Czarny pryzmat

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 14

Kip miał wrażenie, że minęły lata, zanim dotarł do filaru mostu. Zatrzymał się i zerknął za siebie na krzesicieli, kiedy Sanson do niego dołączył. Mistrz nadal bił ucznia, który zwinął się w kłębek i krzyczał. Z pewnością nie zauważyli Kipa i Sansona, ale stali odwróceni w ich stronę, więc jeśli któryś podniesie wzrok... Filar mostu nie był dostatecznie szeroki, żeby ukryć chłopców.

Most jęknął. Kip spojrzał w górę. Drugi filar, ten stojący na wyspie, płonął i zwierzęta przepychały się, odsuwając się od niego, za bardzo jednak się bały, żeby pójść w stronę miasta, które również płonęło. Dlatego tłoczyły się przy poręczy, dokładnie nad chłopcami i koło dziury wyrwanej przez konia, raptem kilka kroków na lewo od nich.

Kilka szczurów wpadło do wody, zepchniętych przez inne zwierzęta. Każdy zaczął płynąć w innym kierunku, w tym parę prosto do chłopców.

Kipowi żołądek się zacisnął z panicznego strachu. To idiotyczne, że zamarł na widok szczura, a nie na widok dwóch krzesicieli, ale nie cierpiał szczurów. Nienawidził ich, nienawidził, nienawidził! Sanson szarpnął go za rękaw, odciągając. Kip odbił się od słupa, chlapiąc niezgrabnie wodą. Odwrócił się, żeby się upewnić, że żaden szczur nie uczepił się jego ubrania. Zerknął na ucznia krzesiciela, Zymuna – chłopak stał z głową schowaną między ramionami, a mistrz nadal go bił. Wtedy jednak Zymun zesztywniał.

Krzyknął coś i wyprostował się, a mistrz przestał go okładać. Kip po raz pierwszy dobrze przyjrzał się chłopcu. Nie mógł być starszy od Kipa o więcej niż rok. Miał niesforną czarną czuprynę, ciemne oczy i szerokie mięsiste wargi wykrzywione w triumfalnym uśmiechu. Na oczach Kipa skóra Zymuna i jego mistrza zaczęła napełniać się czerwienią; wdychali kłębiące się smugi podobne do dymu, które ubijali w sobie, aż wypełniły całkowicie ich ciała.

Kip odwrócił się i zaczął płynąć najszybciej jak mógł. Przed wodospadem znajdowała się metalowa krata, uniemożliwiająca przepłynięcie łodziom i pływakom, a obok pomost i schody. Sanson już był przy kracie, ponad dziesięć kroków przed Kipem.

Po paru kolejnych mocnych zamachach, Kip zerknął za siebie. Most i przepychające się zwierzęta przesłaniały mu większość widoku, ale dostrzegł mistrza, który przebiegł kilka szybkich kroków. Skoczył, rozkładając szeroko ręce, a potem klasnął w dłonie. Migocząca kula czerwonego luksynu ukształtowała się między jego dłońmi, a kiedy je gwałtownie złożył, kula strzeliła do przodu. Krzesiciel poleciał do tyłu pod wpływem siły odrzutu, ale się nie przewrócił.

Kula zapaliła się w powietrzu na chwilę przed tym, jak wpadła między zwierzęta na moście. Owce, konie i świnie poleciały we wszystkie strony w chwili wybuchu, w niebo śmignęły kawałki ciał. Powietrze wypełniły dzikie wrzaski. Płonący pocisk oderwał kawał poręczy i samego mostu, a potem śmignął Kipowi nad głową i roztrzaskał na kawałki drewniane schody nad pirsem. Kip wątpił, żeby krzesiciel źle wycelował, i przez chwilę myślał, że mężczyzna próbuje uwięzić ich w pułapce.

Most zwodzony zatrzeszczał, a wszystkie zwierzęta, potykając się, zsuwały się ku zapadającemu się środkowi.

Teraz Zymun wybiegł naprzód. Klasnął czerwonymi rękami, ale tym razem Kip nie zobaczył kuli luksynu – ponieważ nie była wymierzona w niego. W jednej chwili Zymun przewrócił się do tyłu, odepchnięty siłą własnego rzutu, a w następnej eksplodował cały drewniany most.

Płomienie, krew i wirujące, oderwane kawałki ciał wzleciały pod niebo. Jeden ogromny, płonący kawał mostu pomknął w stronę Kipa, koziołkując i wypełniając mu pole widzenia. Uderzył w wodę obok chłopca z głośnym pluskiem i sykiem.

