Czarny pryzmat

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Kip tak się skupił na tym widoku, że zaczął wypływać na sam środek rzeki między pomostami i wyspą.

– Mistrzu, strasznie gorąco – rozległ się młody głos nad i za Kipem.

Kip szarpnął się w wodzie i obrócił. Na wysokim brzegu przy targu stał młody człowiek, nieco starszy od Kipa. Miał na sobie tylko czerwoną przepaskę biodrową. Jego kręcone czarne włosy i naga pierś błyszczały od potu. Oglądał się przez ramię na mężczyznę, który za nim stał. Kip nie widział mężczyzny, ale nie czekał, aż go zobaczy. Pomyślał, że musieli usłyszeć, jak rzucał się w wodzie, ale najwyraźniej ryk płomieni zagłuszył plusk.

Machając na Sansona, Kip podpłynął do muru. Sanson poszedł za jego przykładem. Mistrz młodego człowieka powiedział coś, ale hałas zagłuszył słowa. Kip i Sanson przywarli ciałami mocno do muru i spojrzeli w górę.

– Popatrz na to – powiedział mężczyzna.

Wirujące lasso ognia pojawiło się nad ich głowami i strzeliło w przód. Owinęło się wokół jednego ze słupów zwodzonego mostu i tak zostało. Reszta liny zniknęła w rozbłysku, ale fragment na filarze pozostał, tląc się, wypuszczając smużki ognia, sprawiając, że drzazgi czerniały i zwijały się, dymiąc.

Kip był zarazem przerażony i zauroczony. Spędził wiele lat, pomagając mistrzowi Danavisowi, ale krzesiciel nigdy nie zrobił czegoś podobnego.

– Teraz ty spróbuj.

Przez chwilę nic się nie działo. Kip zerknął na Sansona. Obaj przywarli do muru z rękami szeroko rozłożonymi, żeby dobrze przytrzymać się kamienia i nie młócić wody nogami. Kipa ogarnęło nagle uczucie, że to pułapka. Krzesiciel wiedział, że tu są. Odezwał się tak do ucznia tylko po to, żeby Kip i Sanson nie ruszyli się z miejsca. Teraz zachodzili ich od tyłu. Kip powinien odpłynąć, natychmiast, najszybciej jak zdoła.

Próbował odetchnąć głęboko, przełknąć strach. Sanson odpowiedział na jego spojrzenie; niepokoił się, ale nie rozumiał, o czym Kip myśli.

I wtedy zawirowało nad nimi ogniste koło. Zwierzęta na moście i wyspie wrzasnęły ze strachu na setki różnych sposobów. Koło cofnęło się i rozplątało, stając się batem, podobnym do tego, którym chwilę temu strzelił mistrz, ale o wiele, wiele większym. Czy to była robota młodzika?

Bat strzelił, ale nie w słupek mostu. Zamiast tego z wyraźnym trzaskiem uderzył w bok konia pociągowego ceglarza. Oszalałe z bólu i strachu stare zwierzę rzuciło się naprzód. Kip słyszał, jak chłopiec się śmieje, kiedy koń uderzył prosto w poręcz zwodzonego mostu. Barierka pękła. Kilka świń i owiec z rzadkim runem wpadło do wody.

Koń próbował się zatrzymać, ale tylko zazgrzytał kopytami o drewno, zanim wpadł głową naprzód do wody. Fala zalała Kipa i Sansona.

– Co to było?! To ci kazałem zrobić? – huknął mistrz krzesiciel.

Kip szybko przeniósł wzrok ze zwierząt w wodzie na most. Słupek mostu zajął się prawdziwym ogniem. Kiedy płomień dotrze do mostu, zwierzęta oszaleją z paniki, tak jak koń. Kip nie sądził, żeby most szybko się zajął, ale nie miał pewności.

Jeśli chcieli się z Sansonem wydostać z targu na wodzie i z płonącego miasta, najszybsza droga prowadziła pod uginającym się mostem przed nimi i przez wodospad. Inny sposób, to opłynąć staw, pozostając cały czas na widoku. Tak czy inaczej, w którymś momencie będą odsłonięci.

Ze zwierząt, które wpadły do wody, tylko koń dobrze pływał. Kierował się na drugi kraniec targu na wodzie, z dala od chłopca i ognia. Owce meczały, szaleńczo młócąc cienkimi nóżętami. Świnie kwiczały, rzucając się na siebie nawzajem i gryząc.

