Czarny pryzmat

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Wyjął smukłą szkatułkę z różanego drzewa, którą Kip miał zatkniętą za pasek. Uchylił wieko, rzucił Gavinowi zadowolony uśmieszek i schował ją za pas. Wrócił do konia i ponownie go dosiadł.

– Złodziej i niedoszły zamachowiec. Dziękuję za pomoc w udaremnieniu ataku, lordzie Pryzmacie. – Król Garadul machnął ręką na jednego ze swoich ludzi, wskazując Kipa. – Myślę, że to drzewo wytrzyma ciężar stryczka. Zostaniesz na egzekucji, Gavinie?

Zatem tak to się skończy. Oto cena moich grzechów.

– Nie było żadnego zamachu na twoje życie, królu Garadulu. Obaj to wiemy. Chłopiec nawet nie krzesał. Tylko pouczyłem go jako ucznia Chromerii, ponieważ rozważał krzesanie bez pozwolenia. Masz szkatułkę i już zamordowałeś rzekomego złodzieja, jego matkę. Niewątpliwie to surowa kara, ale cóż, to twoja satrapia... ehm, twoje „królestwo”. To jasne, że o niczym nie wiedział, poza tym, że szkatułkę dała mu matka. Wszelkie prawa, jakie rościsz sobie wobec tego chłopca, bledną wobec moich pretensji.

– Jest moim poddanym i wobec tego mam prawo zrobić z nim, co zechcę.

Została mu już tylko ostatnia karta.

– Zapytałeś wcześniej, dlaczego zjawiłem się w tym zatęchłym szambie, które nazywasz krajem. Właśnie z powodu Kipa. Moje prawa do niego są większe niż twoje. Jest moim bękartem.

Oczy Raska Garadula stały się zimne jak kamień i Gavin wiedział, że wygrał. Żaden mężczyzna nie przyznałby się publicznie do takiej hańby, gdyby to nie była prawda. Po jego minie Gavin wiedział też – zanim Rask odezwał się choćby słowem – że będzie go musiał zabić. Tyle że nie dzisiaj.

– Twój czas się skończył – powiedział Rask Garadul. – Twój i Chromerii. Już po tobie. Światła nie da się zakuć w łańcuchy. Wiedz to jedno, Pryzmacie: odbierzemy to, co nam ukradłeś. Okropieństwa twoich rządów niemalże dobiegły końca. A kiedy nadejdzie kres, będę przy tym. Przysięgam.

Rozdział 18

Karris spłynęła łódką w dół rzeki, aż zniknęła za zakrętem. Nie sądziła, żeby żołnierze widzieli, jak odpływa, więc wyciągnęła łódkę na przeciwległy brzeg i znalazła pagórek, z którego widziała Gavina. Wspięła się na szczyt na czworakach. Rosło tam kilka drzew i krzaków oraz trochę wysokiej trawy. Idealne miejsce. Mniej idealna była odległość. Sto dwadzieścia kroków. Karris była świetnym strzelcem, ale zabrała ze sobą zwykły, a nie długi łuk. Dobry, wygodny w podróży i bardzo celny na odległość nie większą niż siedemdziesiąt kroków. Sto dwadzieścia to inna historia. W myślach przerzuciła kilka gałek na liczydle. Nie powinna chybić o więcej niż o cztery stopy i mogła szybko strzelać. Jeśli satrapa Garadul będzie stał nieruchomo, zdoła wystrzelić cztery strzały w kilka sekund, za każdym razem korygując błędy. Wystarczy. Lepsze to niż pozostałe możliwości. Zsunęła się szybko ze szczytu pagórka, napięła łuk, sprawdziła lotki i wyważenie strzał i popełzła z powrotem na swoją pozycję – była dobrze ukryta i śmiertelnie niebezpieczna.

Gavin i satrapa rozmawiali przez kilka minut, więc Karris się rozluźniła. Gavin potrafił każdego uwikłać w swoją sieć w czasie rozmowy, może z wyjątkiem Bieli. Chociaż stał pośród stosu martwych ludzi Raska Garadula, teraz pewnie wszystko sprowadzało się do tego, ile to właśnie satrapa zapłaci Gavinowi za zawracanie mu głowy.