Kiedy Kip znowu był w stanie coś zobaczyć, przyciskał się do metalowej kraty przed wodospadem, otoczony odłamkami drewna. Niektóre z nich nadal płonęły; jeden wielki kawał mostu powoli tonął. I zobaczył setki szczurów; niektóre były spalone na węgiel, inne ranne, jeszcze inne tylko mokre, a wszystkie żywe desperacko chciały wydostać się z wody. Większe zwierzęta nie przeleciały tak daleko pod wpływem wybuchu, więc dopiero zbliżały się, kopiąc, młócąc wodę, chlapiąc i gryząc się między sobą ze strachu i bólu.

– Kip! Wspinaj się! Prawie nam się udało! – krzyknął Sanson. Był już po drugiej stronie kraty.

– Nie ruszaj się! – krzyknął starszy krzesiciel. Jego skóra już wypełniła się skłębioną czerwienią. – Nie ruszaj się albo następny pocisk poleci prosto w twoją głowę.

Kip złapał się kraty, ale kiedy tylko jej dotknął, poczuł drobne pazurki na nogach, a potem więcej na plecach. Zamarł. Szczury. Najpierw jeden albo dwa, a teraz z pół tuzina.

Zacisnął powieki, kiedy poczuł pazury na szyi, a potem na głowie. Trzymał się kraty, a jego ciało stało się mostem – jedyną drogą ucieczki z wody – i całe roiło się od szczurów.

Po kilku chwilach to już nie było kilka szczurów. Były ich setki.

Mięśnie Kipa zacisnęły się spazmatycznie. Nie mógł się ruszyć. Nie potrafił myśleć. Nie mógł oddychać. Nie śmiał otworzyć oczu. Miał szczury we włosach. Jeden wpadł mu z przodu za koszulę i teraz wspinał się po jego piersi. Szczury biegały mu po rękach.

– Rusz się, Kip! Rusz się, bo zginiesz! – krzyczał Sanson.

Nagle Kip oderwał się od własnego ciała. Był bliski utonięcia, miasto płonęło, prawie wszyscy, których znał, nie żyli, dwaj krzesiciele próbowali go zabić, a on się przejmował szczurami. Kiedy tak czepiał się kraty, dwaj krzesiciele szykowali się do śmiertelnego uderzenia, a on za bardzo się bał, żeby się ruszyć. Niedorzeczne. Żałosne.

Poczuł, że ktoś go łapie, i natychmiast otworzył oczy. To Sanson. Wspiął się na kratę i walczył ze szczurami, próbując pomóc przyjacielowi. Kip otrząsnął się jak pies, zrzucając kilkanaście szczurów, ale większość nadal na nim została. Mimo strachu zaczął się wspinać po kracie.

Przerzucił jedną nogę, ale nie mógł się podciągnąć. Był za ciężki. Szczur wpadł mu do nogawki i zaczął wspinać się po nagiej skórze.

Sanson złapał Kipa za ubranie obiema rękami i krzyknął z wysiłku. Kip szarpnął się po raz ostatni, czując, że się unosi, unosi... i wreszcie przeturlał się ponad kratą. Wpadł do wody po drugiej stronie.

Prąd natychmiast go porwał. Kiedy wypłynął na powierzchnię, Sanson coś wrzeszczał, ale Kip nie rozumiał słów. Sięgnął pod spodnie, złapał gramolącego się szczura i go odrzucił.

A potem znalazł się w wodospadzie. Prostopadle do wodospadu biegły występy skalne, po których miejscowi śmiałkowie biegali, przeskakując nad kaskadami. Kip już nie miał szansy tego spróbować. W pewnych miejscach wodospad był płytszy niż w pozostałych. Kip obrócił się rozpaczliwie i zaczepił stopami o podwodny kamień. Siła prądu pchała go w przód, ale on przykucnął na kamieniu, podciągając stopy pod siebie, wymachując rękami, żeby utrzymać równowagę. Sadzawka u podnóża wodospadu była wystarczająco głęboka, jeśli jednak Kip nie skoczy dostatecznie daleko, uderzy po drodze o skały.

Skoczył tak daleko, jak tylko zdołał. Ku jego zaskoczeniu, rzeczywiście poleciał w tym kierunku, w którym chciał. Przez chwilę czuł idealną wolność. Spokój. Ryk wodospadu zagłuszył wszelkie inne dźwięki, wszystkie inne myśli. To było piękne. Jakimś cudem on i Sanson spływali rzeką przez całą noc, a teraz słońce wychylało się zza horyzontu, pokonując nieprzeniknioną czerń po jednej stronie nieba i zamieniając ją w głęboki granat, lodowaty błękit, róże i oranże, które rozpalały chmury jak barwne halo.