Nad chłopcami rozległ się odgłos siarczystego uderzenia i okrzyk bólu.

– Nigdy nie wychodź poza moje rozkazy, Zymun! Rozumiesz?!

Krzesiciel krzyczał dalej, ale Kip już nie słuchał. Mistrz i uczeń nie zwracali uwagi na wodę. Teraz albo nigdy. Kip wziął kilka szybkich oddechów, skinął na Sansona – który patrzył zdumiony – odbił się od muru i popłynął w stronę zwodzonego mostu.

Rozdział 13

Gavin wykrzesał niebieską platformę, cienką i ledwie widoczną na tle wody, na której się unosiła.

– Zrobiłeś to, żebym się denerwowała, prawda? – spytała Karris.

Gavin wyszczerzył zęby, wchodząc na łódkę. Wyciągnął rękę do Karris, skłaniając się lekko. Zignorowała podaną dłoń i wskoczyła na pokład.

Szarpnął za ster, kiedy lądowała, więc łódka uciekła jej spod nóg. Krzyknęła, a on złapał ją na poduszkę miększego, zielonego luksynu, który szybko przybrał kształt siedzenia. Uniósł je i umieścił na przodzie łódki, a potem umocował ich plecaki koło swoich stóp.

– Gavin, nie będę siedziała, podczas gdy ty... – Spróbowała wstać, a on pchnął łódkę do przodu.

Nie mając czego się chwycić, Karris przewróciła się z powrotem na siedzenie z kolejnym okrzykiem. Gavin się zaśmiał. Karris była jednym z najlepszych wojowników w Chromerii, ale zaskoczona nadal piszczała.

Rzuciła mu spojrzenie, zarazem poirytowane i rozbawione.

– Myślałem, że lubisz, kiedy zwalam cię z nóg – powiedział.

– Przegapiłeś swoją szansę – odgryzła się.

Radosny uśmiech zniknął z jego twarzy i utonął w falach jak wiele innych skarbów.

Karris się zaniepokoiła.

– Gavin, ja...

– Nie, zasłużyłem sobie na to. Proszę, wstań śmiało.

Szesnaście lat. Można by się spodziewać, że obojgu już nam przeszło. W końcu oboje się o to staraliśmy.

– Dziękuję – powiedziała skruszonym głosem.

Stanęła na szeroko rozstawionych nogach i lekko ugiętych kolanach.

Łódkę napędzały dwa ciągi wiosełek wystających po obu stronach. Dzięki pokoleniom studiów zieloni i niebiescy krzesiciele rozpracowali, jak wykorzystać przekładnie, koła i łańcuchy do poruszania wiosłami; każdy krzesiciel dopasowywał łódź do swojego ciała, żeby napędzać ją taką kombinacją ruchów rąk i nóg, jaka mu odpowiada, i ulepszał ją w każdy możliwy sposób, aby zwiększyć efektywność. Ponieważ łódka poruszała się po wodzie z minimalnym oporem, dobrze zbudowany krzesiciel mógł przez godzinę płynąć w tempie sprintu.

To było szybko. Bardzo szybko. Ale nawet w połowie nie tak szybko, jak obiecał Gavin. Mimo to pochylił się mocno, podwieszony w sieci z luksynu, pracując nogami i rękami. Wydłużył i zwęził łódkę, zamieniając ją w sztylet tnący powierzchnię wody. Osiągnęli pełną prędkość, już wychodząc z zatoki.

Gavin pocił się, ale to było dobre, czyste uczucie. Wiatr wiał mu w twarz, porywając słowa, które mogliby wypowiedzieć, a przy braku słów pozostawała po prostu obecność Karris, widok jej ciemnych włosów smaganych morskim wiatrem, zdecydowanych linii twarzy, skóry jaśniejącej w świetle poranka, uniesionego podbródka, wyciągniętej szyi, kiedy rozkoszowała się wolnością w równej mierze jak on.

