywam rękaw i odsuwam się, ale zanim Felia zdąży się odwrócić. Zanim zdąży powiedzieć słowo, łapię ją za włosy i całuję szorstko drugą stronę szyi. Obracam ją, podnoszę na stół i odnajduję jej usta.

W opowieściach, za każdym razem, gdy prawdziwi kochankowe łączą się, towarzyszy temu taka gorączka i pozbawiona wysiłku biegłość, że wstrząsa to niebem i ziemią, i nic już nigdy nie jest takie samo. To, rzecz jasna, kłamstwo, ale także tylko jeszcze jeden wyraz zasadniczej niedoskonałości soczewki, przez które dramat spogląda na rzeczywistość – wszystko, co pojawia się w lunecie, ma znaczenie.

W rzeczywiści kochanie się rzadko coś zmienia. Większość zbliżeń nie jest nawet godna zapamiętania. W większości wypadków niebo i ziemia rzadko trzęsą się z powodu kochającej się pary, a może nawet nigdy.

Czasem jednak tak się dzieje.

Mimo daru od przodków, daru pamięci Guile’ów, następne minuty zatarły się w wirze emocji uwolnionych od myśli i wpadły w odmęty namiętności.

– Przepraszam – mruczę jakiś czas później.

Zamierzałem rozerwać jej bieliznę z ilytańskiej koronki, żeby pokazać, jak nieopanowana jest moja żądza dla niej. Niedelikatność, jaka miała miejsce później… nie była efektem zupełnie racjonalnej decyzji.

– Możesz mi to wynagrodzić…

– Tak?

– …ale nie masz za co przepraszać.

– Co? – I wtedy to do mnie dociera. – Rzuciłaś na mnie urok?

– Nie możesz mi tego zarzucać, skoro ci to wyznałam, prawda?

– Felio! – Nie wiem, czy być wściekłym, czy trochę dumnym. Zwykle tak kurczowo przestrzegała chromeryjskich reguł.

– Chciałam, żebyś był brutalniejszy – odpowiada rzeczowo.

– Mogłaś poprosić.

– Chciałam, żebyś mnie potem przeprosił. I musiał mi to wynagrodzić. A skoro o tym mowa, w dalszym ciągu musisz.

– Wynagrodzić ci to?

– I to w tej chwili. Zanieś mnie do naszego łóżka. Nie jestem pewna, czy dam radę iść.

***

– Istnieje parę słów, które zmieniły znaczenie w naszym języku od czasu tych wcześniejszych tłumaczeń, ale to wszystko to była rzetelna praca naukowa. A potem zobaczyłam to. – Felia wskazuje jedno miejsce na jagnięcej skórze, gdzie zaczyna się redakcja.

– Co to takiego? – pytam.

– Niedoskonałość skóry? Przypadkowy ruch piórem? Plama, która pojawiła się z jakiegoś powodu w ciągu minionych stuleci. – Wzrusza ramionami. – Dobry tłumacz albo kopista nie spekulowałby, a jedynie przekazał to, co wie. Kiedy jednak patrzę na cały zwój i widzę, czego brakuje, odnoszę wrażenie, że ktokolwiek pisał redakcję, śpieszył się. W kilku miejscach okazał się niechlujny. Te trzy kropki tu na końcu linijki, jeśli dobrze zgaduję, gdzie wypadały linijki tekstu, to być może wszystko, co zostało z trzech rogów shin. To może być podstawa khaf sofit. To mogłoby być z łatwością resh albo nun sofit, albo tsadi sofit albo zayin lub dalet, ale kiedy porównuję to z wcześniejszym charakterem pisma, to shin tego skryby były wysokie i eleganckie, a jego khaf sofit schodziły nieco niżej.

Zagłębia się w szczegóły. Widzi jednak moje zniecierpliwienie.

– Jeśli mam rację – mówi – to ta kropka… – Kładzie kawałek pergaminu we wskazanym miejscu i zakreśla nim delikatny łuk. – To część znaku przydechu, tak kiedyś zapisywano imię Or’holam. To właściwy okres. Znaki przydechu zaczęły znikać z zapisu w tekstach naukowych dopiero jakieś osiemdziesiąt lat później, wraz z powstaniem „Krasomówstwa” Polyphrastesa.

– Tyle że ten znak ewidentnie nie pojawił się w słowie „Orholam”. Odkryłaś coś innego – mówię.

– „Odkryłam” to takie mocne słowo. Domyśliłam się.

– Powiedz mi.

– Pokażę ci.

Ustawia krawędź pergaminu na oryginalnym zwoju tak, żeby jeden róg dotykał znaku przydechu i ciągnął się wzdłuż pustej linijki do trzech kropek brakującego khaf sofit.

– Rozumiesz, że to, co tu robię, w żadnej mierze nie jest „tłumaczeniem”. To przypuszczenia, nie nauka.

Nic nie mówię, a ona sięga po pióro, przycięte dokładnie tak, jak przycinali je starożytni Paryjczycy, żeby litery miały właściwie linie i łuki. Jej litery są nie tylko piękne, ale też tak doskonale pasują do charakteru pisma Skryptora, że nawet fałszerz byłby z nich dumny. Rozmieszczenie liter i ich rozmiar są ściśle wymierzone. Felia zaczyna od znaku przydechu i przesuwa się nieśpiesznie w lewo.