I wtedy Kip zdał sobie sprawę, jak szybko spada. Ciało miał ustawione pod kątem do błyskawicznie zbliżającej się powierzchni wody. Widział dość śmiałków, żeby wiedzieć, że musi uderzyć w wodę stopami albo głową z wyciągniętymi do przodu rękami, bo inaczej straszliwie się poobija.

Nie miał szansy wpaść głową naprzód, więc wygiął plecy i zamachał rękami.

Cokolwiek zrobił, najwyraźniej uzyskał dokładnie odwrotny efekt do zamierzonego, a może już wcześniej obracał się w przód, bo teraz leciał dokładnie równolegle do wody. Za chwilę uderzy brzuchem w wodę w najbardziej spektakularny sposób. Przy tej wysokości to może go zabić.

To jeszcze nie wszystko – zdał sobie sprawę, że spada razem z wodą, a wszyscy skoczkowie, jakich widział, wyskakiwali poza nią. Woda po drodze zawsze odbijała się od skały.

Nie miał nawet czasu, by wymyślić przekleństwo, kiedy uderzył stopą w skałę. Mocno. Wyrzucił ręce przed siebie...

...i wpadł do wody głową naprzód, czując się tak, jakby ktoś właśnie przywalił mu w ciemię deską. Miał wrażenie, że wyrywano mu ręce. I zapomniał zaczerpnąć tchu, nim oberwał. Kip otworzył oczy pod wodą i zobaczył, że coś wielkiego wpadło do wody obok niego w strumieniu bąbelków. Sanson!

Sanson zanurkował stopami naprzód, ale przekoziołkował w wodzie i teraz był do góry nogami. Przez chwilę wyglądał jak ogłuszony, potem otworzył oczy, ale nie patrzył na Kipa. Najwyraźniej zdezorientowany po upadku, zaczął płynąć... w dół. Kip złapał go za nogę, żeby przyciągnąć jego uwagę.

Sanson wpadł w panikę – zaczął się rzucać i kopnął Kipa prosto w nos.

Kip wrzasnął i zobaczył, jak resztki powietrza z jego płuc pędzą ku powierzchni.

Sanson odwrócił się, zobaczył Kipa, popatrzył, gdzie płyną bąbelki powietrza, i zauważył krew rozkwitającą obłokiem w ciemnej wodzie. Złapał Kipa i razem wypłynęli na powierzchnię.

Kipowi ledwie się udało. Złapał gwałtownie powietrze, wciągając ustami krew i wodę, po czym zaraz je wykaszlał. Zakaszlał raz jeszcze i odruch wymiotny szarpnął mu żołądkiem. Sanson pociągnął go za rękę.

– Kip, pomóż mi! Musimy wyjść na brzeg przed bystrzami.

To go otrzeźwiło. Pięćdziesiąt kroków za głęboką, nieruchomą sadzawką, do której spadał wodospad, zaczynały się bystrza tak strome, że właściwie same były serią wodospadów. Prąd już zaczynał przyśpieszać. Z bolącą stopą, pękającą głową i krwawiącym nosem popłynął z Sansonem.

 

Udało im się dotrzeć do brzegu dziesięć kroków przed bystrzami. Wygramolili się na trawiasty brzeg i wyczerpani obejrzeli swoje obrażenia. Sanson był cały. A także zawstydzony.

– Przepraszam, Kip. Chodzi mi o nos i w ogóle. Nigdy nie lubiłem pływać. Zawsze myślałem, że w głębinach siedzi coś, co mnie złapie.

Ściskając krwawiący nos, Kip spojrzał na przyjaciela.

– Uratowałeś bi życie – odpowiedział. – I bie złabałeś bi bosa.

Bardziej martwił się stopą, którą uderzył w skałę. Rozsznurował but jedną ręką, ściągnął go i zdjął pończochę. Stopa była obolała i na wierzchu pojawiły się imponujące zadrapania, ale kiedy ją rozcierał, nie czuł, żeby połamał kości. Zaczął wciągać z powrotem mokrą pończochę, co było dosyć trudne, bo drugą ręką nadal ściskał nos.

– Nie mogę uwierzyć, że się nam... – zaczął Sanson.

– Udało? – spytał Kip.

Zaprzestał prób sznurowania buta jedną ręką i teraz mocno pociągał nosem, żeby powstrzymać upływ krwi i się nią nie upaćkać. Kiedy jednak skończył wiązać supełek, zrozumiał, dlaczego Sanson nie dokończył zdania. Siedzieli skąpani w ostrej, czerwonej po-świacie.