Patrzyła przed siebie, więc nie widziała, jak Gavin krzesze luksynowe łopatki w wodzie. Gavin zawsze uważał, że musi istnieć lepszy sposób napędzania łodzi. W końcu krzesiciel mógł cisnąć ogniowym pociskiem z dowolną prędkością – to zależało tylko od jego woli. Oczywiście, gdyby rzucił pocisk za duży albo za szybki, mógł zrobić sobie krzywdę, absorbując odrzut. Jednakże łódek nie dało się przyśpieszyć siłą woli. Stanowiły za to idealne wiosłowe stateczki, które wykorzystywały siłę mięśni efektywniej niż wszystkie inne machiny. Gavin chciał czegoś lepszego. Chciał wykorzystać magię tak, jak żagiel korzystał z wiatru.

To skończyło się wyrwaniem jednego masztu albo dwóch. Mimo to, Gavin się nie poddawał. To był jeden z jego siedmiu celów, kiedy miał jeszcze siedem lat życia: nauczyć się podróżować szybciej, niż inni myśleli, że to możliwe.

Rozwiązanie przyszło do niego z czasów, kiedy był dzieckiem i bawił się w strzelanie nasionkami przez słomkę w braci. Powietrze uwięzione w słomce mogło wystrzelić nasionko z o wiele większą siłą, niż gdyby po prostu nim rzucić. Po wielu próbach i błędach włożył całą słomkę do wody, otwierając ją z obu końców, żeby płynęła całkiem zanurzona. Doczepił do niej pod kątem drugą słomkę i strzelał przez nią luksynowymi pociskami, które wyskakiwały końcami zanurzonej słomki.

Puścił wiosła i cały mechanizm opadł z cichym pluskiem, bo luksyn zaczął się rozpadać, już dotykając fal. Gavin położył ręce na słomkach.

Przy pierwszym łupnięciu szarpniecie wstrząsnęło Karris. Przykucnęła bardziej, żeby obniżyć środek ciężkości, i odruchowo sięgnęła po jatagan... Tyle że on leżał w jej plecaku. A potem łódka skoczyła przed siebie. Pierwsze potężne łupnięcia zatrzęsły całą łódką, podczas gdy Gavin mozolił się, żeby nabrać prędkości, napinając z wysiłku węzły mięśni. W ciągu kilku chwil łódka wyrównała tor i napięcie w ramionach i rękach Gavina nieco zelżało. Luksynowe pociski uderzały w wodę w równym dudniącym rytmie. Zmodyfikowana łódka – nazwał ją ślizgaczem – ledwie muskała fale.

To nadal wymagało sporej fizycznej pracy. Gavin kierował ogromną siłę w wodę, a wysiłkiem rąk i ramion unosił praktycznie cały ich wspólny ciężar. Jednakże magię można krzesać całym ciałem, więc to przypominało niesienie ciężkiego plecaka z pasami, które doskonale rozkładały ciężar – ogromny wysiłek, ale nie monstrualny. Mimo to, po codziennych takich ćwiczeniach przez ostatni rok jego ramiona i ręce rozrosły się bardziej niż przez całe dotychczasowe życie.

Karris się odwróciła. Dosłownie rozdziawiła usta. Gapiła się na maszynerię, łopatki z niebieskiego luksynu, dla giętkości przetykanego na całej długości zielonym, z dodatkiem wyjątkowo elastycznej, klejącej czerwieni w miejscu, gdzie pociski były wstrzeliwane w słomki, żeby nie popękały. Wyprostowała się powoli, kładąc się nieco na wiatr i opierając plecami o Gavina, by nie stawiać dodatkowego oporu.

Czuł, że drży, i zdał sobie sprawę, że się śmieje z zachwytu, chociaż ledwie to słyszał. Wiatr porywał też zapach jej włosów, ale przez chwilę Gavin wyobrażał sobie, że znowu go czuje. Zatęsknił boleśnie.

 

– Popatrz na to! – krzyknął.

W oddali pojawiła się wyspa. Pochylił się i ślizgacz skręcił gwałtownie w jej stronę. W rzeczy samej prędko się nauczył, że ślizgacz potrafi szybciej reagować na manewry niż on sam. Ograniczenia wynikały tylko z tego, jak szybko potrafił zmienić kierunek, nie dając się przy tym rozerwać na dwoje. Przechylił się w prawo, potem w lewo, wycinając piękne zwroty na spokojnym morzu. Zanurzył słomki pod większym kątem, ślizgacz przeskoczył nad falą i nagle znaleźli się w powietrzu.

Przez ponad sto kroków lecieli w całkowitej ciszy, nie licząc szumu wiatru, szybując dokładnie nad wysepką. Potem wylądowali jak puszczona po wodzie kaczka i znowu się odbili od fal.