– Nie ma niczego w tym tekście ani w innych pismach Skryptora, co by to potwierdzało – mówi, rysując khaf sofit, a jego trzy laseczki wychodzą nad brzeg pergaminu, żeby dotknąć trzech kropek na zwoju. Felia kończy zdanie i odsuwa się.

– „Na strzaskanej skale czarne ognie piekła ponownie ześlą na ziemię dwieście upadłych chwał nieba”. Dosłownie „upadłych gwiazd”, ale kiedy pojawia się dwieście, znaczenie nigdy nie jest dosłowne. Dwieście spadających gwiazd albo „upadłych gwiazd” to eufemistyczne określenie, które czasem skraca się do „dwustu”.

– Istoty niebiańskie – mówię. – Elohim. Dawni bogowie.

– Ci, którzy zbuntowali się przeciwko Orholamowi i zostali wyrzuceni z jego dworu.

– Albo odeszli, buntując się przeciwko tyranowi, jak uważają heretycy – mówię.

– Braxianie? – pyta Felia. – Mieszkańcy Spękanych Ziem wierzą we wszystko, co uzasadnia ich pragnienie władzy. – Milknie. – Pewnie jak my wszyscy – dodaje.

– Masz na myśli siebie i mnie?

Przez chwilę jej oczy są jak otwarte drzwi i wylewa się przez nie dusza.

Zapominam czasem, że jej większa wrażliwość oznacza, że cierpi bardziej, niż ja jestem w stanie.

– Nie chcę tego – mówię. – A ty? Naginasz tłumaczenia, żebyśmy mogli to zrobić naszym chłopcom? To nie Felia, jaką znam. – Zanim łzy znowu napłyną do jej oczu, dodaję: – Więc nie wrzucaj nas do jednego wora z tymi zabójcami z pustyni.

Jest pokonana.

– Mój panie mężu, spójrz na ostatni list Gavina do ciebie. – Podaje mi pergamin, nie zaszyfrowany list Gavina, ale jego rozszyfrowaną treść.

– Skąd to masz? – pytam.

– Czytaj.

Zaznaczyła jeden akapit: „Ojcze, zmusiłem go teraz do ucieczki. Dazen niewątpliwie ma nadzieję wycofać się w góry wokół Kelfingu, ale zamierzamy złapać w pułapkę jego wojska przy zakolu rzeki w pobliżu miasta zwanego Rekton”.

Patrzę na mapę, jaką Felia rozpostarła na stole. Przesuwa ręką po Tyrei, na małą kropkę, którą jest Rekton nad Umbrą. Pojawiają się nazwy wypisane pomarańczowym luksynem, dawne nazwy.

– Za czasów największego rozkwitu cesarstwa tyrejskiego – mówi Felia – znajdowało się tam miasto, którego imię z czasem przepadło. To było święte miasto poświęcone Anat Podczerwonej, zanim Karris Atiriel albo jej wyznawcy je zniszczyli. Znajduje się tam wielka kopuła skalna. Kopuła Anat albo Piec Anat, wezbrane mlekiem Piersi Pani Pustyni albo jej ciężarny brzuch, jak mówią. Tam starożytni Tyrejczycy składali w ofierze swoich synów i karmili piaski ich krwią, błagając boginię, żeby pustynia zakwitła. – Mówiła z nieobecną miną. – Jak niefrasobliwie uznawałam ich za potworów, Androssie. Jaka matka godna tego miana zamordowałaby syna i wierzyła, że z takiej potworności wyjdzie coś dobrego? Nie mogłam sobie wyobrazić… Jak pozwoliliśmy na to wszystko?

– Felio – mówię – jak w ogóle możesz o to pytać? Kiedy tłumaczysz te słowa? Jeśli nie istnieje Powiernik Światła, to nasz los został przypieczętowany. Przepadnie wszystko. Wszyscy. Ja…

Ignoruje mnie.

– Karris Atiriel albo jej wyznawcy zniszczyli świątynię i miasto, zabili tych, którzy nie zdołali uciec. W zrujnowanym mieście zamieszkali uchodźcy z innych miejsc i ostatecznie nazwano je Rekton. Androssie, jeśli Janus ma rację co do Dazena, jeśli te wszystkie domysły jakimś cudem są słuszne… A co jeśli „czarne ognie piekła” oznaczają „płonące piekliszcze”? „Żywe piekliszcze”? „Wielka skała” może być Wielka Skała… To może znaczyć, że: „roztrzaskując Wielką Skałę, czarny luksyn ponownie wypuści Dwustu na ziemię”. – Felia bierze wdech. – Gavin próbuje wciągnąć Dazena w zasadzkę przy Wielkiej Skale Anat.

– A Dazen – mówię i w moim sercu w okamgnieniu rodzi się w pełni wyrośnięta zgroza – potrafi krzesać czarny luksyn.

Felia wygląda przez iluminator.

– To, co poświęciliśmy… i co ukradliśmy tej biednej bibliotekarce… dało nam wszystko, czego potrzebowaliśmy, żeby zapobiec katastrofie, ale jest za późno. Gavin wysłał ten list tydzień temu. W żaden sposób nie zdążymy ich powstrzymać, gdy już dotrzemy do Rektonu.