Kip spojrzał w górę i zobaczył wiszącą nad nimi na niebie czerwoną flarę, wskazującą pozycję uciekinierów reszcie królewskich wojsk – które musiały znajdować się w pobliżu. Dym z flary ciągnął się na szczyt wodospadu, gdzie stali dwaj krzesiciele i patrzyli na nich.

Kipowi i Sansonowi udało się uciec przed krzesicielami, ale teraz musieli uciec reszcie armii.

Kip wstał, utykając i pociągając nosem. Miał wrażenie, że zaraz zacznie mu się kręcić w głowie ze zdenerwowania. Zobaczył jeźdźca na grani, która ciągnęła się od wodospadu do farmy Sendinów. Natychmiast zapomniał o krwawiącym nosie. Jeździec będzie musiał skorzystać z okrężnej drogi, ale miał konia. Kip i Sanson musieli zbiec ścieżką wzdłuż bystrzy i dotrzeć na farmę przed żołnierzem.

I wtedy Kip zobaczył, że do pierwszego dołączyło trzech następnych. A potem jeszcze jeden, i jeszcze.

Kip i Sanson ruszyli biegiem.

Wodospad wzbijał ogromne chmury pyłu wodnego, dzień i noc, a w dolinie panował mrok o kilka godzin dłużej niż w okolicy. Kiedy flara zgasła, Kip stracił z oczu konnych i ścieżkę.

Zatrzymał się przerażony. Szerokolistne rośliny, śliskie od wilgoci, przesłaniały wąziuteńką ścieżkę. Wystarczy, że stanie na jednej z nich, a zjedzie kamienistą pochyłością prosto do rzeki. A w bystrzach czekała go śmierć.

Musiał coś widzieć. Spróbował patrzeć kątem oka, jak uczył go mistrz Danavis. Ta część oka, która skupia się, gdy patrzy się normalnie, najlepiej postrzegała kolory, ale ta bardziej z boku lepiej radziła sobie z odróżnianiem światła i ciemności.

– Biegiem! – krzyknął Sanson.

Kip obejrzał się przez ramię. Twarz Sansona wyglądała tak, jakby płonęła. Kip zrobił krok do tyłu i zachwiał się na ostrej krawędzi ścieżynki. Każdy skrawek odsłoniętej skóry Sansona jarzył się jak rozpalony. Kip widział nawet parę buchającą mu z rąk w postaci drobnych, pomarańczowych smużek.

– Co się stało z twoimi oczami? – zdziwił się Sanson. – Nieważne. Ruszaj się, Kip!

Sanson znowu miał rację. Nieważne, co Kip widział ani w jaki sposób. Odwrócił się i ruszył przed siebie. Jakimś cudem niezwykłość tego doświadczenia zepchnęła na bok strach. Rośliny były jak pochodnie wskazujące mu drogę, delikatnie oświetlały kryjący się między nimi szlak.

Jedną ręką trzymając mokre, ciężkie spodnie, Kip zaczął biec tak szybko, jak zdołał, nie bojąc się niczego mimo wilgotnych kamieni, wąskiej ścieżki i śmierci czyhającej ze wszystkich stron.

Na rzece unosiły się ciała, które ugrzęzły w bystrzach. Dobry Orholamie, były też ciała na farmie Sendinów, niewielkie grudy niemal tak zimne jak otaczająca je ziemia. Tlące się, zniszczone budynki płonęły jasno w oczach Kipa. A co ważniejsze dla niego i Sansona, zobaczył płaskodenną łódkę zacumowaną przy pomoście Sendinów. Dotarli z Sansonem do końca ścieżki. Wybiegli zza rogu i w porannym słońcu zobaczyli trzydziestu jeźdźców z Lustrzanej Gwardii ustawionych w szyku bojowym.

– Chcieliśmy pojmać cię żywcem – powiedział czerwony krzesiciel. Jego skóra była szkarłatna, a w głosie pobrzmiewała złość. – Nie co dzień spotyka się krzesiciela z twoim potencjałem. Zabiłeś jednak dwóch ludzi króla Garadula i za to czeka cię śmierć.

Rozdział 15

– Chyba nie zamierzasz naprawdę nas rozbić? – spytała Karris, kiedy Gavin skierował ich nad porośniętą krzewinkami pustynię.

– Och, rozumiem. Kiedy lecę, my lecimy, a kiedy się rozbijamy, to ja nas rozbijam.