Prędkość, wiatr i bliskość Karris sprawiły, że Gavin poczuł się wolny. Mimo że dzień był ciepły, wiatr mocno chłodził skórę i chociaż Karris nie wtuliła się tak naprawdę w Gavina, to oparła się o niego i rozluźniła, wdzięczna za jego ciepło. Gdyby za bardzo zmarzła, wiedział, że wykrzesałaby podczerwień, ale oszczędzała siły. Nie wiedziała, co ją czeka w Tyrei.

Fakt, że on wiedział – przynajmniej częściowo – dodawał tej chwili słodyczy. Karris przeczyta list Bieli i dowie się, że spłodził dziecko, kiedy byli zaręczeni. Chociaż teraz deklarowała brak zainteresowania jego życiem miłosnym, kiedy zerwał zaręczyny, to było jedno z pytań, jakie zadała: czy jest jakaś inna kobieta? Nie. Czy kiedykolwiek były jakieś inne kobiety, kiedy byli zaręczeni? Nie, przysięgam.

Tym razem Karris mu nie wybaczy. Potrzebowała lat, żeby wybaczyć mu zerwanie zaręczyn i odmowę podania przyczyn. To jednak... to była zdrada.

Orholamie, jak bardzo będzie mu jej brakować.

Unikał szlaków żeglugowych i trzymał się z dala od brzegu. Około południa dojrzał przed nimi chmury. Nie wyglądały na sztormowe, więc zgadł, że zbliżają się do wyspiarskiej satrapii – Ilyty. To był kraj rozlicznych portów i jeszcze liczniejszych piratów. Centralny rząd upadł dziesiątki lat temu i teraz fragmentami kraju rządził ten piracki lord, który miał akurat wystarczająco dużo wpływów. Większość Siedmiu Satrapii płaciła daninę temu czy innemu pirackiemu lordowi, wzbogacając Ilytan i umożliwiając kontynuowanie pirackiej działalności.

Gavin nie bał się ich, ale nie chciał też, żeby ktoś go zobaczył. I chociaż może dobrze by się stało, gdyby piraci zyskali jeszcze jeden powód do obawiania się Chromerii, wolał utrzymać swój mały wynalazek w sekrecie tak długo, jak się da. Poza tym, Ilyta była dla niego tylko punktem orientacyjnym. Posługiwanie się astrolabium było bardzo kłopotliwe, a w czasie, jakiego potrzebował do wyliczenia pozycji, równie dobrze mógł po prostu śmigać tak długo, aż się zorientuje w położeniu. Garriston leżał u ujścia wielkiej rzeki. To był najruchliwszy port Tyrei, ale to niewiele pomagało. Skręcił na południe.

Karris powiedziała coś do niego. Nie słyszał jej, więc zwolnił.

– Ja też mogę spróbować? – spytała.

– Myślałem, że oszczędzasz siły.

– I tylko ty będziesz się bawił?

Ponieważ stał za nią, nie widział jej całego uśmiechu, dostrzegł tylko jeden dołeczek i uniesioną brew.

Poszerzył kadłub, żeby mogli stanąć obok siebie, i podał jej słomkę od sterburty. Karris zawsze wolała krzesać prawą ręką.

Początkowo nie potrafili się zgrać, więc łódka dygotała i szarpała, podczas gdy oni strzelali magią w różnych momentach i z różną prędkością. Spojrzał na Karris, ale zanim zdążył coś powiedzieć, złapała go lewą ręką za prawą. Ściskała ją rytmicznie, podając mu tempo, jak to robiła kiedyś, gdy tańczyli.

Wspomnienie uderzyło w niego z taką siłą, jakby ślizgacz wpadł na rafę i cisnął nim w morze: piętnastoletnia Karris, sprzed wojny, na corocznym Balu Światłowładców na szczycie Chromerii. Jej włosy w kolorze jasny blond, długie i proste, równie lśniące i piękne, jak jej suknia z zielonego jedwabiu. Ich ojcowie dyskutowali, którego z braci Guile powinna poślubić. Gavin, starszy i prawdopodobnie przyszły Pryzmat, stanowił oczywiście lepszą partię. Jego ojciec, Andross Guile, nie dbał o urodę Karris.

– Chcesz piękną kobietę? Od tego są kochanki.