Upewniając się, że nie straci Gavina z oczu i że ma broń pod ręką, Karris otworzyła plecak. Biel powiedziała jej, że ma nie czytać rozkazów, dopóki nie wypłynie do Tyrei, więc Karris schowała list na dnie plecaka, pod zmianą ubrań, zapasowymi okularami, menażkami, kilkoma flarami i granatami – dzięki niech będą Orholamowi, że nie wybuchły, kiedy spadła z konia w czasie walki, ale warte były tego ryzyka. Wyciągnęła złożony list. Jak zawsze w przypadku poufnych rozkazów, i ten zapisano na najcieńszym możliwym papierze, od zewnątrz pokrytym bazgrołami, żeby nie dało się go odczytać, po prostu patrząc pod światło. Ukryta pieczęć zawierała prostą magię: każdy, kto ją złamie, połączy ze sobą dwa luksynowe punkty zetknięcia i wywoła natychmiastowy, chociaż niewielki ogień. Rzecz jasna nie było to niezawodne rozwiązanie – ostrożny krzesiciel zdołałby rozbroić pieczęć, a każdy nie-krzesiciel po prostu wyciąłby ją, jednak czasem proste środki ostrożności sprawdzały się tam, gdzie na nic nie przydawały się bardziej wyrafinowane pomysły.

Karris zerknęła, co z Gavinem. Nadal rozmawiali. Dobrze.

Krzesząc odrobinę zieleni z trawy, na której siedziała, rozbroiła pułapkę na pieczęci. Gavin powiedział jej, żeby nie wierzyła w to, co znajduje się w liście, który osobiście napisała Biel. A kto prędzej mógł ją okłamać? Gavin w dziesięciu przypadkach na dziesięć. Na tę myśl wszystko wywróciło jej się w żołądku. Nie, za daleko wybiegała myślami. Niewiele brakowało, a odłożyłaby list na bok – mogła zająć się nim później.

Jednakże jej rozkazy miały związek z Tyreą, może nawet satrapą Garadulem, a on stał w zasięgu jej wzroku. Może według rozkazów miała go zabić... albo zadbać, żeby nie zrobił tego nikt inny. Musiała to wiedzieć teraz.

Otworzyła list. Charakter pisma Bieli zdradzał drżenie ręki, ale nadal był wyrazisty i elegancki. Karris automatycznie odszyfrowała prosty kod. „Jako że fiolet może okazać się nowym kolorem z radością zaznajomimy się z nową modą”. Przeniknąć do satrapy i upewnić się, jakie ma intencje. Siedem Satrapii i Chromeria denerwowały się z powodu nowego satrapy i jego pragnień.

Przy ostatnim „ą” pojawił się zakrętas sygnalizujący, że oficjalny kod już dalej nie obowiązuje, ale list jeszcze się nie kończył. „Mam także wieści na temat piętnastoletniego chłopca w mieście Rekton. Jego matka twierdzi, że jest synem G. Jeśli będziesz miała okazję, sprawdź to. Chętnie ich poznam”. Gavin ma bękarta w Rektonie. Przywieź matkę i syna do Chromerii.

Karris spojrzała w stronę Gavina akurat, żeby zobaczyć, jak krzesze pałkę i uderza nią chłopca w potylicę. Byłoby to zabawne albo niepokojące, gdyby nie fakt, że sama czuła się tak, jakby oberwała w taki sam sposób. Patrzyła oniemiała, jak Gavin stawia luksynową ścianę, powstrzymuje atak i dalej mówi – do końca opanowany.

Była tak oszołomiona, że nawet nie podniosła łuku, nie naciągnęła cięciwy. To był Rekton. Chłopiec potrafił krzesać. To za dużo jak na zbieg okoliczności. To ona nalegała, żeby Gavin skierował tu latającą machinę. Przeszedł ją dreszcz. Fakt, że się tu znaleźli, był niczym innym jak dziełem Orholama. Karris wiedziała, że Orholam o nią nie dba. Nie była wystarczająco ważna. Więc co to było? Próba dla Gavina?

Piętnastoletni. A to sukinsyn. To dziecko zostało poczęte, kiedy byli zaręczeni.

Gavin podniósł chłopaka ze sporym wysiłkiem – chłopiec był wysoki i pulchny – i przerzucił go sobie przez ramię. A potem ruszył w stronę rzeki, jakby miał w nosie cały świat. Po prostu odchodził, zostawiając za sobą satrapę i trupy trzydziestu gwardzistów. Jak zawsze był zuchwały, niepowstrzymany, niewzruszony. Zwykłe zasady go nie obowiązywały.

Nigdy go nie obowiązywały.