Gavin przechylił kondora na prawo do skrętu, żeby nie zobaczono ich z Garristonu. Nadal istniała spora szansa, że dojrzy ich jakiś farmer albo rybak, ale kto uwierzy samotnemu rybakowi, który powie, że widział ogromnego latającego człowieka-ptaka? Co innego, gdyby zobaczyło ich całe miasto. Garriston, chociaż to najważniejszy port Tyrei, nie był dużym miastem. Zatokę zubożono zbyt intensywnymi połowami, ziemia była gorąca, sucha, a gleby słabe, ruthgarski gubernator skorumpowany, a jego ludzie jeszcze gorsi.

Nie zawsze tak to wyglądało. Przed Wojną Fałszywego Pryzmata istniał tu rozległy system kanałów nawadniających, dzięki którym krzewiasta pustynia rozkwitała, a plony zbierano dwa, a nawet trzy razy do roku. System śluz pozwalał docierać kupcom do dziesiątków małych miasteczek w górę i dół Umbry. Jednakże kanały i śluzy wymagały krzesicieli i konserwacji. Bez obu tych rzeczy ziemia uschła, karana za grzechy martwych ludzi.

– Gavin, mówię poważnie. Naprawdę się rozbijemy?

– Zaufaj mi.

Otworzyła usta, ale zaraz je zamknęła. Zgadywał, czego nie powiedziała: „Bo już raz dobrze wyszłam na tym, że ci zaufałam?”.

– Masz coś kruchego w plecaku?

– Jak niebezpieczny będzie upadek? – spytała szczerze zaniepokojona.

– Przepraszam. Powinienem poczekać, aż bardziej zbliżymy się do ziemi.

– Czekaj, co to jest? – spytała nagle Karris.

Gavin spojrzał na zachód, w tym samym kierunku co Karris, ale nie zobaczył niczego ciekawego. Obszar wokół Garristonu to były równinne i suche ziemie uprawne, ale na zachód szybko ustępowały stromym, wysokim górom nie do przebycia, które niemal graniczyły z morzem. Umbra płynęła zaraz po drugiej stronie tych gór. Gdyby płynęła prosto do morza – przez góry – miałaby raptem trzydzieści mil długości. A tak skręcała na wschód do Garristonu, oddzielona od morza górami jak murem i mierzyła prawie czterysta pięćdziesiąt mil od źródła do ujścia.

– Tam – wskazała Karris. – Dym.

Gavin nie był pewien, czy czarna smużka to coś więcej niż wytwór wyobraźni Karris – a teraz też i jego. Tak czy inaczej, smuga unosiła się po drugiej stronie gór, więc to nie miało znaczenia. Już otwierał usta, żeby powiedzieć to Karris, kiedy kondor przeleciał nad jednym ze wzniesień pogórza. Potężny prąd nośny wyrzucił ich wysoko w powietrze.

Gavinowi zaparło dech w piersi. Eksperymentował z kondorem tylko nad wodą. Nawet nie pomyślał o tym, jak ziemia, nad którą szybował, wpłynie na powietrze powyżej. Teraz, kiedy tego doświadczył, wszystko nabrało sensu. Inaczej, dlaczego ptaki drapieżne tak często krążyłyby w tych samych miejscach? Gavin zakładał, że trzymały się dobrych terenów łowieckich. Teraz wiedział. Prądy wstępujące.

– Damy radę przelecieć nad górami? – spytała Karris.

Z tej wysokości – Gavin spojrzał w dół, przełknął ślinę i natychmiast skupił wzrok na horyzoncie – miał pewność, że widzieli dym. A skoro był widoczny z tak daleka, mógł oznaczać tylko dwie rzeczy.

Niech to będzie pożar lasu. Błagam, Orholamie.

– Damy. Ale jeśli polecimy tam, to nie spotkasz się z człowiekiem, który miał cię wprowadzić do wojska Garadula. Bez morza nie dam rady znowu wznieść kondora w powietrze. Będziemy musieli spłynąć rzeką aż do ujścia.

– Gavin, jak widzę tyle dymu, to od razu myślę: czerwony kolorak. Pochodnia może właśnie palić całe miasto. Wyruszyłeś powstrzymać koloraka w pobliżu Ru? Ci ludzie nie są gorsi od mieszkańców Ru. A skoro już o tym mowa, to w Ru jest mnóstwo krzesicieli, którzy wspólnie poradziliby sobie z niebieskim kolorakiem. Ci ludzie nie mają nikogo.