Chociaż nie interesowały go preferencje synów – alianse trzeba było zdobywać za najniższą możliwą cenę, a małżeństwo pierworodnego to najpoważniejszy atut, jaki mógł wykorzystać w rozgrywkach – Andross Guile dobrze wiedział, że inne rodziny nie zawsze były równie wyrachowane. Niektórzy ojcowie nie zechcieliby wydać córki za mężczyznę, którego ona by nie chciała.

Andross Guile rozkazał młodszemu synowi, Dazenowi, uwieść Karris.

– Piętro niżej znajduje się pokój dla służby. Tu masz klucz. Dwadzieścia minut po tym, jak z nią wyjdziesz, pod jakimś pretekstem poproszę jej ojca o rozmowę na osobności i wtedy zejdziemy. Oczekuję, że przyłapiemy was w trakcie. Będę zaskoczony, skonsternowany i wściekły. Najprawdopodobniej cię spoliczkuję. Ale co można zrobić? Krew młodych nie woda i tak dalej. Rozumiesz?

Obaj bracia rozumieli. Światłowładca Rissum Białodąb słynął z porywczości. Andross pierwszy uderzy Dazena i, stając między nimi, nie dopuści, żeby Białodąb zabił Dazena. Kiedy jednak przyłapią Karris na igraszkach miłosnych z Dazenem, jej ojciec nie będzie miał wyjścia – żeby nie okryć hańbą Białodębów, Karris będzie musiała szybko wyjść za mąż za Dazena. Rodziny połączy alians, a Andross Guile zachowa do dalszych rozgrywek cenniejszego starszego syna.

– Gavinie, oczekuję, że zachowasz się uprzejmie wobec dziewczyny, ale nie będziesz jej zachęcał. Jeśli twój brat zawiedzie rodzinę, ty będziesz musiał ją poślubić.

– Tak, panie.

Potem jednak zaczął się bal. Gavin zatańczył pierwszy raz z Karris i wydarzyła się najgorsza możliwa rzecz. Kiedy trzymał ją w ramionach, czuł jej dłoń ściskającą jego rękę i podającą rytm, patrzył w jej zielone jak jadeit oczy – wtedy w jej tęczówkach pojawiły się dopiero najdrobniejsze czerwone punkciki – dał się oczarować. Zanim zjawił się Dazen, żeby z nią zatańczyć, Gavin był zakochany. A w każdym razie jej pragnął.

Zdradzałem Karris, zanim nawet się poznaliśmy.

Karris ścisnęła jego rękę mocniej niż wcześniej. Spojrzał na nią. W jej oczach pojawiło się pytanie. Musiał napiąć mięśnie i Karris to wychwyciła. Zawsze polegała na cielesnych sygnałach. Nieustannie obejmowała, muskała i dotykała tych, których kochała. Taniec był dla niej równie naturalny jak chód. Teraz już nie dotykała Gavina tak często.

Posłał jej uspokajający uśmiech i pokręcił głową. To nic takiego.

Karris otworzyła usta, żeby coś powiedzieć, ale się powstrzymała.

– Powiększ tuby! – krzyknęła i zaśmiała się, ale odrobinę za głośno; to był wymuszony śmiech.

Zatem pamiętała taniec i ściskanie jego dłoni do rytmu. Oczywiście, że pamiętała. Na szczęście, nie trzymała się tego wspomnienia kurczowo i był jej za to wdzięczny. Poszerzył słomki w stopniu, w jakim mogli sobie na to pozwolić, i wkrótce płynęli z szybkością, jakiej nigdy wcześniej sam nie osiągnął. Nie zamierzał pokazywać jej następnej sztuczki, ale nie potrafił się powstrzymać. Wiedział, że sprawi jej prawdziwą radość. A co to za radość z bycia geniuszem, jeśli nikt cię nie docenia?

Wypuścił rękę Karris. To był najniebezpieczniejszy moment. Przy tej prędkości wpadnięcie na coś byłoby głupim pomysłem. A jednak...

– Trzymaj się! – krzyknął.

Wymachując prawą pięścią, Gavin rzucił zielony luksyn tak daleko przed siebie, jak zdołał. Wylądował na falach z pluskiem. Chwilę potem ślizgacz uderzył o pochylnię z zielonego luksynu.

Wylecieli w powietrze. Szybowali dwadzieścia kroków ponad falami.