Przez jedną, niebezpieczną chwilę Karris znowu miała szesnaście lat i wszystko, co znała i kochała, zostało jej wydarte. Płakała tamtego dnia, płakała tak długo, aż zdała sobie sprawę, że nikt jej nie pocieszy. Krzesała czerwień, żeby znaleźć ukojenie w jej żarze i wściekłości. Wykrzesała tyle czerwieni, że to ją prawie zabiło. Dzisiaj nie potrzebowała nawet krzesać. Wściekłość pojawiła się w okamgnieniu. „Nie wierz w to, co jest w twoich rozkazach”, powiedział Gavin. Oczywiście, że tak powiedział. Kłamca. Sukinsyn.

To dlatego Biel powiedziała jej, żeby nie otwierała rozkazów od razu. Chciała, żeby Karris ochłonęła, zanim stanie przed Gavinem. Żeby nie narozrabiała.

Miło wiedzieć, że dwoje najważniejszych ludzi w jej życiu manipulowało nią na każdym kroku.

Gavin wykrzesał łódkę na rzece i posadził w niej chłopca. Nie śpieszył się, pozwolił po prostu, żeby uniósł go prąd, i nawet się nie odwrócił. Zatem musiało pójść na noże. Traktował satrapę Garadula jak psa, którego kontakt wzrokowy może tylko sprowokować. Karris, którą przecież też traktowano jak psa, sporo na ten temat wiedziała, prawda?

Sama nie wiedząc kiedy, zerwała się i zeszła nad rzekę. Okulary w cudowny i tajemniczy sposób wylądowały na jej nosie. Gdyby satrapa Garadul nie znajdował się raptem dwieście kroków dalej, Karris chyba cisnęłaby ogniowym pociskiem w głowę Gavina. Wypłynął zza zakrętu na łódce i zobaczył jej minę.

Pobladł. I ten jeden jedyny raz nic nie powiedział.

Karris stała na brzegu rzeki, drżąc, podczas gdy on podpływał coraz bliżej.

Nie spytał, czy przeczytała rozkazy, bo już sam wiedział.

– Wsiadaj – powiedział. – Jeśli masz tę czarną pelerynę, okryj się. Lepiej, żeby nie mogli ci się przyjrzeć.

– Idź do diabła. Sama sobie poradzę.

Wyciągnął rękę i za pomocą pocisku z zielonego luksynu wypalił dziurę wielkości pięści w jej łódce.

– Wsiadaj! – rozkazał. – Król Garadul może się tu zjawić w każdej chwili.

– Król?

Wykrzesała zielony luksyn, żeby załatać dziurę. Wyglądało to ładnie i durnie; sklęła w duch Gavina za to, że przez niego wyszła na nierozsądną. Nienawidziła go. Nienawidziła go z pasją, przy której bladł cały świat. Niech tylko jeźdźcy zbliżą się teraz do niej.

– Odrzucił Chromerię, Pryzmata, Siedem Satrapii i samego Orholama. Ogłosił się królem. – Gavin machnął ręką w stronę łódki. Setki maleńkich pocisków wyleciały z jego ręki i wbiły się z drżeniem w drewno wzdłuż całej długości i szerokości łódki, a potem wszystkie naraz wybuchły. Obsypały ich odłamki drewna, drzazgi i wióry.

– Spoliczkuj mnie i miejmy już to za sobą, ale najpierw pakuj tyłek do łódki.

Miał rację. Karris wsiadła. Nie mieli czasu. Pogrzebała w plecaku w poszukiwaniu peleryny i zarzuciła ją, naciągając mimo gorąca kaptur. Chłopak nadal był nieprzytomny. Gavin nie czekał i kiedy tylko wsiadła, wykrzesał wiosła i pasy. Uderzyły w wodę i łódź niemal natychmiast śmignęła do przodu. Karris obejrzała się i niespecjalnie zdziwiła, widząc na grani kilkunastu ścigających ich konnych.

 

Na szczęście, pościg nie miał szans. Droga wzdłuż rzeki nie była prosta, a łódź Gavina płynęła szybko. Gavin i Karris nie odezwali się do siebie słowem, nawet kiedy łódka wypłynęła na długi odcinek bystrzy. Karris pomogła poszerzyć łódź giętkim czerwonym luksynem i sztywniejszą zielenią, dodając wysoką burtę. Gavin wykrzesał śliski oranż na dnie, żeby natrafiając na skały, ześlizgiwali się z nich.