W myślach Gavin porównywał ziemię poniżej ze znanymi mu mapami Tyrei. Okazało się to zaskakująco łatwe, zważywszy że znalazł się tak blisko perspektywy, z jakiej rysuje się mapy, jak żaden z ludzi. Spojrzał na góry, nie do końca przejezdną przełęcz i miejsce, z którego unosił się dym. Nagła myśl uderzyła go z siłą większą niż zwykłe przeczucie. Nie znalazł się tu przypadkiem. To nie był zbieg okoliczności, że szybował w jedynym miejscu, z którego mógł dostrzec ogień, i że towarzyszyła mu Karris. To nie był pożar lasu. Ani czerwony kolorak.

Ogień bił z Rektonu. Przed wojną to było śliczne miasteczko. To tam przebywał jego „syn”. Gavin to wiedział, chociaż znajdowali się tak daleko, że nie miał prawa tego wiedzieć. Gdyby Orholam rzeczywiście istniał, właśnie taką karę wymyśliłby dla Gavina. Albo próbę.

Cokolwiek to było, miał przed sobą wybór.

Zostało mu pięć lat i pięć wielkich celów do zrealizowania. A jeden z nich był w głównej mierze bezinteresowny: uwolnić Garriston, który upadł przede wszystkim z jego winy. I który do tej pory cierpiał z jego powodu.

Jeśli uda się do Rektonu, będzie musiał stawić czoło tej wariatce, Linie. Będzie musiał stawić czoło jej synowi, Kipowi, i powiedzieć mu, że nie jest jego ojcem: „Przykro mi, nadal nie masz ojca. Nie mam pojęcia, co wygaduje ta kłamliwa zdzira, twoja matka”.

Na pewno wszystko pięknie się ułoży. Znajdą się też tak blisko wojsk Raska Garadula, że Karris otworzy list z rozkazami, i wtedy natychmiast zrobi się nieprzyjemnie.

Wystarczyłoby, żeby Gavin powiedział „Mam swoje rozkazy”. Karris by zrozumiała. Zawsze była obowiązkowa. Aż do przesady.

Ale ty nie jesteś Karris. To nie jej próba.

Otworzył usta, żeby to powiedzieć, ale to pachniało tchórzostwem. Nie mógł wycedzić tych słów przez zaciśnięte zęby.

– Lecimy to sprawdzić – powiedział w końcu.

Przechylił kondora i zorientował się, że podjął decyzję w ostatnim momencie. Teraz będzie musiał się postarać, żeby zmieścić się w przesmyku między górami.

Karris ucisnęła jego rękę, a jej oczy rozbłysły – jadeitowe, zielone oczy z czerwonymi gwiazdami. Z jakiegoś powodu jej radość zraniła go głębiej, niż zdołałoby jakiekolwiek rozczarowanie. Ta radość przypominała o szesnastu latach radości, które powinien jej dać, radości skradzionej. Odwrócił się z zaciśniętym gardłem.

Góry zamajaczyły, a Gavin po raz pierwszy zdał sobie sprawę, jak szybko lecą. Nie mieli żadnej nadziei na lądowanie tu, na podmokłym terenie. Jeśli prądy wznoszące, których się spodziewał, nie porwą ich wkrótce, wymalują z Karris wielką, szkarłatną plamę na tych skałach.

Orholamie, jeśli w ogóle nie wieje, to nie ma też podmuchu, który by ich uniósł, prawda?

Już zaczął krzesać czerwoną poduszkę – nie łudząc się, bo wiedział, że niezależnie od tego, jak wielką stworzy, będzie za mała przy tej prędkości – kiedy porwał ich prąd wznoszący. Cisnął nimi w niebo, aż skrzydła kondora zadygotały.

Karris krzyknęła z radości.

Siła prądu była niewiarygodna. Trudno było ocenić, jak szybko się wznosili, ale Gavin skrócił skrzydła, żeby zmniejszyć nacisk na nie i ponieważ Rekton nie znajdował się na tyle daleko, żeby potrzebowali aż takiej wysokości. Im wyżej lecieli, tym bardziej byli widoczni. To jednak dało mu do myślenia. Przy wysokości, jakiej mogli nabrać nad górami, zasięg kondora okazał się o wiele większy, niż początkowo zakładał.

Odłożył tę myśl na później. Teraz kłopot polegał na tym, żeby pozostać nisko, żeby nie byli widoczni dla całej Tyrei, i wytracić część tej niesamowitej prędkości, której nabrali. Wykrzesał czepiec z takiego samego niebieskiego luksynu, którego użył, zeskakując z Chromerii. Natychmiast się otworzył – oboje z Karris polecieli do przodu – i równie szybko się oderwał.

Kiedy odzyskali równowagę, Gavin spróbował raz jeszcze. Tym razem zielony i o wiele mniejszy. Połączył czepiec z luksynem kondora, żeby go nie rozerwał. Tym razem się udało. W pewnym sensie. Trochę zwolnili. Teraz spadali z tylko niedorzeczną prędkością. Gavin trudził się, próbując znowu zwiększyć rozpiętość skrzydeł.