Gavin wypuścił luksyn tworzący maszynerię ze słomkami i zaczął krzesać. Luksyn przepłynął przez niego i wystrzelił z jego rąk na boki. Teraz już spadali, znajdowali się piętnaście kroków nad falami i nawet jeśli uderzenie w nie z tą prędkością oznaczało, że raczej się odbiją niż zwodują, to, jakkolwiek by na to patrzeć, spadali z wysokości dwudziestu kroków. Luksyn wirował we wszystkich kolorach, desperacko próbując uformować się mimo huraganowego wiatru.

Dziesięć kroków do fal. Pięć. Przy tej prędkości uderzenie o wodę przypomina uderzenie o granit.

I wtedy luksyn stwardniał, przybierając kształt podobny do skrzydeł kondora – na ile Gavinowi udało się je skopiować. Skrzydła złapały wiatr i pomknęli w niebo.

Za pierwszym razem, gdy Gavin spróbował lecieć, starał się trzymać każde skrzydło jedną ręką. Dowiedział się wtedy, dlaczego ptaki mają puste kości i ważą prawie tyle co nic. Ciężar prawie urwał mu ręce. Wrócił do domu mokry, posiniaczony i wściekły, a większość mięśni w rękach i piersi miał ponadrywaną. Za to gdy stworzył kondora od razu w jednym kawałku, w ogóle nie musiał wykorzystywać siły mięśni. Całość leciała dzięki wytrzymałości i sprężystości samego luksynu, dzięki rozpędowi i wiatrom.

Oczywiście, tak naprawdę wcale nie leciał. Szybował. Gavin próbował wykorzystać do lotu pomysł ze słomkami, ale na razie nic mu z tego nie wyszło. I na razie zasięg kondora był dość ograniczony.

Karris nie narzekała. Patrzyła szeroko otwartymi oczami.

– Gavin! Na Orholama, Gavin, my lecimy!

Roześmiała się beztrosko. Zawsze ją za to uwielbiał. Jej śmiech przynosił wolność im obojgu. Zapomniała o tańcu. Warto było się wysilić.

– Stań pośrodku – powiedział.

Nie musiał krzyczeć. Byli całkowicie zamknięci w ciele kondora. Wewnątrz nie wiało.

– Skręcanie nie wychodzi mi najlepiej. Zwykle po prostu pochylam się to w tę, to we w tę.

Ponieważ był cięższy, już skręcali w jego stronę. Razem wychylili się na jej stronę, aż wyrównali lot.

– Biel nic o tym nie wie, prawda? – spytała Karris.

– Tylko ty. Poza tym...

– Nikt inny nie poradzi sobie z potrzebnym do tego krzesaniem – dokończyła za niego.

– Galib i Tarkian to pewnie jedyni polichromaci, którzy poradziliby sobie z niezbędnymi kolorami, ale żaden z nich nie jest dostatecznie szybki. Jeśli ułatwię projekt wystarczająco dla innych krzesicieli, może jej powiem.

– Może?

– Myślałem o tym, jak można się tym posłużyć. Przede wszystkim na wojnie. Siedem Satrapii już knuje i walczy o kilku żyjących polichromatów. Ten wynalazek zaostrzyłby rywalizację sto razy bardziej.

– Czy to Garriston? – spytała nagle, patrząc na północny zachód. – Już?

– Prawdziwe pytanie brzmi: czy wolisz rozbić się na lądzie, czy na wodzie?

– Rozbić?

– Nie jestem jeszcze najlepszy w lądowaniu, a przy dodatkowej wadze...

– Słucham?!

– No co? Z manatem też jeszcze nie próbowałem latać, po prostu mówię...

– Chyba nie porównałeś mnie przed chwilą do krowy morskiej? – Miała taki wyraz twarzy, że lód wydałby się przy niej ciepły.

– Nie! Po prostu cała ta dodatkowa waga... – Co trzeba zrobić, kiedy się wpadnie jak śliwka w kompot? Och. – Ehm – odchrząknął.

Wyszczerzyła nagle zęby w uśmiechu, błyskając dołeczkami.

– Tyle lat, a tu proszę! Mam cię! – Roześmiała się.

Zaśmiał się z żalem, ale ból przeszył go do głębi. A ja nadal cię nie mam. Może z Dazenem byłaby szczęśliwa.