Po półgodzinie byli już bezpieczni. Jednakże Karris nadal się nie odzywała. Ile razy jeden mężczyzna może tak bardzo zranić? Nie potrafiła nawet na niego spojrzeć. Była wściekła na siebie. Wydawał się taki odmieniony po wojnie. Zerwanie ich zaręczyn pozostawiło ją z niczym. Wyjechała na rok, a kiedy wróciła, robił wrażenie uradowanego. Szanował to, że zachowywała dystans, nigdy nic nie powiedział, kiedy zafundowała sobie kilka romansów, by pozbyć się go z myśli. Z jakiegoś powodu to sprawiło, że jeszcze bardziej się na niego wściekła. W końcu jednak znowu przyciągnęła ją do niego jego tajemnica i przekonała się do tego człowieka, który wydawał się całkowicie odmieniony przez wojnę.

Ilu ludzi wróciło z wojny lepszymi?

Najwyraźniej żaden.

A ile kobiet wróciło z niej mądrzejszymi?

Na pewno nie ta.

Dołączył kolejny dopływ, rzeka stała się znacznie szersza i Karris nie musiała już siedzieć na dziobie i wypatrywać skał. Dzień był piękny. Zdjęła pelerynę i poczuła promienie słońca – pieszczota Orholama, jak powiedziała jej matka, kiedy była małą dziewczynką. Jasne.

– Mówią, że na tej rzece grasują bandyci, którzy obrabują każdego, kto tędy płynie – rzucił beztrosko Gavin. – Może więc znajdziemy ci kogoś, kogo mogłabyś zabić.

– Nie chcę zabić kogoś – odparła cicho Karris, nie odpowiadając na jego spojrzenie.

– Och, ale miałaś ten wyraz oczu...

Spojrzała na niego i uśmiechnęła się słodko.

– Nie kogoś. Chcę zabić ciebie.

Rozdział 19

– Ach. – Gavin odchrząknął.

Chłopiec poruszył się i zerwał się, siadając prosto. Może słowa „Chcę zabić ciebie” nie były najlepszą pobudką po tym, jak wymordowano twoje miasteczko. Gavin uniósł brew, patrząc na Karris. Naprawdę musisz to robić teraz?

Naburmuszyła się i odwróciła, podczas gdy chłopak roztarł z jękiem głowę. Zajęła się zdejmowaniem cięciwy i chowaniem łuku. Chłopak spojrzał ciemnoniebieskimi oczami na Gavina. Ciekawa barwa przy jego jasnobrązowej skórze i skręconych włosach. Niebieskie oczy były niebieskie, ponieważ były najgłębsze. Dzięki temu były najbardziej czułe na światło i najlepiej je zbierały. Nie było to z pewnością jedyne kryterium, ale ludzie o niebieskich oczach zdecydowanie przeważali pośród najpotężniejszych krzesicieli. Im więcej światła możesz wykorzystać, tym więcej masz mocy do spalenia.

Teraz te przepastne niebieskie oczy zmrużyły się z bólu. Najwyraźniej szybka ręka Gavina zafundowała chłopcu solidny ból głowy.

– Uratowałeś mnie – powiedział Kip.

Gavin pokiwał głową.

– Kim jesteś? – spytał chłopiec.

Od razu przechodzimy do rzeczy, co? Karris odwróciła się, żeby zobaczyć, co Gavin odpowie. Skrzyżowała ręce.

Gavin przestał wiosłować.

– To jest lady Karris Białodąb, która, mimo tego czasem zabawnego zestawienia nazwy z kolorem skóry i nazwiskiem rodowym, należy do Czarnej Gwardii.

Furia malująca się na twarzy Karris nie złagodniała nawet odrobinę. Najwyraźniej stare dowcipy nadal nie były zabawne.

– A ja...

Przedstawił najpierw Karris, żeby dać sobie czas na zastanowienie. Nic mu to nie dało. Zostało ci pięć lat i pięć celów, Gavinie. To może być twoja ostatnia szansa.

Chłopiec był nieprzytomny, kiedy Gavin przyznał się do ojcostwa. Nic nie wiedział. Nie musiał wiedzieć. Z różnych powodów lepiej byłoby dla niego, gdyby tak zostało. Jednakże jeszcze lepiej, żeby nie poznał prawdy od Karris, w wybuchu złości. Chłopiec nie był jego synem, ale bez wojny Gavina i Dazena – bez Wojny Pryzmatów albo Fałszywego Pryzmata, zależnie od tego, po której stronie się walczyło – żadne z dzieci w Rektonie i setkach innych wiosek nie wychowywałoby się bez ojca. Gavin znowu przez chwilę fantazjował, że powie Karris o wszystkim, o czym nie wiedziała, i niech się dzieje, co chce. Karris jednak nie uwierzyłaby w półprawdę, a z całą by sobie nie poradziła.

To kłamstwo zapewni przynajmniej sierocie ojca. Da coś dziecku, które straciło wszystko. Choć Gavina nic nie powinno to obchodzić, było przeciwnie.

– Jestem Pryzmatem, Gavinem Guile. I jestem... jesteś moim synem.

Chłopiec spojrzał na niego, jakby nie rozumiał, co Gavin powiedział.

– Cudownie – powiedziała Karris. – Dlaczego nie zwalisz mu na głowę od razu wszystkiego? Coś ty sobie myślał? Przysięgam, że jesteś równie porywczy jak Dazen.

Porywczy? Przyganiał kocioł garnkowi. Gavin udał, że jej nie słyszy, i tylko przyglądał się chłopcu. Właśnie przyznał się do tego, że zdradził ją wiele lat temu, że potem ją okłamał i raptem godzinę temu znowu skłamał. Promieniowała lodowatą złością, a to do niej nie pasowało. Bardziej w jej stylu było płonąć wściekłością.

Chłopiec zerknął na nią, nie rozumiejąc jej złości, a potem znowu spojrzał na Gavina. Nadal mrużył oczy, ale Gavin nie wiedział, na ile z bólu głowy po ciosie w potylicę, na ile z powodu choroby świetlnej od krzesania, a na ile z pomieszania gwałtownie zmieniającą się sytuacją.

– Jesteś kim? – spytał znowu.

– Jesteś moim synem.

Z jakiegoś powodu powiedzenie „jestem twoim ojcem” było zbyt trudne.

– I zjawiłeś się teraz?! – spytał Kip, a na jego twarzy malowała się straszliwa rozpacz. – Dlaczego nie wczoraj? Mógłbyś wszystkich uratować!

– Dopiero dziś rano dowiedziałem się o twoim istnieniu. Zjawiliśmy się tak szybko jak to tylko możliwe. – A właściwie to nawet szybciej. – Gdyby twoje miasto nie płonęło, nie wiedzielibyśmy nawet, że powinniśmy przybyć.

– Nie wiedziałeś o mnie? Jak mogłeś nie wiedzieć? – zapytał płaczliwie chłopak.

– Dość tego! – ryknął Gavin. – Jestem teraz! Ocaliłem ci życie, pewnie kosztem wojny, która osieroci dziesięć tysięcy następnych dzieci. Czego jeszcze chcesz?

Kip oklapł i skulił się.

– Niewiarygodne. Ty tyranie – odezwała się Karris. – Dano ci syna, a pierwsze co robisz, to wrzeszczysz na niego. Ale z ciebie odważny człowiek, Gavinie Guile.

Bezpodstawność jej słów sprawiła, że Gavin aż zacisnął pięści. Sprawiedliwość, niesprawiedliwość i szaleństwo tego życia, które sobie wybrał, zagotowały się w nim.

– Chcesz mnie pouczać na temat odwagi? To mówi kobieta, która uciekła z arystokratycznego domu, żeby zostać gwardzistką?! Kiedy prosisz się o śmierć w walce albo nadużywając magii, to żadna odwaga. To zwykłe tchórzostwo. Czego chcesz ode mnie? Chcesz, żebym przywrócił życie twoim zmarłym braciom?

Karris spoliczkowała go.

– Nigdy – powiedziała – nigdy więcej...

– Mam nie mówić o twoich braciach? Twoi bracia to były żmije. Wszyscy odetchnęli z ulgą, kiedy Dazen ich zabił. Zabicie ich to najlepsze, co zrobił w swoim życiu, a oni, umierając, dokonali jedynego dobre uczynku w swoim życiu.

Oczy Karris poczerwieniały i w jednej chwili luksyn zakłębił się w jej skórze. Gavin przeraził się nagle – ale nie bał się o siebie. Mógł powstrzymać wszystko, co rzuci w jego kierunku. Jednakże za każdym razem, gdy człowiek krzesał ogromne ilości, przyśpieszał własną śmierć. I kolor zdobywał nad nim coraz większą kontrolę. Kiedy pierwszy raz zobaczył Karris, w jej jadeitowych oczach pojawiły się ledwie widoczne rubinowe gwiazdki. Teraz, nawet kiedy odpoczywała i nie krzesała, rubinowe gwiazdy dominowały nad zielenią.

Karris nie zaatakowała.

– Uczę się powoli, ale wreszcie to do mnie dotarło. Po raz ostatni mnie zdradziłeś, Gavinie. – Niemal splunęła, wypowiadając jego imię. – Ja...

– Ty przeklęty uparciuchu! Kocham cię, Karris. Zawsze się kochałem.

Na kilka uderzeń serca zupełnie jakby wiatr zamarł w jej żaglach. Czerwony luksyn wyciekł z jej palców. A potem, kiedy Gavin już zaczynał mieć nadzieję, krzyknęła:

– Jak śmiesz?! Ty niewiarygodny... ty, ty... Gavinie Guile, nie dałeś mi nic poza bólem i śmiercią. Między nami koniec!

Złapała plecak i wyskoczyła z łodzi.

Gavin był zbyt zaskoczony, żeby cokolwiek powiedzieć. Patrzył, jak Karris płynie do brzegu i gramoli się z plecakiem z wody. Rzecz jasna, mogła udać się do Garristonu bez niego, a i tak zjawi się wcześniej, niż spodziewał się jej umówiony kontakt. Oczywiście, po drodze mogła napotkać bandytów, a samotnie podróżująca kobieta będzie dla nich łakomym kąskiem.

Jeśli na widok kobiety bandyci pozwolą sobie na nieostrożność, to będą mieli szczęście, uchodząc z życiem. Niestety, każdy musi czasem spać. Karris postąpiła lekkomyślnie, ale żadne słowa Gavina już niczego nie zmienią. I tak pozostanie na dłuższy czas. To dlatego Biel chciała tak to zaaranżować, żeby nie był obecny przy tym, jak Karris dowie się o bękarcie. Mógł za nią pobiec, ale to nie miało sensu. Przy jej temperamencie tylko pogorszyłby sytuację.

Pięć celów, a ja nawet nie powiedziałem całej prawdy.

Kip skulił się na drugim końcu łódki. Zerknął i napotkał wzrok Gavina.

– Na co się gapisz? – warknął Gavin.

Rozdział 20

Chociaż Karris nigdy nie wykrzesała nawet kropli błękitu, zawsze miała słabość do cech, które nazywano niebieskimi cnotami. Lubiła mieć plan. Lubiła porządek, strukturę, hierarchię. Nawet jako dziecko lubiła uczyć się etykiety. Siedzenie przy paryjskiej oficjalnej kolacji i wiedza, do czego dokładnie służy każda maleńka łyżeczka i przyrząd do kruszenia muszli, ile razy należy strzepnąć nadmiar wody z palców po spłukaniu ich w misie z wodą między pierwszym i drugim daniem oraz gdzie dokładnie odstawić urum z trzema ząbkami, aby dać do zrozumienia niewolnikowi podającemu do stołu, że już skończyło się jeść – to wszystko dawało jej coś w rodzaju spokoju. Umieszczenie kielicha w połowie odległości między talerzem a ostatnim ze sztućców oznaczało, że chce dokładnie pół kieliszka wina. Z kolei przesunięcie go ponad linię wyznaczoną przez talerz oznaczało, że życzy sobie czerwonego zamiast białego. Hasło i odzew. Wezwanie luksjata i reakcja wiernych. Uwielbiała tańczyć i znała niemal każdy taniec Siedmiu Satrapii. Uwielbiała muzykę, potrafiła grać na okarynie i akompaniować sobie przy śpiewie na psalterium. Jednakże nic, czego się nauczyła, nie pomagało jej teraz. Nie istniała żadna struktura, żadna hierarchia, żaden porządek, który by nią pokierował.

Powinna nadal być na statku. Miała spotkać się ze szpiegiem Chromerii, nim zagłębi się w Tyreę. Miał ją poprowadzić w górę rzeki do wojsk króla Garadula i zapewnić jej przykrywkę, dzięki której dostałaby się do obozu, nie ryzykując życia. A zamiast tego siedziała przemoczona do suchej nitki, samotnie, niecały dzień od poszukiwanej armii, bez wprowadzenia, mapy, wytycznych, planu. Gavin i jego bękart zniknęli w dole rzeki pięć minut temu.

Staję się lekkomyślna. Czerwień mnie niszczy.

Karris wyżęła ciężką pelerynę z czarnej wełny i zaczęła rozglądać się za miejscem na obóz. Na stoku rosły drzewa eukaliptusowe, wypełniając powietrze aromatem, przemieszane z wyższymi sosnami, które przesłaniały ostre promienie jasnego oka Orholama. Potrzebowała tylko kilku minut, żeby znaleźć przyzwoite miejsce osłonięte w znacznej mierze krzewami. Zebrała drewno i ułożyła je w małą piramidkę. Nie zawracała sobie głowy rozpalaniem ognia – takie są zalety bycia czerwonym krzesicielem. Jednakże rozglądała się uważnie przez kilka minut, zanim wyciągnęła okulary z małej kieszonki w rękawie. Była sama. Wykrzesała cieniutką nić czerwonego luksynu u podstawy piramidki.

Nawet wykrzesanie takiej drobiny rozżarzyło tlące się węgielki jej złości. Schowała czerwono-zielone okulary i pomyślała o roztrzaskaniu szeroko uśmiechniętej twarzy Gavina. „Kocham cię”?! Jak śmiał?

Pokręciła głową i strzepnęła palcem, zrzucając rozmyślnie niedbale wykrzesany czerwony luksyn, pozbywając się nadmiaru. Jak każdy niedoskonały luksyn, szybko się rozpadł, uwalniając mieszany zapach: żywicy, którą pachniał każdy luksyn, i charakterystyczny dla czerwonego dziwny aromat wysuszonych listków herbaty wymieszanych z tytoniem.

 

Wyjęła krzemień i nóż, zamiast wykrzesać podczerwień dla iskry. Już zmarzła, więc wykrzesała iskrę jak zwykły śmiertelnik.

Kocham cię. Co za łajdak.

Na czas suszenia rzeczy przebrała się w zapasowe ubrania, które nosiła w wodoodpornej torbie. Na szczęście, tyrejska moda stała się bardzo praktyczna w ciągu ostatnich piętnastu lat. Chociaż z okazji uroczystości i w większych miastach kobiety nosiły przepasane w talii suknie do połowy łydki lub do kostek, często z szalem albo żakietem na wieczór, to w podróży albo na wsiach wybierały zwykle męskie lniane spodnie. Do nich wkładały koszule, chociaż w ramach ukłonu w stronę skromności dłuższe niż mężczyźni, i nie wpuszczały ich, tylko nosiły z paskiem jak tunikę. Dowódca Żelazna Pięść wyjaśnił jej to, mówiąc, że po Wojnie Fałszywego Pryzmata zabrakło mężczyzn i chłopców do zbierania pomarańczy i innych owoców. Młode kobiety, które dołączyły do zbieraczy, skróciły spódnice, żeby łatwiej było im wspinać się po drabinach. Najwyraźniej komuś się to nie spodobało. Na pewno nie młodzieńcom, którzy przytrzymywali drabiny.

I stąd wzięły się spodnie.

Karris się to podobało. Przywykła do noszenia męskich ubrań w czasie szkolenia w Czarnej Gwardii i nawet jeśli luźne płócienne rzeczy nie układały się równie przyjemnie ani nie były równie miękkie i rozciągliwe jak przepleciony z luksynem strój Czarnogwardzisty, to nadal były dobre. Poza tym, lepiej ukrywały jej figurę niż obcisły strój Czarnej Gwardii. Żaden mężczyzna na Jaspisach nie śmiał gwizdnąć na kobietę w czarnogwardyjskim stroju, nawet jeśli trochę popisywała się swoją ciężko zapracowaną figurą. Kobieta samotnie podróżująca w odległym kraju nie powinna bardziej kusić losu niż to niezbędne.

Kiedy jej maleńki ogień już radośnie płonął, Karris skupiła się na uzbrojeniu. Jatagan wyląduje w plecaku – ukryty, ale względnie pod ręką – kiedy już czarna peleryna wyschnie i będzie można ją zwinąć. Bich’hwę – dosłownie skorpion – przywiązała po wewnętrznej stronie uda pod spodniami. Ta broń składała się z żelaznych pierścieni na palce, czterech pazurów do cięć i sztyletu – ogona skorpiona – do dźgnięć. Karris nie będzie mogła po nią szybko sięgnąć, ale zawsze uważała, że lepiej mieć więcej broni niż to widać. Kolejny długi nóż zatknęła za pasek. Dwubarwne okulary schowała do torby. Gdyby ukryła je w tych długich, zwiewnych rękawach, za bardzo rzucałyby się w oczy ze względu na swoją wagę. Wobec tego zostawały jej nakładki na oczy. Nakładki z pionowymi czerwonymi i zielonymi pasami na soczewkach były dopasowane do oczodołu i przylegały do oka tak blisko jak to możliwe. Cieniutki rant z klejącego się czerwonego luksynu zapewniał pozostanie soczewki na miejscu, a jeśli Karris nie będzie uważała, wyrwie jej połowę brwi przy zdejmowaniu. Klejący się czerwony luksyn zabezpieczono paskiem z mocnego, złotego luksynu, który trzeba było zerwać przed przyklejeniem nakładek na oczach.