 

– Jak mogę pomóc?! – krzyknęła Karris.

Gavin zaklął. Ledwie co zaczął eksperymentować ze zmianą skrzydeł kondora. We wszystkich swoich próbach tylko pochylał się to w jedną, to w drugą stronę i wyrównywał lot, zanim uderzył o ziemię albo wodę. Stękając z wysiłku, uniósł przedni skraj skrzydła do góry. Skieruj w górę, żeby lecieć w górę, racja?

Zrobił dokładnie to, czego nie powinien. Zanurkowali ostro w dół. Zanim wypoziomował skrzydła, lecieli już prosto ku ziemi. Gorzej, gwałtowny spadek oznaczał, że nie dotykał już nogami podłogi. Nie miał o co się zaprzeć, żeby dalej manipulować skrzydłami. Rzucił luksyn na sufit, żeby pchnąć swoje ciało w dół, i już zaczynał dotykać stopami podłogi, kiedy zobaczył majaczące przed nimi ogromne drzewa eukaliptusowe. Działał za wolno.

I nagle uderzył o podłogę. Kondor zanurkował poniżej koron drzew nad łąką i zaczął się wznosić. Nie mieli szansy.

Gavin sięgnął w luksyn, kiedy kondor uderzył w gałęzie. Niebieski luksyn popękałby i roztrzaskał się, gdyby go nie chwycił. Przez następną chwilę nic nie widział, bo lecieli prosto przez drzewa i nagle znowu znaleźli się w powietrzu. Wnosząc się, coraz bardziej i bardziej stromo.

Wreszcie spojrzał na Karris. Na jej skórze toczyła się walka czerwieni z zielenią. Zaparła się rękami o sufit, a luksynowe linie biegły od jej rąk na tył kondora. Przejęła kontrolę nad ogonem. Był rozłożony jak wachlarz, zielony i wyginał się ku górze. Ocaliła im życie, ale oczy miała zamknięte z wysiłku, a mięśnie napięte, bo starała się utrzymać ogon w górze mimo naporu wiatru.

– Karris, wyrównaj! – krzyknął Gavin.

– Staram się!

– Już za bardzo...

I wtedy obrócili się do góry nogami, lecąc w przeciwną stronę. Gavinowi koszula opadła na twarz, a kiedy ją odciągnął, wreszcie wyrównali lot – tyle że lecieli do góry nogami.

– Ale nie teraz!

– Zdecyduj się wreszcie! – odkrzyknęła.

Stała na rękach na suficie. Gavin złapał ją i wspólnie raz jeszcze obrócili ogon i skrzydła. Zwalili się na podłogę, kiedy ogromny, luksynowy ptak znowu się poderwał, raptem dwadzieścia kroków nad drzewami.

Gavin odetchnął spokojnie pierwszy raz od – jak miał wrażenie – wielu godzin. Sprawdził kondora. Wyglądało na to, że miewa się dobrze.

– Widzieli nas? – spytała Karris.

– Co? Kto?

Jakim cudem była w stanie widzieć tyle rzeczy naraz?

– Oni – odparła, pokazując głową.

Gavin spojrzał w stronę Rektonu. Znajdowali się teraz kilkanaście mil na wschód od miasta, które rzeczywiście płonęło. Całe. To oznaczało albo niewiarygodnie silnego czerwonego koloraka, albo coś zupełnie innego.

I właśnie patrzyli na owo „coś zupełnie innego”. Niewielka armia stacjonująca wokół miasta. To mogli być tylko ludzie Garadula.

Niech Orholam ma ich w opiece.

– Nie – powiedział Gavin. – Musieliby patrzeć niemal prosto w słońce, żeby nas dostrzec.

– Hmm. No to mamy fart.

– Ty to nazywasz fartem?

– A to co? – przerwała mu.

Poniżej miasta, gdzie wodospady przechodziły w bystrza i w końcu wściekła Umbra się uspokajała, stała gromadka domów. Niemalże wioska, ale wszystkie budynki się tliły. Stał tam przed kilkoma Lustrzanymi Gwardzistami króla Garadula zielony krzesiciel, a jego skóra napełniała się mocą.

– To dziecko! – wykrzyknęła Karris. – Dwoje dzieci! Gavin, musimy je ratować!

– Sprowadzę nas na dół tak blisko, jak się da. Przekoziołkuj po uderzeniu.