Chociaż nakładki uratowały jej życie kilka razy, Karris ich nie lubiła. Długie rzęsy były miłym dodatkiem na Balu Światłowładców, ale niekiedy nosiło się soczewkę w odległości szerokości palca od oka.

Karris ukryła nakładki, zostawiając je pozornie na widoku – w naszyjniku z grubych wielobarwnych kamieni, z których żaden nie był na tyle czysty czy interesujący, by naszyjnik wyglądał na cenny. Nakładki zamknęły się na jednym ogniwie łańcuszka i wtopiły się między pozostałe kamienie. Drugą parę nakładek schowała pod klamrą paska.

Gram na zwłokę, pomyślała.

W tej chwili miała tylko dwie możliwości. Mogła ruszyć w dół rzeki i spotkać się z łącznikiem w Garristonie, a potem wrócić w górę rzeki, albo mogła spróbować samodzielnie przeniknąć do armii króla Garadula. Powrót w dół rzeki byłyby stratą czasu, a i tak zjawiłaby się za wcześnie. Poza tym istniało jeszcze zagrożenie ze strony bandytów. Zakładała, że jej łącznik znał jakiś dobry sposób, żeby ich ominąć, ale to jej w niczym nie pomoże, kiedy będzie sama schodzić do Garristonu. Działanie na własną rękę oznaczało, że spróbuje dołączyć do wrogiej armii bez odpowiedniego wprowadzenia. Teraz, kiedy Gavin ściął się z Garadulem, król wiedział, że Chromeria przysłała tu już jednego krzesiciela, więc z pewnością będzie podwójnie podejrzliwy wobec każdego, kto się pojawi.

Pewnie mały popis Gavina w Rektonie sprawił, że wykonanie jej zadania okaże się niemożliwe. Z pewnością zdarzali się Tyrejczycy równie bladzi jak ona, ale miała fatalny akcent i była krzesicielką. Dla podejrzliwego żołnierza wszystko w niej aż krzyczało „szpieg”. Rozkazy Bieli nie brały pod uwagę okoliczności, w jakich znalazła się teraz Karris. Zupełnie jakby miała usiąść do czegoś, co zapowiadało się jako dostojna paryjska kolacja z całą jej etykietą, a wylądowała z wrzaskliwymi ilytańskimi piratami, którzy próbują ją nakarmić rozdymką. Tutaj też obowiązywały pewne zasady i jeśli się je złamało, zjadało się delikatny, smakowity kąsek z trucizną, po której człowieka czekała dziesięciominutowa agonia i śmierć.

A Karris nie znała tych zasad.

Oczywiście, Gavin zjadłby zasmarkaną rozdymkę i jakimś cudem nic by mu nie było. Jemu wszystko przychodziło bez wysiłku. Nigdy nie musiał ciężko pracować. Urodził się z monstrualnie wielkim talentem bogatemu ojcu intrygantowi i po prostu brał, co chciał. Nawet zasady dotyczące Pryzmata go nie ograniczały. Podróżował w tę i z powrotem po Siedmiu Satrapiach i kiedy sobie tego nie życzył, nie towarzyszyła mu nawet Czarna Gwardia. A teraz potrafił przepłynąć Morze Lazurowe w kilka godzin. Na miłość Orholama, nawet latał!

Wynoś się z mojej głowy, łgarzu. Skończyłam z tobą.

Te słowa nie pasowały. Maleńkie łyżeczki zniknęły, a urumy miały tysiące ząbków zamiast trzech. W porządku. Karris nie wracała do domu. Nie będzie czekała, aż jakiś mężczyzna weźmie ją za rączkę i zaprowadzi do obozu Garadula. Nie zawiedzie. Można było na więcej niż jeden sposób poznać plany króla Garadula.

Oczywiście, jeszcze nie wiedziała, co to za sposoby, ale coś wymyśli. A na razie przypomniała sobie coś, co jej brat Koios powtarzał, zanim zginął w pożarze: „Kiedy nie wiesz, co robić, rób, co należy, ale niekoniecznie to, co ci najbardziej leży”.

Miasteczko Rekton spalono na popiół. Ocalała tylko jedna osoba. Możliwe, że ocalałych było więcej, a wtedy rozpaczliwie potrzebowali pomocy i prawdopodobnie obrony. Karris mogła im to zapewnić.

A jeśli przy okazji będzie musiała przysmażyć jakiegoś dupka pociskiem ogniowym wielkości małego domu, to tym lepiej.