Wyrównali lot jakieś dziesięć kroków nad kamienistą i porosłą krzewinkami równiną. Gavin znowu wyrzucił niewielki czepiec, żeby ponownie wyhamować. Czepiec otworzył się gwałtownie, ale tym razem oboje byli gotowi na szarpnięcie i w porę się zaparli. Gavin wyrzucił następny, a potem jeszcze jeden. Zwolnili szybciej, niż się spodziewał. Kondor zapikował w dół.

Gavin rozłożył gwałtownie ręce, rozsadzając kondora na kawałki. Kiedy spadali, owinął Karris, a potem siebie w ogromną poduchę z pomarańczowego luksynu, oprawioną w skorupę segmentów z zielonego giętkiego luksynu i z rdzeniem z wyjątkowo twardego żółtego magicznego tworzywa.

Uderzyli o ziemię, a pomarańczowy i zielony luksyn spowolnił ich upadek, zanim wybuchł pod wpływem uderzenia. Żółty luksyn uformował się wokół każdego z nich w sztywniejszą kulę. Gavin poleciał w krzaki, turlając się i podskakując kilka razy, zanim żółty luksyn roztrzaskał się i wypluł go bezceremonialnie na ziemię. Poruszył palcami rąk i stóp. Wszystko działało. Poderwał się.

– Karris?

Usłyszał wrzask. Mrożący krew w żyłach. Pobiegł.

Karris zerwała się na równe nogi dwadzieścia kroków dalej. Włosy miała potargane, ale Gavin nie zauważył żadnych ewidentnych obrażeń. Stanął obok niej.

– Co się stało? – spytał.

Zerknęła w dół. U jej stóp leżał grzechotnik, długi jak rozpiętość ramion Gavina. Sztylet wbity tuż za głową przyszpilał go do ziemi. Sztylet Karris.

Kiedy Gavin stał z rozdziawionymi ustami, Karris oparła stopę za głową węża i wyciągnęła sztylet – ręką, na miłość Orholama, nie magią. Czasem Gavin zapominał, jaka jest twarda. Otarła krew czarną chustką, które Czarnogwardziści nosili specjalnie do takiego celu – na czerni nie było widać trudnych do wyjaśnienia plam z krwi. Drżała nieco, kiedy chowała chusteczkę, ale Gavin wiedział, że nie ze strachu czy nerwów. Ciało potrzebowało chwili, żeby rozluźnić się po takiej ilości adrenaliny, jaką wyzwalała wizja bliskiej śmierci.

Karris nie obwiniała go o to, że prawie przez niego zginęła. Złapała plecak i pokrowiec z łukiem, przypasała jatagan do smukłej talii, sprawdziła, czy ostrze albo pochwa nie ucierpiały w czasie upadku, i zarzuciła plecak. Zupełnie jakby nagła przemoc przypomniała jej, kim jest... I czym oni nie byli. Wróciła na ziemię, do rzeczywistości.

– Przepraszam za to wszystko – powiedział Gavin. – Powinienem był trzymać się morza.

– Wtedy moglibyśmy napatoczyć się na rekiny. – Wzruszyła ramionami. – I teraz byłabym mokra. – Uśmiechnęła znacząco, ale jej oczy pozostały poważne.

Teraz już nie śmiał jej dotknąć, wyciągnąć do niej ręki. Czekała ich praca – a zadanie Karris było niebezpieczne, mogło doprowadzić do wojny i mogło wiązać się ze śmiercią: jej własną lub przez nią zadaną. Musiała bezlitośnie odciąć się od wszelkich związków, które mogłyby ją rozpraszać.

– Karris – powiedział. – To, co znajdziesz w liście... to nie jest prawda. Nie spodziewam się, żebyś zrozumiała albo nawet mi uwierzyła, ale przysięgam, że to nie jest prawda.

Spojrzała na niego z twarzą surową i nieprzeniknioną. Tęczówki miała jadeitowe, ale plamki czerwieni były jak gwiazdki, rozszerzały się, przybierały kształt rombów. Z takiej czy innej przyczyny, przyziemnej czy magicznej, za sprawą luksynu czy łez, Gavin wiedział, że wkrótce te oczy będą czerwone.

– Uratujmy te dzieci – powiedziała.

Pobiegła, a on za nią. Zbiegali zygzakiem po zboczu porośniętym głównie przez eukaliptusy; obłażąca kora sypała się na ziemię, gałęzie ich chłostały. Karris brnęła w stronę chudego dzieciaka, zostawiając Gavinowi uratowanie tego, który stał przed czerwonym krzesicielem.

Jednakże to wszystko nie miało znaczenia. Żadne z nich nie miało szansy dotrzeć na